Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

międzywymiarowa inkwizycja, czyli jak to wszystko się u mnie zaczęło

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Z gały po dwa machy na dwóch.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastawienie pozytywne, ciekawość nieznanych efektów. Spalone z towarzyszem, trip spędzony już bez niego w domu.
Doświadczenie:
Wówczas poza pierwszymi próbami z alkoholem, papierosami i kawą - żadne.

międzywymiarowa inkwizycja, czyli jak to wszystko się u mnie zaczęło

Całe dzieciństwo spędzałem z kolegami z mojego dawnego podwórka. Kiedy jednak miałem 13, czy 14 lat musieliśmy z matką się przeprowadzić. Co prawda nie daleko, ale w jakiś sposób zaważyło to na tym co dalej się ze mną działo. To jednak już inna historia. Póki co miałem kontak z dawnym podwórkiem. Pierwsze piwo, szlugi były właśnie z kumplami dawnego podwórka.

W propagowaniu trawy i ogólniej dragów przodował u nas młodszy o dwa lata K. On pierwszy przeszedł inicjacje, ze względu na kolegów z klasy i kuzyna. Dzieliłem z nim, i jeszcze niektórymi przez te wszystkie lata wiele pasji, wreszcie podzieliłem i tę. Pierwszy poczęstunek był właśnie od niego. Czy to było to? Do dziś powątpiewam, choć zarzekał się że to ''swojak''. Niczego wtedy tak naprawdę nie poczułem, jednak podobno tak właśnie się zdarza.

Minęły wakacje, zaczęła jesień, a ja nieco doedukowałem się w temacie marihuany. Czytałem różne artykuły w czasopismach popularnonaukowych, publikacje i opowiadania, wreszcie trafiłem na portal hyperreala z przyległą istniejącą wtedy jeszcze kanabą, i przede wszystkim neurogroove'm. Pamiętam jak dziś, już po mojej właściwej inicjacji, jak przesiadywałem późną jesienią przed komputerem w bibliotece wertując tripraporty na żółtej jeszcze wtedy stronie starego neuro. Lektóra wciągała jak nic innego. Wtedy jeszcze to była faktycznie pasja, z czasem miała pozostać tylko chorobliwą obsesją.

Wracając do inicjacji, tamtego dnia ja z A., podwórkowym rówieśnikiem, też głodnym wtajemniczenia, liczyliśmy na inicjatywę wspomnianego K., jak później okazało się daremnie. Sfrustrowani, przygnębieni ulokowaliśmy się przy schodkach jednej z klatek schodowych i głowiliśmy co tu począć. Nagle, jak na zawołanie z za bloku wychyliło się dwoje znacznie od nas starszych podwórkowych typków, co do których nie mieliśmy wątpliwości, że używają sobie w najlepsze. Zrobiłem wtedy coś co dla mnie samego było zaskoczeniem. Poważyłem się zagadać do nich na spontanie. Zaśmiali się i podeszli. Ryknęli jeszcze większym śmiechem, gdy dowiedzieli się o co nam chodzi, i że dysponujemy tylko pięcioma złotymi. Było wczesne popołudnie. Wzięli pieniądze i kazali czekać. Mieli niedługo wrócić.

I tak czekaliśmy, najpierw podekscytowani, potem sfrustrowani, gdy okazało się że wciąż nie wracają. Mijały godziny. A., największy podwórkowy czarnowidz całkiem już stracił nadzieję i zabrał się do domu. Gdyby jednak mieli wrócić, miałem po niego rzecz jasna wpaść. Mnie nie łamał tak wielki pesymizm. Czekałem cierpliwie kręcąc się to tu to tam. Mijały kolejne godziny, było już późne popołudnie, i zdawać by się mogło, że już raczej nic z tego nie będzie. Jednak nie chciałem tracić nadziei, czekałem, aż wreszcie przy klatce pojawił się jeden z nich, powiedzmy, że W. Skinął, podszedłem i weszliśmy do ganku. Tam podał mi nabitą już lufkę, poinstruował po krótce co i jak, i zmył się, a ja uradowany wbiegłem na górę po A.

- Widzisz? Mówiłem że się na nich nie zawiedziemy - stwierdziłem zadowolony, prezentując konspiracyjnie zakup.

Ubrał się i poszliśmy w stronę polanki za podwórkiem. Skryliśmy się w krzewach półdzikich malin pod samym słupem linii wysokiego napięcia. Susz był szarozielony i miał ten swój niezwykły zapach. W. zdążył przestrzedz, byśmy palili ostrożnie, bo to tzw. ''skun''. O skunie wiedziałem wtedy tylko tyle że to ''marihuana nasączana heroiną'', a to dzięki cudownemu źródłu informacji jakim była jakaś propagadnowa strona policji. To nas trochę zaniepokoiło, ale decyzja już dawno zapadła. Zapałkami, bo nie mieliśmy nawet ognia, rozpalaliśmy susz. Ściągnęliśmy po machu, przytrzymaliśmy chwilę na głębokim wdechu i chcieliśmy na tym poprzestać. Wróciliśmy na ścieżkę i ruszyliśmy w stronę podwórka. Wciąż nic nie czuliśmy, więc postanowiliśmy, że jednak dokończymy. W kuckach tym razem na środku ścieżki ściągnęliśmy znów po machu i na tym bicie się skończyło.

Za chwilę dotarliśmy do boiska na naszym podwórku, A. porozmawiał chwilę z grającymi w piłkę kolegami, po czym odprowadziłem go pod blok, a sam ruszyłem do swojego mieszkania. Kiedy przekraczałem ulicę niczego jeszcze nie czułem, minęło z 10 - 15 minut od palenia, ale już za moment, gdy skręciłem chodnikiem pod swój blok nagle coś niebywałego przykuło moją uwagę. Oto bowiem zapatrzony w chodnikowe płytki, jak zwykle skojarzyłem ich wygląd z torami kolejowymu, i wtedy tuż obok usłyszałem odgłos przejeżdżającej staromodnej parowej lokomotywy, ''Ciuch, ciuch, ciuch, ciuch''. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że to w istocie dźwięk samochodu jadącego ulicą obok. Nie minęła nawet chwila, gdy wystąpiły kolejne rewelacje. Dopiero co szłem chodnikiem, a nagle znalazłem się już na zakręcie, nie przypominając sobie pokonanej drogi sprzed chwili. Wokół głowy na skroniach zaczęłem czuć coś jakby zaciskającą się stalową obręcz. Nie było to nieprzyjemne, choć nieco bolesne, a zaskakujące. Znów mnie przeteleportowało, już byłem pod swoją klatką, a za moment stałem przed swoimi drzwiami. Z trudem przypominałem sobie drogę na górę, jak jakiś odległy, niezwykły sen. Tymczasem drzwi przede mną zasnuwała mgła.

Otworzyła matka. Widziałem ją przed sobą, a wokół niej zawężał się okrąg poza granicami którego nie widziałem już niczego. Zaniepokoiłem się nieco tym jak się teraz przed mamą ogarnę ze ściąganiem butów, rozebraniem się itd. Wtedy znów nastąpił przeskok, już je ściągałem, już się rozbierałem, mimo nieogaru, wszystko działo się jakby automatycznie. Uspokoiło mnie to. Mama mówiła mi coś o tym, że ktoś z moich znjomych dzwonił, ale nie bardzo to rozumiałem, udałem tylko że jest inaczej, ograniczając kontakt do stosownego minimum, tak by nie zdradzić się ze swoim stanem. Nie minęło pół minuty, a mnie zdawało się że długie godziny. Kończyłem się dopiero rozbierać, a z odmętów pamięci wracało odległe wspomnienie rozmowy sprzed chwili. Ze zdziwieniem zorientowałem się, że mama dopiero co wspominała, że ktoś dzwonił do mnie, gdy mnie nie było. Jeszcze większe zdziwienie wzbudzało wrażenie, jakby było to wspomnieniem sprzed dobrych dni czy tygodni, wbrew rozsądkowi.

Idąc korytarzem do łazienki, aby umyć nogi, wydało się mi jakbym leciał jako szybowiec długim, szerokim kanionem, przez długie minuty, a to było raptem kilka kroków. Usiadłem na brzegu wanny by umyć nogi. Całym moim światem w tamtym momencie było to co widziałem przed sobą w zawężonym kręgiem polu widzenia, a wokól i za mną ziała pustka, jakbym przysiadł nie na wannie, a na samej krawędzi przepaści odwrócony do niej plecami. Choć bardzo głęboko ulegałem tym wszystkim wrażeniom i wyobrażeniom, nie popadałem w popłoch, a przeciwnie upajałem się nimi jak niczym wcześniej w życiu. Bawiłem się cudownie, i chociaż zapominałem się, to przecież zaraz odzyskiwałem rozeznanie w otoczeniu. A więc tak miała działać ta osławiona marihuana. Zrozumiałem, że od tej pory będzie mi moim własnym, osobistym światem. Istniał tylko dla mnie. Zakochałem się weń od samego początku.

Kończyłem myć nogi, zajmowało mi to kolejne długie godziny, a przed sobą na ścianie ujrzałem groteskowy teatr dwóch półprzejrzystych, klasycznych masek teatralnych. Jedna wyrażała smutek, a druga radosć. Zlazłem z wanny i stanęłem pośrodku łazienki czując teraz intensywniej przepaść za sobą. Naraz wybuchła we mnie tak silna euforia, że zaczęłem dziwnie tańczyć obkręcając się ku kolejnym z czterech stron świata, za każdym razem krzyżując energicznie ręce na piersi i znów je wyrzucając. Nie zdawałem sobie nawet sprawy z tego co wyczyniam, do czasu aż dotarło do mnie że nucę jak jakiś indiański szaman i tańczę bijąc się w pierś przed stronami świata, kiedy dobiegły mnie słowa matki, bym wreszcie przestał tak śpiewać. Zupełnie nie wiem skąd mi się to wtedy wzięło. Byłem tym zachwycony.

Zgodnie z maminym obyczajem naszego domu miałem po powrocie przetrzeć podłogę. Coś mi się wtedy pokićkało, chciałem umyć wanne, bo zdawało mi się że brałem kąpiel. Z błędu wybił mnie dopiero widok lanego do wanny płynu do podłóg. No tak.

Wróciłem do korytarza i znów poraziły mnie jego niezwykłe rozmiary. Przecierałem podłogę jakiegoś wielkiego placu. Kiedy wreszcie skończyłem, a znów jak wszystko wtedy, zdawało mi się że trwało godziny, a w łazience myłem nogi przed tygodniami, przezornie czmychnęłem przed matulą do swojego pokoiku.

Padłem na fotel. Czułem w głowie, i ciele przyjemną błogość, a euforyczne wyobrażenia wciąż kształtowały się w mych myślach i przed oczami. Z odrętwienia wyrwał mnie widok zakapturzonych zakonników widzianych przez półprzymknięte powieki. Stali kręgiem wokół mnie z głowami pochylonymi nade mną, wymalowani szarą, półprzejżystą wizją. Niesamowite.

Podniosłem się z fotela i znowu spontanicznie dałem ponieść wyobraźni. Wczułem się jak wcześniej w bycie szybowcem i tak szybowałem od końca pokoju do szyby, a ten jak wtedy korytarz zdawał się być ogromną przestrzenią.

Zabawę przerwała mama przypomnając mi o suchym już praniu czekającym bym je złożył do szafy. Otworzyłem ją i wtedy znów dałem się ponieść... Czułem się wiejską, grubą kobietą przebraną w suknię i fartuch. Dookała było podwórze gospody zalane słońcem południa. Przyśpiewując jakąś ludową piosenkę i podrygując do jej taktu rozwieszałem(a raczej rozwieszałam) mokrą bieliznę na sznurze. Oj dana dana. W istocie wieszałem suche skarpetki na rurce do wieszania ubrań.

Gdy skończyłem poczułem silne podniecenie seksualne. Nie byłem już wiejską babą a międzyplanetarnym podróżnikiem którego rolą było zapładniać napotykane formy życia. Tym sposobem brzeg drzwiczek otwartej szafy jawił mi się jako olbrzymia wagina obcej istoty, którą to polizałem wzdłuż całej długości tym samym zapładniając.

Czas wciąż był niezykle wydłużony. Cokolwiek udało mi się przypomnieć od czasu rozpoczęcia tripu było jakby sprzed tygodni, a później miesięcy, a czynności dopiero co wykonywane jak sprzed godzin. To był dodatkowy efekt w mojego prywatnego światka, bonusowy czas, miesiące upchane w godziny. Strasznie mnie to podrajcowało.

Odniosłem wrażenie, że ktoś stoi za oknem, mimo że mieszkam na piętrze. Pokazałem mu fuckera, i wtedy okazało się, że to moje własne odbicie.

W końcu przekonałem się by pójść do dużego pokoju, zjeść kolację i z mamą pooglądać telewizje. Nigdy wcześniej zwykłe kanapki tak mi nie smakowały, z niezaspokojonym apetytem zjadłem ich furę. Gdy skończyłem i rozsiadłem się na krześle pojawiły się kolejne rewelacje. Tym razem miałem omamy smakowe, czułem na języku jakby jakieś pękające kulki z których wylewał się i rozpływał mleczny smak. Poza tym zaczęłem odczuwać smak związany z poczuciem ciała, tym jak trzymam nogi i w jakiej pozycji siedzę.

Miałem wrażenie że pokój w którym siedzimy zamknięty jest w szklanej kuli i stanowi cały świat zawieszony w ciemnej nicości. Poza nim nie było niczego ani nikogo. Rozluźniłem się w końcu przy mamie na tyle by nabrać swobody, dotarło do mnie bowiem, że tylko ja odbieram te rewelacje i gdy nie chcę wcale się w nich nie zapominam.

Oglądaliśmy odcinek jakiegoś serialu. W przerwie reklamowej, z reklamy nutelli odebrałem przekaz zakodowany tylko dla mnie. Oto reklama w której dzieci biegają po plaży, i pada hasło ''Potrzeba tyle energii, aby być dzieckiem'' przedstawiała w istocie alternatywną rzeczywistość z ziemią zamieszkiwaną przez same dzieci. Przypomniałem sobie, że jestem międzywymiarowym inkwizytorem podróżującym między światami, osądzającym je i zgodbie z wyrokiem albo je wspomagałem albo sprowadzałem zagładę. Przybywając gdziekolwiek przybierałem tożsamość przypadkowego tubylca jak teraz tutaj. Jednak coś poszło tym razem nie tak, bo uległem złudzeniu tej tymczasowej tożsamości jakiegoś nastolatka i zupełnie przestałem pamiętać, że jestem inkwizytorem. Światy reklamowały się przede mną przybierając pozorną formę błachych telewizyjnych reklam, i tak dotarło do mnie przesłanie skryte za promocją nutelli. W istocie cywilizacja dzieci wznosiła do mnie ostatnie błaganie po tym jak ją osądziłem jako niegodną i chciałem sprowadzić zagładę. Teraz sprawili, że o wszystkim sobie przypomniałem. Było to dla mnie rzeczywiste nie mniej niż codzienne życie, zarazem wiedziałem jednak że to tylko gra niezwykłych skojarzeń i wyobraźni. Dlatego skryłem przed matką łzy jakie popłynęły mi ze wzruszenia i żalu powodowanych faktem niewłaściwego ocenienia świata niewinnych dzieci, wiecznego dzieciństwa.

Później oglądaliśmy po raz pierwszy ''Facetów w czerni'', nigdy wcześniej nie mogłem na nich trafić. Wydłużali się jak wciąż wszystko w długie godziny i dni. Czułem się jak na długich wakacjach. Kolejne sceny i reklamy przedstawiały podobne tamtej gry ukrytych wielonaczności skojarzeń, podsycały psychodeliczne wyobrażenia. Wreszcie film skończył się, skojarzenia osłabły a mnie przemogła błoga senność.

Gdy rano wstałem nie mogłem uwierzyć w to czego doświadczyłem. Ze zdziwieniem i wciąż lekką euforią przypominałem sobie efekty, zwłaszcza upchane w przeciągu sześciu godzin miesiące(tyle trwał trip) i urojone tożsamości, a z nimi przesłania z i przeskoki do alternatynie pojmowanych rzeczywistości nałożonych na tę codzienną. Do wieczora spędzałem czas na moim podwórku, wciąż rozmyślałem tylko o jednym. Miało się dopiero okazać, że codzień przez kilka następnych miesięcy, niemal bez przerwy będę wspominał i myślał tylko o tym, aż znów nadarzy się okazja żeby zapalić. Przy kilku czy kilkubastu następnych razach taka psychodela znów występowała nieznacznie tylko słabnąć i nie miałem powodu by sądzić, że w końcu odejdzie. Niestety z czasem odeszła i palenie straciło swój pierwotny urok. Dzisiaj rzadko uświadczam ciekawszych efektów, nawet nie paląc często, a i tak w niczym tamtym nie dorównują. Wieczorem zorientowałem się, że nie tylko poprzedni wieczór, ale i dzisiejszy ranek pamiętam jak przez mgłę, więc i dziś w jakiś ledwo wyczuwalny sposób wciaż mnie trzymało. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że obejrzałem ''Facetów w czerni'', choć połowy scen i fabuły nie pamiętałem. Zakochany od pierwszego razu niecierpliwie czekałem kolejnych.

Tymczasem A. nie doświadczył niczego spektakularnego, poza chwilowym poruszaniem się kwiatów doniczkowych, był zawiedziony, wręcz przekonany, że zostaliśmy oszukani.

Ocena: 

Odpowiedzi

Nie mogłem się powstrzymać od złożenia Ci gratulacji- więc takowe składam =) 

Zarąbisty raporcik, widzę, że mamy podobnie w bani ułożone, bo i ja miewam podobne efekty :D W jaraniu jestem jednak amatorem.

Daję 5 gwiazdek oczywiście, pozdro! 

Spoko, ale to już przeszłość. Przychodzi taki moment, gdy z tym eksperymentowaniem zachodzi się za daleko, przestaje to być tym czym było, i wtedy już z pustego się nie naleje.

Czytając twoje widzę tą swoją przeszłość, w tym właśnie to niedostrzegalne zatracanie się... Nie wpierdol się w gówno.

Pozdrawiam_

Idelany trip raport . Czytając twojego tripa przypomniałem sobie swój pierwszy raz , był idealnie podobny do twojego , identyczna obręcz ściskająca głowe , naprawde niesamowita i ciekawa  roślina potrafiąca napisać różne scenariusze. Pozdrawiam

Międzywymiarowy Inkwizytorze, czemu tak długo trzymałeś to w tajemnicy? Rewelacja.

12 lat. Pojawiło by się wcześniej, gdybym nie odkładał jak wszystkiego, i potem nie zgubił oryginalnych zapisków. To zaledwie przepłyczyny z tego co do dziś udało się jeszcze spamiętać.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media