Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

spóźnione gimnazjum, lekkość.

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
150+150mg pierwszego dnia, 300+150mg następnego dnia.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Pozytywne: zmęczenie i ciekawość.
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
Brak

spóźnione gimnazjum, lekkość.

Streszczenie: Pierwsze doświadczenie z DXM. Piątek: 300mg, czyli ok. 4,6mg/kg masy ciała, pozytywne doznanie i lekki, pastelowy niedosyt. Sobota: 450mg, odlot zakończony umiarkowanie nieprzyjemnym zjazdem. Raport pisany w niedzielę, ramy czasowe orientacyjne. Inicjały osób trzecich przypisałem losowo.

Artykuł powinien zaczynać się od motywacji. Z tym jednak mam największy problem; wszak udało mi się ją ustalić, wydobyć z kłębów gęstego wstydu dopiero na progu drugiego jakby-tripa, i lepiej będzie, gdy zostanie ona sformułowana w dalszej części tego przydługiego tekstu. Mam 24 lata i żadnego doświadczenia. Mówię, że wziąłem po to, by poczuć klimat opwoiadania, które zacząłem pisać, inspirowany między innymi przeczytanymi tu raportami. (Zwłaszcza autorstwa A, zarówno warstwą merytoryczną, jak i literacką – podziwiam, A., twą wrażliwość, dziękuję ci za nią). Oczywiście, wziąwszy raz tyko i tak tego nie poczuję – czyli to kłamstwo. Generyczna motywacja typu „by udowodnić przed sobą”, rozbija się o skarpy, gołoborza konkretów. Dla przyjemności – to też gadanina, nie lubię alkoholowego szumu, godzę się nań, bo podoba mi się złożony smak piwa i społeczna dopuszczalność szczerości. Nie wiem, dlaczego mnie ciągnie.

Piątek, po południu. Wpisuję w google, gdzie dostać tussidex. Strona wyskakuje już w podpowiedziach przeglądarki – zabieram się do tego jak pies do jeża. Wcześniej drżącym głosem pytałem w okolicznych aptekach, tam gdzie nie było, sylaby rozbijały się o przeszklone witryny, biele kontuarów, przyduszone spojrzenia. Musiałem budzić zdziwienie: poważny ćpun, od dziesięciu lat powtarzający gimnazjum. Zatem Praga-Północ. Za ladą dziewczyna chyba w moim wieku, na tyle wyższa ode mnie, że mogę ciskać słowa pytania nie patrząc jej w oczy.

- Przepraszam, czy tussidex – dostanę?

- Tak – słyszę, i oczywistym jest dla niej mój cel, i nie ocenia go. Jasne włosy opadają równymi strugami na biały fartuch, płaski zarys porozumienia, sucha obwódka dwuzłotówki. Dostaję opakowanie, 300mg, czyli tyle, ile zamierzam wziąć.

18.20. Wyciśnięte z blistra sfery czystej, płytkiej czerwieni filtrują jasność sosnowego blatu. Serce wali, aż drżą. Jasno. Boję się. Naprawdę się boję. Biorę 150mg, popijam wodą. Serce nie przestaje bić.

Rozedrganie. Notuję: „Placebo?”, dalej z grubsza pierwszy akapit raportu. Zgodnie z opisem, deks ma wejść za pół godziny. Najdłuższe pół godziny jakie pamiętam. Nie skupię się teraz na niczym – nie muszę. Może wziąłem po prostu po to, by nie czuć konieczności pracy, odłożonej na weekend? Bzdura, i tak jej nie czuję. Nic nie czuję. Rozszerza się tylko ziołowy chłód na podniebieniu, niezbicie świadczy o tym, że coś jest inaczej. Notuję: „Głębia podniebienia?”.

19.30, wobec braku efektów biorę kolejne 150mg. Ciskam w kosz pusty blister. Skaczę uwagą – film, muzyka, słowa. Robi się jakoś śmiesznie. Powoli czuję, że dotykam głębi, której Prawdy nie opiszę, i zapomniawszy oń, wrócę do pisania lżejszych, delikatnych tekstów. „Prawdę” – notuję - „zostaw Lepszym od Ciebie”. Bawi mnie ta majuskuła. Szkice przyszłych opowiadań. Lekko.

19.50. Wchodzi. Jak alkohol, ale bez szumu – czyli tak, jak opisywano. Lekko. Nie delikatnie, to inna kategoria pojęć. Znaczenia rysują się wyraźnie, oddzielone pionowymi arkuszami. Czekam na to, aż przyjdą osoby z moich myśli: B, C. Nie przychodzą. Nie będzie tak, jak sobie wyobrażałem, i dobrze, niech szlag trafi moje pragnienie egzaltacji. Teraz jest Lekko. Lekko. Zajebiście!

Poczucie, że ta lekkość jest bezwartościowa. Brak, otacza mnie miękka warstwa braku. Większa dawka, myślę, to jest klucz – ale nie mam więcej. Jutro! Ostrze długopisu przetacza się po papierze, zostawia znaki. Czy naprawdę taka lekkość jest tym, do czego dążę? Wyraźne, błękitne pytanie trąca lekkie struny, i sypie się wstyd, znikają dalsze różniczki. Wstyd. Nie jest zły, to część mnie, a przecież cały jestem lekki, lekki, przypominam sobie, mogę zaglądać w głąb siebie i nic mi nie przeszkadza, jest wspaniale! Zalewam herbatę, paskudna. Szkoda, że nie mam lepszej herbaty i dawki. Czuję się doskonale? Wstyd wbija się we mnie, lekkie, niebieskie kryształki. Łaskocze.

Pytania: czy jestem pusty? Czy moje pragnienie literackiej doskonałości, które – jak sądziłem – doprowadziło mnie tutaj – jest sztuczne? Nudne pytania. Jestem. I co z tego? Notuję: „oddalenie, dystans”. Zakreślam w ramkę. Tak, to jest to uczucie, pisałem o nim, nie znając go, pragnąc go. „Kołysanie?” - piszę. Nie, inne słowo. „Oscylacja”. Wziąłem 300mg DXM. To dużo? Chyba nie. Lekkość, ale nie fizyczna. Jest dobrze.

Wiesz, A., tak bardzo ci zazdroszczę, tak bardzo wam wszystkim zazdroszczę, że dotykacie tego, co lekko uchyla się przede mną.

W myślach: przychodzi D., moja była. Uśmiecha się. Ciekawe co u niej. Poczucie winy szarpie mną gdzieś w lewo, ale D. stoi po prawej, opiera się o biurko, jej ciepłe dłonie marszczą dębowe krawędzie. Włosy bez wyrazu wpisują się w moją lekkość. Morska bluzka, czuję jej włóknistą fakturę na języku. I czarno-zielony sweter, w którym pierwszy raz się pocałowaliśmy. „I na tym poprzestańmy, OK?” - zwracam się do niej. - „Zerwałem z tobą. Nie chcę marnować jedynego chyba w moim życiu quasi-tripa na wspominanie twojego wąskiego uśmiechu.” Odwracam wzrok, i nie ma jej, po pewnym czasie.

20.10 To chyba apogeum, myślę. Jestem wszystkim. W słuchawkach już wokal kończący Kotonoha No Niwa. Piękny. Czuje to, co wtedy gdy dawno temu oglądałem to anime. Jest tego mnóstwo, ci, którzy widzieli, wiedzą. Emocje są wyraźnie, oddzielone, łączą się intymnością ludzkiego dotyku, nie bardziej. Ikanai de, ikanai de. „Emocje” - notuję tylko. Nie oddam.

Musze nauczyć się kanji. Japońskiego tak, ale docelowo: kanji. I śpiewać wzwyż, przeciw pociągnięciom pędzla, którymi spływa sierpniowa rdza.

Szkoda, że nie potrafię pisać w tym stanie. Chcę 450mg. Jutro. Czuję się czysty. Nie mogę uwierzyć, że tak się bałem, że robiłem z tego przełom w swoim życiu, że serce i strach. Uczucia, którymi jestem teraz, są tak piękne, i moje. Nic obcego, D. dawno już poszła, jestem wśród swoich, wśród znaków.

Swędzi. Atopowe zapalenie skóry – alergeny z całego dnia nagromadziły się i dają w twarz. To się często u mnie zdarza, trzeba wtedy wziąć ciepły prysznic, potem nałożyć krem, i przechodzi. Ale akurat teraz… ech. Więc prysznic, możliwie szybko. Krem.

20.30. Lekkość odeszła jakoś, pisze do mnie E. z prośbą o recenzję jej miernego tekstu. Dobrze, że interakcja, ale aj, wdusić każe się w ramy składni. Logiki. To tłumi, jest głupie. E. zadaje konkretne pytanie, udzielam odpowiedzi, przepraszam za niedyspozycję, dość! Jestem sam – chcę te 450mg. Tak bardzo. Jutro! Jakieś drżenie, gdy już wyrwałem się z tamtego kontekstu. Lekkość była fajniejsza. Ale to bardziej przypomina kofeinę, więc może zrodzą się pomysły, ściskam długopis, cały jestem nadzieją, oczekiwaniem, pragnieniem. B, gdzieś ty polazł, jak mi cię tu potrzeba?

21.00 To chyba już zjazd. „Rozczarowanie”, notuję, i znowu, „rozczarowanie”. Ból, jakby opon mózgowych, ból banalny, jak po alkoholu. Głupawe było to przeżycie, może to wszystko tylko placebo, może jestem za stary na ten cały DXM. Notuję jeszcze raz „rozczarowanie” i kładę się do łóżka, okrywam szorstkim arkuszem zwątpienia, na nim len, dopiero na tym lekka kołdra. Mój głos, orientuję się, brzmi inaczej, jest głębszy. Wkręca się Schubert, i nucę bardzo bliskie mi słowa: „Der Wind spielt mit dem Wetterfahne...” ładnie, ładnie brzmi to „d-sp”, ale potem się rozmywa, więc porzucam, układam własne, dźwięczne głoski pod sufitem: „dszp”, „wglsz”. Czuję je, są ładne, jest ciemno, niebiesko, od dalekich, ulicznych lamp.

Poduszka słyszy krew w mojej skroni, więc obracam się. Zwątpienie łagodzi myśli, łamie się na głoski, pozwala im z powrotem układać się w zdania, te sztywne konstrukty używane wśród ludzi. Piszę do E, przepraszam ją, w kadencjach mnoży się „xD”. Dobranoc. Samotność jakaś, i puls, puls, próbuję ułożyć się tak, by najmniej rzeczy rezonowało z moim pulsem. Chcę napisać do kogoś. Jest lista osób, do których pisać mam tylko na trzeźwo, bo zbyt zależy mi na tym, by móc im patrzeć w oczy: G, H, I. Jakoś dłuższa była ta lista, myślę. Nieważne. Piszę do J. Dobrze, że jest. Dla niej nie chcę być kimś lepszym, ona jest, i opiekuje się mną, choć może nie zdaje sobie z tego sprawy. Rozmowa powoli układa nas do snu – J. jest zmęczona po pracy, ja, no właśnie. Zjazd w sen.

Budzę się o szóstej rano, przed wszelkimi budzikami świata. Pokój jest piękny, czysta biel ścian potwierdza brak jakiegokolwiek kaca. Czuję się dobrze! Zrobię co mam dziś zrobić, a potem… cieszę się na tę myśl, bawię się tą myślą, układam już narrację raportu. Większość ze sformułowań zapomnę, ale tak to zawsze jest. Kości sitowe. Półdrzemię do ósmej, potem śniadanie, czytam. Piję herbatę z wczoraj – rzeczywiście była paskudna. Wyrzucę, albo postawię na stoliku w pracy, gdzie jej podobne pokrywają się lepkim amalgamatem kurzu i kredy, wrażliwym na dotyk, jak ludzkie powłoki.

Dzień mija: dwie apteki, dwa blistry, 600mg, grzechocze w torbie. Bawi mnie opakowanie, te skrzydła od krtani. Przypomina to ten najbardziej znany portret świata, gdzie Chrystus wyposażon jest w podobnie niebieskie i czerwone urządzenia wejścia-wyjścia, z tą jedynie różnicą, że generyczny transfer przewidziany jest tam chyba w przeciwnym kierunku.

20.20. Zaciskam dłoń na czarnym długopisie i naprawdę nie wiem co myśleć. Dotarło do mnie, że mój raport z wczoraj, would-be-raport, nie zostanie opublikowany, są tu reguły, i tak jak w życiu, pod hasłem „jak pisać” stoi „zastanów się dobrze, czy na pewno masz coś do przekazania”. Nie mam. Stawiam myśl, która za chwilę zapłonie na biało, utrwali się: wziąłem po to, by opublikować własny tekst, warunkiem publikacji była, jak sądziłem, jedynie prawda, i spełniłem go. Cel: debiut literacki, i być może komentarz od samego A. Dlatego piszę teraz dla siebie, łudząc się, że jednak nie. Boję się brać – głowa nie tyle boli, co możliwością bólu sugeruje, że coś jest nie tak. Ach – uzupełniam – boję się, bo piłem dziś dwie kawy, a wczoraj jedną. A może tego, że to dzień po dniu?

Jednak biorę. Dziesięć dawek czystej czerwieni, tym razem prześwituje przezeń krata pustej kartki. Łykam – pięć, i znowu pięć. Na kolejne pięć przyjdzie czas. Dzisiaj boję się bardziej wewnątrz: nie stres, tylko strach. Woda. Drżenie. Chcę napisać do J… tylko po co? Parzę herbatę, specjalnie kupiłem lepszą. Po co mi to wszystko?

20.35. Spokój. Włączam anime, ale jakoś nie mogę się zdecydować które. Chcę bad tripa, chcę żeby mi się odechciało. Nie czuję nic, nawet tych ziół na podniebieniu, które czułem jeszcze dzisiaj. B. kręci się po mieszkaniu, ale nie chce do mnie przyjść. O 20.50 postanawiam, że jak do 21.20 nic nie będę czuć, to wezmę kolejne 150mg. Coś brzęczy niebieskim światłem na krawędzi okularów. Piszę to. Po to mi ten cały deks: żeby pisać wszystko, że niby notatki do raportu. Potrzeba pisania i potrzeba milczenia, dwa koty walczą na zielonej, flizelinowej podściółce strachu. Jest tak pusto. Stukam opuszką w papier, który pokrył się już warstewką tekstu. Chcę by dźwięk brzmiał inaczej, choć trochę głębiej, objawił, że cokolwiek weszło. Łudzę się. Bawię się kolejnym blistrem, srebro w czerwieni przechodzi w niebieskość szklanych ścian. Przejście to jest fioletowe: tym czystym fioletem, który dziecko wyobraża sobie zanim pierwszy raz usłyszy słowo „ametyst”. Jaśnieje niepokalanie. Jak u Herberta.

21.20, nadal nic, zgodnie z zapowiedzią, biorę kolejne 150mg. „Kapsułki miękkie”, czytam spód blistra, miękkie, jak ja. Wyłączam Schuberta, włączam jakiś metal. Czemu tak z tym zwlekałem? Może jeszcze pięć? Nie, niech czeka na razie. Żal. Chcę żyć.

Nic nie czuję. Wpisuję w internet coś w stylu „DXM dzień po dniu, brak reakcji” Wyskakuje jakiś artykuł, szare litery mówią czułym, ale dobitnym fontem: na początek co najwyżej 100mg. I nie częściej niż raz w tygodniu. Well, shit.

Czy możliwe, że tą herbatą wypłukałem DXM? Bez sensu. Czemu nic nie czuję? Myśli o jakiejś sile wyższej. Zwątpienie, ten czuły balsam. Wstyd na myśl o pozostałych pięciu kapsułkach, ale nie ten przyjemny wstyd, co wczoraj – ten prawdziwy. Wracam do czytania: na środę mam przygotować referat.

Chcę napisać do G, szkoda, że nie mogę. Chcę jej napisać o tym zwątpieniu, ona się zna. Ale poczekam jeszcze: wczoraj apogeum było chyba jak kończyła pisać E, czyli – sprawdzam - po 2h 24’, albo po 1h 54’, zależy jak liczyć. Czyli jeszcze czas. Prawda?

Boję się, że z tej apatii coś wyniknie. G. by wiedziała. Mówiłem jej kiedyś, że nie zamierzam brać. Jeśli to czytasz, G – przepraszam.

22.10: Kaczmarski w słuchawkach, gram przez internet w szogi. COŚ wchodzi do głowy. Ciężko.

22.15: Rezygnuję z partii po tym jak podstawiłem srebrnego generała. Ściągam słuchawki. Idę, skaczę, uderzam się w kolano o jakiś kant. Boli! Czuję inaczej jakoś. Inaczej. „Co za gówno” - notuję. Kładę się, nie umiem już notować. Od tej chwili raport będzie rwany, wyłącznie na podstawie wspomnień.

Kładę się do łóżka. Weszło! Jezu. Ile myśli. Kim jestem w tej zabawie? Światło kroi się na plastry. Słowa nie wydalają. Swędzi, więc prysznic, może minutę, nie więcej. Jest ciepło. Stoję w łazience, nie wziąłem koszulki, po co mi ona. Jest ciepło. Wychodzę, idę. Gdzie tam, „idę”. Płynę. Jestem przestrzenią, która porusza się wokół mojego ciała. Jest ciemno w mieszkaniu, tylko niebieskie światło, ale wszystko widzę. Patrzę przez okno w kuchni, i gdy poruszam się, obraz za nim też się porusza. Jak to możliwe? Rozwijam w myśli arkusz kreślarski, próbuję to zrozumieć. Geometria: bawię się nią chwilę. Dotykam ciała, jeszcze ciepłego od wody. Pierwszy raz w życiu czuję, że jestem przystojny. Woah! Ale to dopiero początek – staję we framudze drzwi i sięgam każdego jej krańca. Kończyny są świadome, smakują obrzeży świata. Jestem dziesięć lat młodszy. Tak, mam czternaście lat. Chodzę do gimnazjum. Siadam na murku, na moich kolanach kładzie się I. Scena którą wspominam do bólu, teraz się po prostu dzieje – i mija, i już ją nie jestem! Wyciągam dłonie, jestem człowiekiem z tych pożółkłych arkuszy, który sięga planet. Mówię: i głos mam zupełnie inny, nie mój, i nie żadnego z Narratorów.

To głos Narratora z gimnazjum, zanim jeszcze do moich myśli przyszła C, i, znacznie później, B.

Stoję. Ciało jeszcze bardziej wiotkie – i znów rozumiem: jestem postacią z anime. Mój zarys nawiązuje do klasycznej kreski, kontur jest mroczny i cichy, a kształt ma w sobie milczącą subtelność arcydzieł Shinkaia. Dotykam – obrys twarzy, włosy, oczy, wargi, wszystko się zgadza! Patrzę na ręce. Są czyste. I nagle – kruszą się w coś jak low-poly-art. Jestem jeszcze wyższy, ale trochę się boję, bo to nie jest moja estetyka.

Staram się o tym nie myśleć, więc zamykam oczy. Siadam na łóżku, prawie po turecku, jakoś dziwnie. Nie potrafię opisać co czuję – nie dlatego, ze nie starcza słów, słowa mogą znacznie więcej, lecz aby przyłożyć je do świata, w którym czuję, muszę rzucać nimi w jego subtelne membrany. Każde takie uderzenie rezonuje pięknie, lecz boli, a słowo odbija się i tak, bo słowa mają do siebie szacunek. Więc nie. Wstaję, płynę, żyję. Boże, pozwoliłeś mi dotknąć czegoś niesamowitego, co od zawsze było we mnie.

Za jaką cenę?

Sunę. Jestem pomarańczowym płomykiem, po prawej, na minimalistycznym obrazie, który przedstawia, po lewej, niebieską głowę tygrysa, na granatowym tle. Olej na płótnie. Jestem tym olejem, nic nie mogę zrobić.

Wchodzę do łazienki i ważę się. Cyfry są daleko poza polem widzenia: no tak, okulary. Szukam, czyszczę, zakładam. Woah! Powtarza się to wszystko co wcześniej, ale w HD! 4K! Kiedy ciało na nowo rozpadło się w kubistyczną fantazję, wraca strach. Dwie frazy: „to nie moja estetyka” i „za jaką cenę?” pojawiać się będą coraz częściej, na zielonkawym tle „kurwa-kurwa-kurwa”. Tym niesamowitym głosem. Patrzę na godzinę. Coś jakby północ.

Kładę się. Mam świadomość, że boli mnie głowa od wrażeń, ale nie czuję bólu. Przykrywam się kołdrą, kocem i czymś jeszcze. Boże – myślę – za jaką cenę? Głos mi pęcznieje. Nie moja estetyka pcha się na twardówkę, drga tam. Patrzę na telefon: obraz jest bardzo wyraźnie podwójny. Moc decydowania pomachała na pożegnanie, przekazując przy tym jasno: nie będziesz więcej brał. I poszła, pewnie gra z B. w szachy. Leżę.

0:30. Ból otwiera niepilnowane drzwi percepcji i dyskretnie tupta na skroń. Łóżko nie czuje pulsu jak wczoraj, pierwsza myśl: to dobrze, bo to było paskudne uczucie, ale druga: fuck, *nie czuje pulsu*. To za taką cenę? Co będzie jutro?

Będzie jutro?

Nie chcę usypiać – chcę doczekać światła dnia, upewnić je, że żyję, w tym ciele, z tą krwią. Ale czas jakoś nie chce upływać. Napisać do J. Czekam, aż przed oczami zarysuje się pojedynczy telefon, a myśl upchnie się w błogosławione ramy składni.

1.15: „Proszę, zadzwoń do mnie jutro jak będziesz miała czas” - piszę. Myślę: jeśli zadzwoni, a nie odbiorę, to wezwie pogotowie albo coś takiego. A jeśli odbiorę, czyli przeżyję – przyznam się jej, bo potrzebuje się przyznać. Dziękuję ci, J. „Przepraszam, to źle zabrzmiało.” - dodaję dla porządku - „Wszystko ok u mnie”. To prawda. Wziąłem tylko 450mg dekstrometorfanu.

J. oczywiście śpi, więc nie odpisze. Oglądam jeszcze jakieś memy. Większości nie widzę w ogóle, reszty nie rozumiem. Mają być śmieszne, poruszające, czy jak? Nie wiem. Kładę się, co jakiś czas sprawdzam godzinę.

Budzę się o siódmej rano. Żyję – czuję się wspaniale, jest jasno. Napisać ten raport, zanim zwątpienie. Ale drzemię jeszcze. 7:42 pisze J, zadzwoni po pracy. Uspokajam ją. Teraz: czekam na ten telefon, ale już po wszystkim, papier wszak przyjął co powinien był.

Podsumowując? Kupujcie lepszą herbatę. DXM: to był dziwny, głupi pomysł, nie ciągnie mnie do tego, by powtarzać. Pozostałe pięć tabletek cisnąłem w pewnym momencie w kosz, teraz już nie pomnę, kiedy. Zobaczyłem wczoraj, przedwczoraj coś, co zupełnie nie odpowiadało moim oczekiwaniom, zaskoczyło mnie, może trochę przypomniało o tym, jak brakuje mi pokory. Było piękne, ale to raczej nie dla mnie. Ten wieczór spędzę inaczej.

Dziękuje, pozdrawiam.

Ocena: 

Odpowiedzi

Tych zaczarowanych uczuć nie sposób oddać w całości. Kto uświadczył bieli, płynności, kinetyki DXM- zna. Ale jak wylać to na papier, jak przetworzyć? Tobie się udało, nawet bardzo dobrze.

 

Twórca twórcę zrozumie- raporty są jak dzieci. I każdy chce widzieć, że dziecko wyszło dobrze. Dlatego chcę żeby wiedział, że ten odebrałem pozytywnie. Był jak gra słów z emocjami. Pełny artyzmu, bogaty.  Wyrazy uznania ;)

 

PS- "Kładę się do łóżka. Weszło! Jezu." - haha, dokładnie tak odczuwam wejścia :D

No i koniec :D

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media