Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

delirium, piekło, kosmici i naprawianie linii czasowych

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
300-600mg DXM
0.5g marihuany
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Codzienna depresja
Wiek:
26 lat
Doświadczenie:
Marihuana, haszysz, DXM, kodeina, MDMA, amfetamina, kokaina, alkohol

delirium, piekło, kosmici i naprawianie linii czasowych

Jest to opowieść o trzech podróżach, które mimo użycia niewielkich ilości substancji, doprowadziły mnie do iście bieluńskiego stanu. Oznaczyłem kategorie jako "katastrofa", bo choć nie jest to tzw bad trip, ani nic złego się nie stało, to jednak moje delirium i solidne halucynacje, zostawiły trwały ślad w psychice.

 

TRIP PIERWSZY - MARIHUANA + 300mg DXM

Podróż zaczęła się przyjęciem 75mg DXM, ząbku czosnku i 10mg cetyryzyny. Gdy poczułem pierwsze Plateau, dorzuciłem 225mg, które załadowało się po godzinie i zostało dopalone dwoma lufkami czystej marihuany.

Zdekszenie u mnie zazwyczaj wygląda podobnie - po przekroczeniu 400mg, falowe działanie DXM, w które się zanurzam i wynurzam średnio co 10min, w chwili szczytu doprowadza mnie do ostrego delirium, podczas którego widzę nieistniejące rzeczy, wchodzę z nimi w interakcję i nie potrafię ich kwestionować - nawet widząc kosmitów na chodnikach, uważam to, za pewnik i mimo szoku/osłupienia itd, za nic mi do głowy nie przyjdzie, że to tylko wymysł zdekszonego umysłu.

Tym razem jednak podróżowałem w mieszkaniu, zaś godzinny peak dopadł mnie w bezpiecznym łóżku. 

W pewnym momencie poczułem, że rozdzielam się na kilka niezależnych od siebie bytów, żyjących w alternatywnych Wszechświatach, w tym samym miejscu, jednak tak daleko od siebie. Poczułem, że stałem się czymś w rodzaju pierwotnej matrycy człowieczeństwa, bytem który PO PROSTU JEST, nie ma żadnych cech, ani myśli, czy też historii. Staje się tym bytem zawsze na 3 Plateau+. Właśnie z tego, początkowego stanu, biorą się wszystkie moje późniejsze przeżycia - ze skrawków pamięci, widzianego dookoła świata i początkowych halucynacji, biorą się całe narrację, co napędza się nawzajem jeszcze bardziej i tworzy chory scenariusz, ostatecznie pełen abstrakcji i paradoksów.

Tym razem "pierwotny byt" rozdzielił się na kilka różnych, z których każdy w osobnym Wszechświecie leżał na moim łóżku i cierpiał za niezliczone błędy i porażki poprzednich wersji siebie. Leżeli oni płasko, z rękami na boki, przeżywając swoje piekło. 

Między naszymi oczami, a sufitami, fruwały różne symbole religijno-filozoficzne. Żyły płonęły, zalane ogniem, a cała gama najgorszej niechęci, rozpaczy i gniewu zalała nasze umysły. Nie czuliśmy się jednak źle, co to to nie. Wręcz przeciwnie, czuliśmy, że dokopaliśmy się do ostatecznej prawdy, którą udaje nam się dostrzec raz na kilka tysięcy istnień. Prawdy, którą sami przed sobą ukrywamy, żyjąc w ciele istot, takich jak ten mężczyzna na kanapie. Prawdy, którą zasłaniamy popełnianiem błędów w kolejnych ciałach.

Czuliśmy, że nie wiemy co jest na drugim końcu osi, na której obraliśmy skrajnie negatywną wartość, ani czemu służy nasza egzystencja. Istniał tylko ból i brak nadziei. Po pewnym czasie poczuliśmy, że dotarliśmy do bramy. Nie wiedzieliśmy co po drugiej stronie, gdyż zanim pokonaliśmy związany z nią strach, TymekDymek przebudził się, gdy falowe działanie DXM osiągnęło dolny pułap. Bardzo chciałem wrócić i zobaczyć, co mogę jako owe byty tam znaleźć, jednak dopalanie MJ nie powodowało już powrotu owego delirium, a jedynie zwiększało dysocjację. 

 

TRIP DRUGI - KOSMICI I 450mg DXM

Drugi, jeszcze ostrzejszy trip miał miejsce po wspólnym załadowaniu 45+105+300mg DXM na łebka wraz z moim kolegą z Niemiec, wzmacniane czosnkiem. Wyszliśmy z hotelu czując, że pierwsze uderzenie DXM nastąpi za chwilę. Ledwo dotarliśmy na zewnątrz, gdy mój kolega zaczął zmieniać kształt. Dookoła jego postaci świat zniknął, a całe tło stało się świetlisto-białe. Zmieniając kształt w różne znane mi z przeszłości postaci, w końcu zamienił się w podejrzanie uśmiechającego się człowieka. 

Mózg zaczął mi wariować, zrozumiałem nagle, że on to ja, ale on nie chce, żebym się tego dowiedział. Złapałem się za głowę, niezdolny do wyrażenia jakiejkolwiek myśli, niezdolny do używania słów. Trwało to chwilę, zdecydowanie zbyt krótko, a po chwili wróciłem na ziemię i zacząłem opowiadać mu o swoim przeżyciu. Ruszyliśmy ku celu naszej podróży, odklejając się, czekając na zielone przez kwadrans na przejściu dla pieszych bez sygnalizacji i podziwiając czteropiętrowy budynek, który był wówczas niższy od nas.

Druga sroga psychoza ogarnęła mnie, gdy zmierzając na Trasę Zamkową w Szczecinie poprzez bulwary, całą drogę widziałem i czułem przed sobą dziesiątki ludzi, którzy jednak znikali, gdy się zbliżałem. W międzyczasie kolega obok zmieniał się wciąż w inne postaci. On sam zaś jedynie elegancko dysocjował, nie przeżywając żadnych chorych jazd i nie wiedząc, że ja obok przeżywam najbardziej chorego tripa w życiu.

Dotarliśmy pod Trasę Zamkową, która wydawała się przez pewien czas tak mała, że mogłem na nią wskoczyć, a czasem w ogóle jej nie było. Pod schodami zacząłem opowiadać koledze, jak bardzo grubo mam, ale zaczęliśmy wchodzić po schodach na górę mostu, a schody zadziałały jak te po wyjściu z hotelu - zaindukowały kolejne schizy.

Najpierw, po wejściu na górę, zacząłem widzieć padający śnieg (którego oczywiście nie było). Podziwiałem go około minuty, zmieniał on kolor i był iście bajeczny. Po chwili pojąłem, że to nie śnieg, a drobinki budulca, z którego składa się symulacja, w której żyjemy. Trójwymiarowy odpowiednik piksela, blok z których składa się nasza rzeczywistość, ledwo dostrzegalny gołym okiem. Po chwili zrozumiałem też, że mogę to kontrolować. Halucynacje od tego momentu stały się wręcz idealne, a ja byłem bardziej pewien, że to, czego doświadczam to fakt, niż własnego imienia.

Chwilę oszołomiony sterowałem umysłem tymi halucynacjami, w pewnym momencie udało mi się nawet formować obiekty z tego pyłu, przejść przez magiczne pole energetyczne i mieć przebłyski z zewnątrz symulacji, oglądając siebie z 3 osoby na ekranie komputera. 

Krótką chwilę później fala zaczęła słabnąć, a ja pomału zacząłem rozumieć, że doświadczyłem halucynacji i nic z tych rzeczy nie miało miejsca. Byłem jednak wciąż mocno zdekszony, a nigdy wcześniej nie doświadczyłem tak intensywnych wrażeń wizualnych, więc stałem oszołomiony, nie wiedziałem jak opowiedzieć o tym koledze, poza tym, mimo, że już umiałem kwestionować przeżyte doświadczenia, nadal ciężko było uwierzyć, że to była fikcja.

Kiedy już zaakceptowałem fakt, że jestem w stanie się tylko jąkać i chyba nie uświadomie kumpla, że jestem w innym świecie, zacząłem za nim iść po moście. W pewnym momencie moc DXM znowu osiągnęła górny pułap, złapałem się barierki i zacząłem czuć, jak chmury nade mną i woda w Odrze pode mną poruszają się w tym samym kierunku. Napawałem się tym chwilę, aż chmura centralnie nad rzeką, w zasadzie jedyna na bezchmurnym niebie, zamieniła się w statek obcych. 

Przez pewien okres gadałem od rzeczy, wyleciałem z ciała i podziwiałem UFO z bliska, jednocześnie widząc siebie i kumpla od góry, stojących na moście. Gdy mnie z powrotem przykleiło, zeszliśmy z Trasy Zamkowej a ja zacząłem mu opowiadać co się ze mną dzieje. Powoli zaczął się orientować, że coś jest nie tak, jednak nie skończyłem historii, bo znowu odleciałem. W tym momencie weszło mi już totalne delirium, zacząłem chodzić losowymi trasami, gadać od rzeczy (pamiętam np "kurwa, źle skręciłeś, prawie wydostaliśmy się z symulacji" i inne takie. Pamiętam nawet, że w pewnym momencie miałem widzenie 360 stopni, kolejne OOBE, a także znowu widok z zewnątrz symulacji, oglądając nasze poczynania na ekranie monitora stojąc na statku obcych. 

Po powrocie do hotelu jeszcze kilka godzin musiałem sam siebie przekonywać, że to, co przeżyłem, było tylko wymysłem zdekszonego umyslu. Tej podróży nigdy nie zapomnę 

 

TRIP TRZECI - 600mg i NAPRAWIANIE LINII CZASOWYCH

Zakupiłem dwa opakowania Acodinu i zdecydowałem się na finalną podróż, spodziewając się, że po niej na długo odechce mi się DXM. Załadowałem najpierw 75mg, potem 150mg, potem czosnek i 375mg, wszystko z godzinnymi odstępami. 

Nawet nie wiem, kiedy się to wszystko zaczęło. Na szczęście uznałem, że nie będę ryzykował wychodzenia na zewnątrz, skoro po ostatnim 450mg nie było ze mną kontaktu.

Mój pokój zamienił się w gigantyczny hangar, a w nim mieścił się cały świat. Między łóżkiem, a drzwiami, stało dziwne urządzenie, do którego miałem się podłączać. Byłem bowiem ponownie "bytem, który jest", próbując się dowiedzieć co ja tu robię, co to za świat i kim jestem. 

Resetowalo mnie do tego stanu około trzydziestu razy. Układałem w głowie różne narracje, m.in. wszyscy moi znajomi byli u mnie w mieszkaniu (w rzeczywistości nikogo nie było) i mieli razem ze mną pracować nad tą maszyną, którą miałem w pokoju. Wysyłałem dziwne zaszyfrowane wiadomości pod losowe numery, pisałem do znajomych, że "kurwa muszę naprawiać jebane linie czasowe i znowu mnie zostawili". 

Każdy reset do stanu w którym byłem tym bytem odbierałem jako ponowne odrodzenie się w alternatywnej linii czasowej, w pobocznym Wszechświecie, bowiem poprzednie misje nie udawały się z powodu tego, że moi znajomi się zdeksili (XDD) i zostawili całą robotę na moich barkach. 

Czułem, że robiłem to tysiące lat, przeżywając prawdziwe piekło i płacąc za zbrodnie poprzednich wcieleń. Widziałem i czułem, jak moje ciało ulega przemianom w różne byty o dowolnych kształtach, a od łóżka do drzwi miałem kilka kilometrów drogi, pełnej hangarów i dziwnych urządzeń. Kiedy po około 30-40 resecie tożsamości w końcu pojąłem, że prawda jest taka, że zwyczajnie w świecie się zdeksiłem, jestem naćpany i nic z tych rzeczy nie miało miejsca, wyszedłem na zewnątrz i podziwiałem Szczecin oblany fioletową mazią, a po ulicach łaziły demony, które opowiadały mi, że jeszcze tu wrócę, zjem 900mg i zostanę tu na zawsze.

Potem już tylko ciemność. Blackout i ockniecie się na podłodze w pokoju z masą wiadomości od ludzi, o co mi kurwa chodzi z tymi liniami czasowymi.

Tak się kończy moja historia z trzema ostatnimi tripami, podczas których spozylem coś więcej, niż 300mg. O dziwo, po samym 300mg ledwo cokolwiek czuję i załatwiam sprawy normalnie. Nie polecam bycia chorym psychicznie odklejeńcem i jednoczesnego jedzenia kaszlodynów.

Ocena: 

Odpowiedzi

A co jeśli to co przeżyłeś nie jest tylko efektem zdekszonego umysłu, a prawdą? ;) 

Nic, jeśli nie mam na to żadnego potwierdzenia, to nie ma żadnej różnicy. 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media