Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

i po ciebie może przypłynąć deks...

i po ciebie może przypłynąć deks...

S&S: Chawir, wolny dzień, własny pokój, 84 kg mnie, 600 mg deksa, łóżko i słuchawki.

Wiek: 27.

Doświadczenie: THC, Amfa, XTC, Mef, Grzybki, Kodeina, Ketony, Haszysz, DXM.

Na początku chciałem zaznaczyć, że to mój dziewiczy trip-raport i postanowiłem go napisać nie tylko z powodu tego, co doświadczyłem, ale chciałem przede wszystkim dołożyć własną cegiełkę do tej wspaniałej i często wykorzystywanej przeze mnie bazy danych wszelakich narkoprzeżyć.

Abyście mogli zrozumieć lepiej ten trip, muszę nakreślić moje wcześniejsze konfrontacje z małymi, okrągłymi pillsami z szuflady farmaceutycznej. Z Deksem miałem już do czynienia dwukrotnie, to miał być mój trzeci, a zarazem pierwszy raz z mocniejszą dawką. Ponad rok temu, po lekturze wielu opisów aptecznych doznań, postanowiłem wprowadzić swój mózg na te same obroty. Nie jestem osobą, która często ćpa cokolwiek, zaliczam się raczej do tych, którzy uwielbiają testować nowe dla swego organizmu substancje. Moim jedynym „nałogiem” (oprócz muzyki) jest ganja, przy czym słowo nałóg jest wzięte w cudzysłów nie bez powodu – palę raz na 3-4 miesiące, nawet rzadziej. Ten pierwszy raz był na standardowych 450mg i podarował mi, mimo wiedzy czego mogę oczekiwać, niezły szok oraz wspaniałe chwile spędzone z ulubioną muzyką. Odkrywałem jej naturę całkowicie od nowa i uśmiech nie schodził mi ze zdekszonego ryjka ani na moment. Poznałem też rzecz jasna tzw. robo-chód czy - jak to określają niektórzy – bociani chód i był on niesamowitym zaskoczeniem, chodziło się o wiele gorzej niż po pijaku. Leżąc, miałem momentami często odnoszone wrażenie pływania łóżka, było naprawdę wyjątkowo i już wtedy wiedziałem, że to nie będzie moja ostatnia przygoda z dekstrometorfanem. Jednocześnie miałem świadomość, że jest to psychodelik, który może mi ofiarować o wiele więcej niż „tylko” tyle.

Z kolei drugi raz, po upłynięciu sześciu miesięcy, był wielkim niczym. Dawka, którą przyjąłem oscylowała w granicach 500mg. Czemu oscylowała? Bo po rozkręceniu fazy było całkiem inaczej niż za pierwszym razem – było po prostu słabo, więc postanowiłem dołożyć jeszcze nieco poprzez dwa niewielkie łyki syropu. Wiedziałem, że zapewne niewiele to zmieni, ale musiałem spróbować powalczyć i przekonać się o tym sam. Oczywiście nie czułem nawet połowy tego, co kiedyś. Ale nie to było najgorsze. Najgorsza była muzyka – brzmiała całkowicie płasko, nudziła mnie i irytowała. Byłem też bardzo zdziwiony, gdy odkryłem, że tym razem już wiem jak się poruszać i chodzenie było o wiele sprawniejsze. Do tego odczuwałem spore swędzenie, czego pół roku temu nie uświadczyłem. Odczekałem jeszcze jakiś czas, po czym najzwyczajniej w świecie usnąłem. Po przebudzeniu miałem niezłą rozkminę – czy tolerancja tak szybko wzrosła, po jednym jedynym razie czy coś może zrobiłem źle? Warunki przyjęcia były przecież identyczne, łącznie z przerwą od ostatniego posiłku. Dopuszczałem jeszcze jedną możliwość, oczywistą dla niektórych – jest to po prostu kapryśna substancja i nie zawsze osiągnie się to, co chce się osiągnąć.

Minęło od tamtej pory prawie osiem miesięcy i w tym czasie sporo się naczytałem o 3 plateau i wizjach mu towarzyszących. Taaak, to było to, co zawsze chciałem poczuć, czego też się jednocześnie troszkę obawiałem – mała wyprawa w głąb siebie, swoista rękawica rzucona swojej psychice. Nie oszukujmy się jednak - nie liczyłem na uzyskanie odpowiedzi na jakieś bardzo ważne pytania, nie doszukiwałbym się w tym głębszego sensu. Chciałem się najzwyczajniej poddać temu prądowi i zobaczyć, co sam może mi zaoferować. Postanowiłem wbić się na początek pod ten niedostępny dla niewtajemniczonych poziom, osiągnąć granicę pomiędzy 2 a 3 levelem. Zakupiłem dwie paczki Aco, z czego 4 listki odłożyłem na nocną podróż w nieznane, wychodziło 7,1 mg/kg. Przez ponad godzinę starannie selekcjonowałem muzykę na mojego Clipa. Na codzień nie słucham zbyt wiele ambientu, jednak przekonałem się już wcześniej, że do Deksa pasuje jak ulał. Oczywistym wyborem były Shpongle – 3 płyty załadowałem lekką ręką, wcisnąłem także pierwszy z dyskografii i niesłuchany do tej pory, trzymany na odpowiednią porę album Infected Mushroom. Do tego dołożyłem m.in. Proton Kinoun, Astropilot, Mysteri Of The Yeti, Amethystium, Talpa, Solar Fields. Z innych gatunków miałem mieszankę reggae z rapem oraz parę klasycznych kawałków jazzowych i muzykę filmową. Pościeliłem wcześniej łóżko, wziąłem szybki prysznic i koło 22 zjadłem lekką kolację. Tym razem chciałem uniknąć upierdliwego swędzenia, więc znalazłem Zyrtec w domowej apteczce, uprzednio upewniając się, że nie stanowi on zagrożenia w połączeniu z DXM. Przygotowałem też do konsumpcji grejpfruta, wierząc w jego moc przedłużenia/wzmocnienia tripa.

Tej nocy wiedziałem, że nie muszę się absolutnie nigdzie z niczym spieszyć, więc dopiero 30 minut po godzinie duchów wszamałem pyszny owoc natury a o pierwszej zacząłem połykać w odstępach 4-minutowych wspaniały dar chemii, po 10 krążków naraz. Po upływie 40 minut pojawiły się pierwsze efekty obecności Deksa w organizmie – wzrok zrobił się szklisty, jakbym widział świat przez mokrą szybę, czytanie tekstu było utrudnione. Minęło jeszcze 10 minut i wiedziałem, że to już czas pójścia do łóżka, łyknąłem tylko naprędce przygotowanej wcześniej herbaty miętowo-jabłkowej i padłem na poduszkę. Wcisnąłem dokanałówki w uszy i zacząłem skakać po folderach z albumami, zastanawiając się, co by tu wybrać na początek. Trafiłem na premierowy album Shpongle i postanowiłem właśnie w niego się zagłębić. Czekając na konkretne załadowanie, kierowałem swoje myśli na spokojne, łagodne tory. Postanowiłem w głębi siebie zaufać Deksowi i oddać się całkowicie temu co dla mnie naszykuje, nawet jeśli będą to niezbyt pozytywne rzeczy – wiedziałem, że niektórzy łapią bad tripa.

Po kilku minutach poczułem, jak znajome ciepło napełnia moje nogi i odczułem niemalże natychmiast zwiększoną przyjemność z odbioru muzyki. Wiedziałem, że twarz zrobiła mi się lekko czerwona i serce zaczęło nieco szybciej bić, było mi jednak nieco zimno, nakryłem się zatem jeszcze bardziej kołdrą. Pojawiły się lekkie mdłości, zwalczone przeze mnie w przeciągu kilkunastu sekund. Muzyka była już prawie tak cudowna, jak za pierwszym razem, ale jeszcze brakowało pełni efektów, czekałem więc na kolejne dopływy magii ze spokojem i rozmarzonym uśmiechem. Nic mnie na szczęście nie swędziało, co dodatkowo pozytywnie wpływało na mój nastrój. Otworzyłem na chwilę oczy i zobaczyłem przed sobą coś, czego się zupełnie nie spodziewałem – gwiazdy. Tak, były tam przez parę sekund, zawieszone pomiędzy mną a sufitem i migotały do mnie równomiernie niczym choinkowe lampki. Mordeczka ucieszyła mi się jeszcze bardziej, już teraz wiedziałem, że dobrałem znakomitą dawkę i zaraz się rozpocznie Full HD w mojej bani. Przymknąłem oczy, by sprawdzić czy pojawią się jakieś wzory, fraktale, CEVy – nic z tego póki co. Skupiłem się na muzyce i dla sprawdzenia co parę sekund otwierałem oczy – gwiazdy raz się pojawiały, wybuchając prosto we mnie, raz nie było ich wcale. To już samo w sobie było niesamowicie ekscytujące. Dałem im w końcu spokój i zanurzyłem się w ciemności, zmieniając brzmienia w odtwarzaczu na bardziej kosmiczne.

Od tego momentu wszystkie określenia czasu będą niedokładne, sami dobrze wiecie jak to jest z jego upływem pod wpływem. Leżałem nadal swobodnie, wizualizując sobie Ziemię z głębi kosmosu, gdy poczułem kolejnego kopa i ogromna porcja Deksa wjechała mi prościutko w receptory. Białe, świetliste gwiazdy na nocnym, całkowicie czarnym niebie – to był pierwszy widok jakiego doświadczyłem, już nieco znajomy. Zaczęły się po chwili obracać wraz z całym nieboskłonem, kręciły się w kółko powoli, wprowadzając mnie w swój własny trans. W tym czasie euforia była już bardzo duża. Obraz się na chwilę zamazał, po czym ujrzałem świetliste, wirujące niezależnie od siebie smugi kolorów. Wyglądało to jak psychodeliczne wizualizacje z winampa, ale było o wiele bardziej intensywne i przyjazne. Gdzieniegdzie pośród nich migały wielkie pikselowate kwadraciki, wyglądające jak elementy grafiki z czasów gier na automatach. Zaschło mi bardzo w gardle, sięgnąłem po wodę, otwierając oczy. Światło z kontrolki tv niesamowicie mnie raziło. Obraz już pływał całkowicie zdesynchronizowany. Wiedziałem, że jeśli się teraz nie wysikam, za jakiś czas może mi się wcale nie udać. Chodzenie było ogromnym problemem, jednak było też przyjemne, śmiałem się w duchu sam z siebie. Tym razem nawet ruchy głową były zautomatyzowane. Po ponownym wskoczeniu do ciepłego łóżeczka, założenie słuchawek było jak wybawienie. Muzyka ŻYŁA, w pełnym znaczeniu tych słów. Była wielowymiarowa a każdy dodawany do linii melodycznej dźwięk powodował przyjemne dreszcze albo wstrząsy mięśni. Odjeżdżałem.

Po zamknięciu oczu wkroczyłem w inny świat, jednak bardzo przypominający nasz własny. Przemierzałem wielkie połacie łąk i gór z lotu ptaka, bardzo często wlatywałem w jaskinie, eksplorując je w każdym calu. Co jakiś czas nurkowałem w przezroczystych wodach i pływałem z kolorowymi stworzeniami przy przepięknych rafach. Wyglądało to momentami jak podwodny świat Rapture z Bioshocka. Mój Boże, pomyślałem, więc to tak prezentują się wizje na Deksie, genialne. Postanowiłem zrobić eksperyment i spróbować wpleść do tych wizji coś od siebie – na pierwszy ogień poszły fantazje seksualne. Deks zgniótł te wtrącenia w moment – widocznie miał lepsze rzeczy do pokazania, wręcz czułem, że uznał sex za coś zbyt prymitywnego. Ofiarował mi jednak coś innego - spróbowałem w większym stopniu kierować wizjami i byłem w wielkim szoku, gdy udała mi się ta sztuka. Pomyślałem, nawet nie wiem czemu, o ludziach pierwotnych i polowaniu, jak zasadzają się na ogromnego wilka w zimowy wieczór w prastarym lesie. Po chwili widziałem to wszystko i skojarzyłem sobie scenę z Las Vegas Parano, gdy Duke wspomina czasy pierwszej fali kwasów i przypomina to sobie, ku wielkiemu zdziwieniu wskakując w tamten okres. Ja w identyczny sposób wskoczyłem do tego lasu, widziałem jak ludzie w futrach z włóczniami otoczyli wilka a moja „kamera” była zawieszona tuż przed jego pyskiem. Doświadczyłem jego gniewu i wściekłości. Wielgachne płaty śniegu padały na jego futro, podczas gdy on skoczył i rozrywał gardło pierwszemu, który ośmielił się go zaatakować na jego terenie. Nie było w tym nic nieprzyjemnego, podziwiałem tą walkę jeszcze chwilę, będąc pod ogromnym wrażeniem.

Minęło kilkanaście minut i zmieniłem muzykę na Infected Mushroom. Już po pierwszych dźwiękach wiedziałem, że był to słuszny wybór i czułem szczęście, że oszczędzałem tę płytę na tak wyjątkową chwilę. Wizje przy niej nabrały niesamowitego tempa i co chwilę byłem zalewany nowymi obrazami, ze stałą obecnością w nich figur geometrycznych. Nakładały się na siebie nawzajem, przenikały się, łączyły i współgrały ze sobą, a wszystko to w rytm muzyki! Byłem ciągle zaskakiwany czymś niesamowicie oryginalnym, na tamtym etapie były to rzeczy raczej nie do opisania, jak przelatywanie przez jakieś tętniące życiem tunele, jakbym był krwinkami we własnym krwioobiegu. Sprawdziłem bicie serca i swoją temperaturę, było w porządku. Oddawałem się każdej sekundzie, ciesząc się jak dziecko z ogromu wrażeń. Cały czas czułem, że to jeszcze nie jest pełnia mocy. Jednak to, co nadeszło, zmiażdżyło mnie kompletnie.

Byłem do tej pory wypełniony Deksem, ale odczuwałem go głównie w nogach, głowie i w rękach. Otworzyłem na chwilę oczy i zauważyłem, że żyrandol jakby się przemieścił, był zdecydowanie dalej ode mnie niż wcześniej. Do cholery, generalnie cały pokój się wydłużył i zmienił się w długą salę. Na suficie w kącie coś czarnego poruszało się leniwie, jednak nie miało wobec mnie złych intencji. Cały czas zresztą panowałem nad sytuacją i byłem świadomy tego, że to nie jest realne. Zamknąłem oczy i nastąpił megawjazd, przy którym aż cały zadrżałem a muzyka dostała kolejne echo do swej obłąkanej symfonii euforii. Czułem to ciepło już w każdym centymetrze mego nagrzanego ciała. Nagle znalazłem się na brzegu malutkiej wysepki, otoczony brunatnym, falującym morzem. Z oddali, majestatycznie sunąc, zbliżał się ku mnie statek, coś jakby starożytna chińska barka z żaglami. W jednej chwili zrozumiałem, że to Deks po mnie przypłynął i zabiera mnie w tą prawdziwą podróż, na którą czekałem, a to co się działo do tej pory – to był tylko wstęp. Radość z tego odkrycia była niesamowita, wiedziałem, że to brzmi szalenie, ale jednocześnie czułem, że to prawda. Sukinkot wysłał po mnie statek, żebym wydostał się z wyspy szarości i codzienności i wyruszył na spotkanie prawdziwej głębi. Hell yeah, baby, wsiadam i nas nie ma tu. Po wejściu na pokład stanąłem pomiędzy dwoma największymi żaglami, które otuliły mnie szczelnie, zapewniając ciepło oraz bezpieczeństwo. Dosłownie oddychały wraz ze mną. Statek ruszył samodzielnie. Pomyślałem, że być może tak się musiał czuć Drakkainen, gdy wsiadał na lodowy drakkar. W tym momencie poczułem fale – zacząłem się dosłownie kołysać na łóżku, muzyka przycichła i słyszalny stał się typowy szum morza. Niedowierzałem własnym zmysłom, specjalnie podgłośniłem muzykę, jednak szum fal nie zniknął, kołysanie nawet przybrało na sile. Cudowne, pomyślałem, to jest dopiero prawdziwa natura i moc tego specyfiku. Odczuwałem każdy ślizg statku po fali, tak jakbym to ja nim był. Co najdziwniejsze, po otwarciu oczu nic się nie zmieniło – kołysałem się dalej, łóżko pływało razem ze mną. Zamknąłem powieki i natychmiast poczułem jeszcze większy odjazd – na wodzie pojawił się ogromny wir, który wciągał mój statek. Jak się pewnie domyślacie, zaczęło mnie obracać razem z całym łóżkiem, coś przepięknego. Tonąłem i cieszyłem się z tego, nie było we mnie ani grama strachu. Zrozumiałem, że moje obawy co do możliwości bad tripa były zupełnie niepotrzebne a Deks jest moim przyjacielem i nie da mi zrobić krzywdy. Ten wir był po prostu portalem do kolejnego deksowego świata.

Statek opadł i rozejrzałem się wokół – tym razem morze miało normalny kolor. Zacumowaliśmy przy brzegu dość dużej i płaskiej wyspy. Niedaleko od niego paliło się wielkie ognisko, wokół którego tańczyli w wielkim kręgu trzymający się za ręce ludzie. Wszyscy mieli na sobie stroje z poprzednich epok, wyglądało to jak jakiś zeschizowany wiedeński bal z XVIII wieku. Zwłaszcza bikorny na ich głowach wywołały u mnie eksplozję śmiechu. Jedna z tych osób złapała mnie za rękę i wciągnęła w taneczne koło. Bosko – poczułem jedność z nimi wszystkimi i ciepło bijące od ogniska. Tańczyliśmy coraz szybciej i szybciej, aż w końcu obraz zaczął się zamazywać, żywy ludzki korowód zaczął się stapiać w jedno ciało, jeden organizm. Muzyka wykręcała mi zwoje mózgowe na lewą stronę a na skroniach sperlił się pot. Chyba właśnie tak wygląda psychiczny orgazm.

Otworzyłem oczy, by sprawdzić godzinę, ale nie było mi to dane. Pokój żył i zaczął się rozszerzać, rozjeżdżać w poziomie a moje ciało wraz z nim! Ściany oddalały się od siebie, moje lewa noga od prawej, łóżko osiągnęło gigantyczne rozmiary. Rozdzierało mnie na boki i było to megaprzyjemne. Byłem całkowicie zdewastowany tym wydarzeniem, rozciągałem się jak przysmażony ser na pizzy i nie miało to końca. Przez chwilę nawet czułem się takim serem. Totalny multiorgazm dla zmysłów, euforia osiągana na pigułach czy mefie jest niczym w porównaniu z tym uczuciem. Zamknąłem oczy tylko po to, by doznać kolejnego szoku – zacząłem się unosić razem z łóżkiem, odlatywaliśmy powoli z pokoju. Banan na mojej twarzy musiał w tym momencie sięgać naprawdę od ucha do ucha. Czułem się jakbym leżał na kłębiastej chmurce, która dryfuje powoli w górę nieba. Atmosfera wokół mnie bulgotała, powietrze gotowało się swobodnie jak pieprzony kisiel na wolnym ogniu. Przestraszyłem się głupkowato, że zaraz uderzę w sufit i na chwilę otworzyłem oczy. Słodki Jezu, przez chwilę miałem wrażenie, że rzeczywiście jestem tuż pod sufitem! A może to on się zniżył i był tuż nade mną? Zamknąłem oczy, całkowicie to lekceważąc – w najgorszym przypadku przeniknę przez niego albo stopi się ze mną w jedną całość, Deks mi przecież pomoże. Unoszenie się trwało i trwało, zdałem sobie sprawę, że jestem na peaku i przede mną jeszcze długa droga. Poczułem delikatny szczękościsk, temperaturę ciała miałem lekko podwyższoną.

Znalazłem się po chwili lotu nad ogromnym placem jakiegoś starego miasta. Widziałem spacerujących ludzi, przepiękne monumentalne budowle w typie weneckim i chmarę gołębi na brukowej kostce. Nagłe zbliżenie na nie, taki ultra zoom, aż kształty mijanych budynków się rozmazały, jak przy superszybkiej jeździe samochodem. Widzę jak ptaki kręcą swoimi małymi główkami, dziobią rzucane im kawałki bułek i drepczą, walcząc o pierwszeństwo przy kolejnych kąskach pożywienia. Patrzyły się na mnie, ale nie miałem wtedy cielesnej powłoki – byłem latającym duchem, oczami wędrującymi po zakamarkach swoich synaps. Obraz z tego maksymalnego makrowidoku zaczął się bardzo powoli oddalać, odpływać w dal i jednocześnie w górę. Podziwiałem bordowe dachy budynków, szpice kolumn, ludzi stojących na wspaniale ozdobionych balkonach, krążące nad placem stado gołębi. Nagle Deks zmienił mnie w jastrzębia, bym mógł szybciej się stamtąd oddalić i przenieść w inne, równie niesamowite miejsce. Istna magia w czystym wydaniu działa się na moich oczach, a raczej pod nimi.

W pewnym momencie poczułem, że moja lewa noga zaczyna się wydłużać niezależnie od reszty ciała i w ogóle mnie to już nie zdziwiło, zastanawiałem się tylko, czy sięgnę nią do końca pokoju. Przyjemne, ciepłe mrowienie ciągle krążyło w mych żyłach. Przerzuciłem się na płytkę Astropilot – Shamanium i zacząłem smakować jej klimacik natychmiastowo. Na trzeźwo słuchałem tego nieraz przed snem, ale teraz te nieziemskie melodie miały całkiem inny charakter. Od tej pory rozpoczął się już spokojniejszy rozdział, moje ciało się ustabilizowało, ale mózg był wciąż napompowany Deksem. Dał mi to poczuć w piękny sposób – do każdego kawałka pokazywał mi inne scenerie, tak jakby kręcił do każdego numeru osobny klip na moje zamówienie. Track się kończył – kończyła się jedna wizja, zaczynała się kolejna. I jak tu nie wielbić skurczybyka? Były to zatem wędrówki po dżungli z gałęziami drzew uginającymi się od owoców, była wizyta na czerwonawej, spalonej i popękanej ziemi jakiegoś tajemniczego pustkowia, nad którym zawisły szarawe chmury (klimat nieco postapokaliptyczny), a także spacer w podziemnej jaskini, gdzie rosły na ścianach fosforyzujące kwiaty i grzyby. Odbyłem nawet wędrówkę z pochodnią po średniowiecznych murach zamkowych przy soundtracku z Króla Artura. Następne obrazy widziałem jakby przez filtry, raz świat wydawał się być całkowicie zielony, innym razem był purpurowy. Mijały kolejne minuty, wydawało mi się, że jest już po 5 nad ranem, wizje powoli traciły na intensywności, stawały się subtelniejsze i delikatne, momentami zamglone jak norweskie fiordy nad ranem.

Jeszcze prawie godzinę czasu rozkoszowałem się dźwiękami, po czym stwierdziłem, że wypadałoby uderzyć w kimono. Ciśnienie miałem na pewno podwyższone, serce biło cicho, ale dość szybko. Koło 8 zaliczyłem wizytę w wc i byłem nieco zdziwiony tym, że wciąż nici z normalnego chodzenia – deksowe uderzenie trzymało długo. Przez ponad 2 godziny próbowałem bezskutecznie zasnąć, udało mi się to dopiero około 9, byłem zbyt pobudzony samym Deksem, a także przeżyciami. Sny miałem bardzo wyraźne i piękne. Wstałem po 14, mogłem już normalnie się przemieszczać, wzrok jednak miałem jeszcze zdekszony i nieco szklisty. Czułem się wypoczęty, głodny i w pełni szczęśliwy, że dane mi było przeżyć tak niesamowitego tripa.

To, co tu opisałem, to nawet nie jest połowa tego, co wydarzyło się w moim umyśle. Po pierwsze – nie spodziewałem się aż takiej mocy przy tej raczej średniej dawce, siła wizji rozłożyła mnie na łopatki. Wydaje mi się, że grejpfrut nieco podbił i lekko wydłużył całą akcję, ze wskazaniem na wydłużenie. Oczekiwałem nieco lżejszej jazdy, a dostałem desant niezwykle sugestywnych i jeszcze bardziej przyjemnych uniesień. Po drugie – myślałem, że sporo z tego nocnego niebytu zatrze się w pamięci, tymczasem pamiętam niemalże wszystko – to kolejny plus. I wreszcie po trzecie – wszystko to za marne parę złotych, stosunek ceny do jakości ma się wspaniale w tym przypadku. Podsumowując, była to dla mnie najprzyjemniejsza przygoda ze wszystkich doświadczeń z substancjami powszechnie uznawanymi za zło tego świata. Nauczyłem się szanować Deksa, do którego moje wcześniejsze podejście było nieco chłodnawe i nieufne. Zamierzam za rok lub półtora znów wyruszyć jego Basestar’em w nieznane, tym razem zaproszę na pokład nieco więcej DXM – około 700mg. Pozdrowienia dla rozważnych psychonautów, doceniających swoje astralne wycieczki. I pamiętajcie: drugs are bad, mkay?

Ocena: 

Odpowiedzi

tylko pozazdrościć wrażeń, czytało się bardzo przyjemnie i aż chciałoby się przeżyć to samo... :)

tak powinny wyglądać tripy, cudnie napisane

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media