Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

niekonkretne śmieszne dzieci skaczące z jabłkami

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
200 mikro
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
---
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
---

niekonkretne śmieszne dzieci skaczące z jabłkami

Puk puk!

Kto tam?

Wchodzisz. Czytasz. Jesteś tu. Ze mną. No i jak się czujesz?

Magiczny ten świat. Anielski, magiczny kwas. Ponosi nas. Język zapoznał się z nim i uściskał przyjacielsko. Ile to już godzin temu? Ile lat temu? A może prawidłowe słowo to WIECZNOŚCI temu? Kiedy to było? Oczywiście to taki dramatyzm, aż tak się nie przedłuża! Co nie zmienia faktu, że i tak liczenie sekund przestało mieć sens jakieś ileś sekund temu.
Cztery albo pięć. GODZIN. Nie dni. Technicznie rzecz biorąc. W moim umyśle rozgrywały się sceny życia ludzi, których znam. Moja dłoń niemalże dotyka ich koniuszkiem palców i chce powiedzieć "Trzymajcie się, jestem z wami!". Rozgrywały się sceny zrozumienia. A było ich niemało. To jest jak hipnoza. Groteskowo świadoma i długa hipnoza. "To tylko LSD"- mówili. A potem musieli ścierać swoje rozniesione mózgi ze ściany!
Nic nie wskazywało na to, że podróż może tak bardzo różnic się od ścieżki, którą idziemy codziennie. Czy w ogóle ktokolwiek z was spodziewał się, jak to jest być TAM przed PIERWSZYM zażyciem substancji psychiaktywnej? Zgadywaliśmy. A kiedy i nas postrzelił Kupidyn Fazy, wszystko stało się jasne.
Przez chwilę udało mi się wczuć w stan ciała w próżni. Niebieskawe kwadraty na czerwono-filoetowym tle.
Ktoś może rzec- Po co marnować kwas na pisanie? Czyż nie jest on do cieszenia się pięknem? Czyż nie jest to związek estetów i twórców kucyków My Little Pony?
A dla mnie to właśnie jest pięknem. Humanizm bierze górę. Z mojej nasączonej życiem podświadomości wyciekają iluzje ego. Zwyczajne aspiracje. Słowa. Które są dla mnie tym, czym dla Einsteina fizyka.
Zwyczajne załamania przestrzeni. Ach, taka tam kwaśna poezja. To już niemalże standard- upłynnione oczy zdają się zgniatać obraz. Jak w dobrym edytorze zdjęć.

Co cię w tym fascynuje, czytelniku?

W samej istocie czytania cudzych subiektywnych przelotów nad doliną tęczy?

Zastanawiałeś się...

Nie ma mnie przy tobie, który to odbierasz. Ty, który to odbierzesz, masz inne współrzędne czterech wymiarów.Problem w tym, że jaczuję, jakbyśmy byli niedaleko siebie. Ej, zawołam cię jutro o trzeciej w nocy przez ścianę. Czy mogę aż tak zagnieździć się w czterech ścianach czaszki między tą breją zwaną neuronami?
Odblokowana trzydziesta piąta czakra- kciuka lewej dłoni. To mój mały sukces. Pełne, skwaszenie, wsiadamy do pociągu szaleństwa. Dziwne, w moim przedziale siedzi stary, łysy pan w okularach. Nazywa się Albert. Jest z dzieckiem. Jakimś takim wesołkowatym. Może to dziecko ma ADHD?
Ciało jest strukturą falistą i gąbczastą. Miękkie. Wygodne. Czasem rypie i strzela, ale kochamy ten język! Megalomani, którzy kołyszą się na bujanym krześle społecznego kultu.
Każdorazowo słowa wymykają się schematom. Są żywe i taneczne jak moje myśli. Nie tak dawno temu wszystko było jedną, znaną codziennością. Mój znany ogródek, znany śnieg, znane ściany. Znany sposób cieszenia się byciem. I nagle runęły. A to kwestia małego dziecka Hoffmana. Albert, w imieniu wszystkich, dzięki ci za to. Jesteś mistrzem! Niech Ci się tam wiedzie, po drugiej stronie tripa.
Muzyka- ależ ona działa. Dosłownie i niedosłownie. Pulsacyjnie i wibrująco. Sugestywnie, ale szeptem. Tak jakby chciała sprawić, by nasze komórki utworzyły zgraną kapelę. Dająca wizję jutra, wspominająca o wczoraj, ale umieszczona w najwyższym stanie obecnej chwili. Kochana MUZYKA!
Leci- nie wiem jak, ale przecież musi lecieć. W uchu ta aparatura niesamowitości, niczym szpieg nad szpiegami, wyłapie każde drganie.
To wszystko dwa kartoniki w ogóle niewyróżniające się z tłumu. Kiedy LSD przyszło do szkoły, dostawało z niektórych przedmiotów jedynki, ale nie z pogardy do nauki a z nieprzystosowania. Potem nauczyło się komunikacji.
Męczące burze. Nie każdy tupolew ma swoją brzozę. Ale każdy zostawia chmury za sobą! Zapomina, że czeka na niego lotnisko. Przez jedną z wielu chwil- czuje się po prostu ptakiem.

Czy to w ogóle będzie potem można strawić? Czy aż tak odczepiony od jakichkolwiek zasad jest ten tekst? Jeśli tak- o to mi chodziło. W końcu ma opowiadać o kwasie. Jeśli nie- o to mi chodziło. O to mi chodziło. Zawsze. I wszędzie.

Czy patrzysz na literki jak na życie? A może każdą pomijasz, zagubiony w ogólności?

Czy ty też teraz doznajesz ekstazy samego szukania? Odpowiedzi są ograniczone. To szukanie rozbudza wyobraźnię. Są pytania- jest zabawa. Są pytania- jest piękno do kontemplowania.

Czy kiedyś to w końcu da nam zasnąć?

Toczy się we mnie debata. Zawrzało. Rozmowy się skończyły- ktoś chwyta za miecz. Biochemiczni herosi giną w imieniu mojego szczęścia. Wtem rodzą się nowi. I tak oto w człowieczej skali- cząstki- zyskały status boski.
Wszystko jest dosłownie przejaskrawione. W lustrze- jeszcze dziwniejsze, bo na odwrót odwrotności. Moje źrenice- nie muszę chyba nawet pisać, że czarne dziury. Jest noc. A i tak kolorów blask oślepia. Monitor to moja mała strefa wszystkiego. Łatwo dostępne informacje, łatwo dotępne myśli. I łatwo je zmienić w czarne, ułożone piksele w edytorze tekstów. Naturalne kwaśne godziny spędzone śród ptaszków i liści są piękne, ale i w mechanicznych, zimnych znakach tkwi piękno.
Nie ma rzeczy, która by nie mogła zachwycać, jeśli w grę wchodzi ten lizergowy malarz.
Myśli płyną niczym... coś, co płynie bardzo dobrze. Phelps? Ten łysy pan w czepku, który macha kończynami na pływalni krytej i stara się zaspokoić czas czterowymiarowym fallusem mocy? Tak. A może nawet pływają płynniej. Są niesamowite. Człowiek zaczyna doceniać, że urodził się jako człowiek. Pomysły to rozpędzone świdry, ale nagle chcą zwolnić. To je przeciąża. Robi się nastrój powolnego wracania do siebie. Dość ponure, ale kochane.
Czuję, że mój czas na tym poletku już mija. Jaki czas? Nie chcemy go tutaj! Chcemy być WIECZNIE szczęśliwi.
Zegarek ciążący na ręcewepchał się do życiorysu niczym akwizytor i stał się wzorem jak nauczyciel filozofii. Być może dzięki niemu nabieramy pokory.
Czy też masz takie uczucie że...
.
.
.
Wznosisz się...
.
.
.
Opadasz?

Czy czujesz, jak świat stawia cegłę za cegłą, budując muzeum?
Od dzisiaj ja już czuję. Mam to wyryte między synapsami.

I tak właśnie zaczyna się podróż!

Powrót do biurokratycznej areny walki o pozycję. Powrót do cyrku.

Pisałem to od środka. Jestem chłopcem z bloku, zbuntowanym i pijącym dwa piwa duszkiem. A potem chowającym się za spódnicą matki, kiedy ojczym swą ciężką ręką wymachuje.
A może piszę to od końca? Jestem szaloną lekomanką? Dziewczynką bez problemów, ale z problemami? Chowającą swoją chęć do bezsilności za smutnymi cytatami?
A może zwykłym wieśniakiem, który przez przypadek zakupił LSD i zjadł z pasztetem? A potem w przypływie natchnienia wykrzyczał na całą izbę: Janina, trzymaj widły! Raporta se pierdolnę!

Trzymaj moje widły. I spójrz, co robię:

JESTEM!

Ocena: 

Odpowiedzi

Od tej pory w okolicy wszystkie pola wbrew opryskom zdominował sporysz, a widły rdzewiały.

Już tu mnie nie będzie. Perm log out.

Muszę Ci podziękować, czytanie tego tekstu to był wspaniale spędzony czas. Psychodeliczna rzeczywistość wdarła się do mnie niczym słynny flashback, na pewno bede wracał do tej poezji! Dzięki!

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media