Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Kanał RSS neurogroove

lęk i odraza w województwie małopolskim

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Apteka:
Dawkowanie:
Dzień 1:
- Marihuana
- Alkohol (tylko Stryj)
Dzień 2:
- Marihuana
- MDMA
Dzień 3:
- Marihuana
- Psylocybina
- MDMA (tylko Stryj)
Dzień 4:
- Marihuana
- Alkohol (tylko Stryj)
Dzień 5:
- Świeże powietrze (tylko ja)
- Wdzięki kobiece (tylko Stryj)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Kilkudniowa wycieczka, nastroje bojowe. Postawa z kategorii "Świat jest nasz, hasta la vista. Będę się dobrze bawił a wy możecie mi naskoczyć i oblizać".
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
DXM
Marihuana
MDMA
Psylocybina
2C-B
Szamańskie kompozycje
Kanna (sceletium tortuosum)
Pseudoefedryna

lęk i odraza w województwie małopolskim

Lęk i Odraza w Województwie Małopolskim, czyli historia o tym jak dwóch młodych adeptów sztuk narkotycznych przemierzało niewielki kawałek świata. Od tatrzańskich łąk przez brudne, zatłoczone ulice aż po pokoje bez klamek. W euforii i ekstazie, a także w niepokoju i desperacji, cały czas będąc tylko pionkami na kosmicznej planszy.

 

Akt 1 - Bezdomność fundamentalna na przekór ustawowym myślokształtom:

Był taki śmieszny kawał o Krakowie… Właściwie to o Nowym Targu ale akcja jego działa się w dawnej stolicy Polski i przypomniał mi się on, bo właśnie rozpoczynałem swój ćpuński długi wikend, a Kraków miał być jego pierwszym przystankiem. Oto ja – w białej koszulce z niemałą dziurą w okolicach karku i pięćdziesięcio pięcio litrowym plecakiem turystycznym marki WISPORT uszytym w Polsce. Przede mną rudowłosy kompan mój, którego na potrzeby tego bajdurzenia nazwę Stryjem. Szybkim krokiem kroczył on dumnie z lekkim kaszlem i torbą na ramieniu.

Przedzieraliśmy się przez zrujnowany pustostan po dawnej placówce medycznej, którą lokalnie zwiemy „Starym Szpitalem” a celem naszym było wyjście na dach, za które służyło wybite okno na jednym z wyższych pięter. Dookoła korony drzew. W tle słyszeliśmy tylko samochody i odgłosy dochodzące z parkingu pobliskiej Biedronki, które brzmiały zupełnie tak, jak można je sobie wyobrazić po tym opisie.

Godzina 8:46. Żeby journey było tripem (jakkolwiek bym się nie starał nie potrafię zwerbalizować sensownie tej myśli w języku polskim), siedząc na starej, usyfionej papie odpaliliśmy lufkę kioskówkę i wypuściliśmy w atmosferę trochę radości. Każdy tyle ile uważał za słuszne. Tyle ile w stanie były pomieścić osmolone płuca jego. Hasłem, które towarzyszyło nam od tego momentu było „kosmos nam sprzyja”, bo sprzyjał w istocie rzeczy, aż do momentu w którym przestał sprzyjać z kurewskim impetem i przytupem. Ale kosmos ma to do siebie, że nawet jeśli sprzyjać przestanie, po pewnym czasie wróci na właściwe tory. Czyli takie jakimi chcielibyśmy je widzieć. I z tą radosną maksymą w sercach przeszliśmy z powrotem przez wybite okno i korytarze pełne śmieci będących niemymi świadkami i śladem wielu intoksykacji które miały tu miejsce. Kierunek: stacja kolejowa.

Plan był następujący: W Krakowie mieliśmy zobaczyć pięcio-kapelowe show w jednej z punkowych melin oraz zintegrować się z poczciwą społecznością, starymi i nowymi znajomymi. Następnego dnia wyruszaliśmy do Zakopanego, w sam środek oka cyklonu, gdzie planowaliśmy spotkać się z Wujem, czyli kuzynem Stryja, by w jednej wielkiej międzyregionalnej i międzywojewódzkiej koalicji zjednoczyć siły przeciwko wspólnemu wrogowi - Trzeźwości. Następnym krokiem było opuszczenie tego okropnego miasta i powrót do Krakowa, by stamtąd dojechać do Olesna, w odwiedziny do znajomej Stryja. I ku domowi.

A ja bardzo lubię transport publiczny. Lubię autobusy i lubię pociągi. Pociągi może nawet trochę bardziej, bo są bardziej obszerne a więc mniej ciasne. I współpodróżujących masz naprzeciwko siebie więc możesz swobodnie rozmawiać. A jeśli siedzicie przy oknie, dzieli was mały blacik na którym możecie grać w karty lub też postawić coś do wspólnego wypicia czy zjedzenia. Za nogami często masz też gniazdko z prądem o napięciu 220V (my akurat nie mieliśmy) i co najważniejsze – w każdej chwili możesz wstać i przejść się bez celu, lub z celem. Celem tym prawdopodobnie jest toaleta w której możesz na przykład nabić lufkę, lub jeśliś na tyle odważny (lub głupi) od razu ją też odpalić. Lecz ja nie polecam takich praktyk. Ani narkotyków ogółem. Jestem wielkim zwolennikiem zasady harm reduction, dlatego przed nabiciem lufki umyłem ręce. Spaliliśmy ją ze smakiem po wyjściu z pociągu, chwilę szukając w okolicach dworca głównego odpowiedniej miejscówki. Idealny byłby jakiś kawałek parku.

- Tu są jakieś drzewa, trochę zieleni… Może będzie ławka.

- Kosmos sprzyja. - odpowiedział mi Stryj.

Szukając wzdłuż białego ogrodzenia wejścia do tego edeńskiego ogrodu którego łask tak bardzo po trudach podróży pragnęliśmy zaznać, zobaczyliśmy wyłaniający się zza drzew duży budynek w takim samym kolorze jak ogrodzenie. Okazało się, że chcieliśmy palić w podwórzu przed jakimś sądem. Nie dziękuję. Obraliśmy więc inny kierunek i wkrótce kosmos faktycznie obsypał nas hojnymi darami. Przez pewien czas snuliśmy się ulicami Krakowa. Obwieszeni bagażami, trochę niewyspani, w czysto i nieskalanie zabawowych nastrojach. Już bez kaszlu. Stryj wyjaśnił mi, że ma tak tylko o poranku a więc kosmos sprzyjał bezsprzecznie.

Przycupnęliśmy przy jakimś murku na rynku, zarządzając przerwę na papierosa. Naradzaliśmy się gdzie spopielimy następną porcję marihuany, gdy nagle i znikąd skocznym krokiem podbiegła do nas uśmiechnięta alternatywka z puszką na monety.

- Hej. To jest Maciek. Maćka stary napierdalał łopatą gdy był mały i teraz ma.

- Co ma?

- Krzywe nogi jak sra. Zbieramy na operację dla tego chłopca. Czy chcielibyście może pomóc? Poczuć się dzięki temu lepiej?

Nie do końca pamiętam jak dokładnie brzmiała ta konwersacja, ponieważ skupiony byłem na paleniu papierosa. Lecz ostatnie słowa tej dziewki wybrzmiały mi niczym ciężkie echo wewnątrz czaszki, stukając i przewalając się od ściany do ściany. Męczyły mnie i nie dawały spokoju. Wyrwałem się ze stuporu i zwróciłem do niej:

- Tak nie powinno być.

- Prawda? Sytuacja Maćka jest przykra ale jest wiele dzieci takich jak on…

- Nie to. Nie powinniśmy pomagać dla własnego egoizmu i poczucia się lepiej, nie tędy droga. To głęboko zakorzenione w chrześcijańskiej mentalności kurestwo.

Alternatywka przytaknęła mi. Cały czas podczas tej rozmowy skakała z nogi na nogę, rozglądała się, stroiła miny. Podejrzewaliśmy ją o pudrowanie nosa.

- W każdym razie… - kontynuowałem – mało mam ale dam.

- Super, dziękuję serdecznie. A wy jesteście bezdomni?

- A wyglądamy Ci na bezdomnych? – wtrącił Stryj.

- No z tymi torbami trochę tak. – odpowiedziała nam i odeszła diabli wiedzą gdzie, swoim charakterystycznym krokiem, z puszką cięższą o kilka gramów srebrnych monet. My tymczasem postanowiliśmy skierować swoje kroki w stronę Wawelu. Ominęliśmy tego smoka skurwiela, na całą Polskę słynnego (podobno niezłe mają zarobki ludzie którzy wywożą spod niego gnojownik ale co jak co, robota niebezpieczna) i wdrapaliśmy się na jakieś przewyższenie pod murami które wskazał Stryj. Siedząc za drzewem byliśmy względnie niewidoczni dla przechodniów na dole. Żaden z nas nie spojrzał jednak zawczasu w górę, na mury wawelskie i dopiero podczas kopcenia lufy u podnóża królewskiego zamku, spostrzegłem, że spomiędzy blanek dosyć bacznie obczajają nas turyści. Tych atrakcji prędko nie zapomną. My tymczasem postanowiliśmy szybko się stamtąd ulotnić.

Nasze lokum znajdowało się na skrzyżowaniu ulicy Krakowskiej z Józefa Dietla, w bliskim sąsiedztwie przystanku tramwajowego Stradom. Było to mieszkanie w kamienicy, w którym każde pomieszczenie stanowiło odrębny pokój do wynajęcia. Nie było tam nawet kuchni o czym dowiedziałem się szukając jej bezskutecznie. W amszoku (w amoku wynikającym z szoku) szarpnąłem losową klamkę która wydała mi się najbardziej prawdopodobną lecz drzwi były zamknięte. Niech was to jednak nie zwiedzie, co do standardu tego przybytku. Mała lodówka znajdowała się w naszym pokoju, tak jak i czajnik i skromny zestaw zastawy stołowej czego w pierwszej chwili wchodząc tam nie zauważyłem. Na prawo od wejścia była niewielka lecz wystarczająco komfortowa łazienka. W dalszej części szafa, dwa łóżka, stolik, wiatrak i telewizor. Ściany przyozdabiały utrzymane w kiczowato-melancholijnej stylistyce mocno zretuszowane fotografie starych amerykańskich samochodów. Kosmos sprzyjał nam dużo wcześniej. Dorwaliśmy tą błyszczącą perłę zdjętą z analnego korka syrenki Ariel, to Eldorado miejskiej dżungli, ten kryształ, wygrzebany z najciemniejszych zakamarków zarzyganego dywanu w śmiesznie niskiej cenie, jak na centrum stolicy województwa.

Zażegnaliśmy uliczny chaos. Tymczasem w środku czekał na nas uliczny hałas, do którego jako prosty chłopak z prostej osady nie przywykłem. Podłoga drżała gdy akurat przejeżdżał tramwaj albo tylko mi się zdawało. Witamy w mieście Krakowie – stolicy mateczniku partii rządzącej. W samym centrum jego przerobionym doszczętnie na jedno wielkie bed&breakfast.

- Kurwa, nie ma balkonu – powiedziałem, rozglądając się po wnętrzu naszego Domus Aurea.

- Nie ma też czujnika – odrzekł Stryj.

Nie było balkonu, nie było czujnika. Było duże pionowe okno, kubeł na śmieci oraz prawie pusta butelka ze słabej jakości plastiku. Nie było na co czekać, więc Stryj przystąpił do działania a ja uszczelniłem drzwi motelowymi ręcznikami. Druidzkie rzemiosło i rytuały sprawiają mu dużą radość i jest w swym fachu dobry, toteż w przeciągu minut na stoliku stało elegancko zmontowane wiaderko.

- No to jedzie ksiądz na karuzeli.

Mdławy zapach nieznacznie rozniósł się w powietrzu. Ledwie stojący wiatrak - na którego ktoś musiał się przewrócić sądząc po śladach – zaangażowany był w swoją pracę tak zaciekle, że aż rozleciał się na dwa kawałki. My w tym czasie czilowaliśmy bombe po podróży. Oglądaliśmy przez chwilę TV Trwam i jedliśmy cukierki eukaliptusowe Mentol Bonbons, te w zielonym papierku z krzyżykiem. Mieliśmy ich cały kilogram od mamy Stryja, w zamian za Yerby które jej podarowałem. Następną dostawę dymu przygotowywałem ja i w kraszerze Stryja odnalazłem zaginionego topa. Bardzo miła niespodzianka która świadczyć mogła tylko o jednym – kosmos sprzyjał.

 

Akt 2 - Schronisko dla wykolejeńców. Meskalinowe menelstwo w oparach opium:

- O stary – powiedziałem pokazując Stryjowi małą pożółkłą książeczkę – Patrz na to!

- Co to jest?

- Katalog dywanów z nazistowskich Niemiec – tu wskazałem na jedną z wykładzin przyozdobioną niebanalnym wzorem z ukrytymi gdzieniegdzie hakenkreuzami. Po drodze na koncert postanowiliśmy wpaść do sklepu ze starociami. Stryja przyglądał się bacznie kolekcji małych, niepokojących laleczek. Ja z zaciekawieniem wertowałem katalog, oczami wyobraźni aranżując swój pokój hitlerowskimi dywanami. Niektóre wzory były konkretnie psychodeliczne. Gdyby nie zaporowa jak za kilka kawałków papieru cena, to kupiłbym chętnie.

Po krótkim spacerze doszliśmy tam, dokąd szliśmy. Show miało rozpocząć się za pół godziny, lecz dla mnie, jeszcze przed oficjalną zapowiedzią lekka obsuwa była oczywista. Nie mówiłem jednak o tym Stryjowi. Stryj nie jest punkiem i nie był nigdy wcześniej na koncercie punkowym, toteż tego dnia byłem jego przewodnikiem, lub jak sam to określił – starszym wujkiem który zabrał go na koncert. Przeglądaliśmy spokojnie anarchistyczne czasopisma, książki i wydawnictwa. Gdy wyszliśmy przed lokal na papierosa zauważyłem zbliżającego się M. wraz ze swą dziewczyną B. Wspaniali ludzie. Stryj przedstawił im się i wkrótce popijali razem naleweczki. Niedługo potem spotkaliśmy kolejnych znajomych, mianowicie A. i D. Po około godzinnej obsuwie (co nikogo zaznajomionego ze środowiskiem nie powinno szokować ani zaskakiwać), na scenę weszła pierwsza kapela złożona z samych kobiet. Stojący obok mnie Stryj, nieprzyzwyczajony do bolesnego lo-fi wkurwiał się niemiłosiernie na technicznego, bas którego nie było słychać i perkusje która brzmiała jak tłuczone szkło. Dla mnie bomba. Uważam również, że dopiero kiedy punkowe lo-fi zaczyna być nieprzyjemne i niekomfortowe można mówić o tym, że sukces i jego założenia zostały osiągnięte. A show trwało w najlepsze. Kolejna kapela będąca już męskim składem zapewniła mi to na co czekałem szczerze, czyli szybkie pierdolnięcie i pogo w którym mogłem się zmęczyć, żeby potem joint kopnął mocniej. Wyszliśmy więc na zewnątrz, gdy kapela zeszła ze sceny i wygodnie rozłożyliśmy się na leżakach odpalając babola i częstując nim mocno wykolejonego załoganta o uzębieniu aniołka. Nasz okaz zdrowia palił go techniką „z pięści” której instruktaż następnie przeprowadził, nawijając na zmianę z odklejoną manierą o różnych dziwnych rzeczach.

Czas płynął błogo w otoczeniu hałasu i lewackiego smrodu, gdy paląc kolejnego wonsa ukradkiem zbliżył się do nas siwy, długowłosy facet w kraciastej koszuli. Wyglądał bardziej na znudzonego nauczyciela informatyki niż punkowca. Pochylił się i przemówił:

- Przepraszam, czy można może maszka ze śmiesznego papieroska?

- No jasne. Proszę bardzo.

Facet przysiadł się do nas i przedstawił jako Poeta, czemu dał wkrótce świadectwo wykonując recytatorski performance z jointem w łapie. A my słuchaliśmy go uważnie i z zaciekawieniem bo poetą okazał się być konkretnym, zawodowym, docenionym w środowisku i co najważniejsze dla tego tekstu, był poetą psychodelicznym i awangardowym.

- Jesteśmy niewolnikami biedy – powiedział autor Daru Meneli, dopalając śmiesznego szluga aż do samego końca, do papierowego filtra. Rozmawialiśmy o psychodelikach, o meskalinie którą Poeta wspominał najlepiej oraz o wpływie dragów na sztukę.

- A opium kiedyś paliłeś? – Spytał Stryj.

- No kurwa, ze sto razy.

Opium kojarzy mi się wybitnie z narkotykiem, który mogliby ćpać poeci. No cóż, nie myliliśmy się. Stryj był bardzo zadowolony słuchając krępego mędrca. Na tego rodzaju interakcje chyba liczył przychodząc tu dziś ze mną. Oto jest właśnie magia tego typu miejsc. Bezpieczna strefa, schronisko dla wykolejeńców. Bez niepożądanych osób z zewnątrz, bez ochrony, policji i koncesji na alkohol. Zaznając raz tej specyficznej wolności, komercyjne imprezy przestają smakować tak samo. A Poeta rozkręcał się tylko i nawijał coraz śmielej swe narkotyczne prawdy objawione, które szczerze mówiąc naprawdę miały sens i nie były tylko odklejonymi mrzonkami. A może jednak były ale sprawny język pozwalał mu ubrać je w znośne mundurki, w końcu był poetą i zajmował się pierdoleniem głupot zawodowo…

- Najważniejsze to pamiętać – powiedział, - że cokolwiek robisz, już na samym początku jesteś w tym mistrzem. Bo tylko ty rozumiesz swoją sztukę najlepiej i jest ona dla Ciebie idealna... Macie w ogóle szluga?

- No właśnie nie.

- Dobra. To idę na poszukiwania – rzekł, po czym wstał, pożegnał się i poszedł na poszukiwania.

 - I my też musimy czegoś poszukać – powiedziałem zaglądając do pustej paczki. Ruszyliśmy i my.

 

Akt 3 – Polskie Vegas:

Siedzieliśmy z Wujem i jego kumplem Kierowcą pod płotem, na jakiejś polanie za miastem. Przed nami wznosiły się szczyty tatrzańskie a między nami krążył joint, którym Wuj powitał nas na swojej ziemi. Znaliśmy się tylko z opowieści Stryja. To było nasze pierwsze spotkanie, nie licząc tego, jak kiedyś przez telefon trudziliśmy się, by wspólnymi siłami zidentyfikować substancję zawartą w jakimś losowym krysztale.

Wuj i Kierowca odwieźli nas na kwaterę. Wynajmowaliśmy mały pokój w utrzymanym w PRLowskim stylu domu niedaleko skoczni, prowadzonycm przez miłą starszą parę. W cenie oczywiście takiej, że bez wątpienia kosmos sprzyjał.

- Może jakaś ema na dziś by się znalazła – zaczął Stryj, gdy wychodziliśmy w stronę miasta.

- Pewnie drogo, jak wszystko tutaj.

- Ale tylko piguły, już nie chcę krysi. - odpowiedział mi i ruszył na przód.

 Słońce prażyło na skwar, a my kroczyliśmy znanym Krupówskim deptakiem wprost do oka cyklonu tego przeklętego miasta. Setki ludzi wokół, obwieszonych kolorowymi torbami ze sklepów w których chwilę wcześniej przepierdolili pół swojej wypłaty na bzdety aby udowodnić współmażonkowi, że nadal o siebie dbają. Zmęczenie i intoksykacja przyprawiały mnie o miękkie nogi masując moj mózg w przyjemny i oniryczny sposób. Więc przedzieraliśmy się przez dzikie tłumy rodzin z dziećmi, meneli, ulicznych sztukmistrzów i okazyjnie innych degeneratów z krótką, zdaje mi się przerwą na jakieś uliczne jedzenie. Oczywiście drogo. Jak wszystko tutaj w polskim Las Vegas. Kolorowo brzydkim, rozświetlonym pierdyliardem neonowych świateł, zatłoczonym, brudnym mieście, w wielu miejscach będącym monumentem dla złotych czasów polskiej myśli budownictwa z początków kapitalizmu. Jakimś nieznanym jednak mi sposobem i tak kojarzy się ono z piękną naturą i świeżym, halnym powietrzem.

Pierwszym naszym przystankiem był dom babci Stryja, gdzie odpoczęliśmy w swojskim klimacie i napełniliśmy brzuchy. Drugim zaś, znajdująca się niepodal rzeka przy której na wygładzonym prądem kamieniu przycupnęliśmy. Stryj ze swej saszety wyjął grinder i urodzinową laurkę z wizerunkiem Kubusia Puchatka i przyjaciół, która służyła nam za mobilną tackę. Skopciliśmy dwie lufy i ruszyliśmy dalej w świat.

- Co z tą emą? - Zagaiłem. Stryj szybko przeszedł do działania i parę chwil później, lecz już po zmroku szliśmy symetrycznie, kwadratowo zbudowanym parkiem właśnie w tamtym kierunku.

- Czemu nie mogliśmy się z nim spotkać w terenie? - Spytałem znowu.

- Bo chłop ma opaske na nodze.

- Aha - odpowiedziałem, wiedząc już wszystko co chciałem wiedzieć. Chciałem zapalić też papierosa, lecz moje dwie lewe ręce wykonały bez mej woli magiczny trick i wszystkie szlugi znalazły się na ziemi.

 ***

- Siema - przywitał nas w drzwiach Chłop z opaską na nodze i zaprosił kulturalnie do środka. - Noo zostało mi troszkę tej emy w krysztale.

- A są jakieś szanse na piguły?

- Szanse są marne.

Popatrzyłem ze zwątpieniem na swojego towarzysza. Z chwili ciszy i konsternacji wyłonił się mikroruch Stryja który poprzedził jego słowa:

- Dobra to niech będzie krysia. - usłyszałem w końcu, radosny o parę kryształków wiecej którymi podzielił się z prywatnej kolekcji pomocny Chłop z opaską na nodze. I wkrótce skonsumowaliśmy je ochoczo i rozrywka była przednia. Niewiele zdawać by się mogło, bo około stówy na łeb tylko, ale łby musieliśmy oszczędzać przed dniem następnym. A zadowoleni byliśmy i tak, słuchając muzyki, rozmawiając oraz podśmiechując się co rusz, z różnych życiowych tematów. Faza po MDMA jaka jest, każdy widzi. I nie ma sensu się nad nią dłużej spuszczać i marnować cennych substancji, które pomagają mi teraz przelać te wszystkie wspomnienia na słowa. Wyszliśmy przed chatę, zapalić babola przy kamiennym kręgu ogniskowym. Wzrok nasz przykuło mrygające światełko w trawie. Podeszliśmy bliżej, celem inspekcji tego co było jego źródłem. Okazało się, że to maleńki robaczek.

Ze wzgórza pod skocznią widać było jako-tako nocną panoramę sennej okolicy. Sklepy i jadłodajnie dawno już były zamknięte i wtedy tylko ta piekielna manifestacja kurortowego miasta mogła odpocząć od ciągłego jej deptania przez tysiące zombie. A pogoda była idealna, letnia z wiadomym górskim wiatrem pomagającym przeżyć zaduch. Kosmos sprzyjał? Czy aby na pewno? O poranku, w dniu w którym wewnątrz naszych żołądków spocząć miał gwóźdź programu, ujrzeliśmy czarne chmury i w powietrzu poczuliśmy wilgoć. To szła burza.

 

Akt 4 - Aberracje umysłowe, pułapki pustych skrytek:

 

Wuja spotkaliśmy w jego domu do którego prowadziła wąska ścieżka wzdłuż i przez potok mostkiem. I dalej przez krzaczyska i kłujące drzewka. Porozmawialiśmy chwilę z jego rodzicami w czasie gdy on przygotowywał się do wyjścia i ruszyliśmy w stronę gór bocznymi drogami. Prowadził nas do miejsca w którym miała nastąpić oczekiwana konsupmcja. Niebo zmieniało się powoli z biało-szarego w szaro-czarne, co od samego początku wprawiało ten w plan w niepewność.

- Zacznie padać? No to chuj, wrócimy na kwaterę.

I posiedzieliśmy chwilę na łące, na przewalonym pniu w stanie jeszcze przed-zgniliźnianym. W okolicy było więcej obalonych drzew. Takich wielkich i to z całymi korzeniami i kawałami ziemi, które wyrywały przewracając się. Wiatry tutaj to potężna siła. Wuj stwierdził patrząc na zamglony las, że wdech tego wilgotnego, chłodnego i srogo silnego podmuchu o poranku po nieprzespanej nocy potrafi człowieka otrzeźwić w trybie błyskawicznym.

Mieliśmy ze Stryjem ok. 2,5g cubensisów na głowę, lecz i te plany musiały ulec zmianie, gdyż Wujowi nie udało się znaleźć porcji grzybów (lub czegokolwiek innego) dla siebie. Z dostępnością narkotyków na Podhalu jest tak, że są dostępne ale twój diler mieszka w Murzasichle tudzież innym Poroninie, a jego diler już zapewne w Nowym Targu albo nawet gorzej - w Myślenicach. Sytuacja ta rodzi wiele potencjalnych komplikacji co do ogarniania czegoś na szybko, o czym przekonaliśmy się później tego dnia. Daliśmy naszemu koalicyjnemu wspólnikowi solidarnie po połówce, żeby przynajmniej poprawić gospodarzowi humor. Konsumpcja nie była przyjemna. Konsystencja odklejonej spod szkolnej ławki gumy do rzucia i niesmaczny brak smaku - coś za coś. Rekompensata miała nadejść lada moment. Oczekiwanie jednak zakłócał kilkukrotnie odzywający się i szarpiący brzuch, oraz dudniące zza górskich szczytów grzmoty. 

- Zaczyna padać? No to chuj. Wracamy na kwaterę.

Wyprzedziliśmy ulewę swoim powrotem. Nie daliśmy się zmieść przez wiatr, a psylocybina zaczynała już przebijać się do krwioobiegu. Znaleźć się z powrotem w ciepłym pokoju i usiąść w dużym fotelu uszaku z lat 70. okazało się być bardzo miłym uczuciem. Jako człowiek który lubi podejmować dobre decyzje, pomyślałem, że warto byłoby zmienić skarpetki na suche i tak też uczyniłem. Grzybowa dziwność narastała szybko, tak jak i śmiechy i pokrętność myśli a tym samym poziom pokrętności humoru. Luźne asocjacje do słyszanych słów, do widzianego otoczenia, asocjacje do myśli na ich temat i asocjcajce do asocjacji. Luźna kasza pokrętności zaczęła wypełniać mój mózg. Obraz wyostrzył się jakby ktoś podarował mi nowe oczy zaprojektowane zgodnie z najnowszą technologią, a wcześniej nie zauważone detale, tekstury i elementy tego co składało się na całość otoczenia w końcu do mnie dotarły. Charakter leży w szczegółach. Sposób w jaki cień padał na białą, niegładką czyli pełną niedoskonałości ścianę zaczął wydawać mi się szczególnie charakterny. Na dotyk też było ciekawie, chociaż pod spoconą ale zimną dłonią czułem tylko chropowatość. Cień jednak nie posiada wyczuwalnej przez ludzi faktury. A szkoda.

Wuj zgodnie z przeczuciami był po prostu w dobrym humorze. Stryj również bawił się dobrze, pomimo wcześniejszych obaw, gdyż przy poprzednim grzybieniu widział i słyszał rzeczy, których wolałby jednak nie poznać. Ja czekałem nadal na część wizualną która jak zdawało mi się w stanie w którym czas jest w hierarchii ważności gdzieś za wynikami trzeciej ligii irlandzkiej, powinna już nastąpić. Lekkie falowanie i wszechobecna wyraźność wszystkiego utrzymywały się jednak podczas gdy mózg meandrował.

Patrzyłem na strumyki światła przebijające się przez milimetrowe dziurki w zasłonie na oknie, gdy padła propozycja o zapaleniu jointa pod wiatą. Opady akurat uspokoiły się, a takiej szansy nie mogliśmy niewykorzystać. Stanęliśmy więc w kółku, a kiedy tylko ściągnąłem pierwszego bucha i wypuściłem go odwracając głowę przez lewe ramię, zauważyłem jak niedaleki krzak przybiera oczami wyobraźni, których filtr w końcu nałożył mi się na oczy ficzyczne kształt dmuchającego w trąbkę krasnoludka. Również kolory uległy zmianie na wyraźniejsze, żywsze i pełniejsze i okazało się, że brakującym elementem układanki była stara, poczciwa marihuana. Chmury dymu, które zbierały się nad nami wiatr wduchiwał wprost przez okna do pokoju nad nami. Ja znalazłem pomiędzy kolejką na buchy opartą o ścianę łopatę i oparłem sam swe ramię o jej trzon. Opowiedzieliśmy Wujowi o naszym wczorajszym spotakniu ze świecącym robakiem i gdy dopaliliśmy ruszyliśmy w stronę wejścia. Ja odruchowo zacząłem ciągnąć za sobą łopatę, która towarzyszyła mi w powolnym zanurzaniu się w bajoro wielowymiarowych rozkmin.

- Dawajcie, idziemy.

- A ten łopatę ze sobą zabiera!

Po wejściu do pokoju napiliśmy się, każdy czegoś. Ja smakowałem się w piwie 0% podczas żywego dialogu z moimi towarzyszami. Zrobiłem się głodny. Postanowiłem zjeść kupioną dzień wcześniej drożdżówkę z makiem.

- Może się trafi wysokomorfinowy, hehe.

Usiadłem na swoim ulubionym fotelu, założyłem kaptur i przystąpiłem do posiłku. Nie przebiegał on jednak standardowo. Drożdżówkę żułem i żułem aż do momentu gdy straciła smak, połknąć nie było łatwo, a brzuch wcale nie wydawał się szczęśliwszy. Do tego rozkręcały się wizuale. Spojrzałem w dół, szykując się do następnego kęsa i stwierdziłem:

- Moja bułka wygląda jak żywy organizm.

- To smacznego. Wuj zaśmiał się, a ja po kilku kolejnych próbach postanowiłem porzucić dotychczasowe zajęcie, zostawiając nadgryzioną drożdżówkę na lepszą okazję. W sumie to nawet już nie byłem głodny. Mózg chyba zrozumiał, że nic z tego i dał sobie spokój z bodźcami na rzecz natężającej się pokrętności, a luźna kasza zdawać by się mogło, zaczęła wypływać uszami. Ooodklejka. Niewysoka temperatura oraz zapewne wazokonstrykcja spowodowały, że było mi zimno. Wziąłem z łóżka grubą, białą kołdrę i zakryłem się nią. Siedziałem na fotelu niczym dżin na obłoku, w kapturze w adekwatnej do grzybowych przygód pozie. Niczym "dżin jebany albo śpiący mędrzec w swojej pustelni" według Stryja i Wuja, co bardzo ich i mnie rozbawiło. A w głowie odbywał się istny karnawał. 1000 kilometrów świetlnych na metr kwadratowy. Kasza. Kasza. Kasza. Wylewa się uszami teraz na pewno. Dobrze, że nie zostawia plam na pościeli. Było mi bardzo do śmiechu. Powód nie ma znaczenia, wszak humor jest sensem szalonego. W tym momencie nie bardzo już wiedziałem czym zajmowali się kompani mojej podróży. Nie słuchałem ich, nie patrzyłem na nich. Byłem tam ciałem ale umysłem byłem tylko we własnej głowie, której przestrzeń wydawała się potężnym dziewiczym terenem. Meandry, labirytnty, bezdroża, zagadki. Nagle jakby nowy kadr. Zero myśli. Zupełnie zero myśli. Hala, pomieszczenie? Duże pomieszczenie bez żadnych szczegółów. Tylko podłoże i bezkres metalowych szaf z szufladami jak na dokumentację w szpitalnej przychodni. Biegam tam ja. Nowy kadr. Wiele różnych mnie otwiera szuflady. Szuflada za szufladą. Niektóre puste, z niektórych wyrzucają kartki, zapiski itp. I głos mówiący "nie ma. Tu nic nie ma." Zero myśli.

Otworzyłem oczy. Spojrzałem na swoje spodnie koloru pomarańczowego w czerwoną kratę i w kracie jakby tunel na chwilę zaprosił mnie do swego wnętrza. Byłem pod wrażeniem. Moi koledzy chyba nie zalecieli tak daleko. Ich strata. Nade mną, na przymocowanej do ściany półce stał duży telewizor w którego ekranie filtrem na oczach widziałem zły żółty uśmiech, niczym z oldschoolowego, niskobudżetowego horroru o nawiedzonej elektronice. Śmiesznie w chuj. Cały czas. To jakiś obłęd. Zero myśli a tylko śmiech. Wszystko było warte obeśmiania od góry do dołu, z prawa i z lewa. Niezrozumiale było tylko dlaczego. Podejrzewać tylko mogę, że było to dla mnie w tamtym momencie doskonale zrozumiałe lecz na poziomie niewerbalnym, nieopisalnym. Poziom rozkmin widmo. Świadomość ma przecież kilka stopni. Myśli które werbalizujemy wewnętrznym głosem i takie które są gdzieś tam, w półmroku czerepu ale wyraźne. Rzeczy które rozumiemy i odnosimy się do nich osobiście ale i takie które są dla nas faktem bez żadnych wątpliwości co do ich niebędącego wyjaśnienia. Co jest jak jest, czego nie ma jak jest i tak dalej. Pada propozycja kolejnego jointa. To nasze ostatnie konopie ale to żaden problem. Kupimy coś wieczorem. W tamtym momencie byłem już trochę zmęczony lecz o określeniu czasu który upłynął nie ma nawet mowy. Wkrótce po paleniu poczułem powrót głodu.

 

Akt 5 - Obłęd na żądanie:

 

Wuj jakiś czas później stwierdził, że wraca do domu. Stryj powiedział, że może pójść z nim z zamiarem odwiedzenia sklepu i rozejdą się po drodze. Ja byłem już po prostu zmęczony i głodny. Grzyby schodziły fazami. Raz czułem się totalnie trzeźwy, po chwili wracała psychodela i tak dalej. Wariacki śmiech towarzyszył mi cały czas. Jedliśmy a właściwie przegryzaliśmy chipsy zamaczając je w maśle orzechowym, jednak nie było to wystarczająco.

- Ja zostanę. Dojem drożdżówkę i może pójdę spać bo mi się oczy kleją - powiedziałem, po czym podniosłem się w końcu z mojego siedziska i pożegnaliśmy się z Wujem. Okazał się być eleganckim partnerem do grzybienia mimo, że nie znaliśmy się wcześniej. Gdy byli już przy drzwiach odezwałem się:

- Ej, ty idziesz do sklepu, nie?

- No idę - Odpowiedział Stryj.

- A co kupujesz?

- A co kupić?

Doszliśmy po krótkiej naradzie do wniosku, że póki co wszystko poza czymś do picia mamy i że szlugi się kończą.

- Szlugi i piwo.

Zostałem sam na sam z drożdżówką, która już wyglądała całkiem normalnie i z przemijającymi grzybami. Chciałem położyć się pod ciepłą kołdrą i odpocząć. Śmiech przychodził okazyjnie. Taki sam jak wcześniej czyli bez właściwego powodu ale fazami co nie pozwalało mi zdrzemnąć się prowadząc do frustracji. Co jakiś czas wracał grzybowy rollercoaster, by za chwilę znowu przepaść w niebyt. Trzymając głowę na krawędzi materaca patrzyłem na wzory słoi na drewnie podłogowym obserwując względną trzeźwość, gdy nagle uszami wewnątrz czaszki usłyszałem jakby głosem hydraulika Mario - "Heeeere we gooo!" i zaczęły się słoje wyginać ponownie jak i moje myśli wtenczas. Obłęd. Obłęd na życzenie. Gdy leżałem na plecach zaciekawiła mnie moja ręka. Obracałem ją, wyginałem i oglądałem z domyślnym mojemu licu, domyślnym, czyli nie mówiącym zupełnie nic wyrazem twarzy podśmiechując się od czasu do czasu. Pomyślałem, że pewnie interesująco by to wyglądało z perspektywy osoby trzeciej.

Zdałem sobie sprawę, że niewiele jadłem wczoraj i prawie nic dzisiaj a konkretniej tylko wafel ryżowy popularnie zwany styropianem, ze wspomnianą wcześniej masą z arachidów na śniadanie. Potem grzyby i potem długo długo nic. Dieta jak siemano. W międzyczasie wrócił Stryj. Spytałem podczas palenia papierosa czy też jest taki głodny, bo planuję pójść do najbliższego lokalu typu kebab jakieś 5 minut drogi od kwatery. Stwierdził, że jeszcze nie jest i potem coś zje. Wyszedłem sam w całkiem normalnym nastroju, lecz okazało się że z jakiegoś powodu, którego możemy się tylko domyślać, kebab był zamknięty. Poszedłem więc w dół w kierunku Krupówek. Ohyda. Spacer trochę mi się dłużył, lecz znalazłem w końcu kolejną kebabownię jednak zostałem postawiony przed faktem, że już nie mają falafela. Uznałem, że nie spocznę i pójdę do kolejnego przybytku. Mój organizm domagał się paliwa. Po drodze spotkałem srebrnego kowboja wykonującego pantomimę za pieniądze. Podobny do Johna Wayne'a gagtek, lokalna atrakcja, ulubieniec dzieci i dorosłych. Zakupiłem w końcu co szukałem i postanowiłem zjeść pół na miejscu, pół w domu. Ruszyłem więc w drogę powrotną i dłuższa chwila minęła nim zdałem sobie sprawę, że zgubiłem się, choć wydawałoby się to niemożliwe. Moment ten nastąpił gdy doszedłem do wielkiego ronda, którego na swojej drodze wcześniej nie spotkałem. Odwróciłem się więc by rozejrzeć się dokładniej i zobaczyłem wchodzącą z ulicy na chodnik sarnę. Niedowierzałem przez moment. Zdawać by się mogło, że to jakiś wymyślny grzybowy gljuk. Pozostałości psylocybiny w krwioobiegu szturmujące taranami barierę krew-mózg. Ale ona była tam naprawdę i wyjadała ze śmietnika wyrzucone przez turystów resztki.

- Mój bracie w wierze nie pojebało Ci się? - Spytałem i przeszedłem na drugą stronę ulicy cofając się do ostatniego punktu orientacyjnego i obierając właściwą drogę. Skończyłem posiłek ogrzewając się w pokoju i czilując ze Stryjem. Poczułem się dużo lepiej, zmęczenie nie było już takie uciążliwe. Stryj zjadł zupe z proszku z chińskim makaronem i zaczęlismy poszukiwania marihuany na wieczór. Jak wcześniej wspominałem dostępność narkotyków na Podhalu pozostawia wiele do życzenia (nie mówię o chodzeniu po klubach i tam szukaniu) i długo nie udawało nam się znaleźć nic. Z pomocą Wuja znaleźliśmy jedną opcję z pobliskiego wypizdowia która pojawić się miała w Zakopanem za jakiś czas. Stryj w międzyczasie zjadł resztkę MDMA która zawinięta była w woreczeku w moim portfelu. Nie miałem ochoty. Myślałem, żeby zachować to dla siebie na niedaleką przyszłość ale oddałem mu całość. Wkrótce dostaliśmy nasze zamówienie. Zapaliliśmy kilkukrotnie na tzw. dobicie i położyliśmy się spać by wypoczętymi zjawić się jutro na zakopiańskim dworcu. I odhaczyć przedostatnią kropkę na naszej rozpisce.

 

Akt 6 - Na koszt firmy!

 

W autobusie do Krakowa spałem. Przed drogą posiliśmy się i znietrzeźwiliśmy lufką kioskówką. Obudziłem się niedługo przed docelowym dworcem Kraków MDA ze słuchawkami w uszach w których w tym momencie nie grało już nic. Spojrzałem na Stryja patrzącego w ekran telefonu. Przed nami był ostatni podpunkt wycieczki, mianowicie impreza urodzinowa jego koleżanki Z. której ja nie znałem, lecz skoro dało się tam pojechać, to jak najbardziej.

Wysiedliśmy na betonową płytę dworca i po szybkim zgrupowaniu i rozprostowaniu kończyn wybraliśmy się w najbliższe miejsce gdzie można było spalić papierosa. Oparci o barierkę, niedaleko stoiska z obwarzankami kurzyliśmy Camele Żółte w twardej paczce, bo miękkich nie było gdy Stryj dzień wcześniej odwiedzał sklep. Żartowaliśmy z czegoś oglądając przechodzących ludzi, kiedy nagle naszym oczom ukazał się policyjny patrol. Kobieta i mężczyzna. Wymieniliśmy się spojrzeniami z funkcjonariuszami i wróciliśmy zwyczajnie do poprzedniej konwersacji. Ci jednak zdecydowali podejść do nas.

- Młodszy Kutasiarz Leszek Chreń, Sierżant Marta Zębieńska, można zobaczyć panów dokumenty?

Miny nam zrzedły, lecz szybko w miarę możliwości na twarze nasze zawitał sztuczny luz.

- A jaki jest powód tej kontroli można wiedzieć? - Spytałem.

- Szukamy dwóch takich którzy mają narkotyki - odpowiedział Leszek.

- Tamtędy poszli.

- To dlatego, że mój kolega ma dredy? - Zadrwił Stryj.

Sierżant Marta Zębieńska poczęła wklepywać jego dane do swojego policyjnego komputerka gdy Stryj popełnił duży błąd. Mianowicie otworzył na prośbę Młodszego Kutasiarza swój kołczan prawilności z którego Leszek wyjął zgientą laurkę z wizerunkiem żółtego misia o niewielkim rozumku i złoty młynek z nadrukowanymi zielonymi listkami. W laurce było pusto. W młynku mógłby może liczyć na jakieś okruchy lecz nieumiejętnie otworzył go i jakiekolwiek znajdywały się tam resztki, pospadały na ziemię. Oddał młynek Stryjowi mówiąc pod nosem coś o szczęściu. Stryj ma wytatuowane trzy siódemki na nadgarstku, jak sam twierdzi dla szczęścia właśnie. W międzyczasie Marta skończyła zbierać informację o moim koledze nadmieniając sukowato wcześniejsze mandaty i wpisy i zabrała się za mnie. Młodszy Kutasiarz Leszek Chreń zabrał się za to bez pasji za mój plecak, w którym schowany był cały niewielki zapas konopii, jednak dosyć skrzętnie i nie znalazł go. Ulżyło mi. Okazało się za to, że gdzieś tam spoczywał jeszcze worek z maleńkim kawałkiem grzyba. Powiedziałem, że to drewienko ale Leszek nie uwierzył. Na szczęście zrozumiał, że z takim nic nie wartym gówienkiem nie wskóra dużo. Marta do tej pory podekscytowana, wróciła do weryfikacji mojej osoby w swoim policyjnym komputerku. Nie mogło być jednak tak pięknie. Kosmos chyba nadwyrężyliśmy lub zmęczył się nami gałganami i bez wchodzenia w szczegóły - pojechałem za coś zupełnie innego.

Nie ma bardziej wyrazistego momentu na poczucie, że kosmos nie sprzyja, niż gdy patrzysz na ulice miasta królów zakuty na tylnym siedzeniu policyjnego samochodu. I co teraz będzie? Powód dla jakiego mnie zwinęli to było zwyczajne nieporozumienie które dałoby się bez perturbacji wyjaśnić ale teraz już na pewno znajdą marihuanę i będzie niepotrzebnie przykro. Ostatnim świetlistym błyskiem kosmosu okazł się być apetyt Stryja. Bardzo dobrze stało się, że dojadł wczoraj resztkę MDMA. A co z nim? Jego zostawili wolno. Spytał kiedy się znowu zobaczymy. Leszek odrzekł - Zobaczymy.

- Żeby chociaż jemu udało się dokończyć podróż bez przygód... A ja więcej niż dwóch dób dołkowych pewnie i tak nie przesiedzę i znów będę mógł chodzić gdzie chcę - Martwiłem się jednak o to, że zostało mi tylko mniej niż pół paczki papierosów.

Dojechaliśmy do komisariatu. Przed tylnym wejściem funkcjonariusz w cywilnych ubraniach, z cwaniackim wyrazem twarzy berlińskiego jumacza kopcił szluga. Poszliśmy na szczegółowe przeszukanie, Leszek i Marta musieli oczywiście wykonać też papierkową robotę. Zostałem posadzony w pomalowanym na beżowo wąskim pokoju z ławeczką, zasłoną do przeszukań szczegółowych i długim biurkiem dla funkcjonariuszy. Ze mną na ławeczce siedział smutny ukrainiec złapany z dwoma gramami trawy. Z tego co zrozumiałem czekał na tłumacza. Ostre żółte światło nadawało pomieszczeniu senny klimat, taki jak za małolata siedząc szóstą godzinę w szkolę. Słychać było tylko wentylację, szumy i ciężkie kroki przechadzających się korytarzem psiarzy. Wkrótce zaczęło się klepanie. Leszek bardzo zainteresował się Yerba Mate oraz irytował niemiłosiernie znajdując w prawie każdej istniejącej kieszeni mojej garderoby cukierki eukaliptusowe. Marihuana skryta była w skarpetopodobonej czarnej sakwiece. Kawałek grzyba "drewienka" wylądował w śmietniku. Wskazałem na sakiewkę i powiedziałem, że tam będzie zioło. Leszek zabrał się ochoczo za ważenie. Wyszło mu BRUTTO 13,5 grama. Hoho! Uśmiechnąłem się w serduszku, gdy po otworzeniu sakiewki jego oczom ukazało się metalowe pudełeczko. Zważył je na 7 gramów korygując poprzedni wynik. Jakże mi dobrze było patrzeć jak nie potrafi otworzyć mojego pojemniczka (należy nacisnąć na nakrętkę i zwalnia się uścisk) i siłuje się z kawałkiem zagiętej blaszki aż do pogięcia jej i zepsucia całej puszki. Nie chciałem mu mówić. Najlepsze jednak miało nadejść. W pudełeczku metalowym leżał plastikowy worek strunowy. Wynik znowu do korekcji, wychodzi lekko ponad 2,5 grama BRUTTO. Dobrał się w końcu do zioła. Śmieszna prawie połówka.

- Skąd to mieliście?

- Znalazłem.

- Gdzie?

- W rynsztoku.

- A gdzie to? - Leszek spojrzał na mapę i zaśmiał się. Oczywistym było, że żartuje ale cała moja interakcja z nimi już bez tego była wystarczająco groteskowa. No trudno. Jedziemy na nocleg. Młodszy Kutasiarz Leszek kończył pisać swój protokół a Marta zapytała czy chcę jeszcze wyjść zapalić. Dziękuję za łaskawość, oczywiście, że chętnie skorzystam z pani dobroci. Przed budynkiem ponownie zobaczyłem funkcjonariusza po cywilu. Zagadał:

- To jak tam jechaliście ile mieliście? 5? 10?

- 10? Tyle to ja nawet nie marzę.

- To co to za impreza bez piony conajmniej?

- Panie... My jesteśmy niewolnikami biedy!

***

W czterech ścianach, w pokoju bez klamek z kratami na oknach czas płynie powoli. Miałem dużo czasu na łapanie fali okazyjnych wkurwów, zapoznanie się kilkunastokrotne z regulaminem aresztu wiszącym na ścianie, próby oplucia kamery przy suficie. Większość czasu tak naprawdę próbowałem drzemać. I śniło mi się, że byłem na jakimś festiwalu hałasu, więc prawdą są słowa Charlesa Mansona, że więzienie jest tylko w naszych głowach. Papierosy paliłem po połowie. Zapakowali mi je w kopertę, a po zapalniczkę trzeba było walić w drzwi i czekać na obsługę. Ściągałem buchy na spokojnie, przy oknie kiepując na podłogę gdy usłyszałem walenie do drzwi i dźwięk otwieranego wizjera. Mocny, zdarty kobiecy głos:

- Co ty kurwa robisz? Zaraz dostaniesz miotłę i będziesz to sprzątał - powiedziała sucz, a ja pomyślałem, że zajebiście by było, bo na chwile miałbym czym się zająć.

- W domu też na podłogę kiepujesz? - Kontynuuowała sucz.

- W domu to ja wychodzę na balkon jak człowiek - odszczekałem i sucz zamknęła wizjer kwitując to tylko krótkim - "kiepuj do koperty".

W nocy wprowadzili do mnie do pokoju chodzącego o kulach żula, z którym wymieniłem się tylko krótkim kiwnięciem głową i wróciłem do spania. Rano przedstawił się jako Bogdan.

- Jesteśmy w Krakowie, tak? - Spytał.

- No.

- A gdzie dokładnie?

- Na głównej.

- To nie ma tragedii.

Bogdan podwinął rękaw i dostrzegł wbity w ramię wenflon. Spojrzał na moją rękę.

- Ty też masz? - Nie czekał na odpowiedź. Wyrwał go, a jucha trysnęła na materac i ścianę.

Bogdan nie pachniał zbyt ładnie i nie bardzo kręciła się z nim rozmowa. Zabrali go wkrótce, a ja nadal czekałem na swój moment. W końcu nadszedł. Gdy wychodziłem po swoje rzeczy jakiś biurkowy policjant przeczytał napis na mojej koszulce:

- Wszyscy urzemy... No prawda. Ale po co o tym mówić?

Niedługo później wyszedłem z plecakiem lżejszym o 13,5g. Pierwszą rzeczą jaką zrobiłem był zakup papierosów, które skończyły mi się rano. Następnie wykręciłem numer Stryja. Halo. Całe dwa dni próbował się ze mną kontaktować. Dojechał na imprezę, nie mieli konopii więc pił ale podobno i tak było elegancko. Na koniec poruchał się z jubilatką. Typowo. Ziomek siedzi za kratami a ten zamiast organizować porwanie zakładników z żabki i wymianę więźniów zajmuje się kobietami...

 

 

 

 

 

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
20 lat
Set and setting: 
Kilkudniowa wycieczka, nastroje bojowe. Postawa z kategorii "Świat jest nasz, hasta la vista. Będę się dobrze bawił a wy możecie mi naskoczyć i oblizać".
Ocena: 
Doświadczenie: 
DXM Marihuana MDMA Psylocybina 2C-B Szamańskie kompozycje Kanna (sceletium tortuosum) Pseudoefedryna
apteka: 
Dawkowanie: 
Dzień 1: - Marihuana - Alkohol (tylko Stryj) Dzień 2: - Marihuana - MDMA Dzień 3: - Marihuana - Psylocybina - MDMA (tylko Stryj) Dzień 4: - Marihuana - Alkohol (tylko Stryj) Dzień 5: - Świeże powietrze (tylko ja) - Wdzięki kobiece (tylko Stryj)

Comments

Jeden z najlepszych TR jaki czytałem. Postać Poety do bólu przypomina jedna z najbardziej barwnych i awangardowych postaci Krakowa - Włodka S.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2023
design: Metta Media