Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

bangarang.

detale

Substancja wiodąca:
Apteka:
Dawkowanie:
750mg
Rodzaj przeżycia:
Wiek:
18 lat

raporty fragmentynietoperza

bangarang.

Swoją przygodę z dxm zaczęłam od Dexy. 10 tabletek, wchodziło 2 godziny. Efekt był ok, ale lekko wymuszony. Dwa dni potem zakupiłam Acodin. Wzięłam całą paczkę, czyli 30 tabletek. Wchodziło ponad 2 godziny. Było świetnie, ale nie zajebiście.

Na piątek miałam dwie paczki Acodinu. Chciałam doświadczyć czegoś zajebistego, kompletnie odpłynąć.

Koło 20:15 zaczęłam brać Acodin. Na początku wzięłam 45, dopełniłam jednak tymi 5 i wyszło 50. Poszłam się umyć (godzina 20:30), z myślą, że skoro i tak łapie mnie dwie godziny, to spokojnie to zrobię. Niestety zaczęło mnie łapać w trakcie kąpieli. Obraz powoli zaczął pływać. Spłukując szampon ze swoich włosów mam zamknięte oczy, ale jednak ja widzę siebie z drugiej strony jak spłukuję je. Nie wiem jak to opisać, nie wiem jak to nazwać.

Wyszłam, szybko się wytarłam, wzięłam swoją mp3 i poszłam do łóżka leżeć. w łóżku już na pewno byłam o 21:00. Na początku było fajnie. Mierzyłam długość ręki, byłam wystawna jak Jagiellonka, w pewnym momencie wydawało mi się, że zaraz osiągnę orgazm. Puściłam Skrillexa. Odpłynęłam w kosmos, podróżowałam po orbicie. Normalnie rozmawiałam z Kubą na skypie, ale wtedy jakoś nie miałam ochoty rozmawiać z nikim. Koło 21:25 poczułam pewien niepokój. Jakiś głos w mojej głowie mówił, że doznałam objawienia i że jestem w ostatniej fazie, że mam wziąć resztę tabletek, bo zostało mi ich jeszcze 10. W dodaku światło również mi nie dawało spokoju, bo było włączone. Nie wzięłam ani ostatnich 10, ani nie zgasiłam światła. Kuba wspierał mnie i mówił, że mam nie brać. Posłuchałam go.

W którymś momencie poczułam się również jak Witkacy, nie wiem dlaczego akurat jak on. Telefon mi się niezmiernie oddalał. Już doznawałam lekkich zmian widzenia. Świat podzielił mi się na trzy - tak pisałam. Po prostu widziałam potrójnie pokój przez co patrzyłam na wszystko jednym okiem. Około 21:34 zaczęłam się trząść, nie pamiętam, że cała, chyba tylko nogi. Włączyłam ponownie Skrillexa, spokojnie ułożyłam się w łóżku i odpłynęłam. Gdy tak sobie wirowałam, muzyka przestała grać, usłyszałam potwornie straszny dźwięk, głos mi mówił, że umieram i ogarnął mnie "magnetyczny" dreszcz. Wystraszyłam się nie na żarty. Wszystko trwało bardzo szybko, ale dla mnie to ciągnęło się godzinami. Dlatego zdziwieniem jest dla mnie, że teraz, gdy patrzę na archiwum, to już o 21:35 pisałam do Kuby, aby do mnie zadzwonił do mnie, bo coś się złego dzieje.

Nie pamiętam samego momentu odebrania telefonu, ani co mówiłam, ani co Kuba mówił. Film mi wraca, wtedy kiedy wstaję z łóżka. Och, obraz mi wraca. Wstałam, włączyłam komputer mówiąc Kubie, że muszę puścić chyba bajkę. Wracam do łóżka, tu film mi się urywa znów i pamiętam tylko, że mówię "Nie pamiętam po co do mnie zadzwoniłeś, ale chyba coś się stało, skoro to zrobiłeś". Opowiadam mu o tym jak byłam na bilansie i różnych rzecza. Film mi się znów urywa i pamiętam tylko "to Dida śpi?". Nic więcej. Siedzę całymi godzinami w moim odczuciu (a tak naprawdę niecałą? godzinę) w bezruchu na rogu łóżka i oglądam bajkę. Odpłynięcie kompletnie, nie panuję nad sobą, nic nie mogę powiedzieć, ale udaje mi się coś wybrzdąkać. Uspokaja mnie pisanie Kuby na klawiaturze. Nie musi ze mną rozmawiać. Muszę mieć tylko tę świadomość, że on jest ze mną i tyle. Kilka razy odzywa się do mnie moje prawdziwe ja. Uspokajam się, że to tylko tabletki, nic więcej, że wszystko jest urojone. Doświadczam halucynacji. Widzę swojego kota, mimo, że on jest w drugiej części domu. Widzę jak siedzi na półce, która jest w przedpokoju, a przecież ja do cholery jestem w SWOIM pokoju. Znów zaczynam się cała trząść. Znów nie z zimna. Kuba mi opowiada o różnych rzeczach, nie wiem o czym. Patrzę w telewizor. Leci Fineasz i Ferb. Nie pamiętam jaki odcinek. Dźwięk był taki inny, okropnie straszny. Zaczynam płakać, chcę aby to się już skończyło, myślę, że umieram. Zawsze chciałam umrzeć, ale teraz pragnę żyć jak nikt inny. Kilka razy do głowy mi przychodzi pójście do matki i powiedzenie jej co i jak,  że chcę do szpitala, chcę pomocy. Mówię o tym Kubie, a on odpowiada te swoje słynne "Jeszcze trochę, zaraz przejdzie". Siedzimy jeszcze, "rozmawiamy". Kończy się bajka. Oznajmiam Kubie, że idę do mamy spać. Pójście do jej pokoju było koszmarem. Nie chodziłam jak robot, czułam się jak dzwonnik z Notre-Dame. Kroki były ciężkie, szłam zgarbiona. Patrzę jeszcze w lustro na przedpokoju, chcę sprawdzić swoje źrenice. Istny supernatural.

Jest chyba godzina 22:30. Kładę się do łóżka, obok mojej mamy. Zamykam oczy i staram się zasnąć. Niestety nie wiem czy śpię, czy co.

Przy mamie czuję się bezpieczna, wyobrażam sobie ją jako supermena, który mnie obroni przed wszystkim. Najbardziej jestem szczęśliwa, gdy chrapie. To "ich" odstrasza.

 Wcześniej grałam w jakąś dziecinną grę w ubieranie dziewczyn. Teraz ja sama jestem w grze. To jest nawet przyjemne, do czasu.

Gdy tak "śpię", budzę się koło godziny 4:00. Znów słyszę ten koszmarny dźwięk i dostanę "magnetycznego" dreszczu. Widzę ją, kobieta w czerni. To na pewno ona wszystko to powoduje. Znów zaczynam się cała trząść, ale moja mama "Supermen" obrania mnie. Tulę się do niej i tym razem na pewno zasypiam.

Cała faza schodzi ze mnie dopiero dziś, w niedzielę.

Niewiele do mnie dociera mimo wszystko z tamtej pamiętnej nocy, niewyjaśnione zagadki wszechświata. To, co było dla mnie wtedy czymś do nieprzeżycia, teraz jest intrygujące, pociągające. Doznałam kilku również „objawień” i w dodatku czuję się jak wybraniec. Polubiłam siebie, polubiłam swoje ciało, charakter. Nie chcę też umierać. Życie w gruncie rzeczy jest fajne.

Pozostałością z całego zdarzenia jest ciągłe trzęsienie się dłoni. Nóg chyba też, ale nie wiem, może to urojone. 

Ocena: 

Odpowiedzi

Proponuję dorosnąć przed przygodą z dragami i nie brać niczego kiedy rodzice w domu

Żeby bawić się DXM, to trzeba być samemu, bo nasze zachowanie jest nieprzewidywalne. Twoja dawka była o wiele za duża- Ja osobiście boję się efektów po 450mg, no chyba że jesteś jakimś tłuściochem typu American Burger.

DXM również wg. tego tripu nie jest dla ciebie, bo wogóle nie wiesz o co chodzi w jego działaniu, a efekty jakich oczekujesz to najzwyklejsze upojenie aloholowe. W dodatku to nie byl Bad Trip, tylko nie umiesz jego ambitnie wykorzystać

Bajo 

Niektórzy niezbyt duzi osobnicy zarzucają po 900mg - kwestia osoby ; ]

Moim zdaniem 50 tabletek Acodinu, nie jest za dużą ilością. Mam praktykę z tym od kilku lat. Zaczynałem w wieku "x:)" od całej paczki. Wiem po sobie co jestem w stanie zrobić po np.30,50,70. Oczywiście więcej też próbowałem, lecz niestety nie jestem w stanie powiedzieć jak będę się zachowywał...

Szukam towarzyszy do wspólnych przeżyć najlepiej z Krk ;)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media