Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wykaburka zza pantymratu, czyli podejrzanie krzywa jazda (kazik)

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Apteka:
Dawkowanie:
18.25 [0:00h] jeden kartonik "Hoffmann na rowerze", zleżany przez rok w lodówce.
21.25 [3:00h] dwa aviomariny na skontrowanie odruchu wymiotnego, trzy lecytynki na poprawę upośledzonej na DXM pamięci krótkotrwałej (pomogło, pamiętam sporo!).
22:00 [3:35h] 600 mg DXM.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Setting: dosyć nietypowy – pusty pokój "jedynka" w hotelu w Lyonie, dookoła tylko łóżko, TV, łazienka.
Set: pozytywny, chęć nagrodzenia się po dwóch tygodniach intensywnej pracy, chociaż w momencie łuskania tabletek z blistra odruchy wymiotne i wahanie.
Doświadczenie:
solidne (>50 razy): alkohol, THC, DXM, N2O, kofeina.
umiarkowane (5 – 50 razy): grzybki łysiczki (mniam!), LSD, salvia, efedryna.
niewielkie (<5 razy): meskalina (San Pedro, 2x), AMT (dostałem próbkę, rozczarowanie, 4x), LSA (nuda), MDMA (raz na spróbowanie), dimenhydrynat (avio) (raz na spróbowanie).

wykaburka zza pantymratu, czyli podejrzanie krzywa jazda (kazik)

14.11.2008

Timing: było to w okolicach marca 2008.

Delegacja do Francji, trzy tygodnie zawalone dosyć mocno pracą z wypełnionymi na ogół winem wieczorami w hotelu. Po dwóch tygodniach wiadomo już, że wszystko poszło jak trzeba, teraz dwa dni laby, jest chwila na planowane od dawna odklejenie się od rzeczywistości. Planowane od dawna, bo na starość częstotliwość zażywania podstawowego odklejacza – DXM spadła z raz na miesiąc do raz na rok, góra raz na pół roku. Takie życie – żona, praca, odpowiedzialność, trudności ze zdobyciem meliny i inne takie ciężkie sprawy (ale nie narzekam, coś za coś). Pielęgnowany od jakiegoś czasu (prawie rok), czekający spokojnie w lodówce ostatni kwas. Deksowa tolerancja? Trudno powiedzieć – niby przez ostatnie pięć lat podgryzałem pana deksa góra piętnaście razy, ale za dawnych dni, niestety, odczuwałem pełną zjebaność słynnego “50 trip limit”, gdzie kolorów już nie ma, a jazdy stają się puste i rozczarowujące.

Wyjście z pracy, szybkie piwo, co za miła odmiana po winie. Zjazd do hotelu, nie mam ochoty na obiad, podgryzam paczkę chipsów, po czym ze złotka odwijam kwasa i z lubością wkładam do ust. Gorzki, kurwa; ten kto mówi, że gorzkie kartony to DOC albo inne BrDF ten bredzi, oto modelowy przykład LSD okraszonego wytrawną goryczką farby drukarskiej. 20 minut później połykam rozmemłane resztki, zapijam piwkiem. W telewizji Harry Potter po francusku, czym oni katują te dzieci na miłość boską. Godzinka gry w stare, dobre Diablo, wracają wspomnienia sprzed, na oko, ośmiu lat, ach studenckie lata. Coś ten kwas zwietrzały chyba, nie zapadam się do gierki, a miałem na to nadzieję. Światła mienią się, ale jak po połówce. Nie wykluczam, że przez rok zwietrzał trochę. Na zegarze dwie godziny od zjedzenia, trochę się chyba rozkręca. Oddałbym pół wypłaty za gram palenia, bez kitu. Przez dwa tygodnie nie myślałem o trawie ani razu, czyli w nałogu nie jestem, ale teraz, do psychodelika przydałby się podkład, no kurwa jego mać (pierdolona). Nic to. Zamiast tego szybka kupa i bardzo przyjemne poczesanie przed lustrem. Gap się w lustro, nic tak nie nakręca. Rzeczywiście – twarz ma morfuje się w pozaziemskie istoty, klaunów i downów, psychopatów, dobrotliwych czarodziejów i (głównie) jaszczuropodobne stwory z przyszłości. Dobry kwadrans przed lustrem płynę, zadowolony. Bardziej robi jednak niż połówka, o to mi chodziło. Piwo podejrzanie niesmaczne, czy to ten kwas, czy Francuzi nawet zaimportować browca nie potrafią?

Dochodzi do mnie trudna myśl, że niedługo trzeba będzie zjeść tego deksa. Połykam dwa aviomariny, celując z deksem za pół godziny, w okrągłą 22.00. Spoglądając jednym okiem na pierwsze oznaki romansu Harry'ego i Hermiony prowadzę wewnętrzną walkę. Dobrze wiem, co się będzie działo jak zjem te 40 tabletek, może nie chcę tego robić? Na sam ich widok odrzuca mnie, moje ego wie, że musi się bronić. Coś mi jednak podpowiada – długo takiej okazji nie będzie, a jeszcze kwasa masz na karku, warto lepiej zbadać tę kombinację (raz już testowałem, ale to był deks na ledwo zjeździe kwasowym). Idę na kompromis i na razie wyłuskuję te małe skurwiele, wsypując je do kieliszka, żeby tuż przed zażyciem nie dostawać na czaszkę tym łuskaniem i myślą, że mam zaraz wpierdolić 40-krotną dawkę jakiegoś lekarstwa. Kurwa, deks w spirytusie, rozcieńczony do wódki był łatwiejszy, bach jeden kielon, guma do żucia albo Werthers original na skontrowanie smaku. Teraz sam jestem dziadkiem.

Dochodzi 22.00, nie ma co frajerzyć, łykam wszystko na trzy szybkie razy zapite trzema mega-łykami piwka. Nie ma odwrotu, nie ma wyjścia, nie ma. Wprawnie organizuję się – discman z Shulmanem, Entheogenickiem i Shponglem (na starość przekonałem się do młodzieżowej muzy, ale tylko do deksa), na laptopie – na wszelki wypadek Pink Floyd, Sierżant Pieprz, Doorsi i Jefferson Airplane, gdyby miało mnie wziąć na nostalgię, pościelone łóżko – mój statek kosmiczny. Brakuje miski przy łóżku, bardzo ważnego deksowego atrybutu. Trudno, mają ci w hotelu garnek, wystarczy mi garnek. Kurwa, znowu by się palenie przydało, pomaga ogarnąć nudności. Nie ma palenia, trudno. Ale by się przydało.

22:20, na żołądku powoli buduje się ciężar, Harry Potter kończy się, przenoszę się na łóżko, gotowy w każdej chwili zgasić światło i startować. Kwas zdaje się u szczytu. Nagłe ciśnienie na dowysranie się, czemu akurat teraz? No nic, wiele dobrych faz rozpoczęło się na kiblu. Przybyłem, wysrałem, zwyciężyłem. Siadając na łóżko czuję, że będzie ciężko, w głowie kołacze się myśl o garnku stojącym koło łóżka. Wyłączam telewizor, nerwowym ruchem szukam światła, wcześniej jeszcze włączając play na discmanie. Słuchawki na uszy.

Nadleciał nagle, nie wiadomo skąd. Zdradliwy helikopter, jak po połówce rumu, zaatakował z całą mocą, wspomagany ciężką artylerią w żołądku. Negocjujemy rozejm, porzygam się, ale tylko delikatnie. Dwa szybkie strzały treścią żołądkową do garnka. Pamiętam, że zawsze jak już dochodziło do pawia na deksie, to radość sprawiało oddanie naturze wszystkiego, szybki, maksymalny wyrzyg, po którym zostaje co prawda świadomość, że lot skróci się do jednej trzeciej, ale chociaż ta lekkość, ona wynagrodzi wszystko. Dziś jednak wiem, że tu cienkie ściany są. Telewizor od sąsiadów słychać bez kłopotu, moje głośne wyrzygi na pewno też. Toteż staram się delikatnie, dyskretnie ulewać do garnka, jak niemowlę, nie pozwalam sobie na oczyszczenie ciała jak po ayahuasce. Po trzech razach odstawiam garnek i dziarsko staram się utrzymać resztę.

Energia. Generowane muzyką strumienie energii pędzą przed moimi oczami, a raczej przed oczyma duszy mojej, bo oglądam przestrzeń umysłem, nie jakimiś prymitywnymi optycznymi mechanizmami. Płaszczyzna astralna, dawno mnie tu nie było. Dzisiaj jakoś bardziej kolorowa, nie tylko moja energia tu płynie wartkim strumieniem, widzę wiele przecinających i mijających się lotów-wstęg. “Oddychaj, głupcze” - przypomina mi się najważniejsza mantra psychonauty i oddycham. Lepiej, od razu lepiej. Oddycham z całej siły, ciężar na żołądku ustępuje, energie nabierają powera i kolorów zarazem. Dysocjacja, energetyczne szczęście. Czuję absolut, to właśnie jest nirwana – pierwsza myśl. Czuję też smak wymiocin w nosie – to druga, kontrująca nieco tę pierwszą. Staram się rozwiązać wewnętrzny dysonans między tymi dwiema. Czy to głębsze poznanie wszechświata, zajrzenie pod podszewkę rzeczywistości, czy może tylko zwykłe zatrucie przedawkowanym lekiem, przyziemne ćpanko? Helikopter powraca znienacka, jeszcze dwa strzały do garnka. Teraz będzie już dobrze.

Oddychaj, oddycham. Kto powiedział “oddychaj”? Ja powiedziałem. On powiedział. Pomyślał, że powiedział. Uuu, dysocjuję ostro. On dysocjuje. Myśli zaczynają gnać. Każda myśl ciągnie za sobą myśl związaną z tą poprzednią, ale nie tak naturalnie, że ta następna wynika z poprzedniej, tylko każda kolejna kwestionuje tę poprzednią. Coraz więcej myśli przybiera formę “czy ta poprzednia myśl była właściwa”? “Czy weryfikując tą myślą poprzednią myśl, również weryfikuję jeszcze poprzednią, czy też, przez zaprzeczenie zaprzeczenia, się z nią zgadzam”? Czy myśl o myśli to też myśl czy już myślomyśl? “Kombinujesz”, mówi mi w myślach głos znajomej osoby. “Szukasz, to dobrze” - dodaje. To, co on mówi wizualizuje się jako czerwono-czarne schodki, trybiki w ogromnych, dosyć strasznych zębatkach. “Czemu ty, czemu ciebie widzę”, pytam w myślach. “Każdy wizualizuje kogoś, każdy dyskutuje z kimś na pewnym poziomie, każdy kogoś na fazie w głowie ma”. Znowu pętle. Myśli, które dotyczą poprzednich myśli, wpadam w jakieś szablony myślenia. Każdy z nich kończy się tym, że zdaję sobie sprawę z tego, że to szablon. Wtedy znajoma osoba kiwa palcem i mówi “widzisz? znowu!”, czuję się instruowany jak Beatrix przez Pai Meia, uczę się pokory, jak uczniowie Sokratesa. Wymiotuję, ale nie jest to takie nieprzyjemne. Pierwszy raz rzygam na astralu, fajnie, bo tak po cichu i tak energetycznie. O kurwa, mam na uszach słuchawki, może ja hałasuję? Zrywam słuchawki z uszu i brutalnie wracam na Ziemię. Rzyganie tutaj, nawet jak po raz ostatni, jest bardziej prozaiczne, chamskie wręcz. Ostawiam garnek z ulgą.

Symbole. Poprzednie zniknęło, jestem teraz w rozległej przestrzeni, a przed moim mózgiem wyświetlają się symbole. Mnóstwo ich i pędzą. Litery, znaki, operatory, cyfry, symbole nieznanych języków. Nie chcą się zatrzymać, gorzej, przyspieszają. Myśli, emocje, wszystko składa się z tych symboli, które przyspieszają coraz bardziej. Czy kwas do deksa to był dobry pomysł, może trzeba było zjeść pół – nagła trzeźwa realizacja. Symbole, oprócz pędzenia dookoła zaczynają skręcać, mieszać się. Wszystko mi się pomiesza, zgłupieję i zwariuję. Przetasuje mi się w głowie tak, że się nie pozbieram. Gdybym palił, już bym oszalał. Wkrada się panika, tego się nie spodziewałem. Szybki ruch ręką do światła, baaaam, jestem z powrotem w pokoju. Żołnierz nie ucieka, a jednak w tej sytuacji...

Muszę się ogarnąć, czemu te myśli tak pędzą? No tak, kwas i deks mają mnie w szponach, potworna synergia. Do łazienki, przemyć mordę wodą. Zagubiam się między łazienką a pokojem, przy zapalonym świetle. Czuję petlę myśli, które w sprzężeniu nakręcają się coraz bardziej. Tak wygląda szaleństwo, tak mają ludzie, którzy nie mogą znieść swoich myśli. Co teraz, co teraz, cocococococo? Tyle tych myśli, że słyszę w uszach (w mózgu?) jak hałasują – szumią, buczą, bzyczą. Wyrywam się jakoś z tej pętli, wracam na łóżko. Boję się zgasić światło, mimo że na deksie razi, nie lubię. Hałasy na korytarzu. Zbiegają się ludzie. Tupot nóg, krzyki. Czemu one się powtarzają, jak zapętlona taśma? Aha, już przez to przechodziłem lata temu, to halucynacja słuchowa, nie ma tego. Avio? Faktycznie, to nie może się dziać, krzyki nie zapętlają się tak. Skontruję je Shulmanem, słuchawki na uszy, zgasić światło.

Znowu myśl i anty-myśl. Pętle i spirale myśli. Nagła, jak obuchem, realizacja – pradziadek mówiący do mnie jako trzyletniego szczyla “i ten stary wiarus powiedział ... (tu nie pamiętam co, ale była tam jakaś treść), po czym wyzionął ducha”. Wow, ale potężne ostatnie słowa, o kurwa, ale strzał, wiarus rules. Czuję, fizycznie czuję, jak dusza wiarusa, bez ciała pewnie ze 100 lat, doznaje ukojenia, że jego przesłanie pozostało na wieki. Czuję, fizycznie czuję, jak kilka dusz innych osób “odwraca się i przygląda”, kontemplując powagę tej sytuacji, jak to dzięki przypadkowemu naćpaniu się odkryłem na nowo zapomniane już słowa, przekazane mi wiele lat temu przez nieżyjącego już pradziadka, przekazane mu przez nieżyjącego wiarusa. Nagle kolejna realizacja, dosyć nieprzyjemna, zważywszy że obserwuje mnie w astralu kilka dusz nieznanych mi osób – co ten wiarus, kurwa, powiedział, bo przez tego deksa mi umknęło? Powiedział, że co? Sytuacja staje się niezręczna, mało powiedziane. Szczęście wiarusa pryska, dusze krzywią się, tchną we mnie swoją pogardą, spierdoliłeś, stary, książkową wręcz sytuację. Tak nam kurwa było dobrze, a ty, jednym ruchem spierdoliłeś to. Szybkimi krokami (właściwie obrotami) wkręca mi się trip na “zawiodłeś, zią”. Muzyka cichnie, w głowie tylko jedna myśl – to była twoja szansa, ale źle postąpiłeś, wybrałeś źle, dupy dałeś, znooooowu. To już koniec, piekło, piekło, piekłooooo! Oooo, sądu ostatecznego, do tego z wyrokiem “winny”, się tu nie spodziewałem. Pamiętam jednak ten lot z poprzednich jazd, ze dwa-trzy razy w ciągu dziesięciu lat już tu byłem. Za każdym razem obiecywałem, że to (nie konkretnie ten wiarus, ale coś-tam innego) się więcej nie powtórzy i dawano mi kolejną, zawsze ostatnią, szansę. Teraz jej nie dostanę, to już koniec. Zapal światło, zapal światło, uciekaj z tego lotu – jedyna trzeźwa myśl. “Hahahaha, tak łatwo nie uciekniesz” nagły głos wali we mnie jak uderzenie pioruna. Możesz się tu rzucać jak ryba we wiaderku, MY wydobędziemy cię zewsząd. Przebłysk, że jako szkrab mały chciałem tak uciekać, ale mnie wyjmowano “jak za szelki” i nigdy nie dało się uciec. Heavy. Sięgnąłem do światła i pomogło. Szybki powrót z tego złego miejsca, jestem w pokoju. Zaraz, kto mi wyjął słuchawki? Pobędę przy zapalonym świetle. On pobędzie. Aha, znowu ta trzeciosobowość. “Pacjent wstał. Pacjent podszedł do biurka i rozejrzał się”. Głosy w mojej głowie mówią mi, co robię. Co on robi. Beka, zaciekawienie. Skąd ja to znam? Aaaa, szałwia przecież robi tak. Schizofrenia robi tak też, ponoć. “Pacjent zdał sobie sprawę”. Drapię się po głowie. “Pacjent podrapał się po głowie”. Ale jajca, dotychczas myślałem że takie zwykłe podróże po astralu to jest “ego loss”, ale teraz moje ego jest na bardzo dalekich wakacjach, dalszych. Silne skojarzenie z plateau sigma, chociaż nigdy tam nie byłem. Czy tak jest tam właśnie? Minuta na ogarnięcie się, gaszę światło. Zanim zgasło jeszcze jedna istotna realizacja – przecież ja nigdy pradziadka swojego nie poznałem – umarł (wszyscy czterej) zanim się urodziłem. Czyli fałszywka – ale jaka realna – panocku.

Znowu te pierdolone symbole, ale chociaż jestem w znajomym astralu. Pędzą, zakręcają, łączą się we wzory. Taktaktaktaktak, mózg nie może odpoczywać, mózg musi przeliczać, mózg musi działać, pracować, zapętlać. Nie licz na pustkę, trzeba przetwarzać, pędzić, informacje obrabiać, brabiać, biać... do bitu trzeba synchronizować, taktować, sto operacji na minutę, tysiąc, napierdaaaalaj! Strach, że więcej niż kwadrans tego nie wytrzymam, przepalą mi się obwody. Szukam światła, nie mogę znaleźć. Macam dookoła, co tu jest ścianą, co drzwiami, co biurkiem. Jedna moja ręka napotyka na coś, druga w tym samym czasie na włącznik. Pierwszą szarpię, drugą włączam światło. Robi się jasno, w pierwszej ręce trzymam wyjęty z drzwi klucz. Trzymam w ręku klucz, znalazłem klucz, uuu, kapitalny kawałek symbolizmu, godny Żeromskiego Stefana. Gaszę światło, zapadam.

Opada kurtyna, nagły zjazd o poziom niżej. Aha, znam to uczucie, jedna warstwa deksa mniej, koniec hardkoru. Yep, podróże w straszne miejsca będę miał z głowy. Koniec DXM, zaczyna się DXO (albo koniec działania na receptory sigma, zaczyna się NMDA, nigdy nie wiem, ale znam dobrze ten efekt, powrót o krok w kierunku rzeczywistości) to już będzie miły lajcik. Taaak, jestem na wysokim drugim plateau, takim skwaszonym, ale koniec tych strasznych sigmowych lotów.

Niby lajcik, ale jednak lecę ostro. W oddali widzę sylwetki. To Bill i Ironia, mówi mi głos. Skąd ten pomysł? Nie wiem. Zmiana scenerii. W głowie dziwne słowa. Pantymrat. Wykaburka. Wykaburka jeden, wykaburka dwa. Za pantymratem, zza pantymratu. Skąd ja znam te słowa? Gdzie to już było? Aha, przedszkole. Wyliczam w głowie w szatni przedszkolnej “wykaburka jeden, wykaburka dwa, wykaburka jeden, wykaburka dwa”. Siedzę przy stoliku w przedszkolu, koleżanka pokrzykuje “nie zgapiaj!” i zasłania rękami swój rysunek. Wykaburka jeden, dwa. Małe szczyle biegają, grają w jakąś zabawę. “Nie liczy się, proszę pani, nie liczy się, skucha!”. Pantymrat, pamiętaj za pantymratem, sięgnij za pantymrat, pantymrat! Co to jest pantymrat, to coś ważnego, co to jest? Mam cztery lata, pantymrat chyba jest za boazerią. Tam albo mieszka pantymrat, albo tam się wchodzi do pantymratu. Nagle bammm, realizacja, ale taka gromka że aż się ciepło zrobiło, adrenalina i w ogóle. Mam trzy lata i mama mówi do mnie “Kaziu, zapamiętaj co powiem teraz, to bardzo ważne, zapamiętaj koniecznie. Jeśli kiedyś pomyślisz za dużo o pantymratach, przyśnią ci się pantymraty, musisz sobie przypomnieć moje słowa teraz. Musisz wtedy z całej siły otworzyć oczy, musisz mocno uszczypnąć się w rękę, wtedy wrócisz”. Pamiętam, mamo pamiętam! Przecież... jak byłem mały wyłączałem się z rzeczywistości, fantazjowałem o pantymratach, to było słowo-klucz, które oznaczało schizofreniczno-katatoniczną ucieczkę, wyskoczenie z rzeczywistości do świata swoich myśli. Lekarze powiedzieli, że pantymraty to synonim ucieczki, że muszę wyleczyć się z pantymratów, żeby wrócić do rzeczywistości. Matka własna przekazywała mi sposób na powrót, gdybym kiedyś, na skutek nawrotu schizofrenio-katatonii, zajrzał do pantymratów znowu. Baaaammmm, przecież to jest realizacja, którą miałem już kilka razy na deksie, tylko zawsze mi umknęła, kurwa, kurwa, trzeba to zapisać, trzeba to zapamiętać, bo umknie, bo umknie, szybko! Dwadzieścia pięć lat mi zajęło, żeby sobie to przypomnieć! Światło, długopis, zapisać. Ale co zapisać, do kurwy nędzy. Jakie katatoniczne wyłączanie się? Przecież ja się nigdzie nie wyłączałem, pamiętam swoje dzieciństwo. Nie uciekałem w żadne schizofreniczne pantymraty. Kurwa, fałszywka. Tak realna fałszywa realizacja, skąd ja to znam? Jasne, z N2O to znam. Sto razy doświadczałem tego uczucia, gdzie doznajesz nagłego oświecenia, boskiej niemal realizacji, a po pół minuty szybciutko wszystko pryska, czujesz jak ta myśl ucieka, gubi się, staje się abstrakcyjna, traci sens, obraca się w bezsens, wreszcie – trzeźwiejąc – czujesz, że to – niestety – bzdura była. A taka przekonująca była, hamerykańska, można było na niej religię nową oprzeć, nauczać tego, ale nie ma, nie ma, fałszywka. Pantymrat – fałszywka. Nie wpadałem w dzieciństwie w katatonię, mama nigdy nie przestrzegała, wszystko fałszywka. Dobrze, że nie zdążyłem jej SMSa napisać, że o pierwszej w nocy znalazłem pantymraty, bym się musiał tłumaczyć.

Gaszę światło, nie zdążyłem odpauzować discmana, zanim nastąpił rzut psychą w inne miejsce. Najtrudniejsze loty robią się jak zabraknie muzy. Znowu jestem dwu-trzyletnim szczylem. Coś się zaraz stanie. W całym ciele buduje się napięcie, zdaję sobie sprawę, że zaraz przeżyję ponownie jakieś traumatyczne doświadczenie, mam nadzieję że nie własny poród (wtedy mi nie było do śmiechu). Czuję, jak zbliżam się do rdzenia tej trudnej, zepchniętej do podświadomości sytuacji, która teraz może wypłynąć dzięki psycholeptykom, które zażyłem. Emocje zamieniają się w dźwięki i wszystko zwalnia, kręci się powoli jak szałwiowe tryby. Jestem jednocześnie tam-i-wtedy i tu-i-teraz. Trzeźwa myśl tutaj mówi, “dawaj, domykaj gestalt, po to tu jesteś, przekraczaj traumę, będzie z głowy, domykaj gestalt”, emocje z tam-i-wtedy to głównie strach i niepewność. Czuję fizycznie ból psychiczny, emocjonalny. Bolą mnie myśli, bez jaj, wykonują się klatka po klatce. Chyba mi się ten gestalt nie domknął, bo nawet sobie nie przypomniałem co przeżywam na nowo. Nikt mnie w dzieciństwie nie zgwałcił, wypadku żadnego nie przeżyłem, nikt bliski mi nie umarł, więc za bardzo nie wiem o co kaman, ale przez moment było strasznie. Fałszywka?

Dalej słowa, wykaburka jeden, wykaburka dwa, wyliczanki, jakieś dziecięce gaworzenie. Czekodacze, koczaczaczababa, poraskuwka, dwulatek zaszyty we mnie napierdala słowami, gaworzy, wokalizuje, odpierdala jazzową papaję w najlepsze. Niech mu będzie. Te słowa się przypominają sprzed tysięcy dni, czy to dwulatek we mnie generuje nowe? Chyba to drugie, po dwudniowym namyśle nie przypominam sobie, żeby któreś z nich (zapisałem je) było naprawdę. Nie było nigdy pantymratów, wykaburki i czekodaczy, zmyśliłem je tu i teraz, pchany elesdeksem. Być może jak odłączymy wyższe funkcje mózgu, do głosu dochodzi najpierw bestia-jaszczur-zwierzę-pies-mojej-psyche (czułem tę rdzenną bestię doskonale w pierwszych, chaotycznych etapach fazy, gdy ego było na wakacjach – oddychała ciężko i kombinowała jak przeżyć za wszelką cenę), a potem dzidzia, która jest w każdym z nas i chce pogaworzyć. Moja dzidzia gaworzyła, ale wcześniej nigdy mi się to nie zdarzyło.

Lot uspokaja się, jestem na niskim drugim plateau, z odcieniem wyczerpującego się kwasa i solidną nutą tolerancji. Muzyka nie generuje żadnych CEVów, w ogóle od godziny już nie halucynuję. Kompletna pustka przed oczami, to przypomina mi tolerancję, tak się objawiała tolerancja. Tak też objawia się porzyganie na początku tripa, to by się zgadzało. Czuję jeszcze kwasowe wyspidowanie, dobre parę godzin nie zasnę, ale z fazy zostały tylko komponenty psychologiczne, echo wczesnego dzieciństwa, piaskownica, przedszkole, zerówka, pierwsza klasa. Dziewczyny grają w gumę, a chłopcy strzelają do siebie z pistoletów-patyków. Spada kolejna zasłona, to już pierwsze plateau. Zjadam dwa aviomariny na sen, zazdroszcząc tym, którzy mają dostęp do benzodiazepin i usypiają gładko. Mijają dwie godziny, w trakcie których na zmianę oglądam francuskie reklamy w TV, napierdalam pompki żeby rozładować wewnętrznego spida i w znudzeniu słucham Entheogenicka, zapadając w letarg, który zastępuje mi sen. O szóstej usypiam, i tak niezły wyczyn.

Ostatnie dwie realizacje (“posłowie”) – pierwsza, (chyba Bob Wallace kiedyś to powiedział) że jesteśmy tylko zbiorem obwodów – mechanizmów, które dbają o różne aspekty naszego życia, na które (to przykre) składa się głównie przeżycie i reprodukcja, a różne psychomimetyki pobudzają różne obwody – zadowolenia, nagrody, poczucia władzy, itp. Dość solidnie doświadczyłem dziś podobieństw między znanymi mi dysocjantami – DXM, szałwią i N2O (proszę zaprosić mnie kiedyś na ketaminę, kto posiada ), czułem jaskrawie, że pobudzają te same obwody (szałwia może ciut inaczej) – pierwszy raz mi się zdarzyło, że deks aż tak posmerał mnie w obwód “masz to, odkryłeś, zrozumiałeś, posiadłeś wiedzę” – wcześniej znałem to tylko z N2O, czułem też “trzeciosobowe” podobieństwa między szałwią a DXM (i schizofrenią). Druga realizacja – że takie krzywe loty już ze trzy-cztery razy na przestrzeni dziesięciu lat mi się zdarzyły. Zamiast przyjemnego podziwiania CEVów, płynąc w astralu przy dźwiękach Pink Floyd, podkwaszonym głosie Syda Barretta i snucia teorii o Wszechświecie, bycie i absolucie, takie właśnie niespodziewane wytarganie, wymięcie i wyżęcie przez pana deksa – jak śpiewa poeta “czy to szczęście, czy za karę”? Też tak macie?

Ocena: 

Odpowiedzi

Wspaniale, podkreślam - wspaniale, że ten raport się tu znalazł. Czytałem go jakiś czas temu, nie wiem gdzie i nie mogłem więcej znaleźć. Co ciekawe - wykaburki tak wpłynęły na mój mózg, że radosne dadaistyczne spontaniczne słowotwórstwo zaczęło nawiedzać mnie w moich tripach (i zwykle jest dla mnie oznaką, że jest bardzo mocno!) - wcześniej tego nie miałem.

A i przepraszam, zapomniałem dodać, fantastyczny styl. Cudowne poczucie humoru. Minąłeś się chyba z powołaniem.

Wciągające. Powracają wspomnienia krzywych faz. Co ciekawe badtripy zawsze lepiej się czyta.

Również uważam, że wciągające. Jeden z najlepszych raportów.  Niektórzy to mają tutaj niesamowite zdolności, nie łatwo jest opisać coś tak wielkiego, bo nie wiem jak to nazwać. Żadych zastrzeżeń, świetne, świetne, świetne!

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media