Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

(kwas....czas....ale to fajne jest!...) o tym jak mr.lsd zjadl mojego kumpla.

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia jaka to była dawka. Dostawca mówił tylko, że jest cholernie mocny i trzyma 10h.
Pozostało mi tylko zgadywać (100-200µg) czy może więcej.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Mieszkanie na 4 piętrze. Niezbyt mądry pomysł. 3 zaufanych kumpli, muzyka i ja. Oczekiwania były spore... nie przeliczyłem się. Ale szczegółowo to na dole ;)
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
Salvia Divinorum - (od tego zaczela sie moja przygoda z psychodelikami)
Cannabis - (okolice 4 lat, częstego palenia po 2 razy w tygodniu, czasem cały weekend na gąbce)
Ecstasy - (2 razy w życiu konkretna piguła. Później miewałem problemy o dobry sprzęt)
LSD - (pierwszy raz, opis poniżej)

(kwas....czas....ale to fajne jest!...) o tym jak mr.lsd zjadl mojego kumpla.

Witam wszystkich tripowiczów. Na wstępie chciałbym powiedzieć, że niczego tutaj nie wyolbrzymiam i nie bagatelizuję. Przekazuje Wam czystą prawdę. Przepraszam za długość, ale ciężko jest streścić 6h w 2 strony ;) Mam nadzieję, że się spodoba.

Jest to mój pierwszy trip raport, więc proszę o wyrozumiałość, ale postaram się Wam przybliżyć wszystko w najmniejszych szczegółach.

Całą przygodę mieliśmy przeżyc w 4 osoby. 3 moich przyjaciół i ja. Nazwijmy ich Fred, Sid i Narciarz (czemu tak, to później).

Pierwszym utrudnieniem był termin, aby każdemu z nas pasował. Narciarz i ja musieliśmy być wolni od naszych wspaniałych kobiet, Fred musiał jeszcze zrobić ostatki do pracy inżynierskiej, a Sid miał się do nas dostosować. Pieprzenia z terminem było jak z dziewica. Tak długo go uzgadnialiśmy, że sam Mr.LSD przeleżał u Sida jakieś połtorej miesiąca. Wkońcu udało nam się dogadać i wypadło na przerwę między swiętami, a sylwestrem. Wypadło na czwartek 27 grudnia.

Wszyscy byliśmy strasznie podescytowani całym przyszłym zajściem. Pamiętam, że miałem tyle planów co chcę po tym robić. Wielce podniecony latami 60 i twórczością zespołów psychodelicznych typu "The Doors", "Pink Floyd" , "Country Joe and the Fish" obiecałem sobie, że napewno chcę pograć na gitarze, a widelec uda mi sie nagrać coś niezwykłego.

Przyjechaliśmy w 3 razem z Narciarzem i Sidem do naszego miasta, w którym się uczymy, było to jakos po 13. Zanim dotarliśmy do mnie, była godzina 14. Ze względu na to, że nie mieszkam sam, stosowałem podchody, aby dowiedzieć się, czy akuratnie mieszkanie będzie wolne od współlokatorów. Okazało się, że oboje pracują do późna, a dziewczyna idzie na 18 do pracy, także mniej więcej uzgodniliśmy godzinę co do rozpoczęcia wyprawy.

W międzyczasie Narciarz i Sid zjedli sobie obiad, ja jakoś o dziwo nie byłem strasznie głodny, może to z podekscytowania dzisiejszym eksperymentem. Powoli zbliżała sie godzina 0...

Było pare chwil po godzinie 16. Postanowiliśmy, że dzwonimy do Freda, który akuratnie kończył pracę o 16, żeby chociaż wpadł. Oczywiście sam miał także happy meala, ale wolał go nie używać ze względu na pracę nazajutrz na godzinę 8 rano.

Godzina 16:40... Postanowione. Siedząc w moim pokoju ja, Sid i Narciarz pakujemy Mr.LSD pod język i z niecierpliwieniem czekamy na pierwsze efekty.

Włączyłem sobie World of Tanks z chęcią postrzelania z wielkiego działa. W tym czasie dziewczyna zaczęła sie krzątać po mieszkaniu w celu przygotowania się do wyjścia do pracy. Wszyscy w 3 rozmawiamy sobie miło.

Godzina~~17:10... przychodzi do nas Fred. Ja siedząc przy komputerze, zaczynam odczuwać powoli pierwsze efekty nieogarnięcia. Fascynująca tapeta na mojej scianie za biurkiem (czarna w szaro-białe kwiatki z zoltymi konturami) zaczyna powoli płynąć. Już wiedziałem, że stoję przed brama do pojebania.

Godzina 17:20... Fred postanowił, że bierze z nami... Zawsze wychodziło tak, że coś nowego brał z nami. To On po raz pierwszy zaproponował mi (17 lat) Szałwie. Tak to się zaczeło. Niestety jedynym problemem było to, że trzeba było po jego porcję iść do niego do domu, jakiś 1km ode mnie. Na szczęście cały czas prosto. ;]

Godzina 17:25... Po próbach odnalezienia swoich butów przez Narciarza i Sida i założenia ich na klatce schodowej, ze względu na dziewczynę, która jeszcze malowała się w łazience wyszliśmy ode mnie i powędrowaliśmy z Fredem do niego.

Podróż była inna. Jak zawsze znałem drogę na pamięc. Każde drzewo i kupę pod nim, tak teraz, ciaglę pytałem się jego czy ide prosto, bo chodnik mi ucieka z pod nóg. Chodnik błyszczał od swiateł jak morze w słońcu. Fred szedł z przodu, a my w 3 z tyłu, oglądając się wciąz wokół siebie i mając przeczucie, że ktos za nami idzie, lub się patrzy. Efekty były wyczuwalne coraz bardziej.

Godzina 17:35... Jesteśmy pod jego klatką. Mieszka w takiej starej kamienicy, więc wyobraźcie sobie jego obskurną klatkę. Farba odpadająca ze ścian, linoleum na schodach. Najgorsze było to, że mieszka na ostatnim piętrze jak ja.

Wchodząc po schodach odczuwałem już jeden z większych poziomów pok**wienia w mojej głowie. Dziury na ścianach od odpadniętej farby zakrzywiały się w każdą stronę, dzwięk towarzyszący ogladaniu tego widoku był tak straszliwy, że chciałem jak najszybciej dotrzeć do mieszkania Freda. Na pierwszym półpiętrze obraz przed oczami zaczął mi się trząść wraz z towarzyszącym mu dźwiękiem, miałem wrażenie, że jak tu zostanę, to wszystko sie zawali. Pobiegłem więc na góre, a za mna Sid i Narciarz. Jednego byłem pewien. Będzie ze mną grubo.

Godzina 17:40... Fred już dawno w domu, zostawił otwarte drzwi abyśmy sie nie zgubili. W końcu dotarliśmy na szczyt. Weszliśmy do mieszkania. Od razu przy wejściu Fred ma kuchnie z zaje**stym blatem, o który można było się prawię odrazu przy wejściu oprzeć.
Moja tapeta w porównaniu do tego blatu, która pływała była niczym nadzywczajnym. Ten blat miał miliard wymiarów. Był trójwymiarowy z głębią tak wielką, że miałem ochote tylko tutaj siedzieć i na niego patrzeć, zastanawiając się, co w nim jest takeigo niezwykłego. Narciarz i Sid podzielali moją fascynację. Fred przywitał Mr.LSD pod językiem i skierował się odrazu do wyjścia wraz z Narciarzem i Sidem. Ja zostałem sam w mieszkaniu na chwilkę podziwiając wszystko co mnie otaczało. Zacząłem zwracać uwagę na kolory. Wszędzie dominował kolor zielony. Musieli mnie zawołać, wyszedłem z nimi.

Klatka nie była już taka straszna, ale bardzo szybko zbiegłem na dół, oczywiście bardzo ostrożnie, bo nie wiedziałem, czy schody nie zaczną robić numerów jak w Hogwarcie. Ruszyliśmy do mnie.

Godzina~~18... Byliśmy pod moją klatką. Klatkę na dole o dziwo bardzo szybko otworzyłem kluczem. Znowu schody, one nigdy się nie skończą-powiedział Sid, ale wytrwale wchodziliśmy wszyscy do góry. Dotarliśmy pod drzwi mojego mieszkania. Oczywiście było już zamknięte, dziewczyna w pracy. Wziałem klucze do ręki szukając prawidłowego. To sprawiło mi cholerny problem. Doskonale wiedziałem którego szukam. Niestety wszystkie moje klucze jakby kleiły sie do mojej ręki... to jeszcze nic. Wszystkie wyglądały identycznie jak ten, którego szukałem. Dwa razy nie trafiłem z wyborem. Daję Fredowi, żeby otworzył. Zapomniałem,że on nawet nie wie, który to, a ja nie byłem w stanie, żeby mu to wytłumaczyć. Oddał mi je z bezradną miną. Skupiłem się... Jest udało się! Możemy się schować.

Godzina 18:10... Weszliśmy w kurtkach i butach do pokoju. Każdy zaczął sie rozbierać dopiero tutaj. Puściłem muzykę - Puscifer ("C" Is for (Please Insert Sophomoric Genitalia Reference Here) E.P.). Ta płyta leciałą wkółko przez 2 godziny naszych rozkmin.

Godzina 18:20... Z nami 3 było tak grubo, że każdy wiedział, co chcę zrobić, ale poziom nieogarnięcia mu na to nie pozwalał. Otworzyliśmy perłe winter dla smaka, ponieważ Mr.LSD pozostawił straszną gorycz w ustach. Śmialiśmy się nie pojęcie w 3 probując położyć butelke w miejsce, które napewno nie "spier***li". Zaczeły sie rozkminy na temat tego co widzimy i przeżywamy.

Na początku siedzieliśmy przy włączonym swietle, po czym je wyłaczyłem, zobaczyć co sie stanie. Wtedy się zaczeło....

Dzwięki Puscifera tak zaczęły kreować moje otoczenie, że nie potrafiłem wyjść z podziwu co siedzi w umyśle człowieka. Nigdy nie doświadczyłem takiego widoku. Nawet nie potrafiłem sobie takiego czegoś wyobrazić. Wszystko było kolorowe! Jak u Freda w mieszkaniu była domieszka zielonego, tak tutaj już byla istna tęcza. Kolory były zbudowane z malutkich atomów, które łączyły się tworząc fale dzwiękowe. Z każdym uderzeniem bassu wibrowały zmieniając położenie. Przy spokojniejszym momencie wszystkie osiadały na twarzy Freda połyskujać niebieskim i pomarańczowym kolorem. Nie interesowało mnie nic innego, jak tylko to oglądać.

Spojrzałem na Freda, bass uderzył, na mojej twarzy pojawiło się wielkie zdziwienie wraz z zadowoleniem, Fred zrobił identyczną mine, jakbym widział siebie w lustrze... plus te kolorowe atomy. Były wszędzie.

Narciarz zaczął się krzątać... robił nieświadome fikołki na łóżku, wleciawszy w Sida, który zaplątał sie w wyimaginowane pnącza na podłodze, krzycząc "niech mnie ktoś rozplącze" z uśmiechem na twarzy. Gdy to powiedział spojrzałem na moje ręce. Każdy palec był  owiły przez dziwne kolorowę pnącza. Na jednym palcu było czerwone, na drugim zielone, na innym niebieskie. Nie potrafiłem wyjść z podziwu co ja mam na rękach, po czym wysunąłem się z pokoju do przedpokoju na kafelki. Nie wiem co było w tych kafelkach tak fascynującego, ale przyglądałem się w nie tak jak w blat u Freda szukając głebii, która była nieskończona.

Godzina spokojnie po 19... Oparłem się o ściane. Godzina minęła jak 5 min. Siedziałem oparty, przyczołgał się do mnie Fred. Siedzieliśmy razem w z nogami portalu (framuga z drzwiami). W tym momencie mój mózg został zmiażdżony przez to, co siedziało mi na koszulce. Spojrzałem na białą koszulke bez rękawków, a tam miliony wspomnianych atomów osiadało na każdym zagięciu materiału, tworząc tęcze. Znowu królował niebieski i pomarańczowy. Siedziałem i 5 min patrzyłem sie na swój brzuch.

Godzina 19:30... Zaczęło sie. Narciarz zaczął wariować. 4 piętro, internet coś nie chciał działać, zadzwonienie do kogoś z telefonu było awykonalne... wyświetlacz był nie do rozszyfrowania. Jak zaczął robić fikołki na łózku spadając na ziemie, zauważyliśmy, że jest coś nie tak...

Narciarz wstał... ściągnął koszulke... Myślimy, że to normalne, nam też było gorąco... Zaczął rozpinać pasek u spodni. Ściągnął skarpetki, spodnie, został w samych gaciach stojąc w wejściu do mojego pokoju. Nagle wypowiedział niepokojące nas słowa przygladając się kuchni. Słowa brzmiały "ej, ja nie chce już. Kiedy to się skończy? Skaczę,mogę?". Zerwałem się z podłogi, nagle otrzeźwiały cała sytuacją co się tak naprawdę teraz wydarzyło. Złapałem go i zaciagnąłęm na łóżko. Wstał... z jego ust wyszło "ale nie chce już....co braliśmy?....AAA!!! KWAS!.....KWAS?CZAS?ALE TO FAJNE JEST! o to w tym chodzi? Tak? To ja skacze!" . Krzyczałem do niego, żeby sie ocknął, żeby zaczął rozmawiać ze mną. Ni chu**. To nie był on. Był zdalnie sterowany. Wszyscy ockneliśmy się z magicznej podróży i chociaż obraz nam się tak pierdolił w oczach, zachowaliśmy trzeźwy umysł. Poprosiliśmy Freda, aby poszedł po naszego kumpla, który mieszka 50m dalej. Fred zgodził się, ale nie pomyśleliśmy, że on sam... na szczycie "pierdolizmu" ma iść na ekspedycję. Wyszedł. Zadzwonienie graniczyło z cudem. Mi padł telefon, ładowarki nie miałem. Inni nie mają numeru. Ciaglę na skajpie towarzyszył nam dobry kolega, która był akuratnie w mieście, z którego przyjechaliśmy. Jak już wpomniałem.. internet zrywało. Zostałem sam z Sidem i Narciarzem... Wciąż powtarzał "Kwas?czas?ile jeszcze czasu?Gdzie mama?a może tata?"...

Fred nie wracał. Nie dawał znaku życia. Spytałem się Sida, czy zostanie z nim, ja ide po kumpla. Wolał iść, żebym ja został. Tak zrobiliśmy. Ubrał się. Wyszedł. Zostałem sam na sam z Narciarzem.Dlaczego Narciarz?...

Pomiędzy jego zdaniami "Kwas?czas?..." Pojawiło się także zdanie "narty?Samochodem?Chodźmy pojeździć!". Częstotliwość wypowiedzi tych zdań była spokojnie z raz na minutę. Od czasu do czasu wtrącał "medycynaaa...narty?...aaa kwaaas!Ale to fajne jest?". Zacząłem się ostro bać co z nim będzie. W międzyczasie był w wannie już, aby nigdzie nie poszedł, bawił sie kranem, puszczał wodę. Cały mokry był. Położyłem go na łóżku trzymając swoim ciałem, aby nigdzie nie poszedł, czekając na Sida z kumplem. Po 10 min przyszli. Kumpel wchodząc złapał się za głowę. Zaczął mówić do Narciarza... "Że jak już nie chce, to trzeba to skończyć..." Opierdoliłem go solidnie, bo nie pomyślał jak on może odebrać te słowa. Zebraliśmy ciuchy porozrzucane po pokoju, ubraliśmy narciarza, kumpel i Sid sprowadzili go do siebie (50m dalej) na parter. Zostałem sam, aby ogarnąc pokój i przyjść do nich. Miałem cholerny problem ze sprzątaniem, wiedziałem co mam zrobić, ale stanąłem na środku pokoju bezradny nie wiedząc od czego zacząć. Fred nadal nie dawał znaku życia. Zacząłem się martwić. Piwo było rozlane, bo narciarz wział łyka, po czym powiedział "ale to kwaśne jest..." oczywiście z aluzją do całej sytuacji i wylał je sobie na głowę. Wziąłem mopa z kuchni, zaczęło sie sypac z niego jakiś niby kurz, gwiazdki, jego te włosy do wycierania, wydłużały się sypiąc coś wciąż. Wytarłem ścierką. Wszystko zmieniało kształty nadal. Plama na łóżku przemieszczała się, a tapeta nadal rozkwitała. Mineło pół godziny zanim się ogarnąłem i do nich zszedlem.

Godzina 21? Wszedłem do nich do mieszkania, rozebrałem się, ale nie tak jak narciarz ;).On akuratnie leżał w wannie i pryskał się wodą. Wsadziłem głowe do łazienki, w moją stronę poleciał strumień wody wypluty przez narciarza śmiejąc się do kumpla, który go pilnował. Tak też spieprzyliśmy mu wieczór ze swoją panna, która przyjechała do niego z końca polski na jakiś tydzień. Narciarz sie umył. Miał totalne zdziecinnienie, nie wiedział co i jak się nazywa. Usiadł na łóżku, opatulony w ręczniki, chciał suszarkę "podaj mi to"- co? "no to!to!tak własnie to". Tak samo było z padem od xboxa. Powoli da rade było  z nim rozmawiać. Z półtorej godziny lezał w łózku klikając bezmyślnie na padzie, rozbierając telefon, ale gdy go rozebrał, nie potrafił złożyć. Ja w tym czasie postanowiłem zadzwonić do mamy. Rozmawiałem z  15min.

Oczywiście gdy zostałem z nim sam na sam, wciąż powtarzał, że chce skakać, że to nie jest taki zły pomysł. Bałem się tylko, żeby nikt w jego otoczeniu nie powiedział słowa nóż, bo to mogło by sie tragicznie skończyć.

Lezał tak do godziny 22:30... W międzyczasie dodzwoniłem się do Freda, który opowiadał mi co i jak, niestety w połowie jego wypowiedzi się zgubiłem, bo wiadomo... Ważne, że miewał się dobrze.

Jakoś przed 23 dopiero narciarz doszedł do siebie. Opowiedzieliśmy mu wszystko, a on? Nic nie pamietał... Kompletnie nic. Ciągle nie mógł wyjść z podziwu jak znalazł się tutaj. Pamięta tylko moment jak weszliśmy do mnie razem z Fredem, do momentu przebudzenia się w łóżku u Sida.

Długo po tym nie mogliśmy zasnąć opowiadająć mu o tym wszystkim co odjebał. Nie wiem czy on mnie, aż tak skrzywił, ale momentami nie potrafie o tym wszystkim zapomnieć i sam miewam dziwne rozkminy na trzeźwo.

Ogólnie gdyby nie to co się z nim stało to przeżycie zaliczyłbym do pozytywnych ;)

Przepraszam, że takie to długie, mam nadzieję nie było żmudne. Z poważaniem. Pozdrawiam ;)

Ocena: 

Odpowiedzi

Wszyscy jedliscie kartony z tego samego zrodla? Ten narciaz nie ma problemow psychicznych czasem, schizofrenii w rodzinie? TR podobal mi sie, widac, ze pierwszy raz i dobrze oddales przyjemnosc z odkrywania, tylko jeszcze jedno, LSD jest bezsmakowe i bezwonne, a Ty piszesz o posmaku w ustach...

Z początku wręcz czułem twoje zaniepokojenie co się dzieje i co będzie dalej, później miałeś fraktale o których cały czas marzę (ten blat), ale niestety narciarz z wyżartym umysłem zniszczył ci tripa.
A mogło być tak pięknie...

Wszyscy z tego samego źródła.4 kartoniki czekały na ten raz ;)
Tak,smak był. Strasznie gorzki.Czysta gorycz,aż język drętwiał momentami.
To co widziałem w moim pokoju... Dywan ruszający małymi rzęskami,a pomiędzy nimi małe 1cm oczy,które się zamykały i otwierały co raz to w nowym miejscu.
Kumpel jest całkowicie zdrowy.W rodzinie to samo ;)

Nigdy nie poddawaj się urojeniom.

Jak to przeczytałem to przypomniał mi się mój pierwszy raz na "LSD" który po lab teście okazał się DOI =[. "Dostawca mówił tylko, że jest cholernie mocny i trzyma 10h." wydaje mi się że dostawca poprostu was oszukał. Czas trwania tripu na normalnej dawce doi to 16-30h jednak w dawce która zmieściła by się bez problemu na mały kartonik trip trwa właśnie do 10h (tj. ogarnąć dało rade po 6h). DOI porobiło mnie podobnie jak twojego kumpla. Na początku nie wiedziałem czy to już się zaczęło? Aż w pewnym momencie wszystko zaczęło się wyginać, nie dowierzałem własnym oczom. Po 2-3 godzinach od wzięcia to zaczęło mnie przerastać, za dużo się działo, "ściany się na mnie zawalały", byłem strasznie pobudzony, zapętliłem się w czasie. Przez kolejną godzine siedziałem w miejscu bujając się i te same myśli powtarzały się co sekundę (były bardzo podobne do tych które wypowiadał twój kumpel): Nonstop, nonstop, za dużo tego, to jest kwas? kwas wziąłem? KWAS! to jest to na co czekałem, za dużo tego, co sie dzieje? Za dużo? KWAS! Żeby się skończyło trzeba zginąć. Ale jak to ginąć? nie można zginąć.

Ja naszczęście jakąś szczątką świadomości wiedziałem że to się kiedyś skończy i że najlepszym wyjściem będzie poprostu poczekać.
Koledzy mi mówili że wyszedłem z mieszkania na mrozie w skarpetach bez koszulki wgl. tego nie pamiętam (tak jak kilku innych rzeczy) :P.
Teraz już się nie dowiesz co to było ale po zachowaniu twojego kumpla i po tym że to było cholernie gorzkie (jak mój blotter) raczej DOX ;(

Żyjemy w durnym kraju w którym wszystko jest nielegalne, a jak już coś uda nam się jakimś cudem załatwić to potem okazuje się że to było całkiem coś innego (kupujesz LSD dostajesz mało przebadany związek z rodziny DOX) a w dodatku nieprzewidywalnego i niebezpiecznego.

ehh, kwas, super się czytało :) widziałem dziesiątki filmów, czytałem Learego i Hoffmana, i McKenne i jest moim marzeniem dobrać się do 'źródla'.. ostatnimi razy dostałem jakieś RC na blotterze, nie było to tym, czego szukałem (stwierdzam po metalicznym posmaku, jak i efekty nie były takie, jakich oczekiwałem) - zazdroszczę horyzontów, sam bym pojechał na koniec kraju przy minus dwudziestu na dworze, jak bym miał zaufane źródełko, niestety.. nie żyjemy w latach 60-tych :( próbuję od 3-ech lat.. życzcie mi szczęścia, też napiszę kiedyś TR :)

Właśnie jak to ująłeś... żyjemy w kraju,w którym nie ma tego czegoś,czego tak naprawdę oczekujemy.Myśle,że nawet sam dostawca nie wiedział dokładnie co to jest,bo przecież nie ma jak tego sprawdzić/przebadać. Jednakże miało to coś jakąś magie w sobie.

Właśnie Narciarz też nic nie pamięta z tego co robił.Naszczęście w porę go ogarneliśmy.Na takie psychodeliki to najlepiej poczekać i samemu to załatwić chociażby z holandii czy z innego kraju,gdzie jest to dopuszczone. Podobno nasz dostawca "zawsze jak to bierze" miewa takie same stany tj. zdziecinnienie,zanik świadomości i pamięci,harmoniczne koło myśli.

Ehh... szkoda,że naprawdę ciężko u nas o coś,że tak sobie pozwole napisać "zdrowszego".
Dziękuje bardzo za miłe pochwały,cieszy mnie to bardzo,że się podobało ;)

 

Nigdy nie poddawaj się urojeniom.

Czytając to mam ochotę znów zakosztować tego przysmaku...

Szukam towarzyszy do wspólnych przeżyć najlepiej z Krk ;)

Też bym spróbował gdybym kiedykolwiek chociaż miał to w pobliżu

No właściwie mam ten sam problem, ale przynajmniej mam dostęp do środków ,które też mi sprawiają podobną przyjemność :)))

Szukam towarzyszy do wspólnych przeżyć najlepiej z Krk ;)

Bez BARDZO dobrych znajomosci zdobycie LSD jest niemozliwe. Zaprawde powiadam. Jadlam LSD raz w zyciu, w dawce progowej na dodatek, niezbyt satysfakcjonujace, jedynie sam fakt, ze to bylo mityczne LSD. Raz pewna okazje przegapilam i wiele razy ktos chcial mi sprzedac kartoniki ´LSD´ (przypuszczalnie cos z serii nbome lub DOx). Fraktale rowniez obserwowalam po bromowazce, DOM i DOC, wiec moglo to byc cos z tych rzeczy, moze nieco zlezale :P Dobra wazka urywa dupe na 36 godzin. Dostawcy czesto sa niedoedukowani.

To też zależy gdzie kto mieszka, ja np. nie mam aż tak wielkich problemów z tym :))

Szukam towarzyszy do wspólnych przeżyć najlepiej z Krk ;)

Pewnie mieszkasz w San Francisco :P Ja nawet nie wiem, pewnie jakbym sie postarala, to bym kupila, ale nie staram sie, bo skupiam sie na innych grupach narkotykow obecnie. I nie zadaje sie z narkomanami. :D

Niestety kolega spowodował, że nie straciłeś sporo tripa. Czytając relację przypomniała mi się moja rozkmina, którą mógłbyś mi pomóc przemyśleć. Otóz - czy jakby z Wami była 4 osoba - czysta, niefazująca z wami. Byłoby to bezpieczniejsze, nie przejmowalibyście się w razie takiej sytuacji. Ale z drugiej trony i tu pytanie do Ciebie - czy trzeźwa osoba mogłaby miećwpływ na klimat set & settings?

Cześć,Wybacz,że dopiero teraz odpisuję,ale z dostępem czasem ciężko.

Powiem Ci tak.Analizując teraz na spokojnie przebieg całej sytuacji to napewno byłoby lepiej gdyby był z nami ciągle nasz kumpel.Na początku było zamierzone,aby to próbowac w jego towarzystwie,żeby mial na nas oko,ale jakoś ostatecznie wylądowaliśmy u mnie.

Myśle,że nie mialo by to strasznie negatywnego wplywu na caloksztalt s&s,biorąc pod uwage stan poj***nia w głowie,to nawet nie zwróciłbys na tą osobę uwagi,a napewno czułbyś komfort psychiczny,że jest jakby co opieka ;)
Pozdrawiam.

Nigdy nie poddawaj się urojeniom.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media