Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

dxm + lsd, czyli w pułapce czasu

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Apteka:
Dawkowanie:
540 mg DXM, czyli minimum 7.5mg/kg + 225ug LSD
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Popołudnie, własny pokój, nie mogłem się doczekać :)
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
LSD parę razy do 150ug, DXM (2 plateau), gbl, klefedron, i parę innych.

dxm + lsd, czyli w pułapce czasu

Po tym jak kwaszenie ze znajomymi zostało odwołane, nie mogąc doczekać się kolejnej okazji postanowiłem zarzucić planowane kombo samemu w pokoju. Około godz. 13 połknąłem 18 kapsułek tussidexu, po ok. pół godziny poszedłem rzygnąć. Nie jadłem nic od paru dobrych godzin, więc łatwo poszło. Wróciłem do pokoju, usiadłem na łóżku, dalej czuję źle w brzuchu. Postanowiłem się położyć... nie, nie zdążyłem. Poleciałem z powrotem do kibla, tym razem dex zrobił mi ostrą rozpierduchę w żołądku, musiałem usiąść na kiblu i jednocześnie rzygałem już chyba żółcią, zrobiło mi się tak gorąco, że myślałem że zaczyna się piekło lub dostałem jakiejś egzotycznej choroby. Po dobrych 10-15 minutach męczarni nastał jednak spokój, ulga była niesamowita.

Było już po 14:00. Nie jadłem nic od co najmniej 8h, a wtedy też nie zjadłem za dużo, więc nie mogłem myśleć o niczym innym  - zjadłem trochę płatków na mleku, po czym zarzuciłem półtora kartonika i puściłem muzykę. Psybient już wchodził tak dobrze, czułem jakby moje ciało wsiąkło w łóżko a czas nie istniał.

Po 16:00. Nie zauważyłem nawet, jak kwas zaczął wchodzić - nie było takiej śmiechawy, jak zazwyczaj... A przynajmniej jej nie czułem - tak jak nie czułem swojego ciała, a ja miałem wrażenie że zostałem zamknięty w swoim umyśle. Mój pokój zaczęła wypełniać magia, gdy machnąłem ręką miałem zajebiste powidoki, machałem nimi jakbym mógł w ten sposób rzucać zaklęcia. Czas się rozpływał, miałem wrażenie że muzyka Shpongle nabrała kolejnych wymiarów, zaczęła mnie wypełniać. Nie miałem halucynacji, to, co widziałem, było w środku mojego umysłu, a jednak było takie prawdziwe, jakieś oczy, nie byłem już w swoim pokoju, widziałem tylko kolorowe symbole wewnątrz umysłu. 

Czas przestawał przypominać czerwony dywan po którym całe życie idziemy do przodu, stawał się cienką linią prowadzącą z jednej strony kanionu na drugą po której musiałem chodzić ostrożnie i powoli, by z niej nie spaść. Było przyjemnie do godziny 18:00, za oknem powoli zaczęło się ściemniać, a ja zaczynałem się bać. Chyba zacząłem mieć bad tripa. Zadzwoniłem do bardziej doświadczonej koleżanki aby poprosić o pomoc, ale ona z mojego bełkotu zrozumiała tylko "łaaaaaał". Podróżowałem w czasie, muzyka leciała wolniej i wolniej, aż w końcu się zatrzymała. Utknąłem w jednym z momentów, myślałem że mój pokój przeniósł się w inny wymiar, a ja tu utknąłem w bezczasie... Patrzę na zegarek, kręcę się po pokoju, co zrobić? Spoglądam na zegarek, dalej ta sama godzina. O chuj, to się dzieje naprawdę. Poddałem się podświadomości, uwierzyłem, że muszę się zabić. Poszedłem do kuchni po nóż, ale zatrzymały mnie drzwi, chyba nie umiałem ich otworzyć. Usłyszałem jakiś hałas, pomyślałem - czy to już? Chyba tak. Położyłem się na podłodze i umarłem. Tak leżę i leżę, postanowiłem chociaż doczołgać się z powrotem do laptopa i napisać do doświadczonego znajomego. Ciężko było pisać, ale dałem mu do zrozumienia co się dzieje. Natychmiastowa reakcja uratowała sprawę. Wróciłem do świata żywych, pobawiłem się trochę swoimi magicznymi mocami, a gdy te słabły, dostałem wiadomość, że kwaszenie jednak się odbędzie.

No cóż, nie mogłem wytrzymać już w pokoju, zacząłem się szykować, marnie mi to szło, wziąłem jedynie telefon, słuchawki, klucze, powerbanka i gumy, których podczas tego tripa wyżułem chyba z 10. Wybrałem się po 20:00, szedłem i szedłem, nogi pracowały, choć miałem wrażenie, że się nie przemieszczam. Wsiadłem do tramwaju. Stałem się z nim jednością, czułem jak skręcał całym swoim ciężarem, jak wchodzili i wysiadali ludzie, słyszałem rozmowy a może nawet myśli każdej osoby w środku. Po wyjściu zorientowałem się jaki jestem głupi, nie wziąłem bluzy, zaraz też zgłodniałem i zaczęło mi się chcieć pić, ale w sumie dobrze że wyszedłem, reszta tripa już była lżejsza, a ja zaczynałem wracać do swojego ciała. Resztki kwasu utrzymywały się jeszcze długo, nawet po tym jak już wróciłem do domu nad ranem.

Ogólnie polecam, najlepszy trip jakiego w życiu miałem, jednak nie wiem czy zdecyduję się powtórzyć tę kombinację - może kiedyś, jak już znacznie lepiej poznam stany po DXM i LSD osobno w wyższych dawkach. 

Komentarze mile widziane :)

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media