Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

sylwester z 25c-nbome

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
niestety nie wiem ile było w tym kartonie, ale planuję się dowiedzieć
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastawienie bardzo pozytywne, miałem głód psychodelicznych doświadczeń, bo minęło już kilka miesięcy od ostatniego "konkretnego" tripu. Nastrój bardzo lekki, ogólna wesołość i świadomość bycia w dobrym towarzystwie, brak poważniejszych obaw, może trochę lekkomyślne podejście.
Przyjęcie głównej substancji krótko po północy w noc sylwestrową, podczas imprezy połączonej z mini-koncertem w domu znajomych. Wszystko odbywało się w jednym z dużych polskich miast. NBOMe brałem sam, wcześniej spaliłem kilka jointów z innymi ludźmi i wypiłem dwa piwa w ciągu ok. 3 godzin. Podczas tripa spaliłem kolejne kilka jointów.
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
Na przestrzeni ostatniego roku (wcześniej nic poważniejszego się nie działo):
-dwa doświadczenia z DOC
-jedno z LSD
-również raz z 2C-B
-ok. 8 razy MDMA
-3MMC jeden raz
-marihuana średnio dwa-trzy razy w tygodniu, z przerwami.

raporty mikbas

sylwester z 25c-nbome

Postanowiłem, że ta noc będzie wspaniała. Po prostu nie mogło być inaczej. Ostateczny plan spędzenia sylwestra ukształtował się w mojej głowie dość późno. Wiedziałem, że na pewno zafunduję sobie jakąś psychodeliczną podróż, problemem był tylko dobór środków i okoliczności. W weekend poprzedzający koniec roku zostałem zaproszony na imprezę w domu kolegi. Muzyka na żywo, dobrzy znajomi - uznałem, że to jest to!
Finalnie mój plan wyglądał tak: przez kilka godzin bawić się normalnie, około północy pierwszy raz w życiu przyjąć 25C-NBOMe i ocenić, czy zostaję na domówce, czy ruszam do klubów - w dwóch miejscach w moim mieście odbywały się wpisujące się w moje upodobania imprezy. Od początku skłaniałem się ku ruszeniu dalej, ze względu na to, że jeszcze nigdy nie tripowałem poza mieszkaniami znajomych. 

Zacząłem spokojnie. Między 21.00 a 00.00 bez pośpiechu piłem piwo, raz po raz doprawiając się THC i słuchając bardzo dobrej muzyki. Utrzymywałem się na lekkim haju. Kilka minut po północy wraz z jednym z kolegów zdecydowaliśmy się udać do jednego z naszych ulubionych klubów, gdzie, jak słyszeliśmy, nie było przesadnych tłumów, a jednocześnie ludzie bawili się świetnie. Pożegnaliśmy gospodarza domówki i ruszyliśmy. Wychodząc, położyłem sobie pod język kartonik z NBOMe. Oczywiście wcześniej wtajemniczyłem kompana w moje plany, przyjął je ze zrozumieniem.
Przechodziliśmy przez centrum miasta, mijając po drodze tłumy ludzi. Odczuwałem podniecenie, które zawsze towarzyszy mi przy oczekiwaniu na pierwsze efekty działania substancji. NBOMe wszedł bardzo szybko, o wiele szybciej niż DOC czy LSD. Po około dwudziestu, dwudziestu pięciu minutach, zacząłem o wiele ostrzej widzieć kolory. Zbiegło się to w czasie z dotarciem do klubu. Ludzi było wielu, ale nie aż tylu, bym czuł się tam niekomfortowo, zwłaszcza że spotkałem tam kilkoro znajomych. Przez chwilę postałem na parkiecie, kiwając się w rytm muzyki i podziwiając rozmazujące mi się przed oczami światła. Mój kolega gdzieś zniknął, ale wiedziałem, że jest w pobliżu. Wizja zmieniała mi się coraz bardziej, zaczynałem też inaczej słyszeć muzykę - dźwięki zdawały się dochodzić do mnie z różnych stron, bardzo podobne wrażenie miałem po zażyciu DOC. Widziałem wszystko w bardzo ciepłych kolorach, najbardziej "rozpływało się" światło żółte i czerwone. Gdy wrażenia mocno się nasiliły, postanowiłem na chwilę usiąść. Znalazłem wolne krzesło, zamknąłem oczy i poddałem się dźwiękom. Pod moimi powiekami zaczęły rysować się kolorowe linie na czarnym tle. Wciąż dominowała ognista paleta kolorów. Były to abstrakcyjne, ale bardzo przyjemne wizualizacje, skłądające się właściwie z samych kresek. Wtedy to zacząłem inaczej odczuwać upływ czasu. Zapętlony bit zdawał się zwalniać i przyspieszać zależnie od mojej woli. Ocknąłem się po chwili, postanowiłem na chwilę udać się do palarni. Wychodząc z sali natknąłem się na dwóch nieco dalszych znajomych, którym ochoczo opowiedziałem, co się ze mną dzieje. Z perspektywy czasu dziwi mnie taki brak dyskrecji i ostrożności, ale wówczas ani trochę się tym nie przejmowałem. Zdaje się, że wtedy jeszcze do palarnii nie udało mi się dojść, cofnąłem się do sali i usiadłem przy wejściu, jakieś dziewczyny wzięły mnie za człowieka pilnującego bramki, więc chyba nie wyglądałem na zbytnio odklejonego. Wróciłem do oglądania teledysków pod powiekami. Siedziałem przez kilka minut z twarzą ukrytą w dłoniach, zupełnie nie przejmowałem się krążącymi wokół ludźmi.
Po jakimś czasie podjąłem kolejną próbę udania się do palarnii. Po drodze musiałem spotkać kolegę, z którym wyruszyłem z domówki, ponieważ drzwi do sali dla palących przekroczyliśmy już razem. Poza nami były tam tylko dwie czy trzy osoby -miałem wrażenie, że dziwnie się na mnie patrzą, ale nie budziło to we mnie niepokoju, wciąż czułem się bardzo dobrze. Podałem koledze jointa, bo sam raczej bym go nie odpalił. Poczęstowałem nim chłopaka siedzącego naprzeciwko. Znałem go z widzenia, więc zagadałem do niego, rozpoczynając tym samym bardzo dziwną konwersację. On też mnie kojarzył. Mówiłem dziwne rzeczy, rozmówca nie za bardzo za mną nadążał. Pamiętam, że na zmianę kładłem się i podnosiłem na palarnianej kanapie, raz zahipnotyzowałem się wpatrując w palącego się jointa - znowu bawiłem się spowalnianiem czasu. Nawet nie wiem, kiedy mój rozmówca opuścił pomieszczenie. Powróciliśmy z kolegą jeszcze na chwilę do pomieszczenia z muzyką, ale niedługo potem obaj postanowiliśmy opuścić lokal - on chciał już raczej wracać do domu, ja natomiast chciałem sprawdzić jeszcze jedną imprezę, na której miały dominować klimaty psychodeliczne. Mój kompan powiedział, że w razie czego, zawsze mogę wpaść do niego, bo mieszka niedaleko. Zapamiętałem to - na całe moje szczęście! 

Minęła dopiero godzina tripu! Przemierzając miasto zachwycałem się ferią barw. Przyglądałem się sygnalizacji świetlnej, przejeżdżającym taksówkom, reklamom, billboardom. Wszystko wydawało mi się niesamowicie piękne i ciepłe. Choć drugi klub znajdował się zaledwie o pięć minut drogi piechotą od pierwszego, to zdawało mi się, że maszeruję wiele godzin. 
Przy wejściu do imprezowni zauważyłem ogromną kolejkę. Miałem jeszcze wystarczająco silny kontakt z rzeczywistością, by ocenić, że minie dobre pół godziny, zanim wejdę do środka. Krótki przebłysk racjonalności, w tył zwrot i idę do mieszkania kolegi. Tymczasem doznania coraz bardziej się intensyfikowały. Na szczęście kumpel mieszka tylko o kilkaset metrów stamtąd, więc podróż nie trwała zbyt długo, choć i tak wydawała mi się wielogodzinną wędrówką wśród świetlistych promieni. Kilkakrotnie musiałem się zatrzymać i rozejrzeć dookoła, by upewnić się, czy podążam we właściwym kierunku.
Przy domofonie czekała mnie kolejna misja - przypomnieć sobie numer mieszkania. Przed oczami przelatywały mi różne liczby. Przez chwilę sądziłem, że nie dam rady sobie wystukać właściwych cyfr. Wyciągnąłem z kieszeni telefon, ale nie byłem w stanie wybrać numeru, więc schowałem go z powrotem. Maksymalne skupienie, test na siłę woli, bam! Przypomniałem sobie numer mieszkania! Zadzwoniłem, kolega otworzył drzwi.
To jednak nie koniec wyzwań. Po wejściu na klatkę schodową trzeba było jeszcze udać się na trzecie piętro. Pierwszy dylemat: winda, schody? Zdecydowałem się na schody. Na półpiętrze zmieniłem zdanie, cofnąłem się, wezwałem windę. Podróż nią bardzo mi się dłużyła, chodziłem niecierpliwie w kółko. Kiedy w końcu wysiadłem na właściwym piętrze, od razu pomyliłem korytarze. Udało mi się zapalić światło i zobaczyłem niewłaściwe numery na drzwiach. Cofnąłem się, stanąłem przy drzwiach windy, rozejrzałem się. Wybrałem w końcu właściwy kierunek, o czym upewniła mnie poświata wydobywająca się zza uchylonych drzwi mieszkania kolegi. Wszedłem do środka. Zdaje się, że przez kilka minut męczylem się ze zdjęciem butów. Rozwiązanie sznurowadeł było bardzo satysfakcjonującym osiągnięciem. 

Ledwo usiadłem na brzegu tapczanu, poczułem się dość mocno odklejony. Zdałem sobie sprawę, jak bardzo musiałem się skupić, by dotrzeć w to miejsce, i że mogłoby być naprawdę ciężko, gdybym zostal w kolejce do klubu. Kolega zaczął puszczać muzykę, a ja bezwiednie siedziałem skulony na tapczanie, bądź leżałem na dywanie. Raz po raz udawało mi się coś powiedzieć, ale większość czasu skupiałem się na muzyce. Każdy utwór zdawał się trwać wiele godzin, podczas których wciąż nie opuszczały mnie ciepłe wizualizacje. Dźwięki też nabrały temperatury. Słuchając niektórych piosenek, zamykałem oczy i oglądałem produkowane przez mój umysł teledyski, już nie tak abstrakcyjne, jak na początku podróży. Wizje układały się w piękne fabuły i choć nie potrafię powtórzyć żadnej z historii, to jestem w stanie przysiąc, że były one logiczne i bardzo wzruszające. W pewnym momencie stoczyłem pojedynek na spojrzenia z obecnym w mieszkaniu kotem. Mógłbym przysiąc, że wpatrywaliśmy się w siebie przez dobre pięć minut. 

Mniej więcej po trzech godzinach od poczucia pierwszych efektów działania substancji, przeprowadziłem autodiagnostykę. Czułem się fizycznie zmęczony, glównie przez to, że przyjąłem NBOMe będąc już mocno wyczerpany po głośnej imprezie. Obawiałem się, że będę się męczył nie mogąc zasnąć. Było mi też głupio, że zwaliłem się na głowę koledze, a raczej nie będę w stanie jeszcze przez jakiś czas opuścić jego mieszkania. Postanowiłem więc, że będę zachowywal się jak mebel. Ułożyłem się na dywanie i starałem nie zwracać na siebie uwagi. Gospodarz puszczał jakiś czas muzykę, ja dorabiałem sobie w głowie do niej teledyski, wciąż leżąc w bezruchu. Około 5.30 kolega położył się spać, a ja dalej zalegałem na dywanie, animując sobie sufit i ściany pokoju. Bałem się, że nie zasnę, ale mniej więcej po sześciu godzinach od przyjęcia substancji trochę przysnąłem. Myślę, że pomoglo mi w tym fizyczne zmęczenie i brak odpowiedniej ilości snu poprzedniej nocy.
Obudziłem się po półtoragodzinnej drzemce i postanowiłem wyjść nie budząc gospodarza. Wciąż miałem problemy ze skupieniem myśli, a obraz wydawał mi się delikatnie wyostrzony. Ledwo potrafiłem ustać z powodu wyczerpania, ale doczłapałem się na przystanek i w ciągu czterdziestu minut, mając wyjątkowe szczęście do nadjeżdżających autobusów, udało mi się dostać do własnego domu, gdzie padłem nieprzytomny na łóżko.

Mój pierwszy raz z 25C-NBOMe będę na pewno wspominał bardzo pozytywnie, przede mną jeszcze testy pozostałych substancji z tej rodziny. Na pewno są one fajną alternatywą dla LSD czy DOC, które, choć działają wspaniale, to jednak trzymają bardzo długo i rzadko można poświęcić te kilkanaście godzin na psychodeliczne podróże. 
25C-NBOMe nie powodował u mnie przemyśleń natury filozoficznej, działał bardzo silnie na wzrok, powodował piękne wizualizacje przy zamkniętych oczach i mocno zaburzał poczucie czasu. Moje doświadczenie z psychodelikami jest bardzo skromne, ale mogę śmiało stwierdzić, że substancja ta jest bardziej rekreacyjna i mniej "poważna" niż próbowane przeze mnie DOC i LSD, a jednocześnie nie pozostawia niedosytu, jak 2C-B. Mogę ją z czystym sumieniem polecić.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media