Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

trip on mdma 20.08.2010

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
140 mg
Wiek:
20 lat

raporty ladymdma

trip on mdma 20.08.2010

Waga - 50 kg

Po 3 latach MDM–owej abstynencji było mi dane spróbować kryształów MDMA.

Wraz ze znajomymi spotkaliśmy się o 18.30 podekscytowani, że to już dziś będzie nam dane znowu poczuć to wszechogarniające szczęście i tę lekkość. Jemy kilka tabletek witaminy C (jako przeciwutleniacz). Pijemy po 1 heinekenie na początek.

Godzina 19.00 wrzucamy kryształki wcześniej odważone i wsypane do żelatynowych otoczek. Dawka 140 mg. Z racji tego, że mam dość słabą głowę do MDMA. Popijamy. Pakujemy do wspólnego plecaka najpotrzebniejsze rzeczy – wodę, okulary, aparat, spray na komary polecany przez panią w aptece.

O 19.05 opuszczamy mieszkanie. Idziemy tam gdzie nikt nie będzie nam przeszkadzał cieszyć się fazą. Padło na miejsce popularnie zwane „betony”. Ciche miejsce nad rzeką - same łąki i nikogo dookoła. Idealne miejsce na fazę. Po drodze na owe betony wchodzimy do parku – akurat, jak co roku w naszym mieście, jest tam kino na powietrzu. Mnóstwo ludzi. Rozglądamy się, po czym postanawiamy iść dalej. Nagle przypomniało mi się że nie mamy gumy do żucia! Bez tego wiadomo ani rusz.

Jest 19.20 musimy szybko dotrzeć do stacji benzynowej zanim nadejdzie faza. Spieszymy się. Na szczęście dotarliśmy tam po 15 min. Kupujemy 2 paczki gum. Sprzedawca dziwnie uśmiecha się. Dalej już niedaleko do słynnych betonów. Na miejscu pijemy jedno piwo – zaczyna być coraz suchszej w ustach. Wstaję i przechodzę parę kroków, czuję mrowienie całego ciała, zaraz napływa mnie fala lekkości. Świat dookoła wygląda inaczej. Księżyc z ogromną poświatą ciągnącego się za nim światła. Nagle patrzę na kumpla i widzę jego ogrooomne oczy jak 5 złoty. I już wiem, że to będzie piękna noc. Robi się coraz ciemniej. Zaczyna nas atakować chmara komarów. Psikamy się super specyfikiem. Jest dobrze. Już nie gryzą. Patrzymy się na wodę. Ta jej płynność, szum zachęca do pływania. Powstrzymujemy się z trudem, żeby do niej nie wskoczyć. Siedzimy na jakże miękkiej wtedy trawie i rozpływając się w błogiej rozkoszy patrzymy na niebo i na rzekę. Pojawiają się pierwsze gwiazdy. Spoglądam i nie dowierzam, lecą do mnie. Wyglądają, jak komety z długim ogonem i wszystkie lecą w moją stronę. Jest cudownie.

Nagle zaczyna nam się kończyć woda. W ustach tak sucho, że z ciężkością żuję gumę. Bez niej ciężko. Wypluwam ją. Ale szczękościsk każe mi wziąć drugą. Wstajemy trzeba iść do sklepu. Niezbyt mądry pomysł, ale inaczej nie damy rady. Padło na Lidla. Jest najbliżej. Wchodzimy do sklepu i szybko przemykamy do półki z wodą mineralną. Byle nikt nie zauważył naszych cudnych oczu. Płacimy. Co prawda pani kasjerka dziwnie spogląda na nas, ale udajemy, że nie wiemy o co jej chodzi. Wychodzimy. Odkręcam wodę i pije. Uoaa, już dawno żadna woda nie była tak pyszna. Dwa łyki przyniosły nie tylko przyjemność z jej picia, ale także wyeliminowały suchość. Stoimy koło sklepu krótką chwilę. Zastanawiamy się gdzie pójść. Jest już ciemno. Niestety nie wiem która godzina wtedy była, nie miałam głowy patrzeć na zegarek. Nagle pada pomysł. Idziemy do kina. Zobaczymy co grają.

Idziemy, lecz wydaje się jak gdybyśmy sunęli parę centymetrów nad ziemią. Jak na jakimś magicznym dywanie. Ta lekkość za którą kocham MDMA jest cudownym uczuciem. Nie dotykam ziemi, a jednak idę. Dochodzimy na miejsce. Jeszcze sporo ludzi. Niestety film to jakiś horror. Zostajemy na chwilę. Rozglądamy się i trafiamy na 2 znajomych. Jeden z nich jest DJ w klubie. Proponuje, że przyniesie nam butelkę pełną jakiegoś drinka. Idziemy do mieszkania. Pijemy. W domu ciepło i przyjemnie. A jak niektórzy mówią MDMA lubi ciepło. Więc czujemy, że faza się wzmacnia, a dodatkowo piejmy szklankę drina. Hmmm pychota! Grejpfrutowo-pomarańczowy z dodatkiem hmm może cytryny? Nie wiem, ale przepyszny. Siedzimy i rozmawiamy. Czuje tą jasność myśli. Nagle dwoje spotkanych znajomych zaczyna nam zadawać nam szereg pytań. Czego się najedliśmy, itd. Odpowiadamy ze śmiechem. Chcą zapalić jointa. Wychodzą przed klatkę. Zostaję w domu na chwilę. Już dawno nie czułam takiego klimatu, jak dziś. Słucham muzyki. Chce coś napisać na kartce. Ale piszę jak nie ja! Nie poznaję swojego charakteru pisma. Każdy z nas coś potem pisze. Jutro rano zobaczymy, co żeśmy napisali. Wstaje z wersalki i nagle czuję nową falę lekkości. Idę do WC. Patrzę w lustrze i mówię do siebie „to ja ?”. Widzę swoje ogromne oczy i uśmiech. Biegnę do pokoju. Biorę aparat. Uwieczniamy wszystko na zdjęciach. Chce na zawsze zachować wygląd moich oczu. Od pierwszej w życiu piguły kocham wielkie i czarne oczy. Robimy zdjęcia, wygłupiamy się. Piję zimne piwo. Słuchamy muzyki. Ahhhh rozpływam się na łóżku.

Już dawno nie czułam się taka szczęśliwa. Ruszam rękoma w rytm muzyki. Są tak lekkie że nie muszę wkładać w to żadnego wysiłku. Jestem, jak piórko na wietrze, które lekko i miękko unosi się w powietrzu. Zasycha mi w ustach. Mam ochotę na mi się zimnego Lecha. Mówię reszcie. I idziemy. Sklep z 15 minut drogi z domu. Wychodzę i podziwiam niebo. Jest jeszcze więcej gwiazd niż wcześniej! Wszystkie spadają nam mnie. Chce żeby to nigdy się nie skończyło. Jest pięknie. Po drodze podziwiam wszystko. Przypomina mi się jak zawsze wracałam w takim stanie z klubu. Opowiadam reszcie. Oni rozpływają się słuchając mojej historii. Idziemy uśmiechnięci i szczęśliwi marząc, by ta chwila trwała wiecznie. Rozmawiamy o wszystkim i o niczym. Najważniejsze że szczerze. Znikają wszystkie opory, liczy się tylko prawda. Wszystko brzmi, jak melodia. Wbiegam na schody w parku. Mam odczucie, jakbym nad nimi leciała. Już jesteśmy blisko. Na miejscu nie ma ludzi. Liczymy pieniądze. Starczy na trzy zimniutkie Lechy. Pani w sklepie coś mamrocze. Nie wiem co. Nie chce wiedzieć. Podaje 3 piwa. Sprawdzam czy zimne. Zimne! Bierzemy je i wychodzimy.

Idziemy na szkołę wypić. Siadamy na wielkiej oponie i pijemy. Czuje że faza powoli zaczyna schodzić. Pije piwo w nadziei, że choć trochę ją przedłuży. Wypiłam. Nie myliłam się piwo lekko podsyciło fazę, ale wiem, że zaraz i tak się skończy. Postanawiam dalej cieszyć się chwilą. Nie mogę oderwać wzroku od nieba. Jest piękne. Patrzę na zegarek. Jest już sporo po północy. Czas biegnie nieubłaganie. Postanawiamy wrócić do domu. Idąc podziwiamy przyrodę. Nie ma nikogo dookoła. Jesteśmy sami. Wchodzimy do domu. Ścielimy łóżko. Kładę się na nim. Jest tak miękkie, że czuje się w nim, jak w wodzie. Leżymy i rozmawiamy. Powoli usypiamy około 2.

To było piękne przeżycie. Które na pewno powtórzę mam nadzieję nie raz. Wszystko co tylko zdołałam zapamiętać jest w tym trip raporcie. Wiem, nie jest tego dużo. Ale to tylko potwierdza moc i cudowność tej fazy. Im mocniej i lepiej tym mniej potrafię zapamiętać.

Chce też podziękować pewnemu tajemniczemu Panu, któremu zawdzięczam te przeżycia. :** Mam nadzieje że nie ostatnie.

By LadyMDMA

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media