Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

kiedy świat staje się niczym z kreskówki

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
kilka buchów z bonga, nie jestem w stanie dokładnie określić ile
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastawienie bardzo pozytywne, zaproszono mnie na ''zabójczy pyłek z bonga'', wypadło to spontanicznie. Kilka osób ze mną, w dalszej części tripa zostali najbliżsi kumple.
Doświadczenie:
marihuana, kodeina, mefedron, amfetamina

kiedy świat staje się niczym z kreskówki

Siedzieliśmy wtedy nie robiąc nic, nie mając żadnych planów na resztę dnia, aż przypadkiem spotkały nas dwie koleżanki z wypchanym plecakiem. Spoglądając na ich oczy każdy zorientował się co jest w środku, a dziewczyny zaproponowały nam wspólne spalenie pyłku ze sporego bonga.

Po codziennym paleniu kilka razy przez jakieś pół roku, zrobiłam sobie przerwę aż do wtedy. Nie sądziłam, że będzie aż tak mocno.

Cybuch bonga został już nabity samym pyłkiem przez koleżanki. Kiedy przyszła moja kolej, wzięłam kilka potężnych machów i zaczęłam tak niemiłosiernie kaszleć, że az ukucnęłam i podparłam się rękami, żeby nie upaść.

Nie skończyłam jeszcze kaszleć, a już czułam, że będzie ze mną źle. Kiedy udało mi się podnieść, usiadłam wśród znajomych. Wszyscy stwierdzili, że jaranie jest kocur, a jak dla mnie sądząc po smaku i cholernie szybkim wejściu, było po prostu porządnie spryskane jakimś syfem.

Miałam ciężką bombę. Serce biło mi szybko i mocno, czułam jak uderzenia rozchodzą się po całym moim ciele.

,,Jest za grubo'' - Udało mi się w końcu wydusić te trzy słowa, ale nikt nie potraktował ich zbyt poważnie.

Drażniły mnie głosy, było za dużo osób, do tego każdy wyglądał na zadowolonego, a ja czułam się strasznie. Postanowiłam odejść kawałek dalej, usiąść sama i spróbować się nieco uspokoić. Chodzenie było okropne, jakby moje ciało ważyło nie 40, a 400 kg, do tego oddychało mi się dużo gorzej niż zwykle, a serce biło jakby zaraz miało eksplodować.

Nie minęło kilka minut, a przyszło za mną dwóch kumpli, pytając co się dzieje. Nie chciałam ich martwić, a z drugiej strony nie wiedziałam nawet jak opisać mój stan, było mi po prostu strasznie ciężko. Prosiłam ich żeby poszli do reszty, miałam wrażenie, że siedząc sama czuję się nieco lepiej, jakby odrobinę lżej. Zrobili o co ich prosiłam, ale jakiś czas pózniej znów wrócili, proponując, żebyśmy przenieśli się w inne miejsce, mniejszą grupką.

''Proszę, nie. Nie dam rady, naprawdę'' - Powtarzałam, czując że przejście tych 150-200 metrów będzie najtrudniejszą trasą w moim życiu.

Udało im się jednak mnie namówić, a ja jakimś cudem podniosłam się z miejsca i ruszyłam przed siebie.

Postanowiliśmy usiąść na placu zabaw koło bloku mojej przyjaciółki (Z). Po drodze kolega poprosił, żebym do niej zadzwoniła, ale kiedy weszłam w kontakty w telefonie, wszystko było rozmazane i zapisane za pomocą cyfr, znaków interpunkcyjnych i cyrylicy. Odpuściłam sobie więc dzwonienie do niej, ale nie powiedziałam o tym nikomu. Nie miałam siły wydusić z siebie ani słowa.

Nie pamiętam za bardzo jak tam dotarłam. Siedziałam na ławce z głową opartą o drewniany stół. Patrzyłam w trawę pod nogami, nie mogłam ruszyć ręką, więc o podnoszeniu się nie było mowy.

Ekipa cały czas o czymś rozmawiała, a ja tylko słuchałam, analizując o czym mówią. Teraz jednak nic z tego nie pamiętam. Niejednokrotnie chciałam dołączyć się do rozmowy, ale moja głowa ważyła tonę, a usta miałam sklejone najmocniejszym klejem jaki mógłby istnieć. Miałam wrażenie, że serce co jakiś czas zatrzymuje mi się dosłownie na sekundę i zaczyna bić dalej. Jakby zasysało całą krew i po chwili puszczało, zalewając całe moje ciało w środku nieprzyjemnym ciepłem.

Nie mam pojęcia jak długo tak siedziałam, w moim odczuciu trwało to dobre kilka godzin. W międzyczasie kolega przypomniał sobie, że miałam zadzwonić do Z, a zapytana czy to zrobiłam, odpowiedziałam ,,Wszystko było rozmazane'', nadal patrząc w trawę. Nie zadawał pytań i po prostu sam się z nią skontaktował.

Po jakimś czasie w końcu udało mi się podnieść głowę. Nie wierzyłam w to co widzę. Światła każdego z aut wyglądały niczym ogromne oczy z japońskich kreskówek, a gdy spojrzałam w lewo, wszystko było jakby wyszywane na jakimś płótnie. Byłam pewna, że to chwilowy efekt, ale kiedy mruganie czy zamykanie oczu na dłuższą chwilę nie powodowały żadnych zmian, naszły mnie czarne myśli.

,,A co, jeśli te wszystkie starsze, chore ''wesołe'' osoby mają podobnie? Naćpały się kiedyś za bardzo i im się zawiesiło, a po dłuższym czasie nauczyły się z tym żyć lub zapomniały dlaczego tak naprawdę odbierają wszystko inaczej? A może wcale nie są tego świadome, że ich świat nie wygląda jak świat widziany przez inne osoby?'' Wymyśliłam całą taką teorię i byłam święcie przekonana, że ja po tym incydencie skończę tak samo. Byłam wtedy tylko ja, zamknięta we własnym umyśle.

Nagle pojawiła się Z z czekoladą, wodą i niebieskim kocem w białe kropki (który na drugi dzień okazał się być jasno zielony).

Z trudem było mi zjeść nawet kawałek, mimo że normalnie po mj potrafię opróżnić poł lodówki w godzinę. Jakiś czas pózniej zwymiotowałam kilka razy i byłam pewna, że teraz, kiedy nieco przeczyściłam żołądek, poczuję się lepiej, a dziwne efekty wizualne znikną. Miałam ogromne poczucie winy, że Z musi mi pomagać przez moją głupotę, podziękowałam jej i czułam, że powoli odzyskuję siłę.

Już dawno zrobiło się ciemno, chyba naprawdę dużo czasu spędziłam obserwując trawnik pod nogami. Byłam pewna, że wszystko będę widzieć już normalnie, ale kiedy tylko podniosłam wzrok... okazało się, że od kilku godzin nic się nie zmieniło, a auta nadal spoglądały na mnie rysunkowymi oczami.

Wtedy byłam już prawie pewna, że zostanie mi tak na zawsze, ale nie byłam tą myślą przerażona jak wcześniej. Było to coś raczej na zasadzie ''mój świat będzie po prostu wyglądał nieco ciekawiej niż pozostałych, przecież myśleć i rozmawiać mogę normalnie''.

Kiedy już poczułam się dobrze i wróciły mi siły, powiedziałam, że niedługo mam busa do domu i chcę iść na niego sama, że dam radę.

Było po 21, szłam główną ulicą owinięta kocem, z uśmiechem na ustach. Każda lampa, na którą patrzyłam, wyglądała niczym slenderman, a ja byłam tym zafascynowana i nie mogłam oderwać wzroku.

Po powrocie do domu wrócił mi ogromny apetyt, najadłam się i poszłam spać. Byłam pewna, że kiedy obudzę się rano, efekty wizualne zostaną, ale tak jednak się nie stało, a koc Z okazał się być jaskrawo zielony i nie miał na sobie żadnych kropek.

Także radzę myśleć i uważać co się pali, jeśli chce się uniknąć takich przygód. Szkoda, że przez większość tripa czułam się jakbym była blisko końca, jednak gdyby te wizualne efekty utrzymywały się cały czas, bez tych negatywnych odczuć fizycznych, mogłabym codzinnie latać na takiej bombie.

Dodatkowo chiałam zapytać co było powodem, że aż tak mnie porobiło? Inni też to palili i nikt nie miał aż tak, jak ja. Waga? Zbyt dużo po nagłej przerwie? Za mocno pryskane? :D

Ocena: 

Odpowiedzi

I tyle xd

Jestem sobą i nic ponad tym ;)

Chciałbym się kiedyś z Tobą naćpać

 

A to dlaczego? hah

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media