Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

kalejdoskop kryształu piperazyny

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Apteka:
Dawkowanie:
pFPP ?mg, kodeina 300mg
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Gorszego nie było, wszystko w tekście.
Doświadczenie:
Etanol, DXM, nikotyna, kodeina, marihuana, efedryna, benzydamina, tetrazepam, kannabinoidy, 2C-E, bufedron, MeOPP, 4-AcO-DMT, metylon, zolpidem, GBL, 4-HO-MET, metedron, 25C-NBOMe, aPPP, 2-AI, 4-MEC, metoksybufedron, difenhydramina, pFPP, MDPV, 4-AcO-DiPT

kalejdoskop kryształu piperazyny

Poniedziałek. Otwieram oczy, na zegarku ślini się godzina 7:50. Świetnie, za 10 minut zajęcia, dlatego odwróciłem się na drugi bok i poszedłem spać dalej, wszak spałem całe trzy godziny. Po chwili jednak dopadły mnie "wyrzuty sumienia" i zwlokłem dupsko z barłogu. Jako "chwila" mam na myśli 30 minut, oczywiście. Zaczołgałem się do łazienki. Stary, wyglądasz jak gówno. Szast-prast, OK, doprowadzony do stanu używalności. Budzik wskazuje 8:45, faaak.
Pomimo zewnętrznego wrażenia ładu i składu, pod czapką wciąż spałem. Wykończyłem zapas wszelkich lekkich beta-ketonów parę dni temu, a metylon na normalny dzień to raczej słaby pomysł. Odruchowo wręcz sięgnąłem po mały woreczek z pomarańczowo-złotym proszkiem i kompletnie na oko odsypałem małą kupkę wprost na kawałek chusteczki, a chusteczka intuicyjnie wpadła mi do przełyku. Popiłem łykiem wody i odłożyłem woreczek na miejsce. Na woreczku napisane było - para-fluorofenylpiperazyna.

9:05, robię sobie śniadanie, nagle JEB. Ałaaaa, jakbym z kolana w żołądek dostał. No to, kurwa, ślicznie, i tak czuję się chujowo, a właśnie dojebałem sobie niezbyt delikatną dla ciała pFPP. No nic, nie będę szedł przecież teraz tego wyrzygiwać, to tylko bodyload, zaraz przejdzie, a potem lekka stymulacja i miła euforia umilą mi ten dzień. Dopiłem ultramocną kawę i wyszedłem z domu.
9:45, chuje muje, dzikie węże. Stymulacji nie ma, euforii nie ma, za to jest kamień w żołądku, wibrująca szczęka, zimno jak cholera, oczy jak pięć złotych, a w głowie godzina 3:30 w nocy. Nooo świetnie, jesteś kretynem, wiesz? Bez tego gówna byłoby o połowę mniej chujowo. Ale jak to najstarsi Indianie mawiają, kto nie ma w głowie, ten ma w nogach. Trzeba było zatem udać się na spotkanie z przyjaciółką, której dawno nie widziałem. Nie widziałem, bo nie chciałem widzieć, nie była mi potrzebna. Najstarsi Indianie dawno się przedatowali, dziś do tego przysłowia dodałbym jeszcze "...i w portfelu" - pomyślałem, odbierając od dziwnie się mi w oczy patrzącej aptekarki dwie paczki thiocodinu. Hop siup, 10 tabsów naraz, popite jednym łykiem wody. Hop siup, czekamy na efekty. Teraz, z trawiennikiem przypominającym piaskownicę, mogłem udać się na zajęcia.
10:30, gadam z przyjacielem na korytarzu. Zaczyna dopadać mnie błoga głupawkoeuforia, ale wciąż czuję swoje trzewia. Głowa dała już spokój, nawet przestało być sennie. Wchodzę na zajęcia, otwieram zeszyt z innego przedmiotu, zaczynam się uczyć. Zaskakuje mnie, jak łatwymi stały się opisane kwestie. Rozumiałem idealnie, a i negatywne odczucia zdawały się słabnąć. Gdy wychodziłem z sali 45 minut później, czułem się świetnie. Poszedłem na papierosa, po wypaleniu zaskoczył mnie ból głowy. Noooo, a już było tak fajnie. Dziwne w ogóle, że przebił się przez 300mg kodeiny, wszak zwykle nie czuję po tym najmniejszych dolegliwości, choć na sam efekt stricte rekreacyjny, to o połowę za mało. Moje dywagacje zakończył jednak sam ich sprawca, znikając w natłoku różnych innych myśli.
11:10, dowiaduję się, że wyniki mojej pracy z ostatniego roku znacznie przewyższają moje oczekiwania. Euforia wzrasta lekko, natłok myśli wzrasta funkcją kwadratową. Stymulacji jednak żadnej, ani psychicznej, ani fizycznej. Czystość wytworów mojej świadomości - kryształowa. Szybki sprawdzian umiejętności rozumienia ze słuchu (język angielski, poziom C1) - 90%. Gdy kończyły się te zajęcia, a było to o godzinie 11:35, myśli wylewały mi się z głowy. Zaczynała mi się przerwa na lunch, więc udałem się z koleżanką na spacer, w celu zjednania się z grupą kolejnych dwóch koleżanek i geja, by udać się wspólnie do jakiegoś pubu. Zwykle, podczas spaceru angażuję się w zacięte dyskusje z przedstawicielami tej ekipy, tym razem jednak raczej odstawałem od grupy i prowadziłem nie mniej zacięty monolog w mojej własnej głowie.

Prokrastynacja, a potem dzikie zapierdalanie to dużo wolniejszy sposób osiągania celu od mozolnych, mało absorbujących kroczków, rozłożonych w czasie. Możnaby to było porównać do dystansu kilometra. Zawodnik K o godzinie zero rozpoczyna rozgrzewkę, zawodnik C ma to w dupie, patrzy minutkę czy dwie, po czym spokojnym chodem rusza w stronę mety. 10 minut później zawodnik K pełen entuzjazmu startuje, a zawodnik C jest już 150m od mety. Gdy spocony i zadyszany jak dziki zwierz zawodnik K wpada na metę, po czym pada na twarz ze zmęczenia, zawodnik C jest już 250m bliżej swojego domu. Gdy K, od Kretyn, doszukuje się za piskiem w swoich uszach owacji tłumu, nie znajduje ich - to Twoje życie, i chuj to kogo obchodzi. Ważne jest, że kiedy Cwany je w domu bigos, Kretyn dopiero wyszedł spod prysznica.
W mojej głowie zrodziło się zatem pytanie - skoro pomimo postawy pana K, który przez 8 z 12 ostatnich miesięcy się rozgrzewał, de facto stojąc w miejscu, uzyskałem tak satysfakcjonujący efekt, choć względnie wysokim kosztem chodzenia spać o 5-tej nad ranem, to jaki byłby efekt, gdybym był panem C?
Gdy kończyłem te dywagacje była godzina 13:20, a ja zdążyłem już usiąść ze znajomymi, zmienić koleżance język telefonu na koreański, wypić herbatę, wstać i wrócić do punktu wyjścia. Zaczynały mi się teraz zajęcia z prawa, kluczowego dla mnie przedmiotu. Zmotywowany faktem, że jestem w dupie i trzeba zapierdalać bardziej, oddałem się konstrukcji prawa polskiego i ogarnąłem ją try-mi-ga, po czym kończyłem zdania, które wykładowca wymawiał.
Zajęcia trwały do 15, po czym na godzinę udałem się znów do wyżej wymienionych znajomych, znowu oddając się zadumie.

Złap najbliższy przedmiot, który znajdziesz przed sobą. Podnieś go, dokładnie obejrzyj. Czy dobrze spełnia powierzoną mu funkcję? Wiadomo, że tak, ale czy mógłby spełniać ją lepiej? Zastanów się. To przecież nic nie kosztuje, prawda? A gdybyś coś wymyślił, wcielił to w życie, i powiedział o tym komuś dalej, a ten ktoś udoskonalił to jeszcze bardziej?
Przecież to na tyle naturalny dla człowieka proces, że aż wpisali nam go w nazwę gatunkową - homo sapiens - człowiek MYŚLĄCY. Dlaczego zatem ludzie tak niechętnie tego daru ewolucji używają? Gdyby każdy poświęcił każdej wykonywanej przez siebie czynności (podczas jej wykonywania, nie nasiadówki a'la filozof starożytny) chociaż chwilę kreatywnej uwagi, postęp technologiczny, zarówno jak i artystyczny, oraz społeczny wystrzeliłyby z prędkością światła. A to nic nie kosztuje, nawet czasu.

O 16:30 do centrum miasta przyjechała jamnikiem moja dziewczyna, więc uprzednio pożegnałem moich znajomych i udałem się w jej stronę. Poczekałem na nią chwilę na przystanku, zaraz przybyła biało-czerwono-błotnym jamnikiem. Zmierzamy do jej mieszkania, a wraz ze skracającym się dystansem zaduma nikła, a wzrastała euforia. Wchodzimy do sklepu kupić papierosy, wciąż miło konwersując. Zauważam moje ulubione cukierki z dzieciństwa, i odruchowo kupiłem ich dwie garście (takie małe, twarde, w czterech smakach - wiśnia, brzoskwinia, jabłko, jeżyna, kojarzysz?). Dziewczyna spojrzała na mnie dziwnym wzrokiem, no ale co, cukierki, nie plejboj. Docieramy do jej mieszkania, kawka, fajka, położyliśmy się na łóżko i zaczęliśmy oglądać film - The Man Who Stare at Goats. Moje 7+/10, jakby co. Gdy film się skończył, naszą uwagę ściągnęły... cukierki. Zaczęliśmy je dość romantycznie, eee... jeść nawzajem, po czym zaczęliśmy się nimi rzucać i obrzucać w salwach śmiechu. To było tak spontaniczne i tak... świeże, co w dość rutynowym już związku jest na wagę złota. Dokładniej 19,99 za kilo, za 5 zeta dość konkretny wór wychodzi.
Gdy o 20 spojrzałem do lustra, moje źrenice wciąż były konkretnie rozszerzone. 20 minut później wyszedłem z jej mieszkania i gdy tylko przekroczyłem próg, uderzyła mnie zaduma. Brakowało jej jednak już tego polotu klarowności, co 8 godzin temu. Odpaliłem więc papierosa i ruszyłem na autobus na drugą stronę miasta.
Teraz jest godzina 23:30, a ja wciąż czuję afterglow z bólem głowy. Ten dzień pokazał mi, jak kapryśnym i wymagającym odpowiedniego nastawienia środkiem jest pFPP. To prawdziwy psychodelik, choć nie tak wyraźny w swoim działaniu jak fenetylaminy czy tryptaminy. Set and setting ma tu równie wielkie znaczenie co w przypadku powyższych, o czym rano boleśnie się przekonałem - całe szczęście, że wierna Kodeina nie odmówiła mi pomocy. Coś, w czym pFPP okazało się lepsze od tamtych, to ich własne pola. Fenetylaminy ułatwiają mi rozumienie rzeczy per se, matematyka teoretyczna pięknie wchodzi po 2C-x, a tryptaminy wspomagają introwertyzm, łatwiej mi wyciągnąć wnioski z moich przeszłych zachowań. pFPP wyciągnęło te wnioski i pozwoliło mi je zrozumieć, a do tego dorzuciło charakterystyczną dopaminergikom (którym pFPP nie jest) chłonność umysłu. Wisienką na torcie jest fakt, że to wszystko działo się jakby "w tle" mojego umysłu, nie zakłócając mi czynności, które wykonywałem "na zewnątrz".
Strasznie mnie boli, że nadchodząca nowelizacja Ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii dołączy tą substancję do wykazu środków objętych zakazem posiadania. To jedyny, poza 2C-E, środek psychodeliczny który ma zostać tam dodany. Prawdę mówiąc, pFPP będzie mi bardziej żal.
by surveilled

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media