Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

potwór

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
1mg 25E-NBOME
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Piękny słoneczny dzień. Słońce niedługo będzie zachodzić. Na ziemi resztki śniegu, ja sam w niezłym humorze.
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
Politoksykomańskie:

PSYCHODELIKI
- marihuana
- muchomor czerwony
- DXM
- gałka muszkatołowa
- grzyby psylocybinowe
- MXE
- ho-met
- LSD
- aco-dmt
- 25d-nbome
- 2cp
- 25c-nbome
- AM-2201
- UR-144
- JWH-307
- DOC
- 25i-nbmd
- 3-meo-pcp
- Etketamina
- AKB-48
- BB-22
- 4-ho-mipt
- 25i-nbome
- Difenidyna
- Metoksyfenidyna

DEPRESANTY
- alkohol
- GBL
- kodeina
- opium
- tramadol
- glistnik
- buprenorfina
- PST
- Clonazepam
- Alprazolam
- fentanyl
- Etizolam
- Zolpidem
- baclofen
- Zopiclon
- estazolam
- w-15
- diclazepam
- hydroksyzyna

STYMULANTY
- Kofeina
- Nikotyna
- Bufedron
- Amfetamina
- Metkat
- 2-fa
- 3-fa
- alfa-pvp
- 3,4-mmc
- Etylofenidat


Inne
- Afrykański korzeń snów
- Jedna próba z ronsonem
- Tatarak

potwór

 

Wkładam malutki kartonik pod dziąsło. Gorzki smak jest ledwie wyczuwalny, zdrętwienie twarzy jest również ledwie wyczuwalne. Mija 20 minut i zaczynam czuć bodyload. Bodyload jest nieoczekiwanie mały. Zero wazokonstrykcji, niemal nie chce mi się rzygać, nie odpala mi się gratisowy patologiczny kaszel. Cudnie.

Wychodzę na dwór. Mam zamiar przejść się wokół działki z bestią. Daje jej ciastko i idziemy. Mam wrażenie że substancja weszła już w pełni. Delikatne kolorki, bardzo delikatne wizuale, psychodela na całkiem przyzwoitym poziomie. Spaceruje mając przy nodze 50 kilowego potwora. Potwór biega po całej działce. Idę wzdłuż siatki za którą sąsiad ma sad, przegnile jabłka eksplodują mi pod nogami. Dociera co mnie ważny fakt. Kiedy dotrę do rogu ogrodzenia będę widział sporą część okolicy, przy takiej pogodzie i na sajko … Postanawiam nie odwracać się dopóki nie będę na szczycie wzniesienia.

Odwracam się i uderza mnie piękno. Zapominam o wszystkim i podziwiam. Niemal bezchmurne niebo po którym przesuwa się z wolna kilka obłoków, żółtozielona trawa przebijająca się gdzieniegdzie spod śniegu, brunatne ziemia na polu, staw na którym poruszana wiatrem delikatnie dygocze trzcina. Jest przepięknie. Mam chęć wykrzyczeć to na głos i po chwili wahania decyduje się na ten krok. Naćpany przeszczęśliwy typ stoi na górce w słoneczny dzień i krzyczy jak tu jest pięknie. Jasne – czemu by nie.

Potwór siada przy mnie. Z ciekawością obserwuje swojego drącego mordę pana. W jego brązowych oczach jest uprzejme zainteresowanie. „ Człowiek, naćpałeś się. Idziemy dalej czy będziesz tu stał i się wydzierał ? „. Idę automatycznie, jak robot. W pełni koncentruje się na tym co widzę. Staram się utrwalić ten obraz na zawsze.

Mając wrażenie, że nie będzie już mocniej, wracam na chwilę do domu, zmieniam szybko buty na takie które mogę upierdolić od góry do dołu i wychodzę. W pomieszczeniu jest bardzo klaustrofobicznie. Zakładam suce obrożę i podpinam smycz. Postanawiam przejść się z nią na dłuższy spacer – jakieś 4 kilometry po miejscowości w której mieszkam. Potwór jest niezwykle kontenty.

Mam wrażenie, że nie idę tylko płynę. Wizuale zamiast przybierać na sile postanawiają zaniknąć. Muzyka jest jakby za głośna. Oddycha mi się jakby za ciężko. Ruchy zwalniają. Dzieje się coś niezbyt dobrego. Z każdym krokiem obraz przechyla się o 30 stopni to w lewo to w prawo. Tup tup – przechył, tup tup – przechył. Słońce odbijające się od śniegu razi mnie w oczy. Kilkaset merów za mną dostrzegam innego typa z psem – bardzo niemiłą jest mi myśl o jakiejkolwiek interakcji. Wszystko zaczyna mi przeszkadzać i stawać się cholernie nieprzyjemne.

Nie poznaje tego świata. Nie chodzi o to, że jest jakoś zmieniony wizualnie. Po prostu nie wiem gdzie ja kurwa jestem. Nic nie wygląda znajomo. Mam wrażenie, nie  wrażenie – pewność – że to wszystko wygląda nie tak jak powinno. Jak ma wyglądać ? Jak wyglądało przedtem ? Co właściwie jest nie tak ? Gdzie mam znaleźć cholerny punkt odniesienia. Zamykam na chwilę oczy. Widzę diabelski młyn, wirujący w kilku płaszczyznach jednocześnie.  Wcale nie pomaga. Z każdym krokiem zwiększa się ciśnienie i grawitacja, jestem dosłownie miażdżony przez psychodelę. Momentami ciemnieje mi przed oczami i mam wrażenie, że zbliża się blackout w trakcie którego mogę zrobić naprawdę wiele głupich rzeczy.

Okay dotarło do mnie, że jest za mocno. Mózg wymyśla, że wypadałoby zacząć jakoś się ratować. Pierwsza próba -  wyłączam muzykę. Brzęczący  rój owadzich skrzydeł natychmiast wypełnia mi czaszkę nieomal ją rozsadzając. Natychmiast cofam ten krok. W słuchawkach Rammstein – idealnie kurwa na uspokojenie. Niestety nie bardzo kojarzyłem, fakt że utwór można zmienić.  Druga próba – postójmy chwilę w miejscu. Jest gorzej – w każdym oknie, leżących nieopodal budynków dostrzegam zagrożenie. Nie ze strony ludzi – czai się tam to obrzydliwe, wirujące coś i jeśli będę stał w miejscu zbyt długo to na pewno ….

Z odrętwienia wyrywa mnie szarpnięcie. Suka ciągnie delikatnie smycz przypominając, że jesteśmy na spacerze. Przez te kilka strasznych minut zapomniałem, że nie jestem sam. Poznaje potwora. Potwór nie  wygląda wcale groteskowo. Błyszcząca czarna sierść, rzędy mocny zębów, zabawny psi wyraz twarzy – mam w polu widzenia coś co wygląda normalnie. Nie wpadłem na to od razu, ale bestia wyglądała normalnie ze względu na swoją dynamiczność. Statyczne obiekty które obserwowałem natychmiast wyginały się, rozwarstwiały i zaczynały wyglądać nieprzyjemnie. Suka poruszała się sama z siebie – była zbyt szybka dla tego potężnego wiru, umykała mu.  Z brązowych  oczu odczytuje krótką wiadomość „Człowiek, na spacerze to się spaceruje”.

Ma rację. Zaczynam się poruszać. Atmosfera napięcia wcale nie opada. Pojawia się jednak myśl, że skoro zwierzak gdzieś mnie ciągnie to chyba poznaje okolice i mniej więcej wie co mamy robić. Rozważam kierunek marszu. Do domu mam niecały kilometr – w domu zaś na pewno znalazłoby się coś co zbiłoby fazę, albo przynajmniej zminimalizowało jej moc.  Co ciekawe taką opcję odbieram jako porażkę. Marsz powrotny na pewno rozciągałby się w nieskończoność, a świadomość tego, że uciekam i nie ogarniam uwypukliłaby wszystkie nieprzyjemne aspekty fazy. Poza tym ktoś szedł za mną – musiałbym minąć inną istotę ludzką.

Nieco zrezygnowany decyduje się na kilkukilometrową wędrówkę okrężną droga. W głowie mam już rozpisany plan podróży. Najpierw jakieś dwieście metrów przez drogę po obu stronach której są budynki, potem  nieco większa odległość przez park – klaustrofobiczny drzewny tunel. Co potem ? Potem wychodzę na dróżkę biegnącą między polami, w oddali której majaczy las. Ta myśl jest krzepiąca – wystarczy przebić się przez park i wszystko będzie w porządku – wielka otwarta przestrzeń jest czymś czego bardzo potrzebuje.

Idąc patrzę na sukę – wrażenie, że jestem przez nią ciągnięty na saniach albo czymś  podobnym jest bardzo silne. Idziemy, idziemy, idziemy. Czemu to tak długo trwa ? Kiedy jestem między drzewami, muzyka zmienia się niespodziewanie na soundtrack z wiedźmina. Dziki gon pojawia się jak na zawołanie. W koronach drzew sunie dym kształtujący się momentami w grupę jeźdźców, momentami zaś w trupa w koronie obleczonego w obszerne szaty. Ta wizja nie budzi we mnie jednak niepokoju – po chuj niematerialny dym miałby się wdawać ze mną w interakcje ?

Wyjście na otwartą przestrzeń sprowadza fazę do poziomu który jestem w stanie zaakceptować. Moc jest na granicy tego co jestem w stanie znieść, ale nie ponad nią. Kucam przy suce. „Podaj łapę”. Podaje. Chyba wszystko jest okay i można już tripować co nie ?

Kolejne piętra gałęzi w odległym lesie kształtują się w idealnie równe rzędy. Na poły naturalna drzewna budowla jest zamieszkana przez stworzenia które z braku laku nazywam elfami. Te konkretne są strasznymi, zdegenerowanymi skurwysynami.  Jest to zupełnie pewne i naturalne.  Zalegający śnieg i czarna ziemia też układają się w poziome rzędy, wygląda to nawet nieźle. Uświadamiam sobie,  że słońce chyli się ku zachodowi i jeśli minę pagórek za którym stoję to na pewno je zobaczę.

Czerwonawa, ognista kula wygląda w miarę normalnie, zaś okolica skąpana czerwono-różowym światłem już nie. Znów pojawia się wrażenie, że wylądowałem w zupełnie innym świecie, jednak teraz nie jest nieprzyjemne. Zatrzymujemy się, stoimy, podziwiamy. Potwór następuje na zamarznięta kałużę łamiąc lód i pije wyciekającą wodę. Wygląda to estetycznie.

Reszta marszu koncentrowała się w sumie na podziwianiu. Podziwianiu wszystkiego. Dalej twierdzę, że nie były to wizuale – była to psychodeliczna dziwność wszystkiego. Maszerując zastanawiałem się czy psychodeliki rzeczywiście mogą mi coś dać. Po chwili namysłu doszedłem do wniosku, że nie ma chuja. Głębsza refleksja nad tą i innymi psychodelicznymi fazami sprowadziła je do poziomu zabawek. Są wizuale, jest dziwność i ta specyficzna euforia, pojawia się również nowe spojrzenie na pewne sprawy. Czy jednak kiedykolwiek jakkolwiek wpłynęło to na moje życie ? Czy i jak wyobrażam sobie taki wpływ ? Nie, nie i nijak.  Jestem tego pewien do teraz. Jestem również pewien, że nie mogę być pewny wpływu psychodelików na innych ludzi; nie chcę i raczej nie mogę uogólniać.

Dopiero na samym końcu fazy dostrzegłem w końcu wizualizację na tyle mocną, że aż zapierającą dech w piersiach. Usiadłem przy potworze i spojrzałem nań. Futro zmieniło kolor na niebieskawy i odwarstwiło się wraz ze skórą od pyska. Zielonkawe mięśnie, ścięgna i tkanki miękkie szybko poszły w jego ślady. Patrzyłem wprost w wyszczerzoną czaszkę z której patrzyły na mnie tylko te spokojne brązowe oczy. Niestety wizja rozmyła się w ciągu kilkunastu sekund i nie chciała już powrócić.

Pora zjeść. Wyniosłem Bestii miskę z surowym mięsem, a sam wziąłem do ręki pomarańczę. Abstrakcja tego co robimy uderzyła mnie z kilkusekundowym opóźniniem. Posilający się razem naczelny i psowaty. Małpa i wilk. Drapieżnik i wszystkożerca.  Kontrast był przeogromny – ryknąłem śmiechem i położyłem dłoń na głowie suki. Mruknęła po swojemu, żebym się odpierdolił jak je i wsuwała dalej.

Dalsza część podróży nie była z mojej perspektywy w żaden sposób ciekawa i dlatego w tym momencie skończę.

Ps: proszę moda o dodanie 25e-nbome do substancji otagowany bo nie znalazwszy tego w tagach dałem z braku laku randomowy nbom

Ocena: 

Odpowiedzi

Kolejny świetny tekst. Jestem fanem Twoich raportów.

Biurokracja nie nadąża za inwencją twórców RC. Zobaczę co (czy?) da się zrobić...

Fajny trip. A co do wynoszenia czegoś z psychodelii - spróbuj kiedyś nie łazić, nie chłonąć, nie zagłuszać. Przygotuj temat do rozkminiania. Wrzuć psychodelik. Połóż się w wygodnym barłogu. Medytuj na wybrany temat. Lub dowolny inny. (Metoda zalecana przez ekspertów)...

Brzmi protekcjonalnie. Umiem ćpać

Nie miało Tak brzmieć. A co to "umieć ćpać"?

Oznacza to w tym konkretnym przypadku, że nie potrzebuje rad na temat tego jak czerpać z fazy. Rydzyk rozumiem, że na celu miałeś to, ażebym jakoś skorzystał i spróbował wyciągnąć z tripa, coś więcej niż kolory, absurd i inne takie. Generalnie dzięki, ale pozostanę przy swoim zdaniu na temat tej grupy substancji - uważam, że zdobyte doświadczenie pozwala mi traktować je wyłącznie jako zabawki. Ty pewnie podchodzisz do nich inaczej i tak też może być. Whatever

Za każdym razem bardzo bym chciał wynieść z psychodelików coś..., ale kiedy już jestem w tym stanie, nie mogę powstrzymać się od tego, żeby po prostu się nim bawić. Więc - nie. Zacytowałem tylko rady faceta, który od x lat uczy ludzi jak wyciągnąć z psychodelii coś więcej, podobno z niezłym skutkiem. A że jakoś tam pokrywa się to z opiniami innych osób, które kreatywnie wykorzystały trip, nie mam powodów mu nie wierzyć.

TR bardzo ładny i treściwy, trip sam w sobie też musiał być ciekawy... Tak przynajmniej podpowiada moja wyobraźnia.
Co do nauki- NBOMe'y nie są tą grupą psychodelików, która potrafi zdziałać cuda- To takie bardziej halucynogenne zabawki niż psychodeliki ;) 

Oj, muszę zaprzeczyć! NBOMe'y mogą zdziałać cuda. Po zażywaniu wielu różnych psychodelików; LSD, LSA, psylocybiny, meskaliny spotkałem się wreszcie z 25C-NBOMe. Nie spodziewałem się niczego specjalnego, set and settings było takie, że poszedłem z dwoma ziomkami z osiedla na łąki za osiedlem, a to co zobaczyliśmy wykroczyło dalece poza granice zrozumienia... (O tym pisałem w jednym z moich reportów) Nie potrafię wytłumaczyć dlaczego akurat wtedy aż tak to zadziałało. Brałem potem NBOMe drugi raz, ale to już nie było to samo. Muszę jednak przyznać, że mogę postawić znak róności pomiędzy szczytowym momentem tamtego przeżycia, a szczytem tripu na Ayahuasce. 25C-NBOMe dało mi skrajnie fantastyczne przeżycie, nie miałem od tamtego tripu dnia żebym nie myślał o tym co się stało... aż do czasu DMT, rzecz jasna. Ludzki umysł sam z siebie, bez żadnych substancji potrafi zdziałać największe cuda. Tak więc i z NBOMe da się zdziałać... właściwie wszystko ;)

Piękny TR podoba mi się twój styl pisania, jest bardzo charakterystyczny. Btw nbome na mnie jakoś słabo działają. Pierwszy raz z 25i (2mg) był niezapomniany, a ostatnio po trzy miesięcznej tolerce 1.2mg 25c ledwo smyrło. Niestety żeby było tak jak ma być (mocno) w przypadku nbomów muszę je miksować z kanna, mxe i ewentualnie tryptaminami. No i dosyć mocno było jak z kumplem wzieliśmy 2.4mg 25c i 2/3mg DOC (nie pamiętam czy dorzuciliśmy jeszcze 1mg, czy nie) Choć wydaje mi się że to było głównie DOC.

Może to przez brak neuroprzekaźników? 5-hydroksytryptofan waszym zdaniem pomaga?

Lubię kwachy

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media