Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

klątwa starszej pani (rupert_the_peanut)

detale

Substancja wiodąca:
Apteka:
Dawkowanie:
Tableteczki z Brazylii, każda z nich po 50 mg benzydaminy. Łączna ilość jaką spożyłem to 3450 mg co na polskie realia daje 7 umiejętnie wyekstraktowanych saszetek Tantum Rosy.
Set&Setting:
Czwartkowy wieczór , apartament matki rodzicielki zlokalizowany na piętrze 17. Zabezpieczone wyjście na balkon, ze względu na umiejscowienie na nadmiernie niebezpiecznej wysokości, decyzja podwarunkowana ogromną ilością aplikowanego medykamentu. Nastawienie jak najbardziej pozytywne, z lekką nutką niepewności, gdyż nie wiedziałem co może się wydarzyć, a dawka jest najwyższą obecnie na forum.
Doświadczenie:
THC, LSD, Kodeina, Clonazepam, Dekstrometorfan, Dimenhydrat, Benzydamina, Psylocybina, Amanita Muscaria, Crack, być może coś przeoczyłem. Dodam że od niczego nie jestem uzależniony, nie jestem posiadaczem zjawiska o nazwie tolerancja, każda podróż poprzedzana jest odpowiednią przerwą i przygotowaniem psychicznym.

klątwa starszej pani (rupert_the_peanut)

13.05.2008

Medykament zacząłem spożywać o godzinie 20.30. Oznajmiłem matce, że mogę być nieosiągalny telefonicznie w związku z próbą nowej substancji. Poprosiłem też o paczkę papierosów, gdyż nie będę w stanie ich sam zakupić (po ostatniej podróży wiedziałem, że ośrodek zwany błędnikiem nie lubuje się w benzydaminie.) Tabletki skończyłem spożywać o 20.45, zajęło mi trochę czasu owe przedsięwzięcie, spowodowane dużą ilością intoksykantu [69 tabletek, jedną gdzieś zapodziałem]. O 21 wypiłem jedno piwo [0,33 l, 4,5% - typowe kanadyjskie piwo] oglądająć w TV Jerry Springer Show. W milczeniu spoczywałem, kiedy to Lisa zadzwoniła, by się spytać co robię. Skrzętnie wytłumaczyłem, że jestem bardzo zajęty i dopiero jutro będę wolny. Gdy skończyłem z nią konwersować, przemieściłem się do kuchnii w celu wszamienia półówki pomarańczy. Wracając z kuchni odczułem zaburzenia pracy błędnika. Obraz lekko się rozmazywał, a na lewym i prawym skraju pola widzenia mego dostrzegałem bliżej nieokreślonej treści grafiki.

Wyłożyłem się na łożu niczym gubernator Kalifornii w szczytowej formie oczekując dalszych psychosomatycznych doznań psychodelicznych. Spojrzałem na sufit. Mym oczom ukazał się dojmujący obiekt o wielkości prawie metra. Elokwencja jak minister rolnictwa przejęła mą twarz. Byłem pewien, że to na pewno nie jest jeden z mych pupili, gdyż żaden z nich nie jest zielony i nie ma pół transparentnych nóg. Leżałem tak chwilę podziwając stowrzenie boskie (kocham pająki i ogólnie robactwo, więc kwestia benzydaminy była od początku bardzo eksploratywna dla mej skromnej persony). Chciałem stestować jak mniema się mój błędnik. Tak naprawdę to się nie miał. Nie było go. Przejąłem się co on musi tam przeżywać, co jeśli boi się pająków (nie zdawałem sobie z tego sprawy - myślałem bardzo empatycznie, ale i niezbyt rozsądnie zarazem). Czołgając się się do przedpokoju spojrzałem na mamę stojącą koło komody, bazgrającą jakiś bliżej nieokreślony obraz na płótnie.

Po cichutku wspiąłem się na fotel siedząc rozłożony na nim, niczym Tarzan, król dżungli na swym spróchniałym tronie. Cicho bąknąłem do mamy „Hej”. Mama odwróciła się dopiero po minucie (generalnie jak coś maluje to jest bardzo „odcięta”, dlatego nie dziwne, że nie zauważyła swego syna człapiącego się w agonii po przedpokoju). Spytała się czemu taki smutny jestem. Odpowiedziałem „ to benbyzaranina”. Ona: słucham, ja na to błyskawicznie „ no bengyranabanina” czy coś. Funkcje lingwistyczne bardzo się ograniczyły. Matka ma chwyciła krzesło, podstawiając pod swe cztery litery, usiadła jakieś 3m ode mnie, obok swego nowego malowidła. Zaczęliśmy prowadzić dysputę na temat bodajże się jakiegoś gatunku malarskiego, czy coś w ten deseń. Spytałem się w trakcie, dlaczegoż to wróciła 1,5h wcześniej ze swojego zakładu. Rozmawiałem z nią coś koło godziny. Było już bardzo ciężko, ledwo z nią rozmwiałem, w sumie to ona mówiła. Mimo że siedziałem na fotelu, to obraz tak mi wirował, że brak słów i epitetów by tu ludzkimi słowa wyrazić. Po ziemi biegały dosłownie miliony mrówek, w pokoju latały setki muszek owocówek. Po chwili przestałem na nią zwracać uwagę. Zobaczyłem kuriozalny efekt – kiedy myślałem o jakimś nieożywionym efekcie to po chwili przede mną pojawiało się jego trójwymiarowe zdjęcie (kiedy wyszedłem z przedpokoju już nie mogłem ich przywoływać, działało tylko w zaciemnionym miejscu). I tak spędziłem ładną chwilę wytwarzając owe obiekty. Po pewnym czasie pomyślałem o spękanej, niesmacznj cebuli, lecz zamiast ją wywołać wytworzyłem babcię znajomego. Najwidoczniej nie była z tego zadowolona – rzuciła we mnie czymś, ja w akcie obrony zakryłem twarz rękoma i się odwróciłem z gracją Rocky'ego Balboa. Po chwili spojrzałem w miejsce babci, lecz już jej nie było. Spojrzałem na matkę, ta dalej nawijała jak zacięty urywek taśmy magnetofonowej. Mamo, gardło Cię będzie Cię jutro poniewierać. Przytaknęła i mówiła dalej, byłem już tym lekko zdegustowany. Usłyszałem brzdęk klucza w drzwiach. Spojrzałem w ową stronę - drzwi się otworzyły, a następnie do domu przemieściła się mama. „Łocochodzi” pomyślałem, szybko odwróciłem się w stronę krzesła – nie było ani krzesła ani mamy. „To z kim przez dobrej półtorej godziny interlokowałem???”.

Mama stanęła koło mnie oznajmiając mi czy znów się napaliłem i napiłem czy co, że tak nieskładnie wyglądam. Wypaplałem „cipacz”.
Co?
No, chloropociapciczyna...
Ona na to żebym się położył spać.

Lecz było to nieosiągalne, serce biło jak młot, a byłem „ożywiony” jakbym miał motorek w dupie, pomijając to, że nie mogłem się poruszać. Rodzicielka położyła paczkę Peter Jacksonów na stole i zajęła się swoimi sprawami. Poczułem, że żołądek się buntuje. Trzymając się ścian i innych anonimowych obiektów dotarłem do ubikacji. Nie zapaliłem światła, gdyż nie miałem odpowiedniego zasięgu, by tknąć owy wspomniany przycisk. Podniosłem łeb i to co ujrzałem po prostu mnie rozniosło. Całe pomieszczenie dosłownie żyło, węże, pająki, karaluchy, muchy, co dusza zapragnie. Mimo że jako tako lubię gady i insekty, to widok nie należał do przyjemnych. Sądzę, że człek niewtajemniczony w te sprawy by już wyskoczył przez najbliższe okno, lecz jako taka wiedza mnie podratowała – nie dotknę, nie zaczepię, nic się nie stanie. Jakimś cudem powstałem. Sikając, towarzystwa dotrzymywał mi wielbłąd, który to stał w wannie. Spokojnie poprosiłem go by nie patrzał się na moje oprzyrządowanie, kiedy to będę je opróżniał. Wielbłąd spokojnie pochylił się by zjeść trochę trawy. Oddając mocz, starałem się nie trafiać w węże, które pływały w toalecie, by ich zanadto nie rozdrażnić, z doświadczenia wiem, że nikt nie lubi, gdy ktoś oddaje komuś mocz na głowę. Odwróciłem się w stronę wspomnianego wcześniej zwierzaka, ku memu zdziwieniu ujrzałem stworzoną wcześniej babcię. Na ustach jej panował demoniczny uśmiech, a w rękach dzierżyła wielki topór niczym tolkienowski krasnolud o wiele mówiącym imieniu Gimli. Jak na odruch przystało, blyskawicznie „odskoczyłem” do tyłu. Poczułem wszechogarniający ból z tyłu czaszki. Babcia powiedziała „Taki to z Ciebie Kur*a Rambo” i w tym momencie zemdlałem.

Obudziłem się po na oko 3 godzinach, kiedy to matka próbując się dostać do ubikacji trzepnęła mnie ostro w mój biedny, zintoksykowany pośladek. Podrygnąłem się, wyjąc. Mama przestraszyła się, mówiąc „przepraszam, nie wiedziałam, że uciąłeś sobie drzemkę pod umywalką w toalecie”. Rozejrzałem się blyskawicznie po lokacji, by upewnić się, iż żaden zły stwór typu demoniczna babka się tu nie znajduje. Powiedziałem mamie szybko, że uderzyłem się po ciemku w łeb i usiadłem, przypadkowo zasypiając. Zrozumiała prawdopodobnie połowę, gdyż miałem duży problem z literkami „r”, „ł” oraz „ć”. Mając niezłą siekę w glowie dostałem się do sypialni. Byla już 9 rano. Mimo że było już +/- 12 godzin od czasu spożycia, to nadal miałem sajgon, czy to we łbie, czy psychicznie czy to też wzrokowo. Położylem się spać, wstałem o 16. Nadal byłem zarąbany. Wyjąłem trochę Marii, ledwo skręciłem lolka, spaliłem i szczerze mówiąc jakoś mnie postawił na nogi, czułem się chilloutowo, albo to była jakaś Viva La Sativa tudzież efekt kaca benzydaminowego połączonego z tetrahydrokannabinolem. Trzy dni później nadal niestety odczuwałem efekty benzy, a po dniach pięciu przeszło mi wszystko. Szczerze mówiąc, wziąłem za dużo, podobało mi się generowanie obrazów i ciekawe efekty w zaciemnionych placówkach oraz konwersacja w zasadzie z niczym. Wydaje mi się że główną część przespałem, ale i tak było warto. Prawdopodobnie jeszcze kiedyś to powtórzę, ciekaw jestem efektów jakie ominąłem śpiąc.

To dopiero moje drugie wypociny, więc liczę na wyrozumiałość.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media