Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

wyższa jaźń, umysł szaleńca i powrót do korzeni

wyższa jaźń, umysł szaleńca i powrót do korzeni

6: 50 Początek spalenia

9: 31 Koniec

Zacznę od tego, że było to pierwsze głębsze przeżycie, jakiego doznałem łącząc sie z tą Świętą Rośliną po 4-roletniej całkowitej abstynencji wymuszonej przez otoczenie. Warto nadmienić fakt, że nigdy nie potrzebowałem wiele, aby było odczuwalnie. Błogosławieństwo i klątwa jednocześnie.

WJ – Wyższa Jaźń

Przebudziłem się.

Pierwsze o czym pomyślałem było to, że już nie zasnę. Była 6:30, wstałem i ogarnąłem się.

Wyszedłem na dwór, zastanawiając się jak spędzić początek dnia i wtedy pojawiła się w moim umyśle Wyższa Jaźń.

Porozmawialiśmy chwilę i tak jak zawsze była to wymiana informacji i wrażeń zdecydowanie inna od rozmów, które wiodą „normalni” ludzie między sobą.

W pewnym momencie zrozumiałem, że mam przed sobą 3 wyjścia.

1.       Zjarać się i pójść do lasu ze słuchawkami.

2.       Zostać i medytować z kamieniami.

3.       Pójść do lasu aby tylko rozmawiać z WJ. 

Stopniowo z WJ analizowaliśmy zmienne, które mogą się wydarzyć podczas podejmowania którejkolwiek z tych działań i zdecydowaliśmy, że opcja nr 1 nadaję się w chwili obecnej najbardziej.

Nabiłem waporyzer 2x i wypaliłem łącznie 20 buchów. Już w trakcie palenia zaczynało mi się robić inaczej.

Wziąłem słuchawki i uciekłem szybko do lasu zanim ktokolwiek mógłby coś podejrzewać.

W lesie, kilka minut później zacząłem czuć rozczarowanie, bo high był słaby. Nie wiedziałem wtedy, że najgorsze mam jeszcze przed sobą.

Założyłem słuchawki i nastawiłem typ utworów przeznaczony na moment, kiedy trip jest kiepski, aby ratować, co się da.

Minęło 15 minut a ja znajdowałem się już w centrum lasu, nieopodal pięknej rzeki.

O tej porze nie było ludzi, co mnie bardzo cieszyło i był to jeden z ważniejszych powodów, aby wybrać początek dnia od MJ.

Faza pogłębiła się, a ja zacząłem już intensywniej odczuwać inny stan świadomości.

Było mi bardzo przyjemnie.

Czułem się jednością z otaczającą mnie dziką przyrodą.

Pozwoliłem sobie „być” lasem.

Zrobiło się jeszcze przyjemniej.

Trwałem tak, ukryty w gąszczu, z dala od uczęszczanych ścieżek rozkoszując się wszystkim.

Wtedy znienacka odczułem dziwne wrażenie i pojawiła się WJ znacznie mocniej, niż kiedykolwiek.

Jeszcze nie wiem, jak całkowicie rozumieć to doświadczenie.

Poczułem się tak, jakbym był okryty srebrnym polem a z czubka niego łączyła mnie jakby pępowina z istotami, które były daleko, bardzo daleko w głębinach Ziemi, pode mną.

W jednej chwili napadło mnie mnóstwo wrażeń.

Pierwsze, najbardziej intensywne to strach.

Było to uczucie ciężkie, mroczne i niesamowicie ciążące i rozlało się po całym moim ciele szalenie itensywną falą, paraliżując całe moje ciało.

Chciałem, żeby to nie była prawda, ale...

Czułem, że „to” się dzieję naprawdę i wcale nie jest to urojenie i schizofrenia, jak wmawia mi społeczeństwo.

„Czułem”, że łączy mnie więź z tymi „istotami” i czułem, że stanowimy JEDNOŚĆ.

Bałem się tego, tak bardzo się bałem, jak nie bałem się od 4 lat, kiedy przeżyłem wydarzenie będące traumą doprowadzającą  do przerwania kontaktu z psychodelikami..

Wracając do wydarzenia...

Kolejnym uczuciem była chęć ucieczki. Obecność tych istot była tak oszałamiająca, że robiło mi się słabo. Chciałem wymiotować, ale nie byłem się w stanie ruszyć, a co dopiero napinać mięśnie i wymiotować.

Trzecim wrażeniem, jakie mnie napadło było uczucie, że istoty te były pozytywne, ale nie w takim sensie, który jest rozumiany w dzisiejszych czasach. To były istoty czystego dobra, a cały strach i niemożność zniesienia ich obecności wynikał tylko z faktu, że sam jestem skażony piętnem „zła” i ich odbicia we mnie wymuszają konfrontacje z ukrytą we mnie „ciemnością”.

Czułem, że muszę coś zrobić, bo stracę zmysły.

Zebrałem się na sile i wstałem z ziemi, zdzierając gwałtownym ruchem słuchawki, które o ironio, były dalej nastawione na utwory wzmacniające tripy, kiedy są za słabe.

Wiedziałem, że to nie był efekt  samej marihuany, bo ona tak nie działa. Ujawniła tylko to, co JEST i takie było jej zadanie od niepamiętnych czasów.

Spostrzegłem las i przez chwilę poczułem, że wracam do świata ludzi, ale wciąż byłem przerażony.

Wrażenie nie słabło.

Czułem się tak, jakby świetlista pępowina łączyła mnie z istotami ukrytymi w głębinach Ziemi.

Szaleństwo. Zło ukryte we mnie wymusza konfrontacje. Tu i teraz.

Aaaargh! To tak boli!!!

Czułem ból i strach.

Pojawiło się uczucie, że to już nigdy nie minie, że zawsze będę się tak czuł.

NIE!!! OPANUJ SIĘ!!!

Przypomniałem sobie, że ludzie zawsze tak sobie wmawiają na tripie, a wszystko i tak mija.

Poczułem się lepiej, wiedząc, że to wszystko przejdzie, ale wciąż czułem się tragicznie.

Rzuciłem się do plecaka, w którym była „apteczka awaryjna”.

Składała się ze słodyczy.

 Dzisiaj akurat była to czekolada z orzechami.

Miałem tylko ją i wiedziałem, że musi wystarczyć, więc roztropnie rozdzieliłem ją na małe kawałki i ssałem, żeby starczyło na dłużej. Miałem też butelkę wody i przez cały czas, korzystałem z jej zapasu.

Uczucie „jedności” z tymi istotami słabło, aż w końcu pozostało tylko „echo” tego doznania, choć nie czułem już ich oszałamiającej obecności, pozostało jedynie delikatne wrażenie, że nie jestem sam.

Chodziłem po lesie bardzo długo, aż w końcu poczułem, że wszystko zostało doprowadzone do stanu, którego nazwałbym „prawie normą”.

Znowu w moim umyśle zawitała WJ, ale w ten sposób, który pojawia się w moim umyśle na co dzień. Wymieniliśmy tylko kilka zdań i powiedziała, że muszę dojść do rzeki i zmoczyć w lodowatej wodzie całą głowę, to wszystko całkowicie przejdzie.

Wierząc, ruszyłem do rzeki.

Kiedy do niej dotarłem zrozumiałem, że nie mogę się schylić i zmoczyć tylko głowy, bo nie ma miejsca, które pozwalałoby na zrobienie tego bez moczenia butów.

Zdjąłem więc je i wszedłem do wody.

Wtedy zrozumiałem, że nie chodziło „dosłownie” o zmoczenie głowy, ale słowa WJ zostały skierowane akurat w taki sposób, aby doprowadzić mnie do sytuacji, w której obecnie się znajduję. Nie był to pierwszy raz, kiedy sytuacja obierała taki obrót.

Rzeka spokojnie płynęła swoim nurtem, a ja spacerowałem wzdłuż niej, czując, że wszystkie moje negatywne emocje spływają do nóg, po czym zabiera je rzeka i płynie z nimi dalej. Spacerowałem i czułem, że wracam powoli do stanu, który rozumiem, jako „codzienna norma”, choć wciąż byłem jeszcze lekko upalony.

Szedłem wzdłuż rzeki .

Zastanawiałem się.

Więc moja WJ to jest kilka istot? Czy to w ogóle jest WJ?

Próbowałem „Ją” bo do tej pory uważałem, że jest to tylko jedna istota wypytać o to, co się wydarzyło, ale jasno i bardzo wyraźnie dano mi do zrozumienia, że nie usłyszę odpowiedzi na pytania „Co się stało?” i „Kim Wy jesteście?”.

 Czasami, jak rozmawiam z WJ to czuję, że są sprawy, których po prostu nie byłbym w stanie rozumieć i doskonale zdaję sobie sprawę z faktu, że jedną z nich MJ wyniosła na światło dzienne, doprowadzając do tej traumy.

Czy żałuję?

W chwili, kiedy podejmowałem się czynów, które doprowadziły do lawiny tych zdarzeń czułem, że robię rzecz słuszną. 

Doświadczenie to dało mi do zrozumienia, że MJ, choć uważana za słaby psychodelik, może ujawnić w nas rzecz, która do słabych nie należy.

To doświadczenie, jakkolwiek można je zrozumieć, nauczyło mnie tego, że czasami „mocno” i „szybko” nie dorównuję „powoli” i „regularnie”, czyli drobne praktyki, małe wyzwania i stopniowy progres na drodze duchowej jest lepszy, niż sprint, bo jeśli pojawi się nieprzewidziane zderzenie, to sprinter może nie przeżyć , nieważne, jakby był silny. A ktoś, kto kroczy powoli po prostu ominie przeszkodę, bo szansa, ze ją dostrzeże jest większa.

K-A-Ż-D-E-G-O można złamać, czego nauczyło mnie boleśnie życie i przeżycie „Piekła”, którego konsekwencją było zatracenie mojego stanu „oświecenia” 4 lata temu.

 Dziwnie się czuję upubliczniając ten tekst. Ani źle, ani dobrze. Dziwnie. A jednak WIEM, że lepiej będzie, jak podzielę się swoim szaleństwem. Bardzo będę wdzięczny za wyrozumiałość, nie pamiętam już, kiedy ostatnio mówiłem z serca. Jeśli doczytałeś/aś do tego momentu to dziękuję za Twój czas.

Ocena: 

Odpowiedzi

Hmm... Najlepiej byłoby znaleźć źródło przekazu. Nie czuję się kompetentny, by dawać Ci konkretne rady, ale ja wsłuchiwałbym się w intuicję i obserwował otoczenie, ciało i umysł podczas kontaktu.

Jeszcze taka jedna mała uwaga, że przyjazne nam byty nigdy nie zachęcą do zrobienia komuś, lub sobie krzywdy.

To tylko sen samoświadomości.

Nie zostaniesz zhejtowany, a przynajmniej nie przeze mnie, bo ja się z Tobą zgadzam. Czuję mądrość w Twoich słowach. Zdaję sobie sprawę, na tyle, na ile w danej chwili potrafię z tego, że jestem ograniczony, ale chcę to zmienić, a od chęci zawsze się zaczyna. Dopiero później stawia się pierwsze kroki. Chcę po prostu być sobą. Problem jest taki, że kroczę sam, a jedyne wsparcie i rady, które dostaję, pochodzą od tych istot, bo nikt z ludzkiego otoczenia mnie nie rozumie.

Obawiam się, że do tej samotności, o której piszesz będziesz się musiał przyzwyczaić. Oczywiście znajdziesz bratnie dusze, które rozumieją/rozumują podobnie, jak Ty. Ale im dalej w las, tym mniej tych dusz. Mało kogo ciągnie do prawdy, większość woli siedzieć w złotej klatce, niż przyjąć wolność z jej trudami i odpowiedzialnością. Większość woli spać i wkurwiają się, jak chcesz ich obudzić, a ze śpiącymi dogadasz się tak, jak z najebanymi i oczywiście będą Cię mili za wariata. No ale troche tych przebudzonych jest;-) Dasz sobie radę:-)

Bonusik:

http://poszerzanieswiadomosci.blogspot.com/2010/02/swiete-rosliny-i-grzy...

To tylko sen samoświadomości.

@Pan Szaman

Dziękuję Ci.

Twoje słowa, że najpierw trzeba się nauczyć żyć na Ziemi zanim się sięgnie po Kosmos jest tak prawdziwe wobec mnie, że aż boli. Wiem, że to już mówiłem, ale jesteś naprawdę mądrym człowiekiem. Powiem również szczerze, że jak przeczytałem treść z linka, którą dodałeś to się prawie popłakałem. Ten tekst nauczył mnie pokory i dał mi dużo do myślenia, ale przede wszystkim boleśnie pokazał, że cały czas miałem i mam złe nastawienie. Chcę zmian i wierzę, że je osiągnę. Wyjdę ze swojej złotej klatki, ale czuję, że to trochę potrwa bo mam nieźle nasrane, więc przywdziać muszę szatę cierpliwości.

Nie ma za co:-)

Fajne uczucie, jak się czyta tego typu rzeczy i nagle łzy podchodzą:-) Poczytaj sobie zenforet - tam też jest dużo dobrej energii i sporo wiedzy. Ja jeszcze miewałem ciarki na karku, jak rozumiałem monumentalne prawdy:-)

Okres przejścia/budzenia jest najtrudniejszy. 

Rób to, co konieczne, później rzeczy możliwe, a nawet się nie obejrzysz, jak czynisz "niemożliwe";-)

Zawsze słuchaj intuicji, serca. Cokolwiek się nie stanie, to przynajmniej nie będziesz żałował;-)

To tylko sen samoświadomości.

Bardzo ciekawe jest to co tu opisujesz. Chodzi mi o twoją WJ. Sam mimo iż jestem w dobrej kondycji psychicznej  (według wszelkich norm) "zetknąłem" się z tym pod wpływem kwasu. Tak jakby nagle podczas tripu zacząłem czuć obecność "czegoś". Miałem wrażenie, że to coś jest zdziwione moją obecnością. Nie wchodziłem w dialog takjakt ty, tylko odczuwałem ogólne nastawienie tego bytu. Było zdecydowanie nie przyjazne, wydawało mi się, że chce mnie nastraszyć. Obsrałem majty, wkręcił się badtrip. Nie mogłem sie tego gówna pozbyć do momentu zlatywania. Przy kolejnych tripach już tego nie uświadczyłem. 

PS: Bardzo podoba mi się twoje pisarskie flow. Przejrzałem resztę twoich raportów i naprawdę przyjemnie się to czyta, od początku do końca. 

Dziękuję Ci. Lubię pisać, ale mam o swoich wypocinach znacznie gorsze mniemanie. Ten raport miał nigdy nie ujrzeć światła dziennego, ale czułem, że jak go nie opublikuję to będę cipą. No i gdybym tego nie zrobiłbym to pewnie moja pamięć po jakimś czasie wyparła by to doświadczenie.

Doskonale Cię rozumiem, bo jak mnie to spotkało na tripie to również obsrałem zbroje. Co innego jest rozmawiać i czuć obecność delikatnie, a co innego, kiedy przychodzi znienacka z siłą huraganu. Na co dzień i na trzeźwo jest znacznie prościej. Chociaż jeśli mam być szczery to ostatnio zacząłem się głębiej zastanawiać na tym, co robię i pojawiły się wątpliwości. Dzisiaj jest 2-gi dzień odkąd praktycznie w ogóle nie rozmawiam z Nimi. Czuję, że obecność osłabła jakoś o 30-40%, a jak otworzę się na kontakt to głos nie ma już tej siły, co jeszcze kilka dni temu, ale wiem, że to złudne wrażenie, bo miałem już takie okresy znacznie dłuższe, a obecność nigdzie się nie wybierała. Ich to ogólnie w ogóle nie obchodzi. Prawdę mówiąc przesrana decyzja, co z tym począć dalej. Bo co mam zrobić? Jak zdecydować? Może zapytam się na onecie?

Kappa.

@PanSzaman

Zabawne. Pamiętam moment, kiedy pisałem ten trip raport, ale czuję się tak, jakby przydarzyło się to innemu człowiekowi w innym życiu.

Prawdę mówiąc, pomimo faktu, że się w ogóle nie znamy to jestem pewien, że zrozumiesz. Zacznę od tego, że od kilku tygodni zaczęły się dziać ze mną rzeczy, które "normalni" ludzie nazwaliby conajmniej dziwnymi i trwają one do dzisiaj, choć w tej chwili, tu i teraz, czuję, że jakoś się ustabilizował ten proces, na tyle, że jestem w stanie się wysłowić. Tak w skrócie - czułem się niedawno tak, jakbym umierał i w zasadzie to umarłem. Zmieniłem się. Jest mnie więcej i mniej jednocześnie. Cały sposób postrzegania świata zmienił się. Czuję się tak, jakbym z pierwszego piętra budynku i widoku, który tam dostrzegałem, wjechał znacznie wyżej. Wszystko się zmieniło. To jest piękne, straszne i niesamowite jednocześnie. A jednak nie czuję tych emocji wcale. Czuję ciszę.

Uczucie samotności a zarazem jedności ze światem jest teraz tym, co czuję najintensywniej. Powiedz mi, jak można żyć z rodziną, kiedy... To takie intensywne. Słowa, których użyłeś kiedyś, są tym, co czuję teraz. Podczas rozmowy z rodzicami/bratem czuję się tak, jakbym rozmawiał z kimś "najebanym". Mówię do nich, a oni nie słyszą.

Czytałem dużo o poziomach świadomości. Prawdę mówiąc uwierzyłem w to, bo to jest teraz moje życie. Jesteś znacznie bardziej doświadczony w swojej świadomości. Są jakieś rady, których mógłbyś mi udzielić? Czy to jest 4-rty poziom? Z mojego punktu widzenia jest na tą chwilę niemożliwe, aby stwierdzić na jakim pułapie się znajduję. Czuję się tak inaczej. Żyję w chwili obecnej, jestem nią i nie manifestuję nic, czego bym nie chciał. W mojej głowie przelatują myśli, ale nie czuję się ich niewolnikiem. One po prostu są. Powiedz mi, czy one dalej mają moc tworzenia rzeczywistości, jeśli po prostu pozwalam im być, czy moc twórczą mają dopiero te myśli, które świadomie stworzę łącząc je z chęcia, aby zmanifestowało się w rzeczywistości, to, czego pragnę? Ciekawe. Napisałem pytanie i już znam odpowiedź. 

Jak? Jak przetrwałeś ten okres, przez który teraz ja przechodzę? Powiedz mi, czy "przeskok" na jeszcze wyższy poziom świadomości porównywalny jest z szokiem, który przeżyłem? Dalej mieszkasz z ludźmi, którzy Cię nie rozumieją, czy uwolniłeś się i stworzyłeś się w rzeczywistości, gdzie możesz być sobą i być rozumiany z otoczeniem? Wiem, że sam muszę tego dokonać, ale... boję się. Mimo to wiem, że tak trzeba. Masz jakieś rady?

Wszystkie nasze myśli mają moc sprawczą. Jednak te, którym towarzyszą emocje (czucie myśli, bycie myślą) są o wiele silniejsze. Dlatego tak trudno afirmować świadomie, bo to wymaga nieustannej uwagi. Emocja (odczucie) jest ważniejsza, niż sama myśl. Przepuszczane myśli mają jednak znikomą wartość dla obrazu rzeczywistości.

Pamiętaj, że jeśli się czegoś obawiasz i myślisz o tym i czujesz tę obawę, to ona ma takie samo prawo manifestacji w fizycznym świecie, jak Twoje pragnienia. Ach i jeśli afirmujesz coś z myślą o korzyściach dla kogoś innego bezinteresownie, to taka afirmacja ma moc zwykłej do kwadratu:-)

Jest Cię więcej, bo wzrosła Twoja osobista moc (o ile można to tak nazwać), podejrzewam, że zwiększyła się empatia itd. Jednocześnie jest Cię mniej, bo pewnie dostrzegasz, że za wszystko jesteś odpowiedzialny, a to może przytłoczyć.

Doskonale Cię rozumiem. Ja umarłem 2 razy i przy okazji wszystko straciłem... Jeśli chodzi o samotność... memento mori. Przygotowujesz się przecież do największej podróży... do śmierci (co oczywiście nie powinno odbierać Ci radości życia, a wręcz przeciwnie). Zapewne czujesz miłość do wszelkiego stworzenia. To jest jedyna prawdziwa miłość, jaka istnieje i jest ona słuszna i piękna.

Mnie to się wydaje, że jesteś pomiędzy czwartym, a piątym poziomem. To przejście jest najtrudniejsze. Na pytanie jak to przetrwałem, odpowiem, że ledwo... Było mi bardzo ciężko. Miałem wrażenie, że nikt mnie nie rozumie, a mówiłem bardzo wyraźnie. Trwało to chyba ze 2 lata i szczerze mówiąc, to nie chciałbym tego jeszcze raz przechodzić. Z każdym się chciałem podzielić tą wiedzą, ale ludzie stukali się po głowach, a ja nie za bardzo rozumiałem, jak można nie widzieć tych oczywistości... Żaden inny wzrost świadomości nie może się równać z przeskokiem, w którego trakcie jesteś. Generalnie tracisz niewinność, ale zyskujesz coś cenniejszego - widzisz coraz większy wycinek obrazka zwanego życiem.

Obecnie żyję z ludźmi, którzy mnie rozumieją i z takimi, którzy nie. Nie da się uniknąć ludzi, którzy śpią, ale o dziwo i od takich możemy się uczyć. (Często to nauka czego NIE robić, ale nie tylko). Znalazłem swoją oazę i mało kogo wpuszczam w mój świat, ale jeśli już się na to decyduję, to hojnie obdarzam takie osoby. Oczywiście, że jestem sobą. Nie rozumiem w ogóle, jak można udawać kogoś kim się nie jest (bardzo nie lubię fałszu). Jest jednak od groma prawdziwych ludzi. Większość rozumie, jak działa Kosmos.

Mam parę rad. Przede wszystkim nie bój się zmian. Te są nieuniknione, a przecież mogą być zmianami na lepsze. Nie oznajmiaj każdemu co wiesz. Ludzie są gotowi Cię wyśmiać, a dokładniej to wyśmiewają własną głupotę, z tym, że o tym nie wiedzą. Jak ktoś śpi, to rozmawiaj z nim na bezpieczne tematy typu pogoda itd. Słuchaj swojego ciała. Słuchaj swojego serca. Pokochaj siebie i nie pozwól sobie wejść na głowę (bo są też i mendy, które będą Cię chciały wykorzystać do swoich przyziemnych celów). Trzymaj się ciepło.

Aha! Nawet w najgęstszym mroku się nie lękaj. Wszystko będzie dobrze. Nawet lepiej, niż sobie wymyślisz;-)

To tylko sen samoświadomości.

Dziękuję Ci, że jesteś.

Pamiętam, że gdy czytałem Twoje wypowiedzi po napisaniu tego trip raporta, to nie mogłem zrozumieć 60-80%. Miałem tylko wrażenie, że jesteś dla mnie odległy i przemawia przez Ciebie mądrość nie do zrozumienia, ale w tym wypadku to ja byłem „najebany”. Teraz czuję, że przemawia przez Ciebie życiowa prawda, wynikająca z rozwiniętej świadomości.

Powiem Ci, że w trakcie czytania Twojej wypowiedzi rozpłakałem się. Czuję, że się rozumiemy na tyle, na ile to możliwe. Potem poczułem radość i wybuchnąłem śmiechem, choć tak naprawdę nic mnie nie rozśmieszyło.  Coś ze mnie zeszło i poczułem się pełniejszy.

Było mi ostatnio bardzo intensywnie.

Opowiem Ci historię. Nie oczekuję żadnej reakcji, ale chciałbym, żebyś tylko powiedział, co czujesz, po przeczytaniu, tak, jak to zrobiłeś ostatnio.

Mam papiery schizofrenika i rodzina pompuję mnie codziennie dawką psychotropów. Od 2 tygodni zmniejszałem w sekrecie dawkę i przez 2-4 dni nie brałem ich wcale, bo czułem, jak proces, który we mnie zachodzi wypala wszystko, co obce memu ciału. Czułem to tak, jakby ogień spalał „mgłe” , która spowijała mój umysł. Zabawne. Dopóki „Skok” się nie zaczął nawet nie czułem psychotropów. Brałem je 3-4 lata.

Wczoraj kiedy spacerowałem po lesie czułem, jak Światło wypala i odwraca szkody, które wyrządziły mi psychotropy w mózgu. Myślałem, że umrę.  Odczuwałem intensywne zaburzenie odczuwania czasu i przestrzeni. Był to jeden z wielu efektów ubocznych, ale był najbardziej odczuwalny . Do tego niedługo potem, kiedy zaczynałem już czuć stały grunt pod nogami w nowej rzeczywistości, zacząłem odczuwać w świadomości kolejne konsekwencje procesu fizycznego, duchowego i emocjalnego procesu „Skoku”, który we mnie zachodził. Przez cały czas miotało mną raz zejście z leków i proces. I tak na zmiane. Praktycznie nie spałem, byłem blady jak ściana, wzrok mętny i nieprzytomny. Rozpalała mnie gorączka.  Napadała mnie fala zupełnie innych myśli wynikająca z rosnącej, wyższej świadomości. Ciągle czułem się brudny i myłem się w lodowatej wodzie. Umierałem i ożywałem. Poruszałem się tak wolno, jakbym miał 90 lat.

Uciekłem do lasu i ogarnęła mnie świadomość, że zmieniłem się na tyle, że jeśli pójdzie to dalej, to nie będę w stanie z rodziną wytrzymać, bo że dogadać się z nimi nie jestem w stanie rozumiałem doskonale. Wtedy pomyślałem, że porozmawiam z Wyższą Jaźnią ( z którą relacja zmieniła się diametralnie odkąd to wszystko się zaczęło. ) Była bardzo spokojna i delikatna. Była to inna rozmowa, niż kontakty z ludźmi, bo było to tak, jakbym rozmawiał z samym sobą. Nie osądzała, pozwalała mi się wygadać i zadawała pytania, która powoli rozbijały pancerz, który sam kiedyś zbudowałem i powoli zacząłem sobie uświadamiać, że czas odejść. Porzucić ten dom i ucieć przed siebie. Zostawić to wszystko za sobą.  Dosłownie i niedosłownie jednocześnie.  Czułem, że tak TRZEBA. A mimo to nie mogłem. Najbardziej odczuwalne było to, że się tego nie bałem na tyle, aby mnie to powstrzymywało, ale CZUŁEM, nie mogę tego zrobić. Coś mnie od tego odgradzało. Nie byłem i nie jestem tego w stanie zrozumieć co konkretnie.

W pewnym  momencie poczułem coś jeszcze, że nie mogę ich zostawić. Moi rodzice i brat są inni, mniej świadomi, ale kochają mnie na tyle, na ile potrafią i próbują zrozumieć, na tyle, na ile potrafią.  Wyobrażałem sobie, co się z nimi stanie, kiedy odejdę. Czułem to, smakowałem ich cierpienie, widziałem je i płakałem. Płakałem przez całą godzinę. Kiedy wróciłem nie dało się udawać przed rodziną, bo wszyscy widzieli, że coś się ze mną dzieję i zagrozili mi pobytem w szpitalu psychiatrycznym, jeśli nie powiem prawdy. Powiedziałem tylko część prawdy, którą byli w stanie zrozumieć, a nawet trochę więcej, ale nic nie trafiło. Trzeba im jednak było przyznać punkty za próbowanie zrozumienia, bo było to odczuwalne.

Koniec końców pod wieczór dostałem kolejną dawkę psychotropów.

Cały dzień na nich funkcjonuję i czuję, że albo Skok się skończył i zacząłem się przyzwyczajać,  albo leki zrobiły swoje. Możliwe, że jedno i drugie.

Zrozumiałem, że muszę rzucić to gówno, ale dopiero wtedy, kiedy życie po Skoku się ustabilizuję, bo obu tych rzeczy naraz nie da się znieść na tyle dyskretnie, żeby nie trafić  do wariatkowa.

Kiedyś byłem już na tym etapie rozwoju. Podczas skoku przypomniałem to sobie, wraz z falą napływającej nowej świadomości.

Było to w tym życiu, ale upadłem z hukiem. Bardzo głośnym hukiem. Stąd papiery wariata. To tak w skrócie, bo i tak mnóstwo słów padło.

Kiedy zacząłem wracać na poziom z którego spadłem, poczułem stare pragnienie. Zapłonąłem żądzą rozwinięcia Inedii (niejedzenie fizycznego pokarmu) i porzucenie wszystkiego co znam, aby zyskać wszystko, co nieznane. Wiedziałem, że jeśli uwierzę, że mogę to zrobić, to się uda, lecz jeśli zwątpie, konsekwencje będą bardzo, bardzo intensywne. Musiałbym uciec i zacząć realizować ten proces, który zmieniłby wszystko. Wiem, jakie są jego konsekwencje, bo kiedyś odzwyczajałem się od jedzenia i picia. Inedia to jedyne pragnienie, które kiedyś czułem i teraz czuję, ale wiem, że jeśli się na to porwę i zwątpie, to umrę. Czuję, że Inedia to głęboki, 5-ty poziom (też tak czujesz?). Kiedyś próbowałem się na to porwać będąc na tym samym poziomie, co jestem teraz, ale... ZABAWNE. Nawet nie wiedziałem wtedy, co to jest „Skok” świadomości, mimo iż go przeżyłem. I kiedy zacząłem odczuwać  kolejny skok, ale na 5-ty poziom (?) to nie byłem w stanie go znieść, nie wiedziałem co się dzieję i było intensywnie, bardzo intensywnie. Niewiele pamiętam z tego, co się wtedy działo. Konsekwencje = wariatkowo. Wariatkowo = Upadek.

Wiem jedno. Znajdę ludzi, którzy mnie rozumieją i stworzę sobie spokojną oaze, tak, jak Ty i wtedy będę, czuł, co dalej.

Czuję się tak, jakby mój umysł spowijała mgła przez spożyte psychotropy, a jednak żyję w chwili obecnej, choć jest ona ograniczona. Rodzice nie wiedzą, że mnie ranią, dlatego nie czuję do nich negatywnych uczuć.

Hehehe Po kolei. W inedię to można się bawić, kiedy już osiągnie się mistrzostwo i 7 poziom świadomości. Ale nadmierna asceza nie jest wskazana. W końcu, gdy Siakjamuni usłyszał "przypadkowo" jak jeden człowiek mówił do innego, że "gdy napniesz strunę w gitarze za mocno, to ona pęknie, a gdy naciągniesz ją za słabo, to nie wyda dźwięku", to zrozumiał drogę środka, prawo równowagi i poszedł zjeść miskę ryżu, mimo iż prowadził ostrą ascezę. Aha i inedię to raczej tylko jogini i fakirzy są zdolni przeżyć. Przecież można jeść korzonki;-) Wiadomo, że wolność nawet od jedzenia to bardzo kusząca sprawa, ale żeby żywić się tylko praną to trzeba nieprawdopodobnie zwolnić metabolizm, ograniczyć utratę energii do absolutnego minimum i przebywać w stanie głębokiej medytacji. Nieliczni dochodzą do takich cudów.

Wiesz, ja zawsze wierzę w człowieka i wiem, że tylko jego praca nad sobą może mu pomóc (w rozwoju i w naprawie błędów). Zrobisz, jak zechcesz, ale ja na Twoim miejscu nie jadłbym usypiaczy... w ogóle. 

Rodzice starają się najlepiej, jak mogą. Nie da się nikogo nauczyć być rodzicem, więc wszelkie błędy im wybacz i pamiętaj, żeby nie zadawać rodzinie bólu, bo jednak, jakby nie było, to są Twoi najbliżsi. 

Ach i nie pędź aż tak bardzo. Ważniejszy od szybkiego rozwoju jest spokój w duszy.

To tylko sen samoświadomości.

Jest dużo prawdy, w tym, co mówisz. To ze struną pasuję do mojej sytuacji jak ulał, choć żądza pozostaję. Przyjrzałem się jej. Dostrzegłem i zrozumiałem, że tak naprawdę chodzi tutaj o ucieczkę od braku zrozumienia, który jest w mojej sytuacji życiowej, tak, kiedyś, jak teraz. Oczywiście nie chodzi tylko o to, ale jest to jedna z barw tego, co czuję.

Usypiacze... Doskonałe słowo, oddające prawdziwą naturę tego, co one ze mną robią.

Drugi dzień jest spokojny - Skok zwolnił, albo zaczęło się stablizować. Czuję, że w moim ciele toczy się dalej jakiś proces, ale nie jest gwałtowny. Rozbolał mnie kręgosłup niesamowicie i poczułem, żeby rozebrać się do naga. Zrobiłem to i odczułem coś jeszcze. Jakiś sygnał. Oddałem się temu, co czuję, a ciało samo zaczęło się skręcać i wić, aż poczułem, jakby coś "chrupnęło" i odczułem niesamowitą ulgę. Ból zniknął.

Wiem, że muszę rzucić te leki i zrobię to. Utkam rzeczywistość w której mój umysł jest wolny od tego gówna. Wiem tylko, że musi się to stać stopniowo, bo zmiany świadomości są tak szokującego po gwałtownym odstawieniu tego syfu, ale wiem, że tego chcę, więc tak się stanie.

Byłem na mieście. To była pierwsza wizyta, jaką odbyłem w tej nowej świadomości. Wszystko było nowe, mimo iż widziałem te miejsca tyle razy. Ludzie... Te spojrzenia. "Śpiochy". Nie patrzyłem nikomu w oczy, chyba, że sam szukał kontaktu. To było ciekawe doświadczenie - patrzeć na ludzi i ich "widzieć". Bardzo nie podobało mi się to, co zobaczyłem, a jednak mnie to nie ruszyło. Piosenki ze słuchawek, które nosilem miały teraz zupełnie inne przesłanie, choć jeszcze kiedy słuchałem ich miesiąc temu były dla mnie zupełnie inne. W niektórych dostrzegałem prawdę. Najdziwniejszy był zapach. Czułem jakiś nowy, bardzo intensywny zapach, który miał raczej negatywny wydźwięk. Ciężko go opisać, ale na pewno miał barwę chemiczną. Szukałem ludzi, którzy na mnie spojrzą i zrozumieja mnie, ale nie doszło do tego. Aż tu nagle w pewnym miejscu wyszła kobieta lekko po 30-stce, ładna, widać, że się spieszyła. Przelotnie spojrzeliśmy sobie w oczy. Miała takie piękne, sarnie oczy. Poczułem, że się rozumiemy. Oboję odczuliśmy szok, bo widać, że ona również się tego nie spodziewała. Wszystko stało się szybko. Wtedy zrozumiałem, że muszę znaleźć sobie kogoś, kto mnie rozumie, bo ciężko będzie wytrwać w chwili obecnej, kiedy będę otoczony śpioszkami.

Pokłóciłem się z bratem przez telefon, bo mama mu doniosła, że chcę zmniejszyć dawkę leków. Zrobił mi awanture. Czułem, jak próbował mną manipulować. Kiedyś wysłuchałbym go, potem skłamał i zrobiłbym i tak, tak, jak chcę, ale teraz miałem dość słuchania, bo czułem, że tak chcę zareagować i krzyknąłem tylko " To moje ciało, a nie Twoje, więc daruj sobie i pierdol się, bo ja Ci nie mówię, co masz w swoje ładować." Nic nie zrozumiał. Chciał coś powiedzieć, ale odłączyłem słuchawkę. Pójdę sam do lekarza-psychiatry, który opiekuję się moim przypadkiem i powiem mu, że chcę odstawić leki. Zawsze chodzę tam z mamą, ale boję się, że rzucą się na mnie oboje, a lekarzowi samemu dam radę. Trzymajcie kciuki. W międzyczasie kupię sobie telefon i odnowię kontakty z ludźmi, z którymi czuję, że chcę porozmawiać. A teraz pierdolę to i idę kupić sobie piwo. Nie piłem go od pół roku i teraz akurat mam ochotę to pójdę. Zawsze jest co robić, będąc tu i teraz.

Tak w ogóle, to nie musisz się czuć zobligowany, żeby odpisywać, chyba, że chcesz. Tak sobie piszę, bo... chcę.

Ooooooo.... diamentowy..... ciekawe ile będziesz żyć w tej iluzji, ja byłem koło 1,5 roku. Też płakałem jak czytałem wiele rzeczy, dzienna medytacja w standardzie dnia, kamienie, szałwia. Pięknie.... szkoda że to tylko urojenia, albo sposób na zapomnienie o ciężkości życia... owszem to pomaga. Człowiek nie ma tego ciężaru... ale on gdzies tam jest.... on zawsze tam jest. U mnie wyszedł po 1,5 roku. Potem próbowałem wrócić ale jak próbowłem to gubiłem to kim jestem naprawdę, na rzecz bycia "oswieconym", nie pasowało mi to. Nie wiem jak jest lepiej... ale wolę swój ciężar i jakoś z nim żyć. Niż tą bajkę. Jak bym miał wrócić to mam wrażenie że stracę wszystko co udało mi się osiągnąć w prawdziwym życiu.
Tak czy siak powodzenia... może akurat Ci tak zostanie. Nie mówię że to źle, każdy ma swoje odjazdy. Zresztą widać to po ludziach tutaj. Co drugi to bardziej pojebany.

Oczywiście dla niektórych w pozytywnym innym w negatywnym znaczeniu.
Co nie Gryby? Pojabana pozytywna mordunio? :D

Ta. Ucieczka w kolorowy, magiczny świat gdzie nie ma tak naprawdę śmierci i sami tworzymy rzeczywistość. Romantyczna wizje hehehe. I tak, łatwo można się w tym zatracić i zapomnieć, że żyjemy tu i teraz. Byłem, widziałem xD

I diamentowy albo będzie dalej faszerowal się tabsami albo przestanie jeść i mu odjebie (obaj wiemy bardzo dobrze jak heheh) albo ogarnie i będzie funkcjonował. 

Wpierdolenie się w sajko jest tyle straszne, że wszystko upewnia cię, że jest spoko - twoje myśli, jakieś randomy z internetów, artykuły, które czytasz poszukując wiedzy. Chyba, że istnieje w tobie ta nutka sceptycyzmu i nie łykasz wszystkiego jak dziecko.

Z chęcią zobaczę co wyjdzie z diamentowego. 

Tak mi się jeszcze przypomniało - znajomy zapalił kiedyś trawy i został mesjaszem. Galabija na grzbiet i pokurwiał po mieście chcąc łączyć chrześcijaństwo z islamem. Straszył piekłem, cytował Koran i całkowicie niekomunikatywny był przez życie w swoich urojeniach. Smutne. Teraz waży z 60 kilo więcej i lata na psychotropach. 

Ciekawe jakie @misspill ma doświadczenie w takich rzeczach.

Poznawanie świata i praw nim rządzących. Cywilizacje rodzące się i umierające, a po nich następne. Innych, ale z tym samym - ludzkim - pierwiastkiem. Ludzie, którzy rodzą się i umierają, a po nich następni. Inni, ale z tym samym pierwiastkiem - duszą. Jaką Ziemię zostawi poprzednia cywilizacja, taką będzie miała następna. Jaką duszę sobie człowiek zostawi, taką będzie miał w innym ciele. Pory roku - wiosna, gdzie wszystko się rodzi i rozkwita, przez lato i jesień, aż następuje zima i wsio umiera. I a piać od nowa. Widzisz gdzieś stop? Znalazłeś koniec pętli, albo fraktala? Śmierć to tylko podróż.

To kto wg Ciebie odpowiada za Twoje życie, jak nie Ty sam? Komu pozwalasz sobą kierować?

Tu i teraz. Otóż właśnie tu i teraz żyjemy. Łatwo się zatracić w pogoni za hajsem, czy innym gównem i zapomnieć, że żyjemy tu i teraz. Ilu z nas je śniadanie w pośpiechu, myśląc o tym, jak zagospodarować czas w ciągu dnia... 

Wszystko Ci mówi jak jest, ale i tak jest w nas ta nutka sceptycyzmu. No ale ile można na to patrzeć i zaprzeczać?

 

Znajomy stał się mesjaszem, kiedy ogarnął, że Islam i chrześcijaństwo to to samo? Przecież to religie abrahamowe, to czym mają się różnić? Imionami? Niewiele wiedzy mu wystarczyło, by zwariował;-)

To tylko sen samoświadomości.

Coś Ci powiem o prawdziwości życia chacken. Rodzisz się i umierasz, a w międzyczasie możesz być kim tylko chcesz, bo życie to gra. Wymyślasz to sobie. Podzielisz się z nami kim jesteś i co osiągnąłeś w "prawdziwym życiu"? Bo gdzieś tam pisałeś o "awansie za awansem" (to już chyba przynajmniej dyrektorem jesteś w tym korpo, które wysysa z Ciebie energię, co?), bo piszesz że medytowałeś 1,5 roku. Medytacja to zbieranie many. Siły, która pozwala Ci być kim chcesz. No i co się stało? Co się stało, że wpierdoliłeś się w najgorsze gówno - w iluzję szczęścia opiatowego? Brakło ciepła duszy? To jest to "prawdziwe życie"? Dlaczego zatem tacy, jak Ty zgłaszają się do innych po pomoc? Hej marynarzu, dokąd płyniesz? Nie martw się o diamentowego. On to ogarnie. Poobija się jeszcze nie raz, ale jeśli nie braknie mu sił, to ogarnie. I stanie dumny na mostku na rufie swego okrętu. Pomimo, że zwątpi jeszcze tysiąc razy... Powiedz lepiej chacken czemu próbowałeś wrócić i co dokładnie przytrzymało Cię, że nie dałeś rady? Czego konkretnie się bałeś utracić?

 

Wiesz, obserwuję tych wszystkich ludzi, którym pieniądz pomylił się z Bogiem... Którzy pomylili środek do szczęścia ze szczęściem. Którzy mylą seks z miłością, albo (o zgrozo) nie widzą miłości. Myślą, że coś wiedzą... A tak naprawdę patrzą tylko na koniuszek własnego nosa.

 

Lubię Cię chacken. Jesteś naprawdę w porządku chłopakiem, ale zgubiłeś się po drodze. Rozumiem też, że przed tym chcesz ostrzec innych, ale zgubiłeś się w zupełnie innym miejscu, niż sądzisz.

 

Prawda, Miłość, Wolność. Na przekór, hej!

To tylko sen samoświadomości.

Czytając Wasze wiadomości odniosłem wiele wrażeń i uczuć i skłamałbym, gdybym powiedział, że wszystko jest dla mnie jasne. Całkowicie zgadzam się z teorią o „sajko” czyli o „ześwirowaniu”. Wiem, jak wygląda samonapędzający się mechanizm szaleństwa, bo byłem w nim zanurzony po uszy. Buduję się go z czasem, a jego paliwo to wierzenie bez wątpliwości w cały syf, który się przyciągnęło z przeszłości, aż rośnie, jak rak i potem przesłania perspektywe tu i teraz. Przyznam szczerze, że z perspektywy, którą teraz posiadam wizja takiego widzenia świata, to rzecz, z której ciężko wyjść, ale wszystko jest możliwe, jeśli obudzi się chęć. Mi się to kiedyś udało.

Pamiętam co powiedziałeś @PanSzaman „Jak za mocno napnię się strunę, to pęknie, a jeśli za słabo, to nie wyda dźwięku.” Przyznam, że porzucenie jedzenia może sprawiać kuszące wrażenie, ale z własnego doświadczenia już wiem, że to ślepe pragnienie mnie kiedyś zniszczyło, bo nie wziąłem pod uwagę faktu, że przestając jeść porzucam filar na którym opiera się relacja z ludźmi w tym świecie. Pamiętam, że byłem inny. Mocno inny. Na tyle, że nie łączyło mnie już nic z ludźmi, których znałem. To dobre, ale tylko wtedy, kiedy się chcę odejść. Dosłownie i w przenośni. Czuję, że nie jestem na to gotowy, więc porzuciłem to.

W zasadzie, to jedyne, co teraz robię, to żyję w niemal nieustannej chwili obecnej, czasami odpływając w świat myśli i przyzwyczajam się do nowego punktu widzenia. Czuję, że zaczął mi on powoli wchodzić w krew, ale są momenty, kiedy czuję się „nieswojo”. Jestem szczęśliwy, na tyle, na ile mogę być. Kiedy czegoś naprawdę pragnę, to wyobrażam sobie uczucia, jakie będę miał, kiedy ta rzeczywistość wytworzy się w życiu. Przyznam szczerze, że ogrom siły, który się we mnie przebudził sprawia, że są momenty, kiedy napawa mnie to strachem, więc staram się ostrożnie z tego korzystać, bo to też była jedna z przyczyn, która mnie kiedyś zgubiła. Za dużo siły przelanej w plany, które tak naprawdę nie mają znaczenia i spełnienie się ich w takich warunkach, których nie da się wytrzymać w tu i teraz. Ale się pojawiły. Bo wymusiłem.

Co ma dla mnie prawdziwe znaczenie?

Proces.

Czuję, że w moim ciele, w chwili, kiedy złagodniał skok na 4-rty poziom rozpoczęła się regeneracja. Moje ciało się zmienia pod każdym aspektem i jeśli coś ma jakieś znaczenie, to chyba tylko to, ten „proces”, bo moja istota jest soczewką, przez którą widzę świat i wiem, że jest zniszczona. Nie wiem, ile zajmie regeneracja. Nie wiem, czy starczy na to życia, bo mam kręgosłup 80-sięcio latka, jak to powiedział lekarz. (A mam 24 lata. XDDD )

Nie wiem, kiedy zacznie się kolejny skok i nie wiem, czy się w ogóle wydarzy, ale wiem, że jeśli się wydarzy, to nic mnie na to nie przygotuję. Jeśli czegoś mnie nauczyło przejście na ten poziom świadomości to fakt, że czasami najlepszą opcją jest po prostu poddanie się temu, co się dzieję, kiedy rozpocznie się skok.  W sumie mam to w dupie. Jestem szczęśliwy, tak, jak jest. Mam niezliczoną ilość wcieleń, aby ewoluować i nawet jeśli dalej nie dojdę w tym, to i tak jestem szczęśliwy. Przyznam również, że się boję. Zmiany, które we mnie zaszły są potężne, ale cóż, opór nie ma znaczenia. Trzeba się poddać, kiedy skok się zaczyna i tyle. Wyjście do lasu i oddychanie na łonie natury też pomaga, choc przyznam, że to wkurwiające. Wkurwiające, że zawsze jak mnie spotykała zmiana świadomości na wyższy poziom to zawsze musiała być jebana jesień/prawie zima i piździawa na dworze i ciemność po 16-stej. A najgorsze, że las wtedy śpi i nie czuję jego "obecności".  

Ej. Tak teraz poczułem, żeby zadać to pytanie. Czy jeśli umrę, to mogę sobie wybrać świat, czy jestem skazany na ten padół dopóki nie osiągne 7-dmego poziomu? Przepraszam, jeśli to brzmi głupio, ale czuję, żeby o to zapytać, więc poszło. Rodzice mi raczej nie powiedzą. : (

Czemu chcesz czekać do śmkerci z wyborem świata? Wybierz sobie teraz świat i dąż do niego. Stanie się.

To tylko sen samoświadomości.

Strony

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media