Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

na grzybach

detale

raporty bill

na grzybach

Doświadczenie: piołun, opipramol, mianseryna, rysperydon, tioradazyna, fluoksetyna, chloroprotyksen, narkoza (iv), adrenalina (iv), alkohol, spice, marihuana, haszysz, pseudoefedryna, efedryna, kodeina, DXM, salvia divinorum, dimenhydrinat, benzydamina, temazepam, estazolam, diazepam (iv), klonazepam, zolpidem, tramadol, baklofen, kratom, mistrycyna, klej, atropina, amanita muscaria, metylokatynon (iv), MDA, MDMA, MDxx, 2C-T-7, amfetamina (iv), bromo dragonfly, psylocybina, LSD, DOB.

S&S: popołudnie/wieczór, las/miasto.

Dawkowanie: 8 piw, litr tigera, litr soku porzeczkowego, 50 suszonych łysiczek.

Coraz mniej czasu i coraz więcej do zrobienia. Od rana załatwiam swoje sprawy ze świadomością zbliżającej się podróży. Podróży, na którą bilet czeka na mnie na biurku, szczelnie zapakowany w plastikowy woreczek. Pijąc z kolegami piwo na „slumsach” patrzę w bezchmurne niebo i świecące wesoło słońce. Pogoda na podróż idealna. A jeszcze wczoraj wichura wyrywała drzewa z korzeniami i zniszczyła najdłuższe drewniane przedłużenie lądu w Europie.

Wracając do domu ze świadomością, że zrobiłem wszystko, co miałem zrobić, jestem już wstawiony. Czuję ciepło, rozluźnienie i przyjemny szum w głowie. A to tylko kilka piw wypitych w przerwach pomiędzy załatwianiem jednej upierdliwej sprawy i kolejnej. Jeszcze tylko przeprowadzka i mogę zaczynać. Wypijam litr Tigera, który przyjemnie pobudza moje rozleniwione alkoholem ciało i umysł. Na korytarzu spotykam sąsiadkę, z którą tradycyjnie wychodzę na papierosa i denerwuję dwuznacznymi aluzjami dotyczącymi jej rzekomego nieprzyzwoitego prowadzenia się. Dzisiaj wyzłośliwiam się jeszcze bardziej niż zwykle, mszcząc się za wczorajszą pobudkę w środku nocy i wykorzystując fakt jej nienajlepszego stanu psychofizycznego zarówno wtedy, jak i teraz. Teraz tylko szybkie piwo i przenoszenie rzeczy z pokoju, do pokoju i mogę ruszać.

Konsumuję powoli 50 suszonych łysiczek lancetowatych, zapijając naturalnym inhibitorem monoaminooksydazy, jakim jest sok porzeczkowy. Zakładam słuchawki na uszy i kieruję się do lasu. Gdy zaczynam czuć, że grzyby zaczynają działać widzę, że ktoś do mnie macha. Kurwa, tylko nie oni. Jedno spojrzenie w oczy i wszystko staje się jasne. Za dobrze mnie znają. Krótka wymiana zdań, pożegnanie i wchodzę do lasu.

Czuję się jak w filmie. Ta cholerna piosenka, która wzięła się niewiadomo skąd, a której tekst jest tak przejmujący, że mam ochotę płakać, potęguje wrażenie odrealnienia. Szalejący wczoraj wiatr sprawił, że las wygląda zupełnie inaczej niż zwykle. Zapalam papierosa i wdrapuję się po niekończących się schodach na „ślimaka” – tam zamierzam zrobić pierwszy przystanek. Oddycham coraz ciężej stwierdzając, że skrzywdzony przez żywioł las jest najpiękniejszym miejscem na ziemi.

Na „ślimaku” przytula się do siebie jakaś parka. Kurwa, a ja już ledwo idę. Mijam ich i kawałek dalej schodzę ze ścieżki w las. Na niebie widzę zachodzące słońce, które świeci tysiącem odcieni złota. Niebo jest tak piękne, że zapiera mi dech w piersiach. Zaciągam się głęboko powietrzem, które jest tak cudownie orzeźwiające. Pachnie lasem, deszczem i kwiatami. Do tego smakuje jak krem waniliowy. Od intensywnego oddychania kręci mi się w głowie. Padam na mokrą ściółkę, opieram się o drzewo i zapalam papierosa. Jasne niebo robi się nagle ciemne, jaskrawe barwy rozmazują się i robią się mroczne. Jeszcze przed chwilą otoczenie wyglądało jak scena z bajki – królowały złote i jasnozielone blaski, wszystko się mieniło i uśmiechało do mnie. Teraz świat wyglądał jak scena z koszmaru. Niebo pokryły złowrogie chmury, wszystko zrobiło się szaro-zgniłozielone. Drzewa poruszają się złowrogo i szeptają coś do siebie. Boję się, zamykam oczy.

O kurwa! Gdzie ja jestem? Co tu się wypierdala? Wrażenie było tak silne, że otworzyłem oczy. Zaraz szybko zamknąłem je znowu. To samo. Eksplozja barw każdego odcienia. Króluje czerwień. Widzę zbliżające się do mnie paskudne sylwetki. Ale nie boję się. Gdzieś daleko widzę postać na tle zachodzącego słońca. Stoi i czeka. Na mnie? Na pewno nie. Na mnie nikt nie czeka.

Czuję coś dziwnego. Otwieram oczy i wracam do rzeczywistości. Natężenie światła pulsuje. Od oślepiającego blasku, po ciężki mrok. Czuje, że coś się zbliża. Wyrywam słuchawki z uszu i wstaję. Boję się nawet oddychać. Rozglądam się i nasłuchuję. Cisza. Złowroga cisza. Muszę iść. Tylko, dokąd? Gdzie jestem? Jak się tu znalazłem? Nie mogę się zdecydować, w którą stronę powinienem pójść. W końcu decyduję się ruszyć przed siebie i iść tak długo, aż gdzieś dojdę. Czymkolwiek to „gdzieś” by było. Przedzieram się przez coraz gęstszą dżunglę. Co, kurwa? Przecież byłem w lesie. Skąd te wszystkie drzewa deszczowe, liany i tropikalna roślinność?

Trzy drogi do wyboru: na wprost, w dół i pod górkę. Ruszam pod górkę, zastanawiając się, dlaczego zawszę wybieram najtrudniejszą drogę. Czuję, że cały czas „coś” za mną zmierza. Nie oglądam się za siebie, bo przecież to nic nie da. A uciekać i tak nie mam siły. Jak mnie dopadnie, to trudno. Las zupełnie nie przypomina miejsca, które znałem wcześniej. Ciemne, przytłaczające miejsce pełne poruszających się cieni. Jedynie pożółkłe liście pod stopami złocą się jak samorodki.

Dochodzę na szczyt i znowu widzę przytulającą się parkę. Patrzą na mnie. Cofam się. W oddali widzę kolejne postacie. Idą mi naprzeciw. Czuję, że nie powinienem, nie chcę nikogo mijać. Boję się i mam ochotę wejść z powrotem w gąszcz drzew. Ale idę nadal. Duma nie pozwala mi zejść im z drogi. Mijając ich zaczynam się śmiać. Przecież to oni się boją mnie. Na drodze leży przewrócone drzewo. Nie mam pomysłu jak je obejść, więc znowu zawracam.

Kolejny szok. Droga, którą widzę przed sobą wygląda zupełnie inaczej, niż ta, po której szedłem przed chwilą. Wszystko znowu ciemnieje, zrywa się wiatr, a ja po raz kolejny czuję ogarniające mnie przerażenie. Ruszam przed siebie i po jakimś czasie po raz kolejny schodzę ze ścieżki w gęstwinę. Tracę siły, więc siadam przy drzewie. Nagle orientuje się, że zatrzymałem się przy tym samym drzewie, przy którym siedziałem wcześniej. Mówi mi o tym mój plecak, który przy nim zostawiłem. Nie mam siły nawet się śmiać, więc siadam i otwieram piwo. Telepie mną strasznie. Pod zamkniętymi powiekami przewijają się kolorowe, lecz złowrogie obrazy. Euforia jest tak silna, że nie mogę jej znieść. Czuję się tak dobrze, że aż źle. Wycieram nos i widzę czerwoną ciecz przepływającą mi pomiędzy palcami. Wycieram krew, wstaję i idę dalej.

Szary wieczór zamienił się w ciemną noc. Nie mam pojęcia gdzie jestem. Idę cały czas przed siebie. Widzę tylko dziwne błyski i drzewa pojawiające się nie wiadomo skąd. Co chwilę potykam się i przewracam. Ale idę dalej i myślę. Myślę o sobie i o innych. Życie to gra pozorów. Każdy zakłada jakąś maskę i udaje przed innymi kogoś, kim nie jest. Niektórzy mają wiele masek, które zmieniają zależnie od sytuacji. Tak jak ja. I po co to wszystko? Gdzie jest sens? Jaki sens ma myślenie o sensie? Jaki sens ma myślenie, jaki jest sens myślenia o sensie? Zaplątałem się w tych myślach. Kim jestem? Wydaje mi się, że jestem taki zajebisty, bo na wszystko mam odpowiedź, bo wszystko mogę sobie policzyć. Gówno prawda. Jestem tak samo marny, jak wszyscy dookoła. Nie ma we mnie nic wyjątkowego. Jestem nikim i jestem sam. Zawsze byłem sam i zawsze będę. Dziwisz się, kurwa? Jak traktujesz ludzi? Jak gówno, którym sam jesteś. Ty i twoje życie są gówno warte. Ale chuj z tym. W końcu jestem taki silny i twardy. Tylko dlaczego taki słaby?

Znowu leżę i nie mam siły wstać. Ale jednak wstaję. Widzę światło. Mam cel – dojść do światła. Czym bliżej jestem, tym bardziej ono się oddala. Nie dojdę do niego. Nie da się. Kurwa! Dojdę. Ja nie dojdę? Udowodnię, że kurwa dojdę.

Doszedłem. Jestem na dzielnicy. Wreszcie znajome miejsca. Cieszę się jak dziecko z tego, że nareszcie wiem, gdzie jestem. Idę na miasto. Dźwięki i światła wydłużają się i zaginają. Mijani ludzie wyglądają jak groteskowe, przerysowane karykatury. Wszyscy się na mnie patrzą. Zapalam papierosa z idiotycznym przeświadczeniem, że z papierosem wyglądam „normalnie”. W głowie kłębią mi się coraz mniej uchwytne myśli. Znowu wraca do mnie sens. Nie daje mi spokoju i irytuje mnie. Sens wszystkiego. Co ma sens? Co to jest sens? I jaki sens ma sens? Znowu ta pierdolona piosenka. Moja arogancja każe mi myśleć, że ta piosenka jest o mnie. „Skoro wybrańcy nieba odchodzą młodo, bo i więcej widzą, toteż patrzeć krócej mogą. Dowodem to bezsilności samego boga”. Nie jesteś żadnym wybrańcem. Gówno widzisz, gówno wiesz, jesteś gównem. Jesteś zwykłym ćpunem i nie ma w tobie niczego wyjątkowego. Odrażający, odpychający narkoman – to ty.

Czuję, że schodzi. Jestem zmęczony, daleko od domu. Smutno mi. Wracam do domu. Wracając nie mogę opanować śmiechu. No tak – zjazd. W głowie siedzi mi tekst „Wypadłem z dyliżansu” i wydaje mi się tak śmieszny, że śmieję się na głos wzbudzając pewną sensację wśród mijających mnie przechodniów.

Nareszcie jestem. Zmęczony, spocony i trochę zaziębiony, ale zadowolony z pięknego doświadczenia. Jeszcze rozpalony i z ogromnymi oczami bez tęczówek natykam się na sąsiadkę stwierdzającą, że wyglądam jakby mnie z krzyża zdjęli. „Gdzie byłeś?”. No i jedyna sensowna odpowiedź, która przyszła mi do głowy to: „Na grzybach.”

Ocena: 

Odpowiedzi

Dobry TR, napisany przejrzyście i składnie, oddający klimat podróży na grzybach. Bill, napisz jeszcze kilka tekstów i wydaj książkę ze swoimi wspomnieniami, to byłby hit na rynku. :D Jeśli chodzi o przemyślenia na temat swojego podejścia do innych, to mam nadzieję że będziesz potrafił choć częściowo wprowadzić je w życie. Podsumowując: tak się powinno pisać TR! Zostawiam maksymalną ocenę i mam nadzieję, że to nie ostatni Twój tekst.

Siema,

Zajebiście przyjemnie się czytało, jakbym krótki film obejrzał. I ta sąsiadka, zastanów się nad pisaniem scenariuszy, masz smykałe do tego. Poza tym, miałem sam podobny lot w sferze przemyśleń, tyle, że byłem wśród znajomych też zgrzybionych i zajebiście głupio mi było. Było mi tak dobrze, że aż żle. Dokładnie. Byłem mega cwaniakiem dupkiem, takim smeaglem czy jak to się pisze. Hehehe, straszne doświadczenie. Zresztą opiszę swój lot niedługo.

Bardzo fajnie sie czyta, rozumiem stan w jakim byles w 100%. Kiedys przezylem niezwykla podroz, po 120 suszonych.. juz nigdy nie patrzylem na swiat tak jak przed tym tripem :) Co do poszukiwania sensu, jest to zupelnie bez sensu ;) Dopiero gdy czlowiek pozbedzie sie tych poszukiwan, zatrzyma strumien mysli jaki bombarduje jego swiadomosc, i po prostu przestanie myslec o czymkolwiek.. dostrzega jasny sens, ktorego nie ma.. Wielkie pozdrowionka, i pamietaj, nie jestes gownianym cpunem, tylko wartosciowym tworem ktory dazy do bycia lepszym. Peace!

"Chaos nie daje odpowiedzi, nie ma celu. Jest tym, czym jest, i to wystarcza" Paul Kemp

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media