Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

ostatnim nocnym

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Apteka:
Dawkowanie:
LSD - 125 ug, DXM - 150 mg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Miasto, przyroda, środki transportu, dom
Nastawienie: podekscytowanie i brak strachu
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
DXM, tramadol, kodeina, miryscytyna, benzydamina, pridinol, dimenhydrant, tetrazepam, alprazolam, klonazepam, klorazepat, diazepam, THC, pseudoefedryna, 4CMC, MDMA, zolpidem, zopiclon, midazolam

raporty salvia plath

ostatnim nocnym

Mały znaczek z wydrukowanymi wzorkami i 125ug LSD w sobie wysłał nas w podróż - podwójną - zewnętrzną i wewnętrzną.

W podróż, w której ważniejsza niż cel była droga. Rzeczywistość malowała się niczym impresjonistyczne obrazy ukazując nam całe piękno chwil, tak ulotnych i przypadkowych jak nasz los w którym mały krok decyduje o reszcie zdarzeń - chaotycznych i przypadkowych.

Świat składa się z mikroskopijnych elementów, istotnych i nieważnych zarazem. Wszystko ma swoją historię. Coś wyrzuca nas w tę przestrzeń bez konkretnego przeznaczenia. Każdy element składowy wszechświata odpowiada za nasze 'teraz' w którym się znajdujemy. Czy więc na nic nie mamy wpływu? Możliwość wyboru jest tylko pozorna, możemy starać się do czegoś dążyć lecz nasze życie jest tak naprawdę skutkiem losowych zdarzeń. Teraźniejszość ograniczona jest przez nasze małe pole widzenia. Jesteśmy niczym jednocześnie posiadając boska siłę wpływania na wszystko - los każdego innego nieznaczącego elementu.  Wszystko oddziałowuję na siebie. Historia zatacza koło. Nic nie jest czarno-biale. Tworząc cokolwiek skazujemy to na zniszczenie. 

Surrealistyczne obrazy, wzmocniony odbiór barw oraz innych bodźców. Miejsca dawniej znajome ukazane w zupełnie innym świetle, teraz niemożliwe do rozpoznania. Weszłyśmy w labirynt kampusów na Ruczaju zaczynając od dinozaura a kończąc na miejscach rodem z Odyseji Kosmicznej 2001 choć mamy 2018, a może nawet 2814. Wpadłyśmy w norę zachęcone przez królika. Rzeźby naukowców a na środku ogromny zegar słoneczny widziany przezemnie faktycznie po raz pierwszy. Moja codzienna droga na przystanek. Wsiadając do tramwaju czułam się jak wrzucona w kompletnie nie swoją czasoprzestrzeń, jakbym wcale nie urodziła się w XXI wieku, zadziwiona nowoczesnością technologii. Tak wyruszyłyśmy w podróż na miasto mając nieodpartą ochotę na zjedzenie lodów i czując potrzebę eksploracji dalszych fragmentów świata.

Jadąc obserwowałam widoki miasta, na które nakładały się kolory i wzory wytworzone przez mój umysł zupełnie uniemożliwiając mi widzenie tak zwanej 'rzeczywistości'. Przepiękne światła miasta, Wawel zbudowany z miliona wielobarwnych fal. Poczta główna - wysiadamy jako miłośniczki filatelistyki które zlizały już wszystkie magiczne znaczki co spowodowało tak drastyczne zmiany percepcji. Tam ukazują nam się ludzie w swojej całej różnorodności a każdy kreuje swą odmienną historię. Ich zachowania zawsze wydawały mi się abstrakcyjne lecz teraz jest to jeszcze bardziej widoczne. Czas płynie wolno. Ruszyłyśmy w stronę mc donalda z ciągła ochota na lody. Po drodze zachwyciły nas uliczki skąpane w roznobarwnej szacie kojarzące się z Wenecją. Docieramy na rynek zauważając trafnie, iż w Polsce panuje kult Mickiewicza. Wilgotno,  ale zupełnie nam to nie przeszkadza, jest dalej ciepło. Wchodzimy w stragany co samo w sobie było zadziwiające - do świąt daleko ale całość wyglądała niczym wioska w mieście, większy świat zawierający w sobie mniejsze światki i tak dalej.

Przed mc zagaduja do nas jacyś mężczyźni, pytając o miejsce do polecenia na spędzenie tej środowo-czwartkowej nocy jednak dzieli nas różnica nie do przeskoczenia, sprawiająca zrozumienie się niemożliwym. Nie mogli uwierzyć nam, że przyszłyśmy tu tylko ma lody, wyraźnie zachęcając nas do spędzenia wspólnie czasu ale oczywiście chciałyśmy tylko lody. Wchodzimy i zajmujemy się zamawianiem na tablicy dotykowej, nie było to wcale proste w tym stanie. W końcu udaje nam się i zasiadamy wygodnie z naszym upragnionym deserem. Pierwszy gryz zaskakuje niesamowitą fuzją smaków, jest to niemal doświadczenie mistyczne, uczta bogów. Siedzimy tam nie przejmując się zupełnie otoczeniem innych osób bo mamy przecież własny świat do którego nikt niepożądany nie ma wstępu. Obserwuję ludzi, z oddali dobiegaja basy z Prozaka, muzyka, rozmowy telefoniczne.

Gubimy się w czasie i przestrzeni chwilowo nie mając pewności jaki mamy miesiąc, dojście do tego wymagało dłuższego zastanowienia. Jemy delektując się każdym kesem, śmiejąc się z naszego stanu i miejsca do którego trafiłyśmy na turbo kwasie. Rozmowy stają się bardziej i bardziej abstrakcyjne. Nie możemy wręcz uwierzyć, że jesteśmy w miejscu w którym jesteśmy o danym czasie, co jest też dla nas jednocześnie pięknym zbiegiem okoliczności i doceniamy każda chwilę. Świat jest piękny również i na codzień tylko rzadko kiedy skupiamy się tak na jego odbiorze, jest to swojego rodzaju mechanizm przystosowawczy, który sprawia, że większość zlewa się w tło, by móc iść dalej nie przytłoczonym rozmaitością i ilością odbieranych sygnałów. Ale teraz czułość każdego z naszych zmysłów działa na ogromnych obrotach.

Spędzamy tak dłuższą chwilę gdy okazuje się, że jesteśmy ostatnimi klientami i wtedy szybko zbieramy się dziękując panu ochroniarzowi, że nie kazał nam wyjść mimo, iż przez nas wróci później do domu. Obie byłyśmy pewne, że mc działa 24 h na dobę i było nam trochę głupio, że wszystko im przedłużyłyśmy. Po wyjściu okazuję się, że zaczęło padać dlatego postanowiłyśmy skierować się na przystanek, na Plac Wszystkich Świętych. Tam zachwyciło mnie piękno witraży Wyspiańskiego które teraz mieniły się na różne kolory. Wszystko nieco rozmazane, zmieniające się barwy i tekstury. Czekałyśmy na tramwaj 69 który jechał w zupełnie przeciwnym od mojego domu kierunku. Długo zastanawiałyśmy się czy i po co tam jechać podważając jakikolwiek sens czy bezsens tego czynu, po chwili zdecydowaliśmy się porzucić dalsze dyskusję i po prostu wsiąść i zobaczyć co będzie dalej, rzucić się w wir zdarzeń.

Daleko nie zajechałyśmy, wysiadłyśmy już na Starowiślej i kierując na plany ditlowskie. Zapaliłysmy po jednym z jabłkowych papierosów kontemplując dalej istotę świata, idąc w deszczu niczym awangarda paryska. Pogoda wcale nie odebrała nam chęci na spacerowanie, krople deszczu rozbijały się o chodnik tworząc mniejsze krople, elementy wszechświata. Spadały do rynny - miejsca swojego przeznaczenia. Padło pytanie gdzie jest nasze miejsce i jak je odnaleźć. Do każdej odpowiedzi dochodziło jeszcze więcej pytań wcale nie ułatwiając nam tej niekończącej się rozmowy, która i tak nie miała prawa nic wyjaśnić. Wszystko to założenia, które można podważyć. Toniemy we mgle ograniczeń. Nasz umysł jest niczym przy silę kosmosu. Nie jesteśmy w stanie objąć go swoja wyobraźnia ale możemy próbować. A w tym momencie cieszyć się zwiedzaniem Krakowa w pięknym stanie. Wędrujemy zataczając koła po Kazimierzu, obserwując kamienice wciąż skąpane w blasku psychodelicznych wizji, rozmawiamy o filozofii, psychice ludzkiej i układzie wszechświata. Analizujemy mechanizmy jakie nami rządzą. Idziemy w stronę liceum F. przypominają jej się różne wspomnienia z trzech lat życia gdy tam uczęszczała, jest to dla niej ważny, symboliczny moment. Długo stoimy przed drzwiami rozmawiając o czasie, o tym, że każdy budynek czy obiekt ma swoją historię. Idziemy dalej widząc wyrwę pomiedzy budynkami gdzie wcześniej stała kamienica, nie pamiętam jej. Nie jestem zbyt uważnym widzem, na codzień zatopiona w swoich myślach. Teraz dochodzi to do mnie jeszcze bardziej. Kwas uświadamia mi to na co nie zwracam uwagi na ogół, otwiera oczy, pozwala popatrzeć z zewnątrz.

Rozmawiamy cmokajac ciągle gdyż nie możemy znaleźć odpowiednich słów na to co gotuje się w naszych umysłach - "szkoda gadac". Nie zapominamy o 300 mg dxm znajdujących się w moim plecaku. Zasiadamy w końcu przy oknie Alchemii by zażyć swoją cząstkę dysocjacji w postaci czerwonych kapsułek. 150 mg ląduje w moim żołądku. Zapijamy wszystko kubusiem, jedna tabletka spada ginąc w ciemnej przestrzeni, nie poddajemy się i znajdujemy ja wytarzaną w ziemi. Zasada 3 sekund w tym przypadku nie działa - stawka jest zbyt wysoka. Metafora taplania się w ćpunskim syfie. Wybija trzecia czyli 4 godziny po umieszczeniu magicznego kwadracika pod językiem. Niedługo zacznie się nowy etap fazy. Idziemy w stronę Stradomia na tramwaj ale po dotarciu tam okazuje się, że mamy jeszcze dużo czasu do odjazdu, nieszkodzi - idziemy dalej pieszo w strumieniach deszczu na kolejny i kolejny przystanek. Po drodze zatrzymujemy się na moście z którego rozciąga się panorama na Wawel i bulwary oświetlone latarniami. Wszystko to do złudzenia przypomina malarski pejzaż, przypatrując się nie mogę pozbyć się wrażenia, iż stoję wlasnie w muzeum przed ogromnej wielkości obrazem. Dochodzimy daleko bo aż do Słomianej. Wszystko miogota, noc powoli przeistacza się w poranek. Czuję, że z jego nadejściem związane jest również wejście deksa. W momencie dotarcia pod wiatę przystankową na tablicy widnieje 20 minut do odjazdu. Czas mija niesamowicie wolno, zabijamy go jedząc czekoladę której jedzenie znów wiąże się ogromną przyjemnością. Nagle czas rzeczywiście przyspiesza lub też przyspiesza się oczekiwany przyjazd tramwaju w systemie. Nie możemy uwierzyć, że zostały już tylko 4 minuty. Wsiadamy, pełno ludzi wracajacych z imprez.

Ostatnim nocnym docieramy na Ruczaj. Już w czasie podróży odczuwam charakterystyczne i tak znajome zamglenie wizji, zdystansowanie od otaczającego mnie świata. Przestaję rozumieć co dzieje się wokoło, coraz mocniej zatapiając się w świecie urojonym, nie tylko ja. Wysiadamy więc, zimne światło poranku uderza nas. F. puszcza piosenkę "who cares about the sun" i w jej rytmie idziemy w stronę domu, obie już wiemy, że się zaczęło. Rzeczywistość znów zachwyca mnie całą gamą pastelowych barw, mokra ulica mieni się na niebiesko i różowo, naśladując okladki vaporwavowych albumów. Każda z chwil tej nocy jest dla mnie patrzeniem na sztukę wykreowana na podstawie rzeczywistego tła przez mój nietrzeźwy umysł. Doznaniem estetycznym na najwyższych z możliwych poziomów. Marzę o tym by moje umiejętności plastyczne choć w małym procencie pozwoliły mi oddać ich piękno. Przyroda się budzi, ptaki też więc wyłączamy piosenkę by móc cieszyć się ich melodiami i ruchem. Palimy jeszcze ostatniego przed powrotem do domu papierosa.

Znów ciężko mi uwierzyć, że mijałam te wszystkie miejsca tysiące razy. Wszystko wygląda obco i dziko, przedewszysystkim - żywo. Wchodząc na parking zaskakuje mnie surrealistyczny obraz, którego wciąż nie mogę pozbyć się z pamięci. Przed nami - na parkingu - idzie biały kot, odwraca się do nas fucząc i strosząc sierść jakby chciał nam coś powiedzieć. Słucham, spodziewając się, że naprawdę usłyszę z jego strony słowa lecz słyszę tylko głośne miałczenie. Cała sytuacja ma ten Lynchowski nastrój grozy, jakby świat spirytualny chciał przedostać się jeszcze w ostatnim momencie nocy na zewnątrz, do naszego. Teraz czeka nas najcięższe zadanie czyli wejście do domu jak najciszej, pójście do łazienki i zabranie rzeczy potrzebnych do zmycia makijażu.

Wchodząc w alejke bloków zdaję mi się, że one dużo niższe niż na codzień - lub odwrotnie - ja wyższa. Proporcje zaburzone. To samo spotyka mnie gdy już docieramy do łazienki. Nadgłośność również się włącza jako nieodłączny i poniekąd przydatny element każdej fazy. Załatwiamy co trzeba i z ulga siadamy na dywanie. Ściągamy mokre ciuchy. Wciąż chce nam się śmiać ale wiemy, że nie jesteśmy tu same, do tego bardzo poćpane co nie sprzyja całej sytuacji. W każdej chwili może wstać M. dlatego też staramy się być jak najciszej, mimo że każdy nasz oddech jest dla nas za głośny. każda czynność kosztuje nas dużo trudu i skupienia, zmywanie makijażu zwlaszcza. Jest wręcz niemożliwe przez zbyt gęste mleczko jak i wymaginowane plamy na twarzy widoczne w lustrze na mojej (lub też nie? (derealizacja)) twarzy. Toniemoje. Pokój tonie w odcieniach niebieskiego. Leżymy na dywanie w okularach słonecznych przykrywając nasze poszerzone do granic możliwości źrenice. Oraz poszerzony do granic możliwości umysł. W głębi domu dają się słyszeć odgłosy. Jest to znak żeby jak najlepiej wczuć się w rolę grzecznych i śpiących już dziewczynek i nie wydać z siebie żadnego ponad konieczne odgłosy. Myślimy żeby zająć strategiczne miejsce na łóżku, pod kocami. "Jak poprawnie koc?" - pyta F. z Krainy Grzybów z trudem się w niego zawijajac. Teraz najtrudniejsza próba naszych umiejętności aktorskich - nie śmiać się gdy M. szykując się mówi do siebie i ziewa wybudzony przed 6 do pracy. Czas dłuży się niemiłosiernie, ściany zbudowane z papieru przepuszczają każdy szmer. Newralgiczne momenty gdy zbliża się do moich drzwi (percepcji), wtedy układam się pod poduszką tworząc tunele czasoprzestrzenne i znieczuląjac siła woli mięśnie. Każda sekunda wydaje się nieskończonością lecz żadna nieskończoność nie jest nieskończona i w koncu drzwi zamykają się a my oddychamy z ulga. Wciąż szeptamy, czaimy się i nasłuchujemy jak małe zwierzątka pragnace wyjść w końcu ze swojej nory. Króliczej nory. Dobrze - droga wolna, niebezpieczeństwo

minęło. Wychodzimy jak pijane (poćpane?) zające bawiąc się i zwiedzając dom, chuśtając na bujaku. Przez cały ten czas na F. patrzył się z okładki książki ze swoją heterochromia - Bowie z Marsa. Opowiedziałyśmy sobie co działo się w naszych mózgach przez ten okres milczenia. Wyciągnęłam kartki z planami spisane przez nas dokładnie 2 lata temu w szpitalu, kompletnie nie mogłyśmy uwierzyć w fakt i irracjonalnosc tego, że tak dokładnie wszystko zaplanowaliśmy i większość -  nieświadomie chyba - wypełniłyśmy. Wszystko było mistyczne i mocno abstrakcyjne. Nasza bezsensowna mowa i śmiechy po tej napędzającej się wzajemnie mieszance substancji. Lot wciąż trwał - choć już jakby niżej,  zbliżając się powoli do lądowania. Był już nawet jak każda podróż męczący a zwłaszcza trwając ok 8 godzin. Nie bardzo narzekałyśmy na stan fizyczny, może poza bólem twarzy spowodowanym przedawkowaniem śmiechu oraz łamaniem w krzyżu. Jesteśmy już stare, mówimy i myślimy jak babcie które przeżyły już wszystko, będące ciągle u kresu życia. Dochodziła 8 więc żeby względnie się wyspać bierzemy po 75 mg kwetii i staramy się wyłączyć. Leżę jeszcze trochę męcząc się bezsennością i nadmiarem światła lecz po jakimś czasie nadchodzi upragniony sen. Powoli opadam łagodząc jednak zetknięcie z gruntem delikatną siecią utkaną ze snów. Morfeusz wita mnie zapraszając w kolejny oniryczny świat jak gdyby nigdy nic. 

Ocena: 

Odpowiedzi

Dobry TR dojrzałej duszyczki. Nieźle zryty jest "poradnik uśmiechu", a gra Agatką dosyć trudna, ale pełna niespodzianek:-) "Potrzeba więcej papieru, papieru, papierupapierupapierupappppppp Źle! Nie potrzebujesz tego."

"Wawel zbudowany z miliona wielobarwnych fal" - Wawel, Ślęża, czy Jasna Góra to punkty energetyczne Gai (swoiste meridiany, a może i czakramy) - stąd tak potężne pole.

"Możliwość wyboru jest tylko pozorna, możemy starać się do czegoś dążyć lecz nasze życie jest tak naprawdę skutkiem losowych zdarzeń." - wszystko ok, ale wartoby zaznaczyć, że losowe zdarzenia nie dzieją się przypadkiem (z szerszej perspektywy), no chyba, że widziałaś kiedyś, żeby ze wszystkich części sam, przypadkowo złożył się zegarek, nie mówiąc już o samych częściach. Oczywiście patyk może się wbić w Ziemię, ale to tylko znacznik na trybiku w doskonale działającym (już gotowym) zegarku;-)

To tylko sen samoświadomości.

Blagam, zamknij się już, to jest, kurwa, żałosne gościu. Tacy jak Ty tylko psują klimat.

Hahaha Powalająca retoryka:-) Merytoryki dalej brak.

Po tym, jak pisząc na forum w podobnym tonie, wysłałeś mi parę mail'i prosząc przy tym o rozmowę, to się ździwiłem, ale teraz to się uśmiałem prawie do łez xD Skąd się tacy biorą?

Pozdrawiam Klakierku - mój Ty prywatny hejterku:-)

To tylko sen samoświadomości.

Nawet nie wiesz jak wkurwiającą osobą jesteś. Nie dziwota, że brak merytoryki, bo trudno żeby tak zapatrzony w siebie człowiek próbował to zrozumieć.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Denerwującą

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Byłem zalogowany na to konto na kilku komputerach, więc podejrzewam, że to byc może moj kuzyn, bądź ktoś kto miał do nich dostęp. Osobiście nie prosiłem Cię o żadną rozmowę. Zgadzam się z Panem wyżej - do Ciebie nic nie dociera typie, kompletnie Ci się poprzestawiało pod czajnikiem. 

Kuzyn:-) Chłopie, kilka razy to Ty się w ogóle zalogowałeś na tym forum (i to tylko po to, żeby wylać na mnie hejt - innego Twojego komentarza NIE MA) i jak dla mnie to z Twojego mail'a mogła do mnie pisać Matka Teresa z Kalkuty. Po cholerę w ogóle do mnie mail'e wysyłasz? Przecież ten z prośbą o rozmowę nie był jedyny...

Co ma do mnie dotrzeć? Że mam się zamknąć? Poczytaj sobie skąd się hejt bierze i zastanów się komu się poprzestawiało pod czajnikiem, hehe. 

Pozdrawiam Klakierku. Bez odbioru.

To tylko sen samoświadomości.

Skisłem

Aż zatęskniłem za psychodelą..

Trochę zakapitować tą ścianę tekstu i nawet przeczytam.

Nie żartuję, dodaj kilka akapitów głównego tripu i będzie o wiele lepiej, bo się człowiek w tym gubi.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media