Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

bezcenne wizuale wprost z apteki

detale

Substancja wiodąca:
Apteka:
Dawkowanie:
Przez cały trip 60mg zolpidemu i 50mg pridinolu; towarzysz odpowiednio 40mg i 25mg.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Chęć przeżycia czegoś przyjemnego, spokój w domu, pozytywne nastawienie po przyjemnym dniu, kolega jako towarzysz przez część tripu, w głowie lekki burdel i niepokój spowodowany przez ogólną sytuację życiową.
Wiek:
25 lat
Doświadczenie:
Głównie leki z apteki; psychodeliki jak DXM, MJ; depresanty jak kodeina i tramadol; do tego sporo benzodiazepin jak klonazepam, alprazolam czy bromazepam. Ogólnie szerokie doświadczenie z łatwo dostępnymi środkami. Jak do tej pory nie miałem możliwości spróbowania twardych narkotyków.

bezcenne wizuale wprost z apteki

Dzień mijał miło. Było bardzo słonecznie i przyjemnie, z nieba lało się ciepło. Z przyjemnością odbyłem dłuższą przejażdżkę rowerową z moim przyjacielem, nazwijmy go Hank. Po drodze zajechaliśmy na stary wiadukt kolejowy i ogarnęliśmy okolicę wzrokiem. Na zachodzie widać było chylące się ku dołu słońce, na wschodzie tymczasem pojawił się księżyc tuż po pierwszej kwadrze. Tory kolejowe jak zwykle wprowadzały mnie w stan melancholii i uspokojenia toteż przysiedliśmy sobie z Hankiem na chwilę by podsumować ten dzień. Było przyjemnie wypić jeszcze po dwa piwa by się dodatkowo zrelaksować. Nad głowami skrzeczały ptaki, które zdawałoby się chciały nam przeszkodzić w rozmowie. Nasza konwersacja to jak zwykle szerokie spektrum tematów: od tych życiowych, po te bardziej nazywane pierdołami jak obmawianie koleżanek, która ma większy biust od drugiej. Takie męskie tematy ktoś mógłby powiedzieć. Oba piwa szybko wlaliśmy do swoich trzewi i zastanawialiśmy się, jak by tu ostatecznie podsumować ten miniony dzień. Jako że jestem takim niespełnionym ćpunkiem to postanowiłem zaprezentować koledze swoje najnowsze apteczne zakupy, wśród których był Stilnox i Pridinol. Muszę tu nadmienić, że nie były one zakupione prze mnie pierwszy raz ale dopiero teraz zdecydowałem się nimi podzielić z Hankiem. Mój przyjaciel był bardzo zainteresowany i zaciekawiony tym, o czym mu mówiłem, i po tym, jak mu przedstawiłem charakterystykę owych leków, zgodził się przyjść do mnie i przyjąć część dawki razem ze mną. Bardzo się ucieszyłem, ponieważ zawsze chciałem zobaczyć, jak działa zolpidem przy okazji brania go z inną osobą. Do tego ekscytowałem się samym miksem bowiem wiedziałem mniej więcej, czego się po nim spodziewać. Czas było jednak się rozstać i udać do własnych domów, by coś przekąsić przed aplikacją zabawek. Wróciliśmy więc do siebie i każdy z nas nie mógł doczekać się nocy.

Dochodziła godzina 22:00 kiedy to do drzwi zapukał Hank. W moim domu była tylko matka, ale mam od niej przyzwolenie na drobne szaleństwa tak więc nie ingerowała właściwie w to, co chcieliśmy razem zrobić. Przeszliśmy spokojnie do mojego pokoju. W mlecznej szybie odbijał się wariacko migający telewizor. Zaczęliśmy zdawkowo rozmawiać, ale każdy z nas czuł dreszcze bo wiedzieliśmy, co nas czeka. Oczywiście napiszę w tym miejscu, że dragi, które mieliśmy brać nijak się nie mają do innych, mocniejszych używek, ale uwierzcie mi – my byliśmy i tak tym podekscytowani jako niedzielni ćpuni. Kazałem koledze dokładnie oczyścić nos, ja też sam poszedłem przemyć go sobie wodą aby był bardziej drożny. Gdy wróciłem to mieliśmy już na ustach banany z tej całej sytuacji. Wyobraźcie sobie po prostu zwykłych gości mających już swoje lata, co bawią się w jakieś kinderćpuńskie zabawy. Ale może faktycznie czasami warto zarzucić coś lekkiego niż od razu wjebać się w ciężkie używki? Bo fun jest najważniejszy i nie wszyscy lubią się od razu upierdalać. Wziąłem więc z szafki swoje pudełko z lekami, które nazywam potocznie Suicide Boksem, i wyciągnąłem z środka zarówno Stilnox jak i Pridinol. Z namaszczeniem wyjąłem z blistra po 30mg zolpidemu na głowę i do tego po pięć pridinolów. Czas było w końcu działać. Wziąłem zadowolony kilka małych kartek, pilot od wieży oraz dwie karty debetowe. Najpierw rozpuściliśmy w ustach otoczkę Stilnoksu, po chwili daliśmy między kartkę a biurko tabsy i rozwaliliśmy je w pył. Uformowaliśmy ładne i dość duże kreski.

Było po 22:00 jak nadszedł czas zarzucenia krech. Włączyłem z wieży deep-house’ową kompilację Anjunadeep04 i zatarłem ręce z radości. Hank tylko czekał na moją reakcję. Podniosłem rękę i wskazałem kreski. Uśmiechnęliśmy się do siebie i utworzyliśmy rurki z banknotów. Wciągnąłem najpierw połowę do jednego otworu nosowego a potem drugą połowę. Kolega już to zrobił, widocznie chciał być szybszy. Nie minęła dosłownie minuta kiedy to odczułem pierwsze efekty. Przede wszystkim stałem się lżejszy, czas spowolnił, mięśnie dotychczas spięte stały się wyjątkowo rozluźnione. Z tyłu głowy coś mnie łupało, ale przyjemnie. Uśmiechnąłem się nieznacznie. Obróciłem głowę a cały świat zdawał się nie nadążać za tym procesem. Kolory stały się zdecydowanie bardziej intensywne. Hank mówił do mnie ale był to raczej bełkot, nie mniej jednak zauważył, że mój plakat z dwiema całującymi się dziewczynami zaczął się wyginać i zobaczył między nimi jeszcze jedną postać. Ja poddałem się fazie. Wydawało mi się, że jestem pośród ludzi, że dookoła mnie są inne osoby, które uczestniczą w jednej wielkiej imprezie. Zacząłem słyszeć delikatne głosy w moją stronę. Usiadłem na chwilę przed komputerem. Czcionki wyginały się na wszystkie strony, tapeta zyskała dodatkowy wymiar, a fragmenty kolorów miały dookoła obwódki. Zacząłem się kompletnie gubić w muzyce – mimo, że znałem ową kompilację na pamięć to zapominałem czasami, co właściwie aktualnie leci. Wróciłem do stołu chwiejnym krokiem. Powieki mi opadły, oczy stały się lekko czerwone, ręce same opadały w dół poprzez wszechogarniający mnie luz i napieprzenie. Hank potwierdzał moje doznania i również mu się podobało.

Jakieś kilkanaście minut później wręcz nakazałem zażycie pridinolu po pięć tabletek w małym odstępie czasu. Hank zjadł to bez zastanowienia. Dociągnęliśmy jeszcze po 10mg zolpidemu w małych kreskach. Mało mówiliśmy bo ogólnie zaczęliśmy oglądać świat dookoła nas. Rozsiedliśmy się na wcześniej przygotowanych łóżkach i każdy z nas doznawał swoistych przeżyć. Napieprzenie to jest to, co dominowało w moich odczuciach. Zapominałem, gdzie jestem i co robię. Gdy tylko zamykałem oczy to totalnie gubiłem się w czasoprzestrzeni. Świecąca w plecy lampka spowodowała, że wydawało mi się, iż jestem na plaży a za mną świeci mocne wakacyjne słońce. Hank też podzielił się ze mną tym odczuciem, jednak gdy tylko coś mówił, to miałem wrażenie, że wyrywa mnie ze stanu marazmu i odpłynięcia. Muzyka stawała się coraz mniej interesująca bo bardziej skupiałem się na dziurze w czasie, która coraz bardziej mnie pochłaniała. Nie myślałem już, że jestem jako „ja” tylko jako „my” i nie było to wcale spowodowane obecnością towarzysza. Zapomniałem iż tuż za ścianą jest matka a na zewnątrz normalne życie. Zapomniałem o wszystkim i skupiałem się tylko na tu i teraz. Dziura czasowa powiększała się. Wydawało mi się, że moje łóżko jest łódką, która sobie samopas pływa po niespokojnym morzu. Dopiero gdy otwierałem oczy to momentalnie trzeźwiałem ale i tak kompletnie byłem zagubiony w swoim umyśle a przestrzeń dookoła mnie nie miała żadnego znaczenia. Wolałem więc zamknąć oczy i dalej dryfować.

Z czasem zaczął się ładować pridinol. Stosunkowo nieduża dawka od razu dawała kolejne psychodeliczne odczucia, które krzyżowo się zwiększały. Dochodziła 23:00 i już delikatnie przetrzeźwiałem z zolpidemu ale takie było tylko wrażenie bowiem obcowanie z innymi ludźmi w pokoju się zwiększało. Wciąż ktoś do mnie coś gadał i już prawie miałem odpowiadać, kiedy sobie zdawałem sprawę z tego, że to tylko halucynacja. Otworzyłem oczy i z radością zauważyłem iż cienie w pokoju niespokojnie się ruszają, kształty w mroku zyskują jakieś dodatkowe znaczenie a całość pomieszczenia została spowita dziwnym welonem. Tak, to jest to – pomyślałem. Hank leżał i co jakiś czas wydawał z siebie westchnięcie z zadowolenia, jednak nic nie mówił. Zolpidem już zdawkowo na nas działał, teraz stery przejmował pridinol. Poczułem dziwną pustkę w żołądku ale było to przyjemne. Na chwilę wstałem z łóżka doznając kompletnie innego odczucia grawitacji. Nogi jak z waty spowodowały, że chodziłem jak pijak po dywanie a zmieniona fraktura podłoża dawała inne odczucie każdego następnego kroku. Przeszedł mnie dreszcz rozkoszy. Wzrok już się polepszył, ale zwiększające się halucynacje przy otwartych oczach robiły swoje. Hank poruszył się niespokojne w łóżku i stwierdził, że ma pajęczyny na rękach. Oddaliłem się od niego i istotnie, między jego palcami zauważyłem mieniące się na kryształowo sieci pajęcze. Byłem zadowolony ale i zdziwiony, że widzimy oboje to samo. Wróciłem na swoją sofę i przyglądałem się pokojowi. Był bardziej mroczny, ale i też klarowny niż zazwyczaj. Nie miałem jakiś zaburzeń wielkościowych czy problemu z okiełznaniem całości, ale halucynacje brały górę i delikatnie zmieniały postrzeganie świata. Nie wiem, do czego to porównać, bo psychodelików jak LSD nie próbowałem, ale haluny były wyraźne a co za tym idzie dominujące, jednak na tyle subtelne, że nie miał prawa nikt się ich przestraszyć. Hank cały czas bawił się pajęczynami i zakomunikował mi wkrótce, że teraz spływają one na niego z sufitu całymi strumieniami. Bardzo dziwnie to wyglądało, że ktoś leży i gmera palcami w przestrzeni. Nasze umysły były kontrolowane przez pridinol ale co ciekawe wciąż były klarowne i można nawet powiedzieć, że trzeźwe. Fantastyczne uczucie.

Dochodziła północ kiedy to zachciało mi się iść do kibla. Matka już poszła spać więc światła były pogaszone. I to mi się spodobało, bowiem w półmroku wszystkie rośliny w diabelski sposób się poruszały, a nawet patrząc przez okno u drzew zachodził podobny proces. Wyglądało to tak, jakby wiał wiatr ale bardzo porywisty i szybki. Wszedłem do toalety a tam włochaty dywan wręcz pełznął na mnie. Spojrzałem na swoją twarz – oczy jak pięć złotych, a powieki lekko przyklapnięte. Załatwiłem się i gdy wychodziłem to wzrok mój padł na korytarz piętro niżej. Mianowicie wśród butów i dwóch parasolek zobaczyłem bezdomnych ludzi. Leżał tam mężczyzna i dwoje dzieci, którzy poruszali się nieznacznie chcąc mi widocznie coś zakomunikować. Ukląkłem na ostatnim stopniu, przyglądałem się nim i zacząłem z nimi rozmawiać. Bardzo rozbawiła mnie ta sytuacja; co ciekawe potem wielokrotnie podczas podobnych tripów zauważałem to samo i chciało mi się śmiać. Pieprzeni bezdomni w moim domu – kto ich tutaj wpuścił? Wróciłem do pokoju a tam Hank z niepokojem patrzył przez okno i powiedział, że na trawie widzi tłum chodzących ludzi. Spojrzałem na dół ale nic nie zobaczyłem. Jak się na drugi dzień okazało mój towarzysz w tym momencie łapał małego bad tripa, ale bał się do tego przyznać. Trochę bez sensu, bo nawet nie wiedziałem, że mogę go uspokoić albo w ostateczności zaproponować coś na zbicie fazy. Chwilę jeszcze pogadaliśmy i kolega stwierdził, że chce iść do domu. Była prawie pierwsza.

Odprowadziłem Hanka aż do samego domu, ale on mało mówił. Nazajutrz dowiedziałem się, że miał zbyt nachalne haluny i zaczęły go przytłaczać, szczególnie w domu, kiedy nie mógł zasnąć przez natłok subtelnych, ale jednak dużej ilości doznań psychodelicznych. Wracałem więc do domu ale mój nastrój się nie zmienił, powiem nawet, że trochę egoistycznie podszedłem do sprawy bo zignorowałem odczucia kolegi, choć z drugiej strony przecież nie przyznał mi się od razu do odczuć. Idąc z powrotem ciemną nocą nie bałem się niczego pomimo faktu, że dookoła mnie wciąż ruszały się rośliny i drzewa. Przechodząc obok strumyku zatrzymałem się by przyjrzeć się wyimaginowanym paprociom i zacząłem z nimi rozmawiać. Rozbawiło mnie to doszczętnie. W głowie czułem spokój, nie ciążyło mi nic, miałem wrażenie lekkości. Wiejący wiatr studził mnie a pustka myślowa pozwalała się skupić na tu i teraz. Gdy już dotarłem do domu to postanowiłem wciągnąć jeszcze 20mg zolpidemu i dojadłem pięć pridinoli. Nie bez znaczenia okazał się tu tak zwany pac-man, ale w sumie planowałem takie dawki już od początku więc nic złego nie mogło się zdarzyć. Posiedziałem chwilę przed komputerem ponownie czując efekty zolpi, ale już znacznie bardziej spłycone, i zastanawiałem się co zrobić. Około drugiej wpadłem na pomysł.

Na wschodzie już zaczynało się robić jasno, bowiem był to początek czerwca, więc wziąłem koc, słuchawki i wyszedłem na zewnątrz. Drogę przebiegła mi szklana świnia, dobrze znana z innych trip raportów o pridinolu a sam ten fakt jeszcze bardziej mnie rozbawił. Położyłem się na ziemi, założyłem słuchawy i zapuściłem album Deadmau5a. I w tym momencie doznałem czegoś fantastycznego: otóż z jaśniejącego nieba zaczęły na mnie wręcz nachalnie spływać gigantycznych rozmiarów komórki organiczne. Wyglądały one zgodnie z moją nazwą: były to podłużne stworzenia mające wiele witek a w środku kłębiły się różne ich narządy. Zdziwiłem się, bo przecież zdawały się być niczym z podręcznika biologii gdy tymczasem ja sam dawno ich nie widziałem na jakiejś stronicy czy w sieci. Wyciągałem zadowolony ręce do nich i bawiłem się ich gęstą konsystencją. Gdy tylko jedna komórka znikała to zaraz z nieba spływała kolejna by mnie oczarować swoim pięknem. O muzyce w ogóle zapomniałem – coś tam leciało ale byłem tak napieprzony, że nie zwracałem na nią uwagi. Co ciekawe, jak już pisałem, pomimo zachodzącej sytuacji mój umysł czuł się na tyle klarownie, że pewnie potrafiłbym z kimś nawiązać sensownie rozmowę... Albo tak mi się chociaż wydawało. Popatrzyłem na wschodnie niebo, dochodziła trzecia, a tam między drzewami była rozwieszona gigantyczna pajęczyna, która zdawała się poruszać pod wpływem niewiejącego wiatru. Zamknąłem oczy i odpłynąłem gdzieś zupełnie poza miejsce mojego pobytu. Całkowicie straciłem poczucie czasu czy otaczającego mnie świata jednak te odczucia w ogóle mnie nie przerażały a tylko trwałem w nich i bawiłem się nimi. Ponownie otworzyłem oczy i znów zaczęły z nieba schodzić do mnie wielkie organizmy. Mimo powtarzalności sytuacji bardzo mnie to intrygowało i za każdym razem z ciekawością dotykałem te dziwactwa.

Zmęczenie jednak zaczynało brać górę. I nie chodziło tu bynajmniej o senność, co o psychiczne styranie po takiej fazie, która wprawdzie intensywna nie była i zapewne nie umywa się do prawdziwych psychodelików, ale dla mnie stanowiła wystarczającą całość. Gdy dochodziła czwarta to już czułem się praktycznie trzeźwy, choć cienie nadal się poruszały. Wróciłem do siebie do pokoju. Pustka w głowie nadal dominowała ale nie byłem nią przytłoczony czy znudzony. Wręcz można powiedzieć, że cieszył mnie fakt tej pustki bo nie myślałem o żadnych złych rzeczach, które na co dzień męczą ludzi. Sięgnąłem do swojego Suicide Boksa po alprazolam by przespać ewentualny zjazd czy poczucie braku komfortu fizycznego i czekając na jego działanie zacząłem wszystko podsumowywać. To było na pewno bardzo ciekawe i budujące doświadczenie. Psychodeliczność na pół gwizdka ale wystarczająco ciekawa, by mną wstrząsnąć. Fantastyczne uczucie bytu w niebycie. Dziura w grawitacji czasowej dzięki której zapomniałem na kilka godzin o gównie dnia codziennego. Miłe łechtanie mózgu przez wizuale, jakich nie można się raczej spodziewać po tej klasie leków, szczególnie prosto z apteki. Owszem, taka benzydamina to znacznie większy rozpierdol, ale ten rozpierdol siada na czaszkę i powoduje dyskomfort. Na moim miksie nie było tego odczucia. Niedługo potem zasnąłem. W południe obudziłem się kompletnie trzeźwy, z delikatnym bólem brzucha i pustką w nim, ale zadowolony z tego, czego doznałem w nocy. Hank też to dobrze wspomina i zadaje mi pytanie: kiedy znów coś będziemy grzać. Cóż, może już wkrótce?

by Schizool

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media