Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

sigma plateau i istoty wyższe

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
Różne
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Codzienna depresja
Wiek:
26 lat
Doświadczenie:
MDxx, kodeina, konopie, alkohol, tytoń, psylocybina, kokaina, dekstrometorfan

sigma plateau i istoty wyższe

Kilka słów wstępu

 Jakiś czas temu dodałem raport opisujący moje delirium i podróże kosmiczne pod wpływem DXM. Raport niesamowity i niewiarygodny  - jestem przekonany, że wielu czytających uważa, iż po prostu sobie to wszystko zmyśliłem. Również tym razem zabiorę Was na chore ścieżki mojego skrzywionego umysłu i mam nadzieję, że spodoba się Wam ta podróż.

Jakiś czas temu miałem sporą zajawkę na numerologię, gdyż data mojego urodzenia daje mistrzowskie 33, a imię i nazwisko dają mistrzowskie 77. W tym okresie również miałem ostre ciągi, przynajmniej jak na mnie - codziennie musiało coś być, czy to MDMA, kodeina, DXM czy po prostu marihuana. 

Dzisiejszą opowieść zaczyna się już po kilku dniach takiego maratonu, jednak najpierw muszę opowiedzieć Wam o czymś co działo się wcześniej. Otóż marihuana, której potrafiłem wypalić ponad gram w ciągu kilku godzin, po pierwszym spotkaniu z grzybami psylocybinowymi i dekstrometorfanem, zaczęła mnie nieziemsko składać już po jednej lufce. Pojawiły się CEV/OEV, które były bardzo abstrakcyjne i do dziś mają zawsze jeden i ten sam kształt i identyczne zachowanie. Pominę ich opis, jednak jestem pewny, że moglibyśmy nad tym ciekawie pogłówkować.

Spotkanie z "istotą z innego wymiaru"

Pewnego razu postanowiłem po prostu spalić z bonga (butelka+lufka) pięć lub sześć luf pod rząd i zobaczyć co się stanie. Poprzednie dni oczywiście zleciały pod znakiem Thiocodinu, Acodinu i różowych Faraonów 240mg. Spaliłem to wszystko w przeciągu kwadransu,  bardzo męcząc swoje płuca, usiadłem na kanapie i czekałem na rezultaty. 

Standardowe CEV/OEV przybrały formę niezależną od mojego wzroku. Z czarnych kropek tworzących strukturę kryształu uformował się byt, którego wszystkie punkty świeciły dodatkowo na niebiesko. Okazało się, że lewituje on po prostu nad moją kanapą i nawet nie myśli, żeby podążać za moim wzrokiem. Odwracam się, wstaję, wychodzę z pokoju - on nadal jest w jednym i tym samym miejscu.

Zaczął paraliżować mnie bliżej nieopisany strach. Nie wiem skąd, ale czułem, że właśnie nawiązałem kontakt z bytem wyższym. Nie wiedziałem, czy to może duchowy stwórca, jego wysłannik, czy jakiś avatar kolesia, który odpalił symulację naszego świata na komputerze w piwnicy, ale widziałem, że ów byt ma moc, by jedną myślą wymazać moją egzystencję.

Wiedziałem jednak, że nie mam się czego bać, gdyż on mnie nie skrzywdzi. Nie wiedziałem o co zapytać, co powiedzieć, miałem dosłownie sparaliżowany umysł. Żałuję, że o nic nie spytałem, chociaż jestem pewien, że i tak nie byłoby to możliwe w moim stanie.

Po około dziesięciu minutach milczącego kontaktu "wzrokowego", podjąłem decyzję, która okazała się błędna - wyszedłem na balkon zapalić jeszcze jedną lufę. Po spaleniu jej, momentalnie cała "faza" się wyłączyła, a ja w kilka sekund stałem się idealnie trzeźwy, jak gdybym nic nie zapalił i nic od kilku dni nie brał. W dalszej części pomijam kilka historii, ale muszę tutaj dodać, że potem wielokrotnie miałem sytuacje, w których czułem, że nie powinienem już dopalać i zawsze coś nie wychodziło - a to susz "magicznie" zniknął z lufki, a to dopalenie powodowało natychmiastową trzeźwość, itd.

Sigma Plateau

Następnego dnia obudziłem się na kanapie, a po "istocie wyższej" nie było już śladu. Za to ja zacząłem pomału czuć odpalające się Sigma Plateau. W zasadzie hiperszczęście i inne objawy nie różnią się za bardzo od zwykłego epizodu manii, ale miałem także kilka niewyjaśnionych zjawisk, a także mózg w owym czasie pracował mi jak nigdy przedtem.

Kilkukrotnie znalazłem papierosy i pieniądze na ziemi, gdy ich potrzebowałem, a także "mocą umysłu" wyłączyłem kilkukrotnie deszcz. Gdy szedłem ulica i chciałem, żeby coś się stało, działy się jak na zawołanie różne niecodzienne zjawiska, które dostrzec na ulicach można raz na rok, lub rzadziej. Sporo tego działo się nawet w obecności świadków, ale tego typu wydarzenia chcę w tym raporcie pominąć. Skupmy się na wrażeniach "pod wpływem", w końcu na tym polega trip report.

Historia o Trzech Kościołach

Dzień lub dwa po początkach Sigma Plateau, uznałem, że czas zapalić ponownie i "zobaczyć co się stanie". Na co dzień daleko mi do Chrześcijaństwa, uważam, że zjawiska pokroju Ducha Świętego czy buddyjskiego oświecenia to bardzo bliskie, jeśli nie te same zjawiska, w dodatku opisywalne i mierzalne naukowo (konfrontacja z jaźnią, integracja osobowości, cień personalny, itd). Tego jednak dnia dane mi było przeżyć niesamowite wkrętki ze szczecińskimi kościołami. 

Po spaleniu wyszedłem z domu i poczułem, jak nogi prowadzą mnie same. Gdy próbowałem stawiać opór i iść "swoją drogą", czułem narastające parcie i z minuty na minutę było coraz trudniej. W końcu uznałem, że poddam się temu dziwnemu działaniu i zobaczę, gdzie mnie poniesie.

Zaprowadziło mnie pod kościół w okolicy Placu Zwycięstwa. Nie wiem skąd, w głowie pojawił się głos "dzisiaj trzykrotnie się mnie wyprzesz". Stałem pod tym kościołem bez ruchu, próbując zrozumieć co się dzieje, aż uznałem, że odejdę. W tym momencie wiatr zawiał bardzo mocno, prawie mnie przewracając i zawrócił mnie pod kościół. Sytuacja powtórzyła się dwukrotnie, a ja miałem "mózg ro***bany", zauważając, że to już nie tylko moja dysocjacja i wkrętka z kontrolowaniem moich ruchów, ale także wiatr, czynnik zewnętrzny, współpracuje z moim tripem.

Po chwili namysłu nogi poniosły mnie pod kolejny kościół, na ul. Wyszyńskiego. Tam również trzykrotnie mocny wiatr prawie zwalił mnie z nóg. W tym miejscu pewnie większość osób uzna, że zmyślam, ale dokładnie taka sytuacja miała miejsce. Osobiście również ciężko mi w to uwierzyć…

Następnie "poniosło" mnie na Trasę Zamkową i ustawiło w miejscu, w którym w poprzednim raporcie widziałem UFO. Zresztą właśnie od tej marihuanowej podróży wzięło się moje późniejsze zamiłowanie do spędzania tripów w okolicach Odry. Obróciło mnie w stronę kościoła przy Placu Tobruckim. Pamiętam, że wtedy również wiatr zawiał trzykrotnie, prawie zwalając mnie z nóg. Jednak buńczuczny TymekDymek uznał, że po dwóch podmuchach wiatru spróbuje odejść i nie pozwolić na trzeci podmuch. Był to błąd, bo gdy tylko zrobiłem krok, wiatr ściął mnie z nóg i brakowało dosłownie ułamka sekundy, a przeleciał bym przez barierkę oddzielająca ścieżkę dla rowerów od drogi dla aut i już by mnie nie było.

Ponowne spotkania

W tym całym ciągu, za każdym razem, gdy paliłem marihuanę, miałem różne wizje. Cienie na suficie zmieniały się w różne duchy i dziwne istoty, które leciały w moim kierunku. Praktycznie do dziś po większej ilości niż 2-3 lufki w ciągu godziny, cały obraz mi faluje, rzeczy zmieniają się w rzeczy, ruszają się i bardziej przypomina to wizualizacje po LSD, niż konopie. Nie wiem jakie zmiany zaszły w moim mózgu po pierwszym spotkaniu z psylocybiną i DXM, ale nie potrafię już zjarać się "jak kiedyś". Zawsze jakieś dziwne wizualizacje, obecność bytów z innych wymiarów, ogółem skrajna psychoza. Różnica między tym, a opisanym w poprzednim raporcie dekstrometorfanowym delirium jest taka, że tutaj mam możliwość oceny sytuacji i wiem, że nie jestem trzeźwy. 

Jedno ze spotkań miało miejsce ponownie w moim domu. Spalony kilkoma lufkami leżałem z zamkniętymi oczami, oglądając kolorowe wizualizacje, które z czasem przeobrażały się w pełne obrazy w 3D, przedstawiające różne realne i nierealne miejsca. Podczas mentalnego lotu nad zalesionymi wzgórzami, trafiłem na czarnego człowieka, a właściwie sam kształt człowieka, gdyż był on czarniejszy niż najczarniejsza czerń. Brak jakiejkolwiek twarzy, czy włosów, właściwie można by uznać, że był on szczeliną w czasoprzestrzeni. Tym razem wiedziałem jednak, że ów byt jest "zły". Chciałem uciec, lecz nie mogłem. Po chwili wpadłem w paraliż senny, a gdy otworzyłem oczy, nad moim łóżkiem stało ich kilku i uważnie mnie obserwowali. Zacząłem czuć, jak mój mózg rozdziera się na dwie połowy, ból był nie do opisania, a po chwili straciłem przytomność, a przynajmniej "spierdolił kamerzysta", bo nie pamiętałem już nic aż do ocknięcia. 

Sigma Plateau ciąg dalszy

Do dziś nie jestem w stanie wyjaśnić wszystkich tych zbiegów okoliczności, zarówno zjawisk atmosferycznych, jak i interakcji z ludźmi i przedmiotami, znajdowania tego, co było mi akurat potrzebne, itd. W zasadzie cały tydzień zleciał mi pod znakiem dziwnych zwrotów akcji, a kiedy rozmawiałem z rodziną i znajomymi, mówiłem w innym stylu. Właściwie to czułem, że coś innego przemawia używając moich ust, każda konfliktowa sytuacja była natychmiast obracana w żart, wielu ludziom pomogłem i nawet udawało mi się znaleźć pieniądze, by po chwili oddać je bezdomnemu.

Skąd ta sigma? Jakieś połączenie medytacji, kodeiny, DXM, marihuany i MDMA. Nawet po samym połączeniu MDMA i marihuany, miewałem nieraz stany, w których po spożyciu wystarczająco dużej ilości, nagle robiłem się trzeźwy i mózg pracował mi kilka razy szybciej, wyrzucałem używki do kibla i "brałem się za swoje życie" (czytaj: posprzątałem pokój i nie zdążyłem za dużo zrobić, bo ten piękny stan mijał).

Czułem, że całe życie prowadziło mnie do tego momentu, że czas się właśnie wyzerował, że teraz świat ruszy na nowo i wszystko będzie lepsze. Zacząłem mieć dziwne sny, które potem przepowiadały przyszłość, szczególnie działanie czynników zewnętrznych, na które nie miałem wpływu i nie mogłem tworzyć "samospełniającej się przepowiedni". W zasadzie nie miałem w tym okresie żadnych myśli, wszystkim zajmował się autopilot, który działał jak u jakiegoś idealnego człowieka, a ja mogłem po prostu podziwiać piękny świat, który nie zmienił się zewnętrznie ani trochę, ale nagle był po prostu pięknym zjawiskiem, zapierającym dech w piersiach.

Nie znam dokładnego przepisu, a nawet jeśli bym znał, to i tak bym Wam go nie podał. Nie warto pakować w siebie takich ilości używek, żeby MOŻE poczuć jakąś tam aktywność sigma-1 i endogennego DMT, bo to i tak nietrwały stan, namiastka tego, co możemy osiągnąć dopiero pracą nad cieniem personalnym i stając się lepszymi poprzez myśli i uczynki, a nie narkotyki z apteki. Poza tym, wiecie ile to zmieniło w moim życiu? Nic. Nadal jestem ćpunem, nadal nie potrafię przestawić życia na właściwy tor. 

Ostatecznie uważam to za całkiem interesującą przygodę i chciałbym kiedyś dowiedzieć się, jakie konkretne zjawiska zaszły w moim mózgu, że historia potoczyła się w taki sposób. Jakieś pomysły?

Ocena: 

Odpowiedzi

Naćpałeś się po prostu. 

Wygrałeś Złotego Kolumba, gratuluję

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media