Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

odkrywanie siebie

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
3-5 inhalacji
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Dobry nastrój
Wiek:
27 lat
Doświadczenie:
THC

raporty polemonek

odkrywanie siebie

Jesienne popołudnie październik 2007 roku, po 3 tygodniach złotej polskiej jesieni   nadszedl czas oderwać moja smukłą 2 metrową, pełną pachnących lepkich kwiatów istotę od matki ziemi, postanowiłam zachmurzyć niebo aby mój opiekun wreszcie znalazł powód uwolnienia moich korzenii z gruntu za szopką i zaniósł mnie na stryszek abym tam w zacienieniu mogła odpocząć uwieszona na więźbie i dała spłynąć ostatnim sokom do kwiatu aby nie zabrakło podstawy. M przyszedł do mnie pod osłona nocy i w ukryciu starannie poprzycinał wszystkie listki tak jak scina się włosy gdy posiądą już swoja mądrośc. W podzięce za opiekę nademną dałam mu próbkę swojej dobroci i pożegnałam sie z nim do czasu aż będę gotowa. Radując się razem z nim  ukradkiem spostrzegłam jak z lekkością chwiejnie schodzi po drabince i oddala się pełen euforii i podniecnia że się udało.

Kolejne 3 tygodnie wygrzewania się na stryszku mijały błogo, atmosfera była przepełniona spokojem i ekscytacją, nisko zawieszone  jesienne słońce ogrzewało dach stryszku dostarczając kojącego ciepła i pozwalając osuszyć się  z resztki soków.  Ciekawość opiekuna sprawiała ze codziennie skradał się na stryszek aby sprawdzic czy nadal tam jestem i czy aby mam sie dobrze, czasem przesiadywal ze mną dłużej upajając sie moim zapachem i mądrością, współnie rozmyślalismy co sobie powiemy gdy juz staniemy się jednością. Nadszedl listopad, jesienne przymrozki dodawały mi trzeźwosci i coraz bardziej czulismy że zbliża się czas zbiorów.

Popołudniowe pełne czerwieni słońce wpadało przez małe okienko i  szpary miedzy deskami malując wszystko swoja purpurą, a chłód krystalizował całą moją lepkośc. M zjawił się zgodnie z ustalonym rytmem,  cichutko rozsądnie odstawił drabinę aby zatrzeć ślad swojej obecności na stryszku i zamknął drzwiczki aby zagęscic atmosferę tajemniczości, przez chwilę spogladaliśmy na siebie i spostrzegłam że przyniósł ze sobą nożyczki, wiklinowy koszyczek  i oczy pełne wigilijnej radości jak u dziecka które dostrzegło swój prezent pod choinką ale wie że najlepsze dopiero przed nim.

Zbiory trwały ok godziny, starannie odcinał najpierw najdłuższe gałązki a później z nich dopiero pączki kwiatów i dopiero rodzielał same kwiaty na małe topki, gdy wielkanocny koszyczek napełnił się już po brzegi było dośc ciemno słońce schowało się za horyzont a mrok powoli wkradal się strasząc szeptem, zapalił latarkę i dokończył obrzędu, sucha łodyga wdzięczna za wykonaną pracę zaświszczała parę razy niczym szpada przecinając powietrze po czym ukrył ją między dachem a więźbą aby później posłużyła do eksperymentów.

Cichutko odepchnąłem drzwiczki i podstawilem drabinę lekko się juz zataczając, gdyż mam uczulenie na kurz a podczas obcinania małe pyłki wpadały mi do nosa i wciąż musialem go pocierac i drapać oblepionymi żywicą palcami co dało efekt lekiego highu. Do palenia użyłem lufki gdyz był to sprawdzony z akademika najekonomiczniejszy sposób palenia czyścioszka.

Faza 1sza

Ukrylem się między drzewami na suchej trawie w miejscu z dzieciństwa zwanym doliną marzeń na końcu ogrodu i pod osłoną nocy rozpaliłem ogień swojej duszy, 5 delikatnie wciąganych z racji nie palenia papierosów buszków łagodnie zawirowało w mojej głowie podcinając jednocześnie łydki, świat w jednej chwili stał się dzikim miejscem w którym to Ja sam stanowię swoją istotę, nie ma Boga nie ma rodziców nie ma nic, jest  tylko Jungla pełna dziwacznych gruboskórnych istot w kończacej swą światłośc fazie ewolucji. Boże nareszcie tu jestem, choć się uniosłem to wylądowałem, jedność z tym światem jeszcze nigdy nie była tak oczywista, każde drzewo było moim obrońcą, kazde źdźblo trawy moim domem, nawet poczćiwy kartofel w tym momecie dostarczyłby mi potoku łez za swoją dobroć i miłośc jaką daje pozwalając się zjeć- łkanie... Boże jaki jestem grzeszny że tego nie widzę na codzień i nie wyrażam wdzięczności za wszystko co dla mnie stworzyleś- wybacz mi choc wiem że już za późno bo nie ma dokąd uciec przed  ludźmi i samym sobą...

Powrót do domu, uczucie pojednania pierwszy raz od 27 lat, zaczynam postrzegac moje ciało i otaczająca mnie materię, czuję się taki  czerstwy?? skórzany, prosty nie ubarwiony niczym - piekny w swojej prostocie i prawdziwości, dorzucam snickersa, popijam colą i zasiadam w półlotosie zamykając oczy.

Faza 2ga:

Potok mysli ale pozwalam im płynąc nie łąpiąc zadnej a tylko się im przygladając, postrzegam jak wiele rzeczy pozostawiłem nierozwiązanych jak bardzo nie panuje nad swoim zyciem, zatruty wyobrażeniem Boga jako istoty spoza mnie działającej przezemnie i ustanawiającej mój los, złość dlaczego mnie tak okłamali, przeciez to ja jestem panem swojego losu a ja ciągle powierzam go komus innemu, Chryste ale bagno... przeciez mnie nie ma, żyje kłamstwem moich rodziców i całego świata,.Boże jak ja im to teraz wszystkim powiem jak mam im to wytłumaczyć przeciez mnie zamkną w zakładzie albo sam diobeł mnie teraz ukatrupi a jak nie on to te skur... co pociskaja ludzią tą ciemnote do głowy choc zupełnie nie rozumiem po co to robią bo to taki wstyd zrobić takie świństwo bliźniemu skoro wszystko jest miłośćią i chce jedynie żyć z nami w miłości...

Faza 3cia: oddzielenie

Załamanie bezradnością ale lecę dalej pozwalam się nieść bo nie ma już strachu, jest dobrze bo żyje i znam prawdę więc tamte lata się nie liczą było minęło ważne że teraz zaczynam żyć sam swoim zyciem, projekcja trwa nadal lecz nie ma juz myśli teraz lece przez kolorowe światła na czarnym tle kosmosu, wznosze się coraz wyżej czuje jak kazda cząsteczka mojego ciała leci z dużą prędkością ale nie jestem w stanie ustalić w która strone jest ciążenie więc przyjmuję że napewno do góry lecę bo do kosmosu to przeciez do góry...

Faza 4ta: samotność

Paniczny strach dookoła ciemno, nie ma juz kolorowych swiatelek, wiem że jestem daleko w kosmosie ale zdala od jakichkolwiek świadomości, jestem tu calkiem sam nie ma nikogo poza mną, jezu przeciez ja umre- smierć w ciemności i samotności, kurwa jakie to straszne- umre sam z daleka od czegokolwiek odłączony od czegokolwiek jedynie ze świadomościa że umieram. A później poszedłem dalej...:)

Ocena: 

Odpowiedzi

Się:)

człowieku, jak ja bardzo Cie rozumiem, podobne rozkminy miałam ostatnio. pozdrawiam

To jest najpozytywniejsze w marihuanie, że ludziom którzy chcą znaleźć chwilę na porozmyślanie o rzeczywistości daje dobre i prawdziwe obrazy. 

Ja również będąc zjaranym podjąłem jedną z ważniejszych decyzji w moim życiu, wtedy tak naprawdę w pełni otwieramy się na to, co nasz umysł chce przedstawić naszej świadomości (albo odwrotnie;).

uprawiam densing

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media