Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

pierwszy raz z kwasem (w samotności)

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
150ug LSD-P1 (pół kartonu)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Podekscytowany dorwaniem kwasa słabo się przygotowałem, miałem tylko sok i pierdoły nieprzydatne w przeżywaniu tego doświadczenia. Otoczenie wspaniałe, cudowny las.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Marihuana, alkohol, nikotyna, lobelia inflata, African dream root, melisa.

pierwszy raz z kwasem (w samotności)

A więc zacznijmy od tego, że polowałem na kwasa od ponad roku i w końcu go dostałem w swoje łapska. Niestety nie oryginalny kwas, tylko LSD-P1, ale i tak byłem zadowolony. Kilka dni później udałem się do dużego, bukowego lasu. Było lato, 30 stopni w cieniu. Do plecaka zapakowałem 2 litry soku, chyba jabłkowo wiśniowego, jakieś żarcie i zeszyt do rysowania. Z domu wyruszyłem o godzinie dziesiątej, a las był zaraz obok, toteż po chwili marszu byłem już w ustronnym miejscu. Zarzuciłem kartonik na język i czekałem. Po ok. 20 minutach mega się wyluzowałem, nieco później wyostrzył mi się wzrok i słuch, widziałem dosłownie każdy drobny liść w odległości 100 metrów.

Po godzinie postanowiłem się przejść. Szło mi się super, tak jakby sprężynowym krokiem, prawie podskakiwałem. Już wtedy poczułem taką więź z tymi starymi, kilkusetletnimi drzewami.
Druga godzina tripa: ogarnęła mnie euforia i sprawdzając kieszenie zdałem sobie sprawę, ze mam jeszcze połówkę palenia, ale nie mam ku*wa zapalniczki xD
Jednak nic nie mogło zakłócić mojego dobrego nastroju i postanowiłem iść do sklepu po drugiej stronie lasu, oddalonego o jakieś 4 kilometry właśnie po tą zapalniczkę. W miarę pokonywanych odległości kwas zaczął coraz mocniej wchodzić, kolory były dużo intensywniejsze, ciało robiło się... No nie da się tego opisać słowami, jakby "wibrowało" ciepłą energią, fajne uczucie. W połowie drogi stwierdziłem, że pi*rdolę tą podróż bo zanim dojdę do sklepu, to będę już tak zakwaszony, że pewnie nawet tam nie wejdę. Stwierdziłem, że obejdę las dookoła.
Po 2 albo trzech godzinach dotarłem do śródleśnej polany pełnej paproci i drobnych roślin. Polanka była schowana za wzgórzem, więc nie groziło mi spojrzenie trzeźwych ludzi. Przeszedłem się po tej polance i zobaczyłem sarny- koziołka i jego 2 żony. W ciszy patrzyliśmy się na siebie dobre kilka minut, po czym grupka się odwróciła i powoli odeszła swoją drogą.
Postanowiłem na chwilę przysiąść w cieniu, na pniu. Wtedy dostrzegłem, że obraz zaczyna delikatnie falować. Było sporo komarów, które były ewidentnie spragnione. Początkowo je odpędzałem, ale postanowiłem jednemu usiąść na mojej ręce i mnie upi*rdolić swoim aparatem ssąco-kłującym. Jak zapewne wiesz, po kwasie wszystkie doznania są dużo bardziej intensywne. Ukłucie jednak nie bolało, było raczej przyjemne. Serio, bardzo przyjemne, miejsce dziabnięcia momentalnie stało się ciepłe i tak jakby przechodziła przez nie zbawienna energia, pulsowała. Mega przyjemne uczucie. To był pierwszy raz, kiedy naćpałem komara. Potem jeszcze kilka komarów pożywiło się moją krwią wzbogaconą Dietyloamidem kwasu lizergowego, ale postanowiłem, że pora znowu się przejść. Wpadłem na pomysł, żeby zadzwonić do dobrego ziomka i chwilę pogadać, żeby sprawdzić moje zdolności werbalne. Rozmowa przebiegła całkiem dobrze, cały czas się śmiałem, a kolega był zadowolony, że zadzwoniłem do niego tripując.
Czułem się za*ebiście.
po kolejnej godzinie wszystkie dźwięki, śpiew ptaków, szum liści zaczął brzmieć po prostu niewiarygodnie, jakby z jakimś lekkim pogłosem. Dużo intensywniejszy, to było chyba to co najbardziej podobało mi się w tym tripie.
Udałem się nad przepaść, z której rozciągał się niesamowity widok. Jakiś głosik podpowiadał mi, żeby nie zbliżać się zbytnio do urwiska, bo mogę głupio zlecieć. Pooglądałem widoki i rozsiadłem się pod drzewem. Chwilę posiedziałem i odpoczywając zaczęła się... dużo bardziej intensywna część tripa. Lekka paranoja, smutek z tego, kim jestem i jak postępuję. Silny strach przed spotkaniem z ludźmi, nie chciałem na dłużej zamykać oczu bo bałem się, że nie usłyszę jak ktoś podejdzie i będzie się mnie pytał, czy coś mi się stało. Co chwilę zmieniałem miejscówki. Po jakimś czasie zobaczyłem dwoje ludzi zmierzających w moim kierunku, byli ubrani na niebiesko i byli przystrojeni pawimi oczkami (wtedy weszły grubsze wizualizacje). Wystraszyłem się, bo pomyślałem, że to mogą być bagiety i wstałem, odwróciłem się i zacząłem sp*erdalać po drodze wysypując palenie i wyrzucając lufę. Dalej myślę, że to było najbezpieczniejsze rozwiązanie, nie byłem wtedy trzeźwy.
A może byłem? Tak, z pewnością byłem trzeźwiejszy niż kiedykolwiek. Pozostała część tripa minęła mi na rozmyślaniu o swoim nędznym i podłym życiu i leżeniu w krzakach ukrywając się przed ludźmi (o dziwo była ich ku*wa masa w tym lesie). Najbardziej denerwowały mnie przelatujące samoloty, które wydawały strasznie nieprzyjemne dźwięki.

Po ośmiu godzinach od rozpoczęcia tripa, zmęczony postanowiłem wrócić na chatę. Przy wyjściu z lasu stały jakieś dziadki, które coś tam gadały (nie byłem w stanie zrozumieć co) i coś tam rzuciłem "dzień dobry" co raczej brzmiało jak "jestem ćpunem, zamknijcie mnie, dziękuję".
Ojciec stał przy bramie, opi*rdolił mnie, że nie odbieram telefonu (bałem się z nim gadać na kwasie) coś tam burknąłem i poszedłem do swojego pokoju.
Nie mogłem słuchać muzyki w strachu, że zaraz ktoś wejdzie do pokoju a ja go nie usłyszę. Zamiast tego postanowiłem się położyć. Znowu coś mi nieodpowiadało i zrobiłem z 10 takich kursów po czym finalnie się położyłem. Wizualizacje w ch*j mocne, szafki prawie fruwały.
Wtedy mój umysł finalnie poleciał, przypomniałem sobie każdą rzecz w moim życiu, którą zrobiłem źle i zobaczyłem co się ze mną stanie, jeśli będę dalej postępował źle. To było realne i teraz widzę, że faktycznie mogłem tak skończyć.
Po 11 godzinach trip mocno złagodniał i mogłem dołączyć do ojca oglądającego jakiś film ze "stiwenem sigalem". Byłem już spokojny.
O dziwo łatwo zasnąłem, o godzinie dwunastej w nocy. Chociaż pewnie to przez te 30 kilometrów zrobionych na nogach w 1 dzień.

A teraz kilka rzeczy, które zmienił w moim życiu kwas:
- Przede wszystkim od tamtego wydarzenia nie tykam marihuany,
-Staram się być lepszym człowiekiem, zwłaszcza dla mojej rodziny,
-Ograniczyłem alkohol do minimum.

Ocena: 

Odpowiedzi

Lubię raporty, które nie polegają na tym, że jakiś Mati z Danielem się przejarali waląc za szybko wiadra i poszli rzygać. Całkiem przyjemnie się czytało, pisz więcej. 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media