Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

to nie jest kolejny zwykły trip raport o kodeinie

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Z reguły od 300mg do 450 mg (Thiocodin) [+ 100mg dimenhydrynatu celem podbicia działania / zniesienia mdłości oraz swędzenia]
Set&Setting:
Jak zwykle - w samotności (narzeczona śpi za ścianą), godziny wieczorne, koniec tygodnia (najczęściej piątek). W domu gra cichutko tylko radio, światła przyciemnione, ogrzewanie ustawione na około 21 stopni. Nastawienie - jak zwykle przy okazji weekendu, bardzo dobre. Przecież skończył się cały tydzień pracy.
Wiek:
29 lat
Doświadczenie:
MJ, alkohol, nikotyna (też się liczy?), benzydamina, DXM, tramadol, zolpidem, gałka, amfetamina, efedryna, jakieś tam benzo (ale mi się nie podobało)

to nie jest kolejny zwykły trip raport o kodeinie

To nie będzie "zwykły trip raport". Wolałbym, żeby traktować ten tekst jako zbiór ogólnych doświadczeń w związku z zażywaniem kodeiny, które zostaną zamknięte w pewnym schemacie, który sobie przyjąłem. Najpierw fajnie by było, żebyście się bardzo ogólnikowo ze mną zapoznali, a dopiero wtedy przejdę do bodaj najważniejszej części tego tekstu. Jestem ciekaw, czy administracja uzna to za publikację nadającą się na NG - jak nie, to nie. Robię to pro publico bono, więc szczególnie żal mi nie będzie. Przejdźmy do rzeczy.

Skoro to nie ma być "zwykły trip raport", to może powiem coś o sobie

Ale tutaj znajduje się mały haczyk - nie powiem Wam niczego, co mogłoby Wam pomóc w identyfikacji moich danych. Dlaczego? Cóż, bardzo bym sobie tego nie życzył, mogłoby to zaważyć na mojej karierze. Z pewnością nie pasuję do wizerunku "ćpuna" (bo i chyba nim nie jestem, ale przecież nie istnieje coś takiego jak obiektywność względem samego siebie) ukształtowanego przez społeczeństwo. Mam satysfakcjonującą pracę, świetną narzeczoną, na brak dóbr wszelakich nie narzekam. Czasami podróżuję (niestety głównie służbowo) i nigdy nie miałem żadnych problemów z prawem.

Nigdy nie ładowałem niczego w kabel (i mam nadzieję, że nie zacznę), w szkole radziłem sobie średnio głównie dlatego, że mi się tam nie podobało. Polski system edukacyjny przypomina mi bardziej COP jak twór służący do edukowania ludzi, a zatem bliżej mu do fabryki, gdzie wszystko robi się na jedną modłę. Mam fajnych rodziców, z którymi mam niezły kontakt, garstkę kumpli. Co lubię robić poza pracą? Gram na konsoli, oglądam mecze, chilluję kiedy mogę, bo uwierzcie mi - z czasem w tygodniu jest u mnie kłopot.

Po co piszę ten "niezwykły trip raport"?

Bo chcę. To najważniejszy powód. Z kodeiny korzystam regularnie od roku i w trakcie tego okresu zebrało się sporo moich spostrzeżeń dotyczących tej substancji. Przyznam się Wam, że na początku wcale mi się nie podobała, dlatego też miałem od niej... ponad roczną przerwę. Ale w pewnym momencie (chyba również dzięki HR) w niej zasmakowałem, stała się dla mnie elementem swego rodzaju rytuału po 5 dniach umysłowego "zapierdolu". Cóż, inaczej nazwać swojej roboty nie mogę, choć naprawdę ją lubię.

Dla większości z Was, którzy z kodeiną są na dobre i złe od lat takie "doświadczenie" autora wywołuje zapewne pełne śmiechu spazmy. Ok, rozumiem i biorę to na klatę. Niemniej, uważam, że "coś" ciekawego do powiedzenia jednak mam, co może albo pomóc w zrozumieniu samej substancji, albo... w ominięciu jej szerokim łukiem. Mimo tego, że kodeina mi się podoba, to jednak nikogo nie namawiam do tego, by się w nią bawić.

Coś oprócz kodeiny?

Wcześniej okazjonalnie alkohol. Ale wiecie co? Przestał mi się podobać. Jeżeli go piję, to tylko do kodeiny (ale o tym za chwilę) lub przy okazji jakichś świąt, gdzie "napić się trzeba". Ale staram się panować nad tym ile wypiję, bo jak przegnę, to robię się nieprzyjemny. I za to właśnie nienawidzę alkoholu - co to za faza, gdy trwa kilka godzin (wraz z czasem na intoksynację), skoro kac może trwać i cały dzień, a i przy okazji można nabawić się moralniaka? Straszne gówno, w dodatku dostępne dla wszystkich na sklepowych półkach. Nigdy tego nie pojmę.

Poza tym to, co macie w sekcji "Doświadczenie" (dziwnie to brzmi IMHO). Zolpidem już mnie nie rusza, tylko otumania. Więc odpada. Działania DXM się boję i gdy pierwszy raz porządnie mnie "klepnęło", poszedłem spać zanim na dobre się rozkręciło (tak, udało mi się). Gałka, gdy byłem gówniarzem - straszny syf. Tramadol brałem kilka razy w życiu i "to nie jest to". Benzo też mi nie podchodzą. MJ całkiem spoko, a benzydamina... nigdy więcej. Efedrynę brałem na spadek wagi, amfetaminą mnie poczęstowano (i też nigdy więcej). Z nikotyną jestem za pan brat, bo palę i to lubię.

Ok, to mów co z tą kodeiną, bo się przydługo robi...

Hmmmm... z kodeiną jest u mnie związany pewien "rytuał", jeżeli można to tak nazwać. Zacznę może od tego, w jaki sposób się zaopatrzam w tę substancję. Zawsze jest to Thiocodin, z syntezą Antidolu dałbym sobie pewnie radę, ale prawdopodobnie jestem na to zbyt leniwy. Zresztą, pewnie i "styl" zażywania dyskwalifikuje u mnie tę alternatywę. Od wielkiego dzwonu była to NeoAzarina, ale w niej kodeiny jest stanowczo za mało i co za tym idzie - jest absolutnie nieopłacalna.

W każdym razie, muszą być spełnione pewne warunki. To MUSI być wieczór, bo wtedy mało się dzieje. Moja narzeczona albo musi być poza domem, albo spać (co jej się zresztą często zdarza w godzinach mojej aktywności, jestem mimo wszystko nocnym markiem). Muszę mieć też na kodeinę ochotę - średnio bawię się w nią raz na tydzień. Nie częściej. Czasami nawet rzadziej. Nie jestem więc fizycznie uzależniony od niej, ale z tym psychicznym już się zastanawiam. Skoro nie mogę sobie czasami odmówić wieczoru z kodeiną, to coś musi być na rzeczy.

Jeżeli wszystkie warunki są spełnione, albo zażywam zgromadzone uprzednio "zapasy", albo podejmuję spontaniczną decyzję o ich uzupełnieniu. Najczęściej w godzinach popołudniowych robię "nalot" na trzy apteki w mieście (a tych jest multum, więc nikt mnie w nich raczej nie kojarzy). Czasami przy okazji jakichś zdrowotnie uzasadnionych zakupów "przy okazji" dobieram jeszcze Thiocodin. Rzadko, bo rzadko, ale zdarza się, że wracam do domu sporo kilometrów - wtedy jestem w stanie odwiedzić kilka takich punktów poza miastem (również w nocy) i mieć zapasy z głowy. Gdy przychodzi spontaniczna decyzja o wprowadzeniu do organizmu kodeiny, biorę auto i jeżdżę do całodobówek.

Czy cokolwiek udaję przed sprzedawcami w aptekach? Rzadko. Czasami, gdy mam wrażenie, że mogę zostać "posądzony" o rekreacyjne zażywanie kodeiny, wolę dobrać coś bzdurnego pod pozorem leczenia przeziębienia. Czy to cokolwiek daje - nie wiem. Zresztą, średnio mnie obchodzi, co myślą sobie o mnie aptekarze/aptekarki. Pewne jest jedno - nie kojarzą mnie, bo punkty zmieniam co i rusz. Nie przyzwyczajam się do jednej apteki np. z powodu ceny - może to dlatego.

Jak i gdzie wprowadzam do organizmu kodeinę? Czasami są to tabletki w połączeniu z syropem, albo i same tabletki - wszystko popijane 7up-em. Zauważyłem, że przy przepijaniu Thiocodinu colą mam odruch wymiotny, więc jej unikam. Najpierw z reguły szprycuję się Aviomarinem (inhibitor CYP2D6, 2 tabletki [100 mg]), żeby uderzyło mnie mocniej. Potem dopiero wchodzą właściwe tabletki. Gdzie to robię? Czasami w kiblu, czasami w garażu w samochodzie (po czym jeszcze pozbywam się dowodów zbrodni w postaci opakowań).

Kodeina wzięta, co dalej?

Ten moment na potrzeby tego przydługawego TR nazwijmy [T=0:00]. Syrop/tabletki zostały spałaszowane, sowicie przepite napojem. Zawsze po tym mam atak... kataru i kichania, sam nie wiem dlaczego. Możliwe, że to już jakiś odruch u mnie, bo dzieje się to ZAWSZE wtedy, gdy biorę kodeinę - nie ma tu znaczenia w jakiej postaci i w jaki sposób. Tak po prostu jest i już. Sprawdzam czas przyjęcia ostatniej tabletki i idę na papierosa. Zlatuje około 5 minut, siadam do komputera, albo przed konsolą.

Doskonale wiem o tym, że po jakichś 20 minutach zacznę odczuwać pierwsze efekty. W tym czasie jestem w stanie jeszcze ogarnąć sofę (tak, żebym miał się gdzie położyć, bo po kodeinie raczej nie będę tańczył...), przygotować sobie ładowarkę do telefonu, gdyby ten miał paść, zrobić sobie herbatę, albo... zupkę w proszku. Leń ze mnie, nie mam czasu gotować, więc jeżeli już coś robię, to na szybko, ewentualnie coś zamawiam. BTW: gotować bardzo lubię i ponoć umiem.

Kodeina zaczyna mnie "łapać" w przedziale czasowym [T=0:15 - 0:35], najczęściej jest to w okolicach 20 minut od wzięcia ostatniej tabletki / ostatniego łyku syropu. Najpierw czuję przyjemne rozluźnienie mięśni kończyn i pleców (tak, tego mi trzeba), robi się "lżej w głowie" i z każdą minutą, każdy problem z osobna zaczyna odchodzić w zapomnienie. Wtedy zazwyczaj rozmyślam o tym, że to tylko na chwilę i jutro jak już wstanę, te dalej będą obecne i "tak do zajebania". W trakcie pierwszych 45 minut od przyjęcia ostatniej porcji specyfiku nie przeszkadza mi to, że chodzę po mieszkaniu, robię coś więcej niż tylko jestem i oddycham. Potem następuje przyjemny peak, który w zależności od dawki jest odpowiednio intensywny.

300 / 390 mg (w tym wypadku to jest jedno opakowanie 16 tab. Thiocodinu + 10 tab. / flaszka syropu): peak nie przykuwa do łóżka, ale go "czuć". Głowa staje się ciężka, procesy myślowe raczej niezaburzone (choć nie chciałbym w takim stanie pracować, czy nawet rozwiązywać krzyżówki). Niekoniecznie wtedy leżę na sofie, mogę równie dobrze siedzieć przy biurku / konsoli i oglądać coś na YouTube (nie, nie lubię jutuberów, wolę przydatne kanały). Rzadziej odpalam wtedy film, jakoś nie mogę się skupić na fabule. Jak już się położę, to sporo czytam, albo wchodzę na 9GAG-a.

450 mg: peak raczej nie pozwala mi robić nic produktywniejszego, niż leżenie na łóżku i EWENTUALNIE przeglądanie czegoś w sieci na telefonie. Wychodzenie na papierosa jest wręcz niewskazane z uwagi na to, że człowiekowi się po prostu nie chcę. Jeżeli już w takim stanie wychodzę na balkon (bo w domu nie smrodzę), to tylko po to, by zobaczyć jak bardzo mocno mnie "klepnęło". Głód nikotynowy na kodeinie jest raczej zmniejszony i nie zaobserwowałem, żebym odczuwał ogromną przyjemność w wyniku palenia.

Kodeina, czyli standard

Standardem w działaniu kodeiny u mnie jest najpierw znacząco zwiększone ciśnienie (normalnie u mnie to ok. 130/85, po wejściu kodeiny [T=1:00] ok. 150/90, następnie nawet 110/75 [T=2:00]), odczuwalne szczególnie "w czaszce". Źrenice przy wyższej dawce rekreacyjnej mocno zmniejszone, szczególnie w nieco silniejszym świetle. Twarz jasno wskazuje na to, że "coś jest nie tak". Równowaga zachwiana, ale nie na tyle, żebym się potykał o swoje nogi. Apetyt najpierw zmniejszony tylko po to, aby dać o sobie znać - jedzenie po kodeinie sprawia mi przyjemność, szczególnie jakieś ciepłe rzeczy. Smak jest nieco stępiony, być może dlatego, że brakuje mi śliny. Popęd seksualny? Zero. Spacer w takim stanie absolutnie odpada, o jeździe samochodem nawet bym nie pomyślał.

Noddowanie - to akurat zdarza mi się głównie po podbiciu kodeiny Aviomarinem i wypiciu w czasie jej działania jednego piwa. Leżenie z telefonem na sofie to wręcz proszenie się o to, by za chwilę upadł na twarz - dlatego, jeżeli już sobie leżę, to na boku. Przy dawce 450 mg w trakcie noddowania odczuwam silne hypnagogi, szczególnie w formie niezrozumiałych "dialogów w głowie". Zdarza się, że tak nodduję nawet 20 minut, a potem przebudzam się z takim "WTF" na twarzy. Jeżeli nie chcę noddować, siadam po turecku na sofie, ewentualnie idę na papierosa i "do kibla" - oddanie moczu jest co najmniej trudne.

Kodeina powoduje, że wszelkie problemy odchodzą na bok, a człowiek czerpie przyjemność z takiej durnoty jak "leżenie i pachnienie". Ciało wypełnia przyjemne ciepło i jest po prostu "zajebiście". To jest zasadniczo trudne do opisania. W moim przypadku muzyka nie powoduje zwiększonej radości, wręcz mi po prostu przeszkadza. Łapię się na tym, że za każdym razem jak kodeina dobrze wejdzie, zachwycam się tym jak bardzo jest "cicho".

Po około trzech godzinach od przyjęcia kodeiny zaczyna "schodzić", a zatem nie czuć już mocnego otumanienia, a człowiek czuje się coraz bardziej trzeźwy. Wtedy zazwyczaj jest ok. godz. 3:00 w nocy i kładę się spać.

Kodeina - dzień po

Doskonale pamiętam pierwsze razy z kodeiną jeszcze bez Aviomarinu. Wtedy częściej zdarzało mi się, że na drugi dzień byłem po prostu "nie do życia". Ponadto, sulfogwajakol zawarty w Thiocodinie naprawdę robi swoje (a przecież opiaty w dodatku zwalniają persystaltykę jelit) - poranne gazy okropnie śmierdzą, a i przez cały kolejny dzień można się spodziewać porządnej sraczki. Co najgorsze, u mnie stolec (niektórzy z Was pewnie nie chcą tego wiedzieć) jest po kodeinie odbarwiony, strzępkowaty, blady i unosi się na powierzchni wody. Stawiam, że moje bebechy baaaardzo nie lubią się z Thiocodinem. Niemniej, badania okresowe wychodzą mi w porządku, robię przy okazji próby wątrobowe i co ważne - robię to dosyć często. Żadnych odchyleń od normy nie mam - według wyników z laboratoriów jestem zdrowy jak koń. Jedyny problem, jaki mam chyba od zawsze to zgaga (prawdopodobnie to jakiś czynnik genetyczny, sporo osób u mnie w rodzinie ma z tym problem) i astma, która teraz mi przeszkadza znacznie mniej.

Jeżeli dzień wcześniej bawiłem się w kodeinę, to pod żadnym pozorem nie wsiądę do samochodu wcześniej, niż o godzinie 15:00, dlatego też na czas intoksynacji wybieram dni weekendowe. Mało tego, jeżeli czuję się "niepewnie", wolę się przemęczyć w pociągu niż obawiać się przez całą drogę, że zrobię komuś lub sobie krzywdę. Zresztą, doskonale sobie zdaję sprawę z tego, że na badaniu i tak wyszłaby mi morfina nawet po tych 15-16 godzinach. Nawet dwa dni po potrafię być "zesrany" mijając patrol drogówki.

Dlaczego? Bo lubię

Gdyby ktoś zapytał mnie, dlaczego kodeinę lubię, to odpowiedziałbym mu właśnie w taki sposób. Tak samo lubię jazdę samochodem, seks, fajki, ostre / czeskie żarcie, gry i dobrą muzykę. Zastanawiałem się ostatnio nad przyczyną sięgania po tę substancję. Może dlatego, że po całym tygodniu zapierdolu potrzebuję "wyhamować" i zapomnieć o wszelkich troskach? Mógłbym w tym czasie wyjść na miasto, do znajomych, zbakać się, albo schlać. Ale - znajomi są rzadko "czasowi", na miasto chodziłem jak studiowałem (i już mi się średnio chce), bakanie jest spoko, ale wolę kodeinę, a alkohol to już w ogóle pierdolony syf jak dla mnie. Chyba, że jakiś dobry i w małych ilościach.

Czego się boję w kontekście kodeiny?

Doskonale wiem o tym, że kodeina - mimo, że w "głupich" tabletkach na kaszel dostępnych bez recepty to potężna substancja i trzeba mieć do niej szacunek. Wydaje mi się, że go mam - nie biorę jej częściej niż raz na tydzień, bo po pierwsze - szkoda mi bebechów. Po drugie - szkoda mi życia. Czytam historie użytkowników HR, którzy przez tę substancję latają po psychiatrach, włóczą się po ośrodkach odwykowych i serio - ja tak nie chcę. Staram się więc najbardziej jak mogę, żeby nie wpaść w takie samo bagno i jednocześnie, nie chcę z niej przynajmniej na razie rezygnować. Przy czym uważam, że gdybym serio musiał, to w tym momencie (zaznaczam - w tym momencie) pewnie bym się z nią rozstał. Ale to jest jak z fajkami - nie chcę, bo nie lubię. Może skala inna, ale mechanizm podobny (uzależnienie psychiczne? hmm...)

Kodeina to nie byle szmelc, który można traktować jak zabawkę i staram się o tym pamiętać za każdym razem, gdy płacę za Thiocodin, łykam kolejne tabletki, czy siedzę na kiblu na drugi dzień "dupą wspominając wczorajszą intoksykację". Boję się jednak, że jak coś w moim życiu się poważnie spieprzy, to kodeina będzie dla mnie ucieczką do "lepszego świata", w którym przyjemność będzie na wyciągnięcie ręki, bez konieczności zbytniego wysilania się. Iść na skróty w ten sposób? To niebezpieczne. Bodźców w życiu mi nie brakuje - przynajmniej na razie. Co będzie, gdy to się zepsuje?

Wam życzę zdrowia. Wy mi życzcie szczęścia

To może wydać się głupie, ale życzcie mi szczęścia. Może zmądrzeję i rzucę ten szmelc (choć go bardzo lubię), albo i nie, ale przy okazji nie wpadnę w bagno ciągów i uzależnienia fizycznego. Wam wszystkim natomiast, którzy z kodeiny korzystają - zdrowia życzę i również... szczęścia. Jeżeli jeszcze nie wpadliście w ciągi, skręty i tak dalej - jakkolwiek tego nie zrobicie, lepiej żebyście nie wpadli. Jeżeli worek z tymi katastrofami już się rozwiązał, to... powodzenia. Rzućcie to gówno.

A wszystkim tym, którzy kodeiny nie próbowali - odradzam, choć sam święty nie jestem. Niesamowicie kusi przyjemność łatwa jak pstryknięcie palcem, ale ona ma swoje konsekwencje. Zastanawiam się, jakie czekają w tym momencie na mnie.

Ocena: 

Odpowiedzi

Opiaty (czy opioidy) to jedne z najwredniejszych substancji. Strasznie wyniszczają człowieka. Zapewne czytałeś wiele raportów z kodeiną w roli głównej. Polecam "spowiadam się wam z kodeiny" (jest w komentowanych). Obawiam się, że zaczniesz zwiększać dawki i częstotliwość spotkań z kodą:-(, bo po prostu praktycznie każdy tak robi. Napisz po czasie np. za rok, czy wystarczyło sił, by tak się nie stało.

Życzę Ci zdrowia przede wszystkim, bo opio niszczy je w zastraszającym tempie. Również wiele siły, bo będziesz jej potrzebował. Oczywiście wedle życzenia wiele szczęścia - radości z życia. Pozdrawiam.

To tylko sen samoświadomości.

Czytałem ten TR - bardzo poruszający i dający do myślenia. Dlatego tak boję się kodeiny - mimo, że ją bardzo lubię. Napisanie mojego raportu pzowoliło mi nieco "z boku" spojrzeć na to, jak w ogóle bawię się w tę substancję i mam nadzieję, że zmądrzeję - znajdę sobie coś, co mniej będzie rzutowało na moje zdrowie, bo przecież ono wieczne nie będzie. Dzięki bardzo za życzenia - oczywiście kieruję je również do Ciebie. :)

Co do kłamstwa, o którym wspomniał Paszadian poniżej. Rozważ opcję szczerej rozmowy z narzeczoną. Szczerość względem kogoś, kto Cie rozumie przynosi ulgę. Jak dziewczyna kocha, to zrozumie, a Tobie, mając oparcie będzie łatwiej. Wszystkiego dobrego:-)

To tylko sen samoświadomości.

Zapewniam Was obu, że nie jest to na tyle poważna sytuacja (jeszcze), by teraz z nią rozmawiam. Owszem, to jest kłamstwo ale doskonale wiem o tym, że niektórych kwestii nie warto poruszać, jeżeli naprawdę się nie musi. W innych rzeczach jestem absolutnie szczery i to sobie ogromnie chwalę. O tym mówić natomiast nie muszę. Zresztą, narzeczona dobrze sobie zdaję sprawę z mojego "nadzwyczajnego" zainteresowania substancjami psychoaktywnymi i krzywo na to patrzy.

Nie chcę jej dać swgo rodzaju "potwierdzenia obaw", na pewno nie w tym momencie. Wiesz, okres narzeczeństwa to z reguły (szczególnie jak się ze sobą mieszka) walka o pozycję w relacji, nie chciałbym sobie jej przewalić przez takie coś. Gdybym tylko stracił kontrolę nad kodeiną, pewnie musiałbym coś z tym zrobić - zakładam, że zawalałbym robotę i byłoby po prostu widać, że nie wszystko gra.

Nie chcę się wpieprzać niepotrzebnie, bo to w ogóle nie moja sprawa, a i Ty sam najlepiej wiesz co i jak, ale wydaje mi się, że na dłuższą metę tego nie ukryjesz. Nie chciałbym Ci czarnowróżyć, bo kibicuję Ci, by się wszystko ułożyło, jak najlepiej, ale może być tak, że pewnego dnia zapomnisz wyrzucić opakowanie, albo dziewczyna znajdzie dwa nienapoczęte, albo wstanie w nocy siku i Cię przyłapie... Tak to juz bywa, że czasami wydarzy się przypał. Stracisz wtedy jej zaufanie, bo "skoro o tym mi nie powiedział, to co jeszcze może ukrywać"... Ale tak, jak mówie nie życzę Ci tego, a jedynie pokazuję pewne możliwości. Jeśli nie chcesz jej mówić (rozumiem), to bardzo się pilnuj. Jednak osobiście zawsze uważałem, że szczerość w związku to podstawa. Wtedy jest łatwiej - nie ponawarstwiają się kłamstwa i jest się spokojniejszym, a pamiętaj, że raz stracone zaufanie bardzo trudno odzyskać. Trzymam za Ciebie kciuki:-) Jeszcze raz zdrowia i szczęścia:-)

To tylko sen samoświadomości.

Nauczyłem się przez całe swoje życie, a krótko (ani długo) nie żyję, że szczerość jest bardzo dobra, ale pewne kwestie należy przemilczeć. Gdyby to rozrosło się do takich problemów, że kodeina zaczyna grać główną rolę w moim życiu, to tak - w tym wypadku musiałbym jej o tym powiedzieć. Dopóki nie dzieje się nic złego - wywiązuję się ze swoich obowiązków, traktuję to tylko jako swoją słabość, którą i tak muszę ukrywać, bo wpieprzanie tabletek na kaszel nie jest niczym normalnym, szczególnie dla "niewtajemniczonego" społeczeństwa. ;) Nie chodzę naćpany całymi dniami, pracuję, funkcjonuję normalnie, więc nie mam powodów, bym mieszał sobie w związku.

Co do technik ukrywania swoich zachowań - myślisz, że dlaczego robię to w samochodzie, a potem grzecznie idę do śmietnika? ;) Nie pozwalam sobie na takie rzeczy, a w kiblu mnie nie przyłapie na wsuwaniu Thiocodinu, ma to też mam dobre "procedury". Przypału się nie obawiam kompletnie, ale i nie zwalnia mnie to z obowiązku pilnowania się. Jeżeli się zdarzy, to zostanę postawiony przed faktem dokonanym i będzie to dla mnie wystarczający bodziec, żeby sobie jednak odpuścić, szczególnie, że nie miałbym większych problemów z rzuceniem tego. Mamy piątek, dzisiaj się "nie ugotuję", bo wyjeżdżam. Więc ewentualnie w grę wchodzi przyszły piątek, który nie jest tak bardzo "pewny", bo jeszcze nie wiem co się wydarzy po drodze. I nie ciągnie mnie do tego, więc chyba źle nie jest. :)

 

"... szczególnie, że nie miałbym większych problemów z rzuceniem tego."

Znam wielu heroinistów (w latach 90'tych rządziła ona na polskich osiedlach). Ci którzy przeżyli wypowiadają się w podobny sposób o początkach. Zaczęły im wypadać zęby, znajomi umierali, a oni nie potrafili przestać. Wielu miało fantastyczne warunki, a kończyli na dworcach bez butów (bo je sprzedawali, żeby mieć na herę) i to zimą! Ludzie gniją od opiatów żywcem. Wiadomo kodeina to nie hera, a hera to nie fentanyl, więc żniwa zbiera mniejsze, ale znam bardzo dużo takich historii. Trzeba być cholernie silnym, by się z tego wyrwać. Kiedy domek z kart się wali ludzie (zazwyczaj bardzo inteligentni, empatyczni i wrażliwi) są gotowi na wszystko, byleby poczuć ciepełko, które zwodniczo otula duszę.

Pewnie czytałeś, ale i tak dla przypomnienia: 

 

https://neurogroove.info/trip/moja-heroina-25-lat-w-nalogu

To tylko sen samoświadomości.

Oczywiśie nic nie jest regułą, ja np potrafię wcinać opiaty miniciagami przez choćby tygodnie, a potem spokój na lata.

Ogólnie to widać po samym tekście, że pisał to ogarniety i inteligenty koleś, a przede wszystkim bardzo świadomy tego co robi. Dlatego też mnie to zastanawia czy tym raportem nie chciałeś pewnych rzeczy opisać dla siebie, wydobyć z głowy myśli, których na głos nie wypowiedziłeś.

Czuję, że w tym fragmencie o całym tygodniu pracy, a potem należnej nagrodzie, że się trochę usprawiedliwiasz. To akurat wydaje mi się niebezpieczne. I cały czas chodzi mi po głowie pytanie "po co?". Po co to bierzesz, skoro masz fajną pracę, dziewczynę, życie. To jest za mało, to ci nie wystarcza? Być może jest coś w tobie, coś o czym nie mówisz, a co ma wpływ na to, że bierzesz. Nie wnikam. 

Myślę, że tym raportem wykonałeś pierwszy krok do możliwego wyjscia z tego. Opowiedziałeś komuś o tym co czujesz i jakie masz obawy. Ale nie ma co ukrywać, tak naprawdę okłamujesz swoją dziewczynę i siebie trochę też. Żyjesz w kłamstwie. 

Na twoim miejscu zadałbym sobie pytanie po co potrzebujesz tego cotygodniowego rytuału. Po co by poprawić sobie nastrój? A czemu potrzebujesz sobie popracić nastrój?  Może wcale nie czujesz się dobrze i to jest ta chwila w której ma być inaczej. Kop głębiej i wciągnij do świadomości więcej.

Wiesz, właśnie najgorsze jest to, że mam absolutną świadomość tego, co robię. Nie przeszkadza mi to jednak w tym, aby "rytualnie" wpierniczać tabletki z apteki, które na dobrą sprawę powinno się bardziej kontrolować. ;) Świadomość, ogarnięcie, czy inteligencja o której mówisz (nie wiem jak z tym jest, nie mierzyłem tego w żaden miarodajny sposób) prawdopodobnie nie przeszkadzają ludziom w tym, by robić sobie krzywdę. I wiesz, wolałbym nie mieć tego świadomości - żyć chwilą, z dnia na dzień, bez zmartwień i rozmyślań.

Stosunek praca <-> nagroda to oczywiście próba usprawiedliwiania się - wszyscy to robimy i na każdym kroku. Pytanie tylko, jak duże rozmiary to przybiera - jeżeli przegniemy, to możemy wpaść w takie bagno jak kodeina. Jak nie, to skończy się tylko na niespełnionych obietnicach noworocznych. ;) Choćbym nie wiem jak bardzo był ogarnięty, to nie będę się pod tym względem różnił od reszty człowieczeństwa. Podejrzewam, że przeładowanie sensoryczne z całego tygodnia (od pon. do pt. od 7-21 mam mega zapierdol; mnóstwo maili, kupa rzeczy w komunikatorach i zawsze w niedoczasie) i uwierz mi, że trudno jest mi się od tego oderwać nawet "po godzinach". W kodeinie podoba mi się to, że mogę na własnych zasadach, tj. bez odcinania umysłu od rzeczywistości znieczulić się na jej przykrości. Czyli - dalej jestem wszystkiego świadom, w dalszym ciągu jestem w stanie logicznie myśleć, poruszać się; mimo wszystko negatywne bodźce na mnie nie działają. To jest fajne.

Co do możliwego wyjścia z tego - wybacz, ale to chyba "zbyt duże" sformułowanie. Samo branie kodeiny mądre i bezpieczne nie jest i to nie ulega żadnym wątpliwościom. Ale, uznając umownie "branie kodeiny" za normę, stan zerowy (jeżeli nie dodajemy do tego pewnych odchyleń), ze mną jeszcze nie jest tak źle. Nie mam silnego parcia na to, aby wziąć. Co więcej, jestem absolutnie pewien, że mogę się bez niej obyć i kilka tygodni - nie boję się dłuższego wyjazdu za granicę, czy po prostu konieczności zaprzestania brania. Najgorsze jest jednak to, że lubię ją brać. Prawdopodobnie daje mi coś, czego mi brakuje na co dzień (psycholog?).

Co do narzeczonej. Staram się być z nią szczery - nie puszczam się, dopinguję ją w realizacji jej celów (a ma przeogromne i co lepsze - realizuje je), robię swoje i staram się ją wspierać w każdym momencie. Ale, wiem dobrze, że ma sporo własnych problemów i nie dołożę jej "mojej kodeiny". Nie rzutuje ona obecnie na naszą relację, nie istnieją żadne przesłanki, bym powiedział: "Dobra, ej, jest źle, trzeba coś z tym zrobić i to szybko". Jedyne, co bym osiągnął, to rozdmuchanie tematu, który kompletnie tego nie wymaga.

Wyczuwam w tobie dwie sprzeczności. Z jednej strony mówisz, że twoje branie to nie jest nic dużego, bronisz się i ja to rozumiem. Nie przyjmujesz tego co napisałem, bo sam nie uważasz, że jest to coś poważnego. Z drugiej strony po co napisałeś ten raport, co chciałeś osiągnąć? Skoro opowiedziałeś o tym i czułeś potrzebę podzielenia się tym, to coś moim zdaniem jest na rzeczy. Może ty już wcale nie chcesz brać, ale ciężko ci zregygnować z tak przyjemnego rytuału. Wiesz, że to branie niesie ze sobą duże ryzyko jeśli chodzi o zdrowie, zarówno psychiczne, jak i fizyczne. Obciążasz trzustkę i jelita, tak jak sam pisałeś. Nawet jeśli robisz badania, takie rzeczy mogą się odezwać po czasie.

Poza tym, rok czasu brania? Uważasz, że to jest mało? Ja po okresie dwukrotnie krótszym byłem już w szponach uzależnienia, a też tak jak ty brałem tylko na weekend, bo uważałem, że jak raz w tygodniu będę brał to nic mi nie będzie. I długo żyłem z takim przeświadczeniem. Ignorowałem po drodze różne sygnały, które wysyłał mi organizm, a to jest chodzi o serce, a to jeśli chodzi np. właśnie o jelita. Co to znaczy obejśc się bez narkotyku dowiedziałem się po miesiącu, a może jeszcze dłuzej i powiem ci nie chciałyś tego przechodzić. Mam tu na myśli głównie aspekt psychicznego uzależnienia, które w uśpionej formie trwa do dziś.

Piszesz też, że jakby coś poszło nie tak to kodeina będzie ucieczką. Tutaj ,właśnie tutaj ujawniasz duże tendencje do uzależnienia, bo twoje myślenie orbituje wokół narkotyku jako leku na problemy. Coś pójdzie nie po mojej myśli, nastąpi jakiś kryzys, zostaną mi narkotyki. Nie wiem czy ty w ogóle widzisz jak to wygląda z boku. Twoje jeżdzenie po mieście żeby robić sobie zapasy na później, kupywanie dodatkowego opakowania przy okazji, przecież to jest typowe myślenie osoby uzależnionej. Sam taki byłem, sam myślałem w podobny sposób, więc czuje to w Tobie.

Ogólnie ja do brania raz w tygodniu doszedłem dopiero po około 2 latach.
Jak ja czytam "rytułał", "nie muszę nikomu o tym mówić". 
"Nie powiem bo walka o pozycje w związku" <- pierwsze oszukiwanie samego siebie żeby dalej brać i nikt nie przeszkadzał Ci w braniu.
Dorzucasz dodatkowo jakieś dragi żeby wzmocnić... to kolejny element uzależnienia.

"Zastanawiałem się ostatnio nad przyczyną sięgania po tę substancję. Może dlatego, że po całym tygodniu zapierdolu potrzebuję "wyhamować" i zapomnieć o wszelkich troskach?" - chłopie klasyka! klasyka! Zapisuj se w sumie tripraporty żeby potem widzieć równie pochyłą na dno, fajnie się na to potem patrzy z dystansu po latach kiedy już koda zabierze wszystko.

"Wydaje mi się, że go mam - nie biorę jej częściej niż raz na tydzień, bo po pierwsze - szkoda mi bebechów. Po drugie - szkoda mi życia." - praktycznie dokładnie takie samo podsumowanie napisałem do swojego tripraportu kilka lat temu :D 

Chłopie coś pisałeś że chciałeś spojrzeć z boku to spójrz na to. Normalnie tekst uzależnionego od kodeiny człowieka.... rytuały, ukrywanie prawcy, wzmacnianie działania, tłumaczenie sobie i innym że życie mam wspaniałe, powtarzanie tego "respektu" do kodeiny... brnąc w kłamsta przed samym sobą. Może nie wiesz ale uzależnienie często przebiega bardzo powoli, i na przestrzeni lat. Ja pierwszy ciąg miałem po 8 latach. A przez te 8 lat ciągle mówiłem że to kontroluję, a w zasadzie 8 lat ćpałem.

Dodatkowo coś pisałeś że nie pasuje do ciebie wizerunek ćpuna... a do kogo pasuje ? Myślisz że ćpuny to tylko na dworcu, albo jakaś lipna praca za grosze? O nie! Właśnie tona ludzi ma poważną pracę i wszystko ukrywają... z powodu... no właśnie zawsze jest jakiś powód żeby nikomu nie mówić, bo jak nikt nie wie to można ćpać ;3, a jak się "żona dowie" to wybije mi to z głowy i co ja będę robić? Mam nie brać?...Że co? Mam odpuścić mój rytuał? "Nie rozumiesz kobieto że problemu nie ma" (zarzucając 16 tabletek z aviomarinem zapijając syropem).

"Mam satysfakcjonującą pracę, świetną narzeczoną, na brak dóbr wszelakich nie narzekam. Czasami podróżuję (niestety głównie służbowo) i nigdy nie miałem żadnych problemów z prawem." - a jednak potrzebujesz czilować kodeiną... wiec czegoś Ci w życiu brakuje. Opiaty jako jedyne dają szczęście, kiedy inne dragi dają przyjemność, więc będąc naprawdę szczęśliwym... by cię do dragów nie ciągło... bo życie daje Ci wszystko co potrzebujesz, jak masz ciągotki do kodeiny i opiatów to gdzieś nie dostrzegasz tego że jakoś cierpisz.

Fajnie się czyta ludzi na wczesnym stadium tego gówna. Różowe okulary założone, a wręcz przykręcone do czaszki i świat jest piękny, "a ja tylko luzuję po pracy".

Aha! i ogólnie tak czytam całość to mam wrażenie że się wykluczasz sam w tym co piszesz.... co by potwierdzało moją teorię wjebania :P bo samemu się nie wie co myśleć. Raz piszesz ze "chyba coś jest na rzeczy", a za chwile że to tylko dla czilu i nic więcej. Ja tylko powiem że klasyka. 
I lepiej wcześniej to zauważyć niż później, chociaż wiem jakie to jest wszystko nierealne... i człowiek i tak będzie brać... ja Cię oficjalnie widam wśród wjebanych mimo że narazie o tym nie wiesz :D

Siema Zacznę od tego że doświadczenie z opioidami mam od około 15 lat.

Psychicznie jestes uzalezniony,byc moze mozesz rzucic.Ale fakt jest faktem.Nie wiem co w kodeinie ludzie widzą,a podejsc robilem sporo.Prawdziwe dzialanie opio poczulem po tramadolu(nodowanie itd.) i oczywiscie sie uzaleznilem.

Zjazdy wyjątkowo ochydne,na poczatku mojego nałogu miałem - gożej to przechodziłem od całego hyperreala.

Nie potrafilem juz na tym etapie wyobrazic sobie zycia bez tego czegos co daja opioidy,marzylem o heroinie i wyobrazalem sobie jakie to musi byc zajebiste i wiedzialem ze jakbym sprobowal to sie wjebie bez 2 zdań,na szczescie nie sprobowalem

chociaz sprobowalem mocniejszych opioidów to nie wjebałem sie,moze dlatego ze swoje wycierpiałem przez odstawianie tramadolu i zdałem sobie sprawe jak beznadziejna to sprawa jest(poznac opioidowy stan).

Nie wiem czy już pisałem,ale widać że jesteś wjebany.Problemem jest psychika,nie należy sie bać tak wejscia w ten nałóg,wyolbrzyiaja ludzie.Ale witam cie w tym swiecie i życze szczescia bo faktycznie bedzie potrzebne.

Nie czytaj lepiej tego co piszą ludzie co odstawiaja kodeine,dużo fantazjowania tam jest,nakrecisz sie jeszcze bardziej,tak jak ja swego czasu,że jest gorzej niż jest.

Ja na twoim miejscu rozwazyl bym odstawienie tego syfu i branie normalnych opioidów,to jest racjonalne bo i tak na jedno wychodzi czy bierzesz morfine w tej kodeinie(w organizmie ci sie morfina robi i dlatego czujesz to samo co każdy opioidysta).

Respektu kodeina cie nie nauczy to za słabe gówno,tu nie ma czego szanować,dla tak kiepskiego haju na twoim miejscu rzucil bym to w cholere ,wlasnie na tak łatwym etapie jak jesteś-tak teraz masz baaaardzo łatwo.

Brałem rozne rzeczy ale kodeina to najmniej atrakcyjny opioid jak do tej pory,ale uzaleznia jak każdy(proporcjonalnie do dawki i siły działania).

Mógłbym o wiele wiecej pisać,ale nie wiem czy ktoś to przeczyta,jak chcesz to sie pytaj weterana bo ja sobie dałem rade nie zrujnować zycia totalnie tak jak wiekszość.Ale nałogowcem jestem tak samo jak i ty.

Weteran który radzi odrazu przejście na morfine, gdy gościu raz w tyg kodeine wali. No prosze cię.
Owszem kodeina się metabolizuje do morfiny ale ni jak się ma do działania... a napewno nie w tych przelicznikach że 5-10% do morfiny się przerabia. Kodeina ma to do siebie że właśnie nie wjebiesz się w nią jak w morfinę bo morfiny możesz ciulnać odrazu 200 i jest git... przy kodzie jak ciulniesz 70 tabsów to enzymy nie wyrobią i w sumie wyjdzie "bezpieczniej" pod względem wjebania.
Który morfinista nie żałował ostatecznie przejścia z kody na morfinę :P? 

Ja wiem że wszystkich którzy już to poczuli i tak czeka jeden los.... ale nie ma co na siłe tego przyśpieszać biorąc mocniejsze opioidy jak słabe jeszcze pięknie robią... a póki może niech spróbuje wyjść, ten % ludzi co wychodzą jakis tam jest, moze się załapie... ostatnio liczyłem coś poniżej 10%.

Jak dla mnie opioidy to opioidy, jeden mechanizm działania - szczęście. Pewnie czytasz HR to wiesz że są ludzie którzy wolą kodeinę od morfiny czy nawet helupy (tu nei chce ściemniać, ale o morfinie napewno było pisane nie raz).

Gościu jest wjebany jeszcze o tym nie wie, ale ja bym w takim wypadku nie radził przejścia na morfine tylko niech spróbuje solo całkiem to zostawić (nie uda się na bank bez wsparcia bliskich/terapii - zaznaczam że zrobienie sobie przerwy w braniu to nie odstawienie... bo dużo łatwiej jest "przerwać" z myślą że kiedyś jeszcze to wezmę... a całkiem coś innego rzucić NA ZAWSZE, dwa różne stany umysłu) i wtedy jak kilka razy zjebie odstawkę niech idzie po ludźku na jakąś narazie mega lajtową terapię, najlepiej w takim wczesnym stadium. Potem będzie dużo gorzej i zwykłe terapie już nie pomogą.

Zagalopowałem sie,to co go jara w kodeinie to co innego niz morfina?tylko mała dawka,może i maleńka ale juz przy niej czuć te same skutki: gorąco,nie da sie martwić,nie da sie wrecz poczuc smutku,o to mi chodziło,że stosuje to w takim samym celu jak ktoś inny heroine,ale tworzy sobie złudzenie,że nie jest ćpunem.

Zobacz ze juz go brzydzi alkohol,to znaczy ze zasmakował,takie zachowania oczekiwał bym już w ciąg raczej,prawda?

Sytuacja jest trudna,on nie zdaje sobie sprawy,że jest poważniej niż "czuje",wkońcu to tylko koda,wkońcu to tylko...ale nawet jak kilka lat to bedzie trwało to skończy sie na ciągach.

Ja brałem 3 kapsułki tramalu na saym początku(macie pojecie jak to malutko?) i dojadałem po jednej.Na końcu moge wypić całą butle i nic mi nie będzie,normalny czlowiek by sie przekręcił,zrzygał,cholera wie

Nie bede udawał ,że wiem jak sie to u niego skończy,ale nie widze powodów żeby sądzić,że ma wieksze szanse,To że ma dziewczyne to nie plus a minus.Majac 34 lata troche naiwne to myślenie.

Myśle że jest nieszcześliwy gdzies w srodku,nie wie o swojej psychice za dużo,na to wygląda.

Oczywiscie może tak latami brac kode 1/7dni ale ile tak można?no ile tak można?chociaż niech z mienia na coś innego,żeby nie być zakochanym w jednej substancji/okolicznosciach- to jest jakieś rozwiązanie,inaczej to pierwsze ciągi sie zaczną na 99%(chyba ,że wpadnie pod samochód to to urze jako ten co jadł tabletki a nie ćpun.

Oczywiscie szczerosc z kobietą wykluczona,nie robcie sobie jaj i nie radzcie mu czegos takiego.

Ok. podsumuje co bym radził:

1)zmieniać opioidy a nie uzalezniać sie od konkretnej kody w konkretnym opakowaniu itp.zmniejsza to sile nałogu,dopiero jak bedzie robił przerwy w ktorych bedzie brał np kratom to uznam ,że nie jest wpierdolony na dobre i ma jakąs kontrole nad sobą.

2)Rzucić,póki można,zamiast czekać te kilka lat w ,których miłość sie rozwinie tak jak u każdego z nas było.

3)Przestać brać ten sulfo...bo branie kilku opakowań skonczy sie gorzej niz mocniejsze opioidy non stop.Tymbardziej że tak szybko ma sraczke,ja nic takiego nie miałem ani innych ublocznych od jelit,ogolnie skutków ubocznych od storny wnetrznosci po thiocodinie.

4)

 

Dlaczego szczerość z kobietą wykluczona? Uważam dokładnie tak, jak Chacken, że bliscy mogą pomóc. Jeszcze jeden wielki plus z tej szczerości wynika. Facet się dowie, czy może liczyć na swoją kobietę, czy ta go naprawdę kocha. Dla mnie związek bez szczerości, to żadna miłość, a zwykłe jebanie. Więc pytanie, czy jesteś z kimś na dobre i złe, czy tylko chodzi o urodę/sex/pieniądze. Piękna kobieta to klejnot, ale dobra kobieta to skarb. Osobiście zawsze optuję za szczerością, za byciem sobą. Oszukiwanie kogoś, to brak szacunku. To postawa roszczeniowa - chęć czerpania korzyści, zamiast chęci dawania. Ale to tylko moje zdanie.

To tylko sen samoświadomości.

100% się zgodzę z Szamanem! Zaleciłem swego czasu jak ja byłem wolny od dragów terapię koledze, był wjebany w gbl. Miał narzeczoną z którą ostatni rok był nonstop naćpany, a oświedczył się jej pod wpływem. Jak już zaczął odstawiać zauważył że sam nie da rady, przyjechał do mnie w lekkiej początkowej psychozie odstawki gbl. 

Powiedziałem mu że ja mu moge tylko wskazać drogę ale to bliscy mogą pomóc. Powiedział o problemie swojej narzeczonej, wiadomo była w szoku, dzwoniła do mnie nie znając mnie pytała się co ma robić. Plany na ślub odwołane... prawdziwa próba dla obydwu stron.

Mija drugi rok od tej chwili dalej są razem, jestem pewny że to ich tylko wzmociło ostatnio mieszkanie urządzili. Ślub ponownie w planach, mimo że dwa lata później.

Ja tylko powiem tak... jak ukrywasz coś przed kobietą, z którą planujesz być DO KOŃCA, do ostatnich dni, do grobu, to coś jest cholernie NIE TAK. Ja wiem że jesteś w pierwszej fazie uzależnienia to człowiek to ukrywa, "bo lepiej nie mówić" ale jak już do Ciebie to dojdzie że jesteś wjebany co też nie jest proste, to powiedz jej... 

No wyobrażasz se... mijają 3 lata, macie dziecko, ty przez ten czas ukrywałeś to i ona nagle się dowiaduje, zaczynasz się tłumaczyć, że to chwilowe, że nie prawda, że trwa tylko miesiąc, że kolega Ci powiedział... wiecej kłamstw... dziecko tego słucha...

Ślub kurwa to już nie przelewki... bo w role często wchodzą dzieci... jak już zrozumiesz że jestes wjebany ale nic z tym nie zrobisz i nikomu nie powiesz, i zaczniesz to ukrywać to dla mnie to jest pojebane bo niszczysz komuś życie.

Ja osobiście jestem sam, wiele razy ktoś się pojawiał, dobijał ale jak jestem w ciągu to nie ma sensu, ostatecznie i tak druga połówka się dowie... ona bedzie cierpieć ja będe cierpieć 2x i ćpanie będzie jeszcze większe...

Uważam, że w komentarzach wszystko zostało już powiedziane, to niesamowite.

 

Mam jedno pytanie do autora raportu; Co Ty byś poradził ludziom, w takiej sytuacji, jak Twoja? 

Marek Edelman

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media