Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

gdy szympans spogląda na niebo...

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
Lolek z ledwie 0.3 grama zielska i kilku szczypt tytoniu spalony w 3. Dla mnie był duży.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Spontan. Oczekiwania w sumie neutralne, bo byłem niejako nasycony ziołem. Warunki pozostawiały wiele do życzenia.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Mirystycyna- 4x
THC- 21x
Kodeina- 1x
DXM- 8x
LSD- 2x

gdy szympans spogląda na niebo...

OTO LINIA STARTOWA

Lolek już zwinięty. Piękny, namaszczony szacunkiem bilet do innego stanu świadomości.

Medytacja odprawiona. Ona jest moim zabezpieczeniem. Rytuałem oczyszczenia przed fazą, aby mieć nowe doznania. Wystarczy kilka głębokich wdechów i koncentracja na swoim wnętrzu.

Tak więc idziemy z koleżkami w miejscówkę nieopodal hotelu. Zasłonięci krzaczorami wpatrujemy się w żar zapalniczki i rozpoczynamy zabawę. Tak jak w poprzednim raporcie, w tym będą brać udział Żołądź, Kasztan i Kokos.

Smażymy sporej wielkości skręta. Żołądź ładuje mi tzw. SHOTA i tak mocno zaciągam się chmurą z dymu na wpół tytoniowego, że mało nie mdleję. Kaszel na chwilę mnie przytłacza. Tyt znacząco przyśpiesza nadejście bani, bo już mam niemiłosierny, przyjemny ucisk na czaszce i zawroty głowy. Po samym tytoniu są tylko zawroty.

Wpatruję się w blask księżyca. Pamiętam, że było to jeden dzień po pełni, więc nasz naturalny satelita dalej sprawiał zajebiste wrażenie. Kokos i Żołądź kończą jaranie. Kasztan dzisiaj na trzeźwo.

Lecimy nieźle urobieni do hotelowych pokoi. Żołądź do siebie, ja i reszta do naszego. Rozkręca się trip na miarę życiówki. Oczywiście daleko mu do DXM-owej psychozy, ale jak na zielsko i tak jest potężny.

 

MARATON W PEŁNI

Gdy już jestem w hotelu, postanawiam zrobić coś absolutnie nowego- ćwiczyć. Z wielkim trudem, ale udaje mi się zrealizować cały zamierzony plan treningowy, jakoby wbrew Cannabis, która to jest środkiem relaksacyjnym. Po pierwsze zrobiłem Aerobiczną 6 Weidera, potem po 4 serie na biceps z użyciem ekspandera, no i po 4 na ściskaczach. Na koniec pompki. Cieszę się, że udaje mi się zrobić coś niecodziennego. Ale najlepsze nie były same zmagania wysiłkowe, a to, co dawały...

Po serii pompek kładę się na łóżko, biorę 4 bardzo głębokie wdechy i wstrzymuję powietrze, jednocześnie gwałtownie wstając. Na trzeźwo daje to miłe zawroty głowy. A teraz....

 

ODPALA LONT NIESAMOWITOŚCI

Więc, szybko wyskakuję w górę. Po 5 sekundach, może mniej, zaczyna mi się kręcić w głowie i jest mi słabo, do tego mam mroczki. Czas więc usiąść na łóżku. Siadam i.... i nagle poczułem się, jakby moja cholerna głowa pękała na milion kawałeczków.

Dokładnie. Nie na sto, nie na tysiąc, a na milion. Takich ultra drobnych. Rozsypałem się. Czułem się jak prąd albo wielka kupa atomów. I co najgorsze (a może najlepsze?) zaraz po tym, poczułem, jakby coś łapało mnie niefizyczną energią za ten kawałkowy łeb i kręciło nim z cholerną szybkością i gwałtownością w koło. Niesamowicie przerażające uczucie, a jednak jakieś takie... no... na maksa fascynujące! I znajome, choć nieznajome. Trwało to dobre 10 sekund! Momentalnie poczułem niepokój- "O cholera, to chyba będzie bad-trip na amen!". Perspektywa kręcenia się w kółko samą rozsypaną głową mnie przerażała. To tak, jakbym zupełnie utracił zdolność robienia czegokolwiek na rzecz oscylowania elektrycznym łbem. Ale przeszło.

Spojrzałem na Kasztana i miałem minę małpy, która nagle stała się człowiekiem. Nie wiem dlaczego, ale czułem, że właśnie dokonałem ewolucji. Jakby ten dziwny prąd, którym na chwilkę się stałem, pokazał mi coś boskiego. Wiedziałem już, jak należy pokierować fazką.

Druga seria pompek. Ponownie trik z oddychaniem i szybki zryw na nogi. Ponownie mi słabo, siadam. Tym razem patrzę w górę (wcześniej zamknąłem oczy i spuściłem głowę). I co? I na chwilkę moja głowa zmieniła się w metal, w który ktoś uderzył. Tak jakby gong. Nie, że sobie to wkręciłem czy coś- czułem to tak autentycznie, jak czuje się orgazm po miesiącu wstrzemięźliwości, łóżko po dwóch dobach bez snu, czy smak jedzenia po kilkudziesięciu godzinach postu. Można sobie wyobrazić moją podjarę. Co lepsze- patrząc w górę, czułem wibracje wszechświata. On też wibrował, razem ze mną. Na jakimś cholernym głębszym poziomie, głębszym niż jakiekolwiek moje przeżycie dotychczas, poczułem... moc? Coś w tym rodzaju.

Aż nasunęły mi się rozkminy o tym, czy przypadkiem to tlen nas nie zabija. Skoro jego brak potrafi dać takie "cuś", to może w ogóle powinienem się udusić i pójdę do czegoś na kształt raju? Może to nasza ludzka fizyczność, choć tak kochana i słusznie szanowana, w jakiś sposób nas blokuje? Pomyślałem, że teraz już wiem, co to znaczy, że niebo mamy w sobie. Niebo jest naszym umysłem. Pomyślcie sobie o snach, fazach, czy marzeniach. Gdzie się zaczynają i gdzie mają miejsce? W naszych umysłach.

Kto wie, co czują ludzie w śpiączce? Kto wie, co czujemy my, kiedy nie śnimy? Kto wie, co czuliśmy przed porodem, ale zapomnieliśmy? W sumie chyba niewiele osób. Ja w tamtym czasie poczułem, że definitywnie przekroczyłem barierę tlenu i mózg, pozbawiony tegoż napędu, odcina mnie od najpłytszej warstwy świata, dając w zamian coś w rodzaju czystej energii. Dobrze powiedziane- czułem taki energetyczny  skok na wyższe odczucia, że szok.

Potem w stripowaną kopułę wdarły się myśli o fizyce kwantowej i o tym, że przenika nas na tak cholernym poziomie, że nikt nawet nie przypuszcza, jak to zajebiście działa. Stwierdziłem, że teoria strun i to, że świat wibruje, jest tylko ułamkiem wiedzy. Bo tak naprawdę samo to, że te struny są, nic nie daje i nic nie odkrywa. Ale synergicznie wibrujące z wszystkim, tworzące jeden system i budujące energię złożoną z nieskończoności pomniejszych energii, to dopiero coś! Poczułem, że wiem coś niebanalnego. A nawet to odczuwam- kwantowy rozpierdol bani. Ciężko to opisać. Zresztą, sam niezbyt dobrze znam się na fizyce kwantowej. Ale czułem, jak wszechpotężne są fale. Jak dobrze, że nas tworzą.

Przychodzi Żołądź. Mówi coś, że u nas jebie w pokoju i pyta się, czy mnie zmiotło. Odpowiadam "O kurwa ziomek..."

Kasztan: -Jebnij jeszcze jeden monolog filozoficzny ze wzmianką o tym, jak to jest stać się na chwile prądem, a może zrozumie, hehehe!

Żołądź: - O czym ty do mnie rozmawiasz?

Ja: -A weź, to jest kurwa płomień poznania. Ty nie jesteś gotowy... nie żebym cię podpuszczał, ale nie jesteś, hehe. Odpal tę iskrę bogów!

Żołądź: -Zatańcz se na rzęsach.

Ja:- Mówiłem :D

Żołądź: Hehehehe hehehe!

Ja: A wiesz co? Jak mi walnąłeś ten komin, to się ksztusiłem i myślałem, że mnie jakaś wieża Eiffla pierdolnęła, hahaha!

Żołądź: HEHEHE HEHE! Dobra lecę, nara zjarańcu! HHE EHEHE!

 

Trzecia seria pompek. Bardzo ciężka walka umysłu z ciałem. I następnie szok oddechowy. Siadam... spoglądam wzwyż. I czuję, jakby ktoś szybko pocierał aksamitem czy jakimś innym fajnym materiałem o mój łeb. Wiecie, jak szybko pocieracie, skóra robi się gorąca. I jest takie przyjemne tarcie. Super. Uświadomiłem sobie wtedy, że dotyk może być formą kontaktu z moim wyższym "ja". Gdzieś w duszy przechowuję cząstkę wszechzajebistej zajebistości i jest zajebiście, gdy w zajebisty sposób ona się ujawnia.

 

Kasztan daje mi 3 buchy szluga. Strasznie nie lubię tego smaku, ale efekt na bani, zwłaszcza jak się jest na bani, całkiem wporzo. Zaraz po tym nakurwiam czwartą serię i znany wam myk powodujący zawroty głowy.

Tym razem jest nieco inaczej- wpierw czuję, jakby delikatne dłonie głaskały mnie po głowie, a potem z impetem coś mi wylatuje z przełyku. Nie- nie zarzygałem się :D Po prostu czułem wulkan energii uwalniany z gardła. Przeszywająco wykurwiste uczucie.

Piąta seria- coś też ciekawego poczułem, ale nie pamiętam. A na nagraniu dźwiękowym zasłoniłem pewnie kciukiem mikrofon, bo nic nie słychać XD Na końcu nagrania mówię tylko "Wyszedłem jak chuj z Matrixa", a Kasztan mówi: "To co, jaką pigułę wybierasz? Czerwoną czy niebieską?"

Ja na to: "Od wyjścia jest niebieska, tja? To tę!"- i łykam symbolicznie witaminę D.

 

I dalej niewiele pamiętam, skończyły się wszak nagrania.

Wziąłem prysznic, słuchałem muzyki, przyszły koleżanki i trochę pogadaliśmy, potem zająłem myśli jakimiś mało ważnymi rozkminkami.

Zeszło aż po 4 godzinach, co jednoznacznie mnie utwierdziło, że mentole wydłużają fazę. Dzięki HyperPaluch za radę :D

 

 

Cytaty dnia:

"Ja tu sobie wibruję i kontaktuję się z pokurwionym światem, a wy się będziecie spierać, kto jakiego wysłał komu snapa? Czym jest kurwa spanchat w obliczu wieczności?!"

"Tlen... trzeba rozważyć sprawę, czy może on tworzy zamęt... tlen to kielich, a ci, którzy z niego piją, nie będą żyć na wieki. Ejmen!"

"Przez chwilę wydawało mi się, że nie mam palców u stóp ani nosa. A teraz coś tańczy mi w przełyku."

"Za każdym razem, jak mam kręciołek, czuję, że jestem idealnie na granicy pomiędzy zemdleniem a czymś... byciem czymś... pomiędzy nicością... I chcąc nie chcąc, wyczuwam obecność typowego kosmosu, takiego jak rysują dzieci. A on i tak jest w chuj mały!"

"Im sprawniejsze oczy, tym lepsze kosmosy. Że też kurwa urodziłem się z krótkowzrocznością i zezem, he he heee!"

"Zjedzmy grzybków, to może w końcu zejdziemy z gałęzi."

"Kocham cię jak moi rodzice mojego brata. Tego, którego wyskrobali."

 

 

Tak więc to koniec mojej opowieści o małpie, która zjadła elektryczno-falowego banana. Dokonała się kolejna ważna zmiana w moim życiu- boost doświadczeń. Każdy dzień jest ewolucją. A szczególnie, kiedy doznajesz czegoś nowego.

To do następnego!

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media