Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

glistnik jaskółcze ziele - bardzo subtelnie

detale

Dawkowanie:
Wywar z 50 gram suszonej rośliny
Rodzaj przeżycia:
Wiek:
28 lat

glistnik jaskółcze ziele - bardzo subtelnie

Witam

 

Chciałem opisać swoje pierwsze doświadczenie z tą intrygującą wiele młodych, poszukujących umysłów. Swojego czasu przeorałem połowę (albo nawet 3/4) polskiego internetu odnośnie tej rośliny i jej rekreacyjno - medycznego zastosowania. Opinie od tych całkowicie zniechęcających do jakichkolwiek prób przez jakieś wyssane z palca meeeegafazy po zrównoważone opinie dojrzałych emocjonalnie użytkowników internetu. Jednym z intrrygujących doniesień, których prawdziwość niestety nie sposób zweryfikować jest jakaś wzmianka jakoby ususzony sok mleczny z glistnika, wymieszany razem z wapnem miałbyć tanią alternatywą dla polskich morfinistów ( czy tam heroinistów) w okresach posuchy. Ponoć uzyskana w ten sposób substancja miała wykazywać działanie zbliżone do opiatów. Postaram się tu opisać dwie próby zastosowania. Jedna przeprowadzona osobiście druga przez mojego dobrego funfla, którego postanowiłem uraczyć 200 ml ekstraktem alkoholowym z tej rośliny. Dodam iż w obu przypadkach surowiec pochodził ze sklepu zielarskiego mieszczącego się na pobliskim bazarku. Były to 50gramowe opakowania wysuszonej i pociętej rośliny firmy "Flos". Dodam tylko iż wątpie jakoby znalezienie innych źródeł (producentów) miało by jakiś większy sens. Roślina na 100 % została zerwana gdzieś w Polsce gdzie rośnie tego ponoć od groma. Piszę o tym bo początkowo łudziłem się iż może znalezienie odpowiedniego producentra (tak jak ma to miejsce w przypadku nasion powoju trójbarwnego) jest jakąś kwestią kluczową. 

 

Pierwszy przypadek:

 

Godzina 16:00 - do niedużego garnuszka o max. pojemności 1,5l wysypuje dopiero co otwarte opakowanie Glistnika jaskółczego ziela. Wsypuję całą zawartość, tzn. 50 gram i zalewam wodą. Pierwsze i drugie zalanie jest dla tzw. Świętego Tomasza, to znaczy susz całkowicie absorbuje wodę i powtarzam parokrotnie tak by w końcu woda wyraźnie przykryła cały materiał. Staram się żeby wody nie było zbyt wiele tak aby uzyskany wywar był w miarę mocny i nie trzeba było potem wlewać w siebie niewiadomo jakiejś ilości niezbyt smacznego płynu. Gotuję ten że wywar początkowo na dużym ogniu, potem jednak zmniejszam tak żeby mikstura delikatnie bulgotała. Cały proces trwa jakieś pół godziny. Po mieszkaniu roznosi się typowy trawiasto- ziołowo- chwastowy zapach. Jeden z niewtajemniczonych domowników powiedział "Co tu tak strasznie śmierdzi". Nie zniechęciło mnie to za bardzo. Gdy uznałem że kolor mikstury jest już wystarczająco nasączony, tzn. baaardzo ciemny odbijający nieco w charakterystyczną żółć postanowiłem całość (wraz z całym materiałem) przelać do słoika, który szczelnie zakręciłem. Owy wywar pozostawiłem u mnie w pokoju. Gdzieś w opisie tej rośliny pisze żeby nie przetrzymywać ją z dala od światła. Tak więc schowałem ten słoik gdzieś w szafie. 

 

18:00 - zadzwonił ziomek, z którym dawno się nie widziałem gdyż przebywał on w celach zarobkowych na emigracji. Postanowiłem zabrać go ze sobą do takiego fajnego klubu gdzie są tzw. Jam Session, tzn. takie otwarte imprezy gdzie domorośli muzycy spotykają się i grają wspólnie na różnych instrumentach. Sam jestem takim właśnie domorosłym muzykiem. Muszę na wstępie zaznaczyć że nie miałem oczywiście zamiaru testowania wcześniej przygotowanej mikstury w trakcie imprezy. Chciałem ją wypróbować dopiero po powrocie do domu. Tak więc bawiliśmy na imprezie do jakiejś rozsądnej godziny. Cały wieczór średnio się bawiłem gdyż nie było zbyt wielu znajomych mordek, większość muzykó to byli ci jebani bębniarze. Nie wiem czy wiecie co mam na myśli. Dwóch gitarzystów, może jakaś trąbka, jakieś organki i coś tam jeszcze i do tego 20 albo i ze 30 ludzi walących w jakieś bębny, dżemby, kahony i inne przeszkadzajki bez większego sensu. Gdy moje uszy są wystawione na coś takiego przez dłuższy czas to dostaję od tego migreny. Czasem po takiej imprezie lubię wziąć sobie wcześniej zalupioną kodeinę w aptece żeby pozbyć się tego bólu, a czasem jest to miłe przedłużenie imprezy (ale to już w domowym zaciszu). Po kilku godzinach niezobowiązujących rozmów z mniej lub bardziej interesującymi osobistościami zamawiamy z ziomkiem takse (jako że mieszkamy w tej samej kamienicy) i normalnie wracamy do domu. Ziomek siedzi z przodu i rozmawia coś tam z taksówkarzem. Normalnie jakieś poważne tematy, bo gostek był w Rosji, i słyszał o jakichś tajnych eksperymentach KGB z pogranicza ezoteryki, okultyzmu i takich różnych. Ja z tyłu marzę już tylko żeby w końcu dojechać do domu i chociaż jakiś paracetamol bo co raz bardziej daje o sobie znać ból głowy. Po prostu zmęczyła mnie ta impreza pomimo tego że nic nie paliłem, nie brałem. Ogólna asceza. W końcu dojechaliśmy na miejsce. Wypakowuje z bagażnika swój sprzęt do muzykowania, żegnam się z panem taksówkarzem, potem na podwórku z przyjacielem i normalnie idę do siebie.

 

24:00 - u mnie w pokoju, ścielę sobie łóżku i przypomniałem sobie o swojej magicznej miksturze, która grzecznie spoczywa w mojej szafie. Tak więc, zabrałem się do dzieła. Pierwsza zlewka o objętości przelana do dużego kubka poszła na raz. Smak na prawdę ochydny, przyprawiający o wymioty ale ogólnie 8,5 / 10. Druga zlewka to to co tam zostało jeszcze na dnie i porządnie wyciśnięte fusy co razem dało kolejny wypełniony po brzegi kubek. Musiałem przepijać jakimś sokiem a potem leżąc na łóżku walczyłem z pawiem. Udało się i wszystko zostało w moim brzuchu. Tak więc w oczekiwaniu na efekty, leżałem i cierpiałem bardzo już nie tylko z powodu dosyć poważnego bólu głowy ale też próbującego wyjść na powierzchnię pawia. Po jakiś pół godziny zauważyłem że z niebywałą łatwością przychodzi mi odlatywanie myślami w zupełnie inne miejsca. Wiecie co mam na myśli. Tutaj mam wrażenie że migrena zaraz rozwali mi głowę a jednocześnie wyobrażam sobie jakieś różne sytuację, rozmyślam o różnych teoriach i koncepcjach stworzenia wszechświata. Im dłużej to trwało tym bardziej przestałem zwracać uwagę na bolącą mnie jeszcze głowę. Cały czas miałem zamknięte oczy a w pokoju jaśniało tylko mała, nocna lampeczka. Po jakimś czasie zauważyłem że głowa w zasadzie w ogóle już mnie nie boli, a muszę przyznać że zawsze w takich przypadkach przechodzi mi dopiero na drugi dzień gdy wstanę wypoczęty (albo gdy łyknę odpowiednią ilość tabletek zawierających kodeinę, albo jakiś inny syf, ibuprom i tego typu badziewie w ogóle mi nie pomaga). Po papierosach jest jeszcze gorzej dlatego gdy boli mnie głowa całkowicie ich unikam a tego wieczora wstawałem jeszcze parokrotnia do okna i paliłem sobie, patrząc na spowitą ciemnościami panoramę mojego osiedla, myśląc o niebieskich migdałach. W normalnych okolicznościach gdy boli mnie głowa wypalenie kilku papierosów tylko spotęgowało by moją migrenę a tu nic. Tego wieczora bardzo przyjemnie było poddawać się swoim myślom i różnym wizjom. Pamiętam że sny były bardzo wyraźne (gdzieś czytałem że po glistniku jest wydłużona faza głębokiego snu), teraz już nie pamiętam o czym ale rano obudziłem się bardzo wypoczęty i radosny.

 

Reasumując. Nie doznałem żadnych silnych doznań narkotycznych. Wielu określiło by to zapewne czymś w rodzaju placebo ale moja wyobraźnia była tego wieczora wyraźnie bardziej uwolniona. Nie było żadnych  cevów, omamów, przywidzeń, charakterystycznego ciepłka. Jestem bardzo wdzięczny glistnikowi że pozwolił uwolnić mi się od bólu. Podobno częstsze kontakty z tą rośliną bardzo źle wpływają na wątrobę, gdyż jest ona bardzo toksyczna, Wydaje mi się że Glistnik Jaskółcze ziele ma kilka subtelnych właściwości, tj.:

- działa przeciwbólowo (o tym także czytałem gdzieś w internetach)

- uspokaja i koi zmysły

- wyraźnie pobudza i wzmaga marzenia senne

- smakuje nie najlepiej :p

Dla potwierdzenia powiem że drugie doświadczenie jakie miałem (a w zasadzie jeden z moich ziomków) to już następnym razem gdy postanowiłem zrobić nalewkę. Kolejne 50gramowe opakowanie przesypałem do słoja. Podgotowałem delikatnie (tak żeby % za bardzo nie odparowały) 250 ml czterdziesto procentowej wódki i zalałem po czym wszystko mocno zakręciłem. Jeden gostek na youtubie mówił że w ten sposób robi się intrakt chociaż ja mówię na to zwyczajnie nalewka. Całość stała u mnie na półce jakieś 3 -4 tygodnie kiedy to dopiero nadażyła się okazja. Jako że ja całkowicie nie uznaje alkoholu, tzn. uważam to za truciznę, której żydzi używają do ogłupiania bezmyślnych gojów (wiadomo że najłatwiej jest rządzić głupim, a głupszego niż pijana to już trudno znaleźć, tak mawiał mój Ojciec). Siedzieliśmy mu kumpla, on po paru piwach, ja tylko po paru maszkach normalnie gadamy o jakichś pierdołach i się nudzimy. Kumpel zamula bo nie ma już alko i nie ma za co się napić, ja w zasadzie też nie jestem jakimś wulkanem pomysłów... nagle lampeczka nad głową. Przecież mam w domu tę nalewkę to mu ją dam i mi później powie czy miał jakieś przeżycia. Kumplowi spodobał się ten pomysł (no bo raz że jakieś niby dragi, no to w końcu alkohol, a jest on dość zaawansowanym alkoholikiem, tzn. pije codziennie). W dodatku był dosyć niedopity jak to mają alkoholicy i wtedy są nawet trudności z zaśnięciem i w ogóle. Podjechaliśmy do mnie. Posiedzieliśmy u mnie z jakieś półtorej godzinki podczas, której graliśmy w jakąś gierę na kompie a ziomek pochłaniał ćwiartkę tej jaskółczej nalewki. Mówił że smak nawet ujdzie że poprzez alkohol przedziera się jakaś wyrazista nuta czegoś o tajemniczo-ziołowym bukiecie. Resztki dopił w drodzę do domu kiedy odprawadzałem go na przystanek. Jego recenzja była dosyć podobna do mojej. Też delikatnie bolała go już głowa bo późno i alkohol już znacznie wyparowywał (taki kac) ale gdy się położył to był wyraźnie otumaniony, jak po jakichś psychotropach może i że bardzo go to uspokoiło co w normalnych warunkach było by ciężkie gdyż on jako zadeklarowany alkoholik nie może usnąć niedopity (dopiero gdzieś nad ranem). Całe odczucie opisywał jako dziwne odrealnienie i sny też miał bardzo wyraźne i kolorowe i rano wstał zadowolony.

 

Nawiasem mówiąc na koniec. Podczas moich prób z tą rośliną nie było jakichś wielkich fajerwerków. Można by powiedzieć że Jaskółcze ziele to bardziej jakaś forma lekarstwa niźli narkotyk. W internecie czytałem że największy potencjał mają świeże rośliny, które trzeba żuć albo wyciskać z nich sok mleczny tak jak to robi się z maku. Wtedy można i palić i daje jakiegoś wyraźnego kopa ale póki co zima za oknem i jedyne na co jesteśmy skazani to parę kiepawych blantów albo jakieś inne czasoumilacze ale bardzo sporadycznie, a od prochów to już całkiem z daleka proszę się trzymać bo to nic fajnego nie jest. Pozdro ;)

Ocena: 

Odpowiedzi

hej, jest to mój pierwszy wpis. Proszę napiszcie mi jak wam przypadł do gustu. Całe wydarzenie było dość dawno i tak postanowiłem opisać to co pamiętam jako że w internecie jest wiele sprzeczności i w ogóle. Pozdro ;)

Całkiem dobry, lekki raporcik. O glistniku wiedziałem jedynie tyle, że nie warto go brać, bo efekt lekki, a toksyczność dla wątroby duża, no i w sumie mnie utwierdziłeś w tym przekonaniu. Także dzięki, że spróbowałeś, żebyśmy my już nie musieli ;D Jak chcesz legalnych ciekawostek, to polecam "kompozycje z natury" z pewnego polskiego sklepu zielarskiego, będziesz mile zaskoczony ;D No i korzeń snów, ale o nim pewnie już wiesz. Nie jest narkotyczny, ale sny w chuj poprawia. Pozdro.

Miłość ma tyle form, a tak trudno je rozwinąć.
Umierała stokroć, wciąż nie może zginąć.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media