Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

miłość, a inne dragi

miłość, a inne dragi

Mówią, że życie może istnieć tylko dzięki miłości...

Może i bez niej. Jest wtedy jednak bardziej napełnione pustką, aniżeli życie człowieka, który kogoś mocno kocha.

Zaciemnione światłem. Czy tam- odbitym blaskiem błahostek, na których skupiamy uwagę, gdy nie ma miłości. Pełno w życiu tego, czym rekompensujemy sobie brak drugiej osoby. I wtedy zasłaniamy oczy rzeczami drugoplanowymi. Kochamy rzeczy, zamiast osób. Albo kochamy się najarać lub zdeksić, by choć przez chwilę poczuć jakiś ogień w sercu. Kaszlak był moim remedium. W parze ze sławną MJ stanowili ucieczkę od smutnego poczucia, że jestem kompletnie sam. Nie chciało mi się nawet ruszyć dupy z domu, by poznawać potencjalne kandydatki na "tę jedyną". Bo wolałem jarać i brać deksa co jakiś czas.

Było zajebiście... teeee, spoko być singlem, nikt nie truje dupy hehe- takie miałem stanowisko. Aż poznałem... ją. W jednej chwili potrafiła tak zająć moje serce, że nie myślałem prawie w ogóle o deksie ani o MJ.

Dzisiaj, gdy jej nie ma, a ja spaliłem dwa wiadra pierwszy raz od... chuj wie jakiego czasu... czuję, że marihuana to idealna namiastka miłości. Tylko że niestety słabsza.

Uczucie, że zasypiasz szczęśliwy jak nikt i w stu procentach spełniony życiowo- miałem je bez stafu, choć niegdyś tylko na fazie. Kompletlny brak pojęcia braku. Kompletna czystość serca. Absolutna doskonałość. Zakochanie- haj jak skurwesyn. Pierwsze takie poważne uderzenie uczuć dla mojego młodzieńczego serca. Kiedyś byłbym gotów przysięgać, że nigdy się nie przywiążę do nikogo i nie narobię sobie nadziei. Potem byłem gotów przysięgać jej wierność do końca życia. Teraz nie jestem już w stanie nic stwierdzić z pewnością, bo wiem, jak los może szybko się zmienić. Nie potrafiłem przed snem nie myśleć o niej, była też moją pierwszą myślą po przebudzeniu. Jak baka w okresie, gdy kochałem zielone, ale "ta jedyna" była milion razy ważniejsza i lepsza. Widząc jej uśmiech, czułem się, jakbym się topił ze szczęścia. Tak samo, jak kiedyś, widząc worek z pięcioma gietami, ale miliard razy mocniej. Dziś, muszę się powoli przyzwyczajać do tego, że otacza mnie tylko... powietrze. Baka pozwoli mi szybko zasnąć, mieć w sercu odrobinę spokoju i ciepła. Czuję się trochę jak puste naczynie, ale zielenina jakoś złagodzi to wszystko. Da chociaż krztynę tego, co mogła miłość. Na tamtą chwilę- najintensywniejsza, jaka mogła być.

Prędzej bym powiedział, że uzależnię się od baki, niż od drugiego człowieka. Uzależniłem od obu heh. Tylko potem na rzecz "tej jedynej" zerwałem kontakt z suszem, bo mimo iż to akceptowała, wyraźnie nie podobało jej się, że często się odurzam. Za deksa mnie zwyzywała od ćpunów i kompletnie zakazała konsumpcji tegoż czerwonego śrutu dla mózgu, kochana kobieta. Przynajmniej wiem, że jej zależało. Mimo iż strasznie się kłóciliśmy, w sumie wspominam ją dobrze, wielu rzeczy mnie nauczyła. Kiedyś myślałem, że zielsko może wiele pokazać i mega wzbogacić życie. Dziś mam świadomość, że relacja z osobą, z którą się dopełniasz, to o wieeele większy podręcznik wiedzy. "Ta jedyna" miała swój niepowtarzalny urok. Wzbogaciła mnie duchowo bardziej niż wszystkie narko, jakie jadłem, zsumowane. Niesamowicie jej porządałem.

 

 

Gdy byłem młodszym lujem i zostałem wprowadzony w mistyczny świat fazy, jaranie pozwalało mi czuć, że życie ma sens. Potem miłość- najwyższa gwiazda w zenicie, która mi przyświecała- odgrywała tę rolę. Był to filar wszelakiej wartości, cud ponad cuda, cel ponad cele. Ta, którą tak kochałem (nadal kocham?), potrafiła dać mi tyle wewnętrznego spokoju i harmonii... Gdy słyszałem jej ciepłe słowa, czułem się, jakbym dryfował w jakimś lepszym świecie, idealnie dobrym miejscu. Jak po kolosalnej dawce kaszlaka albo dżojncie gigancie. Była jak DXM, ale miała trochę inne skutki uboczne. XD

 

Obrażała się, gdy porównywałem ją do ćpania, ale gdyby wiedziała, jak mocno kochałem "ćpać"- czułaby się usatysfakcjonowana. Ją kochałem miliardy razy mocniej. Było tak dobrze. Jak wtedy, kiedy odkrywałem świat psychodeli i czułem, że życie jest niewyobrażalnie piękne. Tylko, że żaden kurwa drag nie daje tak intensywnego zauroczenia życiem, jak zakochanie. Ona była wszystkim, czego było mi trzeba. Dosłownie. Była jak mój lek i jak moja obowiązkowa mantra codzienna jak wskazówka mojego czasu i każda kratka w kalendarzu. Była uzależniająca jak barbiturany, ale działała jeszcze mocniej.

Zaczęło nam się gorzej układać. Cały czas chodziłem zestresowany faktem, że to zmierza w złym kierunku. Trochę jak heroiniarz, który po roku bicia w żyłę uświadamia sobie, że chyba nie byłby w stanie wytrzymać dnia bez białej damy, ale niedługo może przyjść czas biedy i nie kupi działki. Poczucie winy. Ciągły napływ kortyzolu nie działał na mnie zbyt fajnie. Traciłem cierpliwość do niej, bo miała "trochę" chwiejne nastroje. Nie wiedziałem, czy to wszystko ma sens, czy mam na tyle anielską cierpliwość, że przetrzymam jej gorsze dni. A może nie powinienem? Może trzeba było być stanowczym, to wszystko by sie układało?Chciałem być jej zbawicielem i ją ratować przed emocjami, nad którymi nie panowała. MJ kiedyś uratowała mnie w takiej sytuacji. Ja uratować "tej jedynej" nie potrafiłem. Bałem się jak cholera, że coś jest nie tak i nie kontroluję sytuacji. Ta relacja momentami była jak najlepsze mistyczne przeżycie po królowej ziół, a czasami jak chaotyczny bad trip na Tussidexie. Nie wiedząc, kiedy i dlaczego- zauważyłem, jak zaczyna stawać się zimna. Zupełnie jak MJ kiedyś. Stała się jakaś inna, bo nie dawała już tyle ognia co na początku. Tylko że bez mj mogłem żyć z palcem w dupie. Bez miłości- w sumie kładłem się z przekonaniem, że jak się już nie obudzę- to nic nie szkodzi. Albo jak ktoś mi pokaże Styks i zapyta, czy przechodzę dalej- powiem, że tak.

Zejście z miłości jest kurwa milion razy gorsze niż bezsenne noce albo schizy na zejściu kaszaka, czy syndrom amotywacyjny po spaleniu hurtowej ilości topek. Wszystko traci sens. Dla kogoś, kto jest nieczuły, bardziej zna życie, albo zna go mniej- może się to wydawać śmieszne, że gnojek płacze, bo stracił miłość. Dla mnie to, bynajmniej, nic zabawnego.

Aby odstawić cokolwiek- nieważne czy kaszlaka, mj, czy kurwa gluten- trzeba sobie znaleźć coś w miejsce tego, czego już nie ma. Jakiś ciekawy sposób przeżywania nowych emocji, hobby, zajebistą książkę czy pracę. Miłości jednak nie zastąpi NIC.

Moja rada, jako młodego luja, ale już trochę mądrzejszego, niż nawet wczoraj- szukaj miłości. Jeśli chcesz rzucić-'szukaj tym bardziej. Działanie stawia nas tam, gdzie okazja może dosięgnąć. Czy jakoś tak. Więc nie siedź na dupie jak ja kiedyś :D

Aby odstawić miłość- tydzień mielenia w sobie uczuć i frustracji. Przejście przez gniew i żal, aż do akceptacji. U jednych trwa to dłużej, u innych krócej, ale każdy cierpi. Cóż, takie życie.

Wspominam ją ciepło, choć to zamknięty rozdział. Tak jak wspomina się te pierwsze fazy. Z sentymentem, ale i świadomością, że nie wrócą. Trudno. Czas biegnie dalej.

 

Czasem trzeba zostawić za plecami to, dzięki czemu już nie wzrastamy. Nie mogliśmy ze sobą być. Za duża różnica zdań. I za mało wspólnego. Koniec. A może początek nowego życia? Co nie zabija, wzmacnia. Nie dało się dłużej w tym trwać. W czymś, co z początku było magią, a potem już nałogiem, który poniewierał mnie swoją niską wibracją. Tak musiało być. Żyję sam, no i hej, tak obojgu będzie lżej.

Miłość to najsilniejszy drag pod Słońcem. Uważajcie.

Ocena: 

Odpowiedzi

Jak dla mnie istota ludzka to jest po prostu: ciało, dusza, umysł, który w pewnym stopniu jest częścią ciała, emocje jako pomost pomiędzy duszą a ciałem. Duszą nazywamy to co decyduje o żywotności (swoją drogą tylko wtedy to pojęcie ma sens). Istoty żywe mogą to być ludzie/zwierzęta, rośliny i wszystko co nie jest martwe jak na przykład kamień. Duszą powoduje, że materią rodzi i jednoczy siły kierując je w otaczającą przestrzeń- organizm tak działa w przeciwieństwie do martwej materii. Jeżeli założymy, że wszystko co obejmuje czas nie istnieje a życie to przemijające wyobrażenia i bodźce to zarówno duchowość jak i cielesność nie istnieją. Astralem stają się wtedy myśli będące odrośla fizyczności. Aby to zrozumieć trzeba wziąć pod uwagę "umysł nie wiem" jako antagonizm wzięty z przestrzeni. Zwierzęta według niektórych nie mają duszy, bo nie podporządkowują sobie świata. Tak naprawdę nie mają w mózgach 80mld neuronów a kilkanaście tysięcy a wiedza nie jest tożsama z duszą. Jakby tak było to duszą nazywali byśmy świadomość( też ma swoje miejsce) i cegły też byłyby świadome, bo dlaczego nie mogą być:) Hegel uważał podobnie i wiele wspominał o świadomości, ale jego nauka uosobiała ubóstwo treści (płytka, utopijna i powtarzalna) . Ale raczej świadomość jest wtórnym urojeniem tak jak wszystko inne. Wybacz, że tak mieszam wątki, ale jest już późno i ciężko się pisze.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Nie wchodząc w szczegóły wszystkiego, co zawarte w czasie (czyli wszystkiego w ogóle wg ziemskiego pojmowania - vide czas = ruch), to jeśli świadomość, która dla mnie jest jak najbardziej ponadczasowa (oczywiście nie mówię o świadomości własnego ciała - ego, a o świadomości samej w sobie, zajmującej ciało niczym pojazd), jest tylko wtórnym urojeniem, to bardzo jestem ciekaw, co sobie ją wg Ciebie uraja Filozofie. Natomiast iluzoryczność świata możemy wykorzystywać do jego kształtowania za pomocą woli. Możemy wszystko:-) Szkoda tylko, że tak wielu ludzi tak bardzo przywiązało się do swoich pojazdów, iż myślą, że są tym pojazdem. W każdym razie fajny lot, ale do głębszych rozważań są lepsze fora, niż NG.

To tylko sen samoświadomości.

Też kiedyś myślałem, że dusza to świadomość. Później stwierdziłem, że niewiadomo czym ona jest, ale pojawia się tam gdzie jest istnienie i wiedza a nie ma jej tam gdzie śmierć ("martwica") i nicośc ewentualnie strach, bo przypomina oba. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę z pozazmysłowości samej świadomości wplecionej w świat fizyczny do postaci ciała. Jeżeli duszą opuszcza ciało po śmierci oznacza to śmierć rozumu w przypadku gdy dusza jest rozumem. Gdyby było w inaczej to przedmioty i trupy cały czas mogłyby pozostawać świadome i duchem(świadomością) przestalibyśmy nazywać żyjące istoty a wszystko co się nawinie oprócz może nicości.
Jako rzecz "samą w sobie" średnio ją widzę" , bo nie wierzę w takie wymysły. Czyli świadomość może być rozumem, ale jak duch=świadomość=rozum to aż nie chcę pisać co by to oznaczało.
A co do stron na głębsze rozważania to znasz jakieś?

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Przeca wszystkie te rzeczy to tak naprawdę jedno, po prostu ludzie podzielili jedność na części. Nie ma granicy między rozumem, świadomością, ciałem, duchem. Ale, gdyby upierać się przy tym podziale, to i tak jedno z drugim jest nierozerwalne. To taka oczywista oczywistość, że nie wiem jak można tego nie widzieć.

btw. tam gdzie "jest nicość (trochę paradkosalne co?)" to oczywiście nic nie ma. Brzmisz jakbyś się naczytał jakichś "mędrców" i próbował naśladować ich tok rozumowania. Pierdolisz od rzeczy po prostu :P

Nie bardzo rozumiem dlaczego wprowadzasz całą wypowiedź do tego co napisałem na samym końcu. Faktycznie byłoby to nierozerwalne i właśnie o tym mówiłem. Chyba, że materie pozamieniały by się świadomościami (ciekawie to brzmi musisz przyznać) to wtedy różnie. A co do "pierdolenia od rzeczy" to ja bym tak na to nie patrzył skoro w chuj ludzi nie ma o tychże rzeczach pojęcia. I pp prostu wierzą w wiarę.

PS:tam gdzie jest nicość tam nic nie ma.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Stwierdziłeś Filozofie, że "świadomość jest wtórnym urojeniem", spytałem więc co sobie wg Ciebie tą świadomość uraja, czyli inaczej pytałem o mleczarza, a Ty mi napisałeś, że masło jest maślane.

 

To, że większość ludzi nie ma o pewnych rzeczach pojęcia, a Tobie coś tam świta, to jeszcze nie powód do dumy. Zresztą pod Twoim raportem pisałem, że wiesz, że dzwonią, ale nie wiesz, w którym kościele. Tam gdzie pustka tam jest forma. Forma może istnieć tylko w pustce (przestrzeni). A wiara? Wiara to jedna z najpotężniejszych sił (i nie myl wiary z religią). 

 

Co do stron, to jakieś tam znam. Poszukaj, to znajdziesz (gdy będziesz gotowy).

To tylko sen samoświadomości.

Dusza jest po prostu urojeniem ciała. Gdy człowiek tworzy formy (myśli) postrzega je jako element rozumowania, a jeżeli rozum jest częścią mózgu, a mózg częścią ciała to świadomość jest właśnie tym co powstało dzięki ciału. Należy zadać sobie pytanie czy postrzeganiec czegoś znaczy uświadamianie, a więc uduchawianie tamtej rzeczy. Z perspektywy pamięci na ten przykład o zmarłej osobie czy my ją uduchawiamy. Bo to by znaczyło, że wspominając ją ożywiamy ją w naszej pustce jako formę czyli tam jest żywa. Tylko jak wspomnimy ją martwą to ożywiamy do martwej postaci? Trochę to byłoby dziwne. Ale nie będzie jeśli przyjmiemy, że owa powłoka bodźców nadająca charakter istnienia decyduje tylko o sobie samej jako o istniejącej. To by się zgadzało również w przypadku patrzenia się na osobę, która nas nie widzi, bo nie pozostaje uświadomiona przez nas gdy my ją widzimy a ona nie widzi nas. Mogą ją najwyższej spotkać tego skutki, ale generowane z zewnątrz. 

Nadmienię jeszcze, że dla mnie dusza to coś co decyduje o tym, że słyszymy uszami a nie wątrobą albo inaczej.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Za dużo dragow. Polecam odstawić na dłuższy okres

Mniej więcej codziennie myślę o podobnych rzeczach, więc po co mi stopka? Jaranie odpowiednio wykorzystane działa jak witamina mózgu i ciała. Na myślenie jest jak katalizator.

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Ok, czyli ciało wg Ciebie uraja sobie świadomość. Pozwolę sobie postawić zupełnie odwrotną tezę. Po pierwsze Umysł (rozum) to nie mózg. Umysł jest dużo szerszym pojęciem, a mózg to tylko organ. Człowiek nie tworzy myśli! Myślokształty latają, niczym fale, albo obłoczki, a człowiek rezonuje z nimi, dostosowuje do własnych doświadczeń tak, by pasowały i nadaje dalej w eter. Medytacja to świetnie pokazuje, że myśli nie są nasze - obserwacja tego faktu następuje poprzez przepuszczanie myśli (nieutożsamianie się z nimi). Właśnie totalnie nieświadomy człowiek identyfikuje się ze swoimi myślami. Ale czy świadomie ktokolwiek denerwowałby się na np. rozbity telefon? Myśli to nie formy. Formą jest ciało człowieka, grzyb, kamień i stół. Postrzeganie czegoś to też nie uświadamianie, chociaż tu musiałbyś rozwinąć, co rozumiesz przez postrzeganie. Postrzeganie to zmysłowe zarejestrowanie faktu - "widzę grzyba", uświadamianie to proces rozumienia istoty rzeczy - "czym jest grzyb?". Wszystko sprowadza się do przyłożonej uwagi. Pamięć jest potrzebna do rozwoju - jak człowiek miałby się czegokolwiek nauczyć bez pamięci? 

 

Nie miałeś nigdy tak, że czułeś czyjeś spojrzenie na sobie? Odwracasz się, patrzysz od razu na trzecie piętro i bez pudła trafiasz, że to tam ktoś Cię obserwuje? To jest właśnie dusza. Dusza widzi to, czego nie widać oczami. Odbiera świat pozazmysłowo, a o tym, że widzimy oczami (słyszymy uszami) decyduje właśnie ciało. Czyli dusza - metafizyczna i ciało - fizyczne. Są ze sobą połączone, ale nie nierozerwalne. Co prawda ciało bez duszy jest martwe i ulega szybkiemu rozkładowi (lub usycha), ale co się dzieje z duszą? Moim zdaniem (możesz to traktować, jako zwykłą dywagację) dusza szuka następnego ciała (pojazdu) - sprawa nie do udowodnienia, ale jak najbardziej rozważalna. Pozdrawiam.

To tylko sen samoświadomości.

Skoro świadomość uraja sobie ciało, to czemu jest jego więźniem i do tego stwarza sobie pozory?

"Czas wydłużył się do niebotycznych rozmiarów, wyszedł na dzień po spotkaniu z cieniem z literatki. W jego zarządzie postępowań spadły sprawy sprzed teleskopów."

Żeby odczuwać. Kiedy wsiadasz do auta, musisz "stać się autem", czuć jego gabaryty itd. Życie to gra, a Ty jesteś graczem, a nie figurą na szachownicy.

To tylko sen samoświadomości.

"There is no spoon" - #pdk

Hehe, miłość to jest narkotyk. Działanie na mózg jest takie samo jak narkotyków tylko że naturalne i to nie jest żadna ściema. No i odstawienie to wiadomo jak wygląda. 

Nawet o tym raz z terapeutami na terapii rozkminiałem, że miłość jest jeszcze gorsza od narkotyków bo jak kogoś zostawiasz to JUŻ (raczej) NA ZAWSZE. Dragi sa takie że jak je zostawisz dzisiaj to za 3 lata wiesz że one czekają. W miłości jak kogoś opuścisz to już nigdy nie będzie "tak samo". 

Miłość to narkotyk... i to najmocniejszy na świecie, bo naturalny. Człowiek nie wie co się z nim dzieje jak przychodzi do rozłąki, a to poprostu odstawienie.

Ktoś czyta moje komentarze i pomyśli że jestem spaczony i wszędzie widze uzależnienie, nawyki i nałogi. No tak kurwa ale to nie są jakieś głupie gadania, na pewnym poziomie "zrozumienia" uzależnienia, człowiek zauważa że człowiekiem rządzą TYLKO nałogi i nawyki.

Ogólnie to mniej tripraport a bardziej retrospekcja. Niemniej ja osobiście uważam neurogroove za blog i szczerze to jak zwiazane z dragami to dodawać.

A do ciebie 2171 (czy jakos tak), teraz coś bierzesz? Just curious

Miłość (do drugiego człowieka) to na pewno odmienny stan, tak samo śnienie, medytacja, czy gra. Nie jest jednak tak, że tracisz ją bezpowrotnie. W końcu "każda miłość jest pierwsza", jak śpiewała Irena Santor. Swoją drogą przypomniał mi się aforyzm Tristana Bernarda: "Największym grzechem jest grzech miłości - jest tak wielki, że trzeba dwojga, aby go popełnić". Nic na zawsze, nigdy nigdy;-)

To tylko sen samoświadomości.

Wiedziałem, że nie ja jeden kminiłem nad podobieństwem miłości do narko xD Jest tak jak piszesz- odstawienie to cholerny szok właśnie przez świadomość, że nie ma powrotu. I najczęściej odstawiasz nagle, kiedy nie chcesz. 

 

Nie, obecnie palę jedynie zielsko :D

Miłość ma tyle form, a tak trudno je rozwinąć.
Umierała stokroć, wciąż nie może zginąć.

Taaak, o to mi chodziło, a z odejściem miłości to chodziło mi o to że niekoniecznie będziesz w stanie po odejściu jednej odrazu znaleźć kolejną, czasami to trwa latami, a narkotyki? Ma się zawsze, dlatego są niebezpieczniejsze od miłości/szczęścia, ale nigdy jej nie zastąpią, bo miłość/szczęście jest jedyna w swoim rodzaju, a branie narkotyków to próba maskowania braku jej w naszym życiu.

Szczególnie opiaty kodeina, morfina, heroina bo one nie powodują przyjemności jak np. mdma/trawa/amfa. One powodują szczęście. Z przyjemności można zrezygnować... ale ze szczęścia?

Pewnie się powtarzam no ale trudno.

Tak, prawo wiecznej zmiany jest piękne i cudowne. Dlatego często powtarzam, że wczoraj nigdy nie wróci, a jutro nigdy nie nadejdzie - jest tylko tu i teraz. W naturze mamy ciągły ruch, a ruch to czas. Przypomniałeś mi "Nic dwa razy" Szymborskiej. Mój ulubiony czterowers:

 

"Czemu ty się, zła godzino,

z niepotrzebnym mieszasz lękiem?

Jesteś - a więc musisz minąć.

Miniesz - a więc to jest piękne."

 

Co do przyszłości ludzkości, to oczywiście nie wiadomo, jak to się powydarza (czy to maszyny nas eksterminują, czy sami wojną się wyniszczymy, czy Yellowstone wybuchnie, czy przestaniemy się ro zmnażać itp.), ale historia kołem się toczy. Był "wielki potop" (wszystkie podania na całym świecie o tym wspominają, no i wystarczy spojrzeć na spisy liczby ludności sprzed wieków), może być "wielki pożar". Planeta złapie oddech, ale tak, jak poprzednia cywilizacja zostawiła Sacharę, tak i my zostawimy Amazonię... Robiono taki eksperyment z myszkami i po olbrzymim wzroście populacji nastąpił absolutny krach demograficzny. Spodziewam się analogii - wszystko na to wskazuje. Tym nie mniej cieszmy się spektaklem.

To tylko sen samoświadomości.

Wiesz, z myszkami to tak, że nie miały żadnego celu - Full żarcia, perfekcyjne warunki do życia, wieczna hulanka. Jasne, że im  spadło na lebki, ale ludzie potrafią zrobić coś, choćby i rzeźbę z gówna, i samo to może da nam przetrwać. 

A co do maszyn/komputerów - to jest zabawne, bo... Nie mają po co nas eksterminowac. Same komputery nawet zbytnio nie potrzebują miejsca, a maszyny (roboty) nie potrzebują zasobów do "zycia", nie mają i wątpię żeby miały chęci i możliwości na rozród. To po prostu ponure spekulacje z dawnych lat. 

Będzie zajebiście, nie ma co się martwić 

Maszyny mogą w przyszłości np. próbować zmienić atmosferę, żeby nie korodowały, co może być dla nas zabójcze. Swoją drogą już jako dziecko zastanawiałem się, czy to nie tak, że człowiek tworzy maszyny, one go wykańczają, a po czasie tworzą ponownie życie biologiczne i same odchodzą, po czym człowiek tworzy maszyny... itd. No ale tak dywagować można w nieskończoność. Martwić się oczywiście nie ma czym, bo dla każdego swoisty koniec świata następuje w godzinie śmierci. 

To tylko sen samoświadomości.

Przeczytałem ten tekst z trzy razy. Nawet nie wiesz jak bardzo utożsamiam się z Twoim tekstem, toż to czysta poezja. Chciałoby się rzec - moja autobiografia. Pozdrawiam! 

W myślach mówię skarbię, tego się nie wyzbędę. Uczucie pazerne jest jak zatrucie, mam gangrenę. Widmo wyparł czas ale, syndrom pytań kwitnie jak kwas w upale.

Strony

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media