Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

obe - czyli podróże po wielu wymiarach

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Kilka pasów 3MMC
4 piguły około 220mg
Kilka szotów
Blancik
Lufka czystego dopału, podobno nazywał się jaskra
Rodzaj przeżycia:
Doświadczenie:
Od alprazoramu po kokainę przez psychodeiki

obe - czyli podróże po wielu wymiarach

Zaczęło się od kilku niewinnych pasów i bata, na które mnie znajomy namówił po ponad miesięcznym detoksie. Następnie zjadłem pigułę. Chwile po subtelnym wjeździe, odrobine wykręcającym ryja, znajomy wyszedł ode mnie i zostałem sam. Bania jeszcze nie była dobra, śmiało zarzuciłem kolejną pigułę. Chwilę później wpadło dwóch znajomych zobaczyć stuff. Nie wiem co siedziało mi w głowie wtedy, ale zarzuciłem kolejne 2 piguły, a do tego walnąłem kilka szotów. Po około pół godziny zaczynałem czuć naprawdę grubą fazę. Wtedy zostałem poczęstowany dopałem, którego nazwa to podobno jaskra. Niestety nie mieliśmy tytoniu, więc wyjarałem dosyć dobrze ubitą lufkę czyściocha. I nagle odplynąłem. Czułem się jakbym przeszedł do innego wymiaru, po czym wrócił ponownie do swojego ciała. Cały czas siedziałem na łóżku obok okna, a przez tą chwilę wydawało mi się, że stoję gdzieś w niebie, a moje mimo wszystko krótkie włosy falują pod wpływem wiatru, jak w marnej reklamie na Polsacie. Położyłem się na łóżku, okryłem kocem i zamknąłem oczy. Naturalne wyobrażania i myśli przebija wyjątkowo realistyczna halucynacja. Chciałem otworzyć oczy, żeby zobaczyć co się dzieje wokół mnie, a zamiast tego widziałem cały pokój w bardziej jaskrawych i rzeczywistych kolorach niż to możliwe. Brązowe panele wydawały się być stworzone z neonów, czarno białe ściany raziły swoim kolorem. Ten obraz falujący jak na kwasie przeskakiwał podobnie jak krótkie filmiki, które robiliśmy będąc dziećmi rysując na małych karteczkach i łącząc je jedna na drugiej. Na fazie grubej i bynajmniej nie jak kutas po fecie, zrozumiałem, że to halucynacje. Stałem się swojego rodzaju kulą energi, świadomością, którą podróżowałem po różnych krainach. Zwiedziłem mnóstwo krain, najlepiej pamiętam tylko kilka z nich. Jedną z pierwszych była kraina drewna, wszędzie rosły malownicze drzewa jak w amazońskiej dżungli, a ja czułem się jakbym wypoczywał w świerkowym lesie. Ciężko mi logicznie wytłumaczyć co stało się później, więc po prostu napisze tak jak to pamiętam. Zobaczyłem wysoko w niebie światło, jakby gwiazdkę, chmurę która była pewnego rodzaju rydwanem, coś na wzór obrazów w których Bóg przybywa na ziemie z odrobiną scen tej wiewiórki z epoki lodowcowej kiedy była w niebie. Jednak zamiast Boga stała tam osoba której szczerze nienawidziłem. Podejrzewam, że w tamtym czasie miałem nasilone objawy schizofrenii, ale to tylko moje przypuszczenia, bo bałem się iść z tym do lekarza. Rozmawiałem z nim. Mówił do mnie, żebym mu zaufał i powiedział mu wszystko co myślę, ponieważ on jest Bogiem i zna moje myśli, od miesięcy mnie obserwuje, śledzi i bada jak szczura w laboratorium. Podobne psychozy czasami towarzyszyły mi od jakiegoś czasu, nigdy jednak na fazie. Byłem odrobine przerażony, wymyślałem wizje niedalekiej przyszłości, jak postąpię. On chciał czegoś ode mnie, możliwe, że nawet wspominał coś o skakaniu z okna. Jednak rozmawiałem z nim i powiedziałem, że porozmawiamy na trzeźwo, kiedy wszystko minie. Mówił mi, że jestem złym człowiekiem bo nie wierze w niego, kiedy on chce mi pomóc, odparłem wtedy, że wierze, jednak nie zaryzykuje pobytu w psychiatryku dla jakichś zwid bez żadnego dowodu. I właśnie wtedy, kiedy towarzyszył mi strach uświadomiłem sobie, że to badtrip. Zawsze te zdanie wypowiadane w głowie rozpoczyna prawdziwego badtripa, przekonałem się pewnego razu na kwasie, być może opisze i tą historie w krótce, ale wracając do tematu... Poczułem mróz i lekki przeszywający ból jak po dziabnięciu osy. Wtedy pojawiłem się w lodowej krainie, wyglądała jak z bajki. Wielki zamek I cały krajobraz był zbudowany z lodu. Było mi cholernie zimno. Pomyślałem sobie, że skoro czuje ból na tej fazie, to ciekawe jak może być najgorzej. Żałuję tej myśli bardzo, ale ciekawość wzięła górę. Zanim dotarłem do krainy żelaza zwiedziłem kilka innych, ale były one mniej istotne. W krainie żelaza podobny zamek był stworzony ze stopionej stali. Ja stałem na środku, widziałem siebie, już nie jako kule, a postać z perspektywy, czyli trochę takie podwójne OBE. Wielkie kilkuset metrowe widelce, noże i dzidy, u końców grube jak ręce, przebijały mnie na wylot spadając z nieba, jednocześnie te niecelne tworzyły wokół mnie więzienie. Ból był tak okropny, że jedyne co sobie przypominam to walkę z tym, żeby się nie udusić, oddechy były płytkie i bardzo męczące. Haluny puściły, jeszcze ponad pół godziny walki ze sobą, żeby się nie udusić i nagle nie zgadniecie co się stało. Dzwoni do mnie wspomniany wyżej wróg. Nie odebrałem telefonu. Było jeszcze przed północą. Przez kilka godzin patrzyłem się w ścianę i rozmyślałem, co jeśli to prawda, albo nie myślałem kompletnie o niczym. To dziwne, bo nigdy tego nie potrafiłem. Jak będzie pozytywny odzew to opiszę kwas+ketamina.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media