Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

spodziewaj się niespodziewanego ...

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
5 mg rozpuszczone w 5 ml wódki
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
S&S: nastawienie pozytywne, aczkolwiek strach przed nieznanym, „z tyłu głowy” myśl, że mnie wystrzeli i nie ogarnę fazy. Miejscówa, ciepła, bezprzypałowa klatka schodowa, później miasto i moje mieszkanie.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
MJ - dużo, swojego czasu często.
hasz (podobno z domieszką szałwii, mnie to tam zajeżdżało dopami)- 2 razy

raporty owocjogobelli

spodziewaj się niespodziewanego ...

 

Spodziewaj się niespodziewanego. Tak chyba najlepiej mogę określić słowami to co mnie spotkało, w konfrontacji z tym, czego oczekiwałam. Raport spisuję żeby ten, jak teraz mi się wydaje, sen nie umknął mi jak wszystkie inne.

Jestem obecnie po prawie 16 h od zażycia 5 ml roztworu (edit: dokańczam raport na drugi dzień, zaznaczę od którego momentu piszę już na trzeźwo). Jak się czuję? Wystrzelona. To odpowiednie słowo, aczkolwiek nadal nie oddaje w pełni tego co odczuwają moje zmysły. Ale może od początku, choć chronologia i czas jest dla mnie tutaj względny (chciałam tego uniknąć, ale oczywiście jak przyszło co do czego to zapisywanie na bieżąco w notatniku było niewykonalne)...

Małolaty z nas, wrażeń mało, to i może by odkryć coś nowego, pozornie niegroźnego, czegoś co ma małą dawkę aktywną - no bo przecież wtedy to na pewno będzie bezpiecznie. Wszystko to wiąże się z asekuracją myślową, ażeby nie wbić sobie do tego blond łba, że coś może pójść nie tak. Jak było? Tak jak myślałam, ale o tym później ;)

Godzina 24, wrzucamy, jestem pierwsza, chlup i już nie ma odwrotu, stres sam w sobie robi mi sieczkę z mózgu, czy to już? Wjechało? Nie... przecież to niemożliwe. Po mnie wrzuca B. i mój Ł. Są z nami jeszcze dwaj znajomi G. oraz S. - psychonauci. Oni latają na tym od 9 rano, doprawieni jeszcze zielskiem. Mówią, że czują się jak po kwachu. Okej, skoro lubią. Jest jeszcze z nami osoba trzeźwa, K. , który jest kierowcą i znajduje się tam... przypadkowo.

No to zaczynamy... po czym poczuć, że wjeżdża, że to już, jak się będę czuć, czego się spodziewać? No właśnie - niespodziewanego. No tego to ja się nie spodziewałam! Przy 5 ml miało tak nie siąść na głowę, liczyłam bardziej na euforyczne, ale trzeźwe myślenie. Faktycznie, mała euforia jest, ciągły banan nieschodzący z mordki, ciekawość świata... i co to wszystko? No liczyłam na coś innego... oj Blondi, Ty jeszcze nie wiesz co Cię tej nocy spotka...

Zaczynam odczuwać mały BL. Chyba to on, nigdy przecież nie miałam BL, więc skąd mam wiedzieć czy to nie wkręta. Czuję, że brzuch jest workiem, który ktoś mi wsadził do ciała. Jest obcy i taki wrażliwy. Wychodzimy na dwór, jest mega zimno, ale mi to odpowiada, przynajmniej przez chwilę. Mam ochotę wszystkich przytulić. Świat wokół mnie się kręci, nie widzę tego, ale po prostu o tym wiem, odnoszę wrażenie, że ziemia po której stąpam jest niestabilna. Idziemy się przejść, światła lamp wyglądają niesamowicie, łuna wokół nich nigdy tak nie absorbowała mojej uwagi. Jak ja mogłam tego nie widzieć? Mija trochę czasu, oglądam wszystko dokładnie. Idąc przez most czuję jakby był ruchomy. Czas, co to w ogóle jest? W każdym razie zegarek wskazuje mniej więcej godzinę drugą. Wtedy właśnie mój Ł. wraca do domu - rodzice. Poza tym mówi, że jest śpiący i ledwo stoi na nogach. Zupełnie nie wiem jakim cudem, ale skoro tak mówi... to dobranoc. A w głowie i tak wiem, że trip dopiero nadchodzi. Psychonauci idą w swoją stronę, zostaję Ja, B. i K. No to co, pojeździjmy autkiem, teraz się zmieścimy. To było coś. Czułam się jak w tunelu świetlnym. W pewnym momencie zatrzymujemy się i gadamy, nie wiem o czym, pierdoły. No i jest, bang! Muszę wysiąść, B. również w tym samym momencie mówi, że nie wytrzyma w środku. Świat wokół... wtf?! Gdzie ja jestem, lampy, stadion, jakieś euroboisko, o którym mówi B.?! Słowa do mnie dochodzą, ale nie potrafię ich zrozumieć. Odpowiadam, ale z automatu. Sama nawet nie wiem co. Wiem tylko, że komunikuję chłopakom, że muszę ogarnąć głowę, bo jest za grubo. Czuję dreszcz na całym ciele, zimny, przepływający od głowy, do stóp. Równocześnie zastanawiam się chwilę nad procesem mówienia, nad tym jak powstaje myśl i jest artykułowana, w tym samym czasie rozmawiam o czymś z nimi. Moja głowa swoje, usta swoje. Uczucie nie do opisania... Wsiadamy do auta. Ciepło. Jedziemy szybko, euforia... wow! Aż krzyczę. Czuję się jak w kartoniku po soczku sunącym przez tunel świetlny. Brzuch... co jakiś czas się odzywa. Jest głodny... ale mi się nie chce jeść. Wracamy do mojego domu. K. jedzie w swoją stronę. Mój tata w domu, ale to nic, jak zwykle bez przypału. Bunkrujemy się w moim pokoju, na łóżku pełno rzeczy, trzeba się ich pozbyć. To było parę najdziwniejszych minut sprzątania w moim życiu. Byłam jak robot, podchodziłam do łóżka i do biurka, parę kursów, a ja w głowie pustka. Nie wiem jak można nie myśleć o niczym. Mnie się chyba udało, przez chwilę mnie nie było na tej planecie. No i znowu powrót, jestem w pokoju, w jakimś budynku. O, to mój dom... I znowu uczucie bycia w kartonie, tym razem trochę większym - moim domu. Stojącym na ziemi, która się kręci, a ja czuję to kręcenie, falowanie, nie widzę tego, ale czuję. Trochę jak po upojeniu alkoholowym, ale wtedy to ziemia ucieka spod nóg, a nie ściany sprzed oczu... Włączam telewizor, żeby nie było za cicho. Muzyka... cos tam leci, żadnego specjalnego odczuwania jej. Czuję zmęczenie ciała, ale gdzie tam, głowa nie chce spać. A ja błagam o sen, chcę żeby to się skończyło. Ten dziwny sen, inna rzeczywistość, obca. Co ja tutaj robię, kim właściwie jestem. Boje się, już sama nie wiem czego. Ogromu fazy, przytłacza mnie, męczy... A to dopiero... 5 godzina? Może 4? Albo 6. Minuty ciągną się niemiłosiernie, co 10 minut sprawdzam zegarek, a tam przybywają tylko dwie minuty. Piosenki są długie, podczas nich się wyłączam, znowu pustka w głowie, wracam... to dopiero MINUTA CZTERDZIEŚCI ?! Wow. Boję się zamknąć oczu, a one chcą tak bardzo spać. Nie wiem co zobaczę. No ale cóż, trzeba spróbować, zobaczyłam to czego się spodziewałam, to logiczne... czyli oczywiście powykrzywiane twarze, straszne, ciemne oczy. Otwieram moje oczy, z natury niebieskie, teraz niemalże czarne. Czuję, że są one moim łącznikiem z rzeczywistością. Może jak je zamknę, to juz nie wrócę? Dziwne uczucia na rękach, mega wrażliwa skóra... to wcale nie jest przyjemne. Żyły... nie wiem czy to wkręta, ale je czuję. Po prostu. Widzę, że są powiększone. Może to dlatego, że jestem szczupła? Myśli biegną swoim tokiem, zapalenie żył, bla bla, bla... Głowa już wie swoje. Zostanie mi do końca życia krzywa faza + zapalenie żył. No pięknie. Serducho bije jak szalone. Cały czas. Czasami tylko o tym zapominam. Po chwili znów je słyszę w głowie. Już wcześniej pisałam do mojego Ł. czy śpi, wtedy nie odpisał. Zrobił to o 5:18, spał. Po chwili jednak nie wie czy spał... Jemu bardzo się podoba faza, wszystko jest dla niego nowe. Kontakt z nim mnie trochę uspokaja. Żałuję, że nie ma go obok. Cóż, siła wyższa. Ja wciąż leże w łożku.

CIĄG DALSZY,pisany już na trzeźwo.

Pamiętam dużo mniej niż gdy zaczynałam pisać tego tr. Zresztą pisząc go, byłam dalej pod wpływem, choć wydawało mi się, że nie. Lecę dalej, mam nadzieję, że uda mi się odtworzyć choć część tego co chciałam napisać wczoraj.

Ja wciąż leżę w łóżku. B. stoi pod grzejnikiem, ciągle coś mówi, przeważnie jest to: nie wiem. Bo kiedy chce zacząć jakąś myśl, to już przychodzi następna, równie ważna. Finalnie ciągle mówi… NIE WIEM. Mój tekst to: no widzisz. Wypowiadany z automatu, żeby tylko coś powiedzieć, a nie po to, żeby wnieść coś konstruktywnego do rozmowy. Wciąż leżę, w mojej głowie widnieje jedna myśl: SPAĆ, żeby to się już skończyło. Ciągły strach. Irracjonalny. Kiedy B. pyta czego się właściwie boję, to nie potrafię odpowiedzieć, bo sama tego nie wiem. Odpalam Google, wpisuję : jak zbić 2CP. Głupia Ty, dobrze wiesz, że to niemożliwe. Ale warto zająć czymś myśli. Nie wiem, która jest godzina. Na pewno zbyt wczesna, żeby się skończyło.

Do godziny bodajże 9 nic się nie zmienia. Ja czuję wystrzelenie, ale powoli się przyzwyczajam. Coraz mniej strachu, ale jednak myśl, że nic już nie będzie takie samo ciągle mnie męczy. Dobra, próbujemy iść spać, zamykam oczy. Ku mojemu zaskoczeniu nie widzę nic strasznego. Ukazują mi się figury geometryczne, pięknie obracające się w rytm muzyki. To było coś. Otwieram oczy ażeby sprawdzić, czy nadal jestem na tej samej planecie. Wszystko ok. Zamykam oczy, w tle słyszę reklamę apteki, automatycznie pod powiekami wyskakuje mi wizual: witaminki, ustawione w kolejce, pchające się do koszyka i nagle biały napis z niebieską obwódką: NIE WPIERDALAĆ SIĘ. Otwieram oczy i śmieję się z tego co moja głowa mi serwuje. Znów zamykam oczy, czuję przeszywający ból w ramionach, wyświetla mi się myśl: ‘Aktywność mojego mózgu boli moje ciało’. Muszę to powiedzieć na głos, nie wiem czemu, po prostu wiem, że jak tego nie powiem to stanie się coś złego. Cóż za irracjonalność, nieprawdaż? Wtedy wydawało mi się to najważniejsze na świecie. W pewnym momencie patrzę na B. i jego twarz wydaje mi się obca. Kojarzy mi się z jakimś aktorem. Boże, zamiast niego widzę jakiegoś aktora! Co się dzieje? Ale moment, czy taki aktor w ogóle istnieje? B. wciąż wygląda dziwnie, ale to chyba po prostu obcość jego twarzy, przecież nie musi to być od razu jakiś aktor. Czuję tylko, że nie znam tej twarzy i widzę ją pierwszy raz w życiu. Czuję mindfuck. Mija trochę czasu, dla mnie to dobre parę godzin, wciąż nie mogę zasnąć. Coś koło 10 ‘zasypiam’ .

Budzę się o 11:30 z dziwnym uczuciem, że w ogóle nie spałam. Ciągle leci muzyka, a ja pamiętam, że pod powiekami wciąż tworzyły mi się obrazy. Niemożliwe, że spałam. Po przebudzeniu czuję się normalnie, myślę sobie: jak wspaniale, to znowu ja, to znowu mój świat. Mhm… chciałabyś. Parę minut później już wiem, że przede mną jeszcze długa droga. Nadal uczucie wystrzelenia, nic co widzę nie należy do mojego świata, nie pamiętam co konkretnego robiłam do ok. 15. Walczyłam z moją głową, to wiem na pewno. Mam też wrażenie, że mój sposób myślenie jest jakiejś innej osoby i że zostanie ze mną już na zawsze. Nie mogę ogarnąć, że to co widzę jest moją codziennością. B. ma podobne odczucia, nadal nie jest normalnie. Denerwuje mnie ciągły szczękościsk, który towarzyszy również B. Najwyraźniej skutek uboczny, tłumaczę sobie.

Przyjeżdża mój Ł., trochę mi lepiej. Za oknem zaczyna się ściemniać, pada pomysł, żeby pojechać coś zapalić. Dobre sobie, ja już nigdy nie ruszam używek (DOBRE SOBIE!). No to co, idę się kąpać i w drogę. Kiedy jestem sama w łazience, wbrew moim obawom, czuję się dobrze, jest spokojnie i bezpiecznie. Gorąca woda jest bardzo przyjemna, czuję, że opływa moje ciało, że w końcu odpoczywam. Gdy po kąpieli wracam do pokoju, w którym siedzą chłopcy, dziwnie się na mnie patrzą. Obaj stwierdzają, że chyba mnie poryło. Moje serducho od razu łapie szybszy puls. Może mają rację? Tylko nie to. Pytam dlaczego. Odpowiedź konkretnej nie dostaję: bo tak, nie zachowuję się jak ja.

Bardzo mało mówię, nie chce mi się. Z natury jestem osobą gadatliwą, a teraz nawet nie chce mi się otworzyć ust. Na jakiś czas zostaję z Ł. sama, jedziemy do niego. Jest przed 18. Stoimy przed jego klatką, a ja nagle zaczynam płakać. Dlaczego ? A bo ja wiem. Czuję w sobie taka potrzebę i już. Podejrzewam, że schodzi ze mnie stres i uwalnia się ogrom emocji, które tłumiłam od dobrych paru tygodni. Chwilę po 18 jedziemy po B. i do znajomych zapalić, ja nie palę. Opowiadamy o naszych wrażeniach z wczoraj. Ja czuję się już prawie normalnie i wiem, że już zeszło i jedyne co odczuwam to meeega zmęczenie. Po 21 zwijamy się do domu. Śpimy u Ł., nie chcę zostać tej nocy sama. Boję się, że nie zasnę. Na szczęście moje obawy są niesłuszne - ułożywszy się ok. 23.30 po 5 minutach zasypiam w opakowaniu. Po jakimś czasie budzi mnie Ł. i w pół śnie pozbywam się ciuchów, które zamieniam na pidżamę.

Budzę się dziś, 02.11.2013 r., wszystko jest normalne. No, prawie. Poza moim podejściem do pewnych spraw. Ale to tylko pozytywne zmiany.

Podsumowując: byłam nastawiona pozytywnie do tej substancji, aczkolwiek z tyłu głowy ciążyła mi myśl, że zaliczę krzywe fazy. Po prostu, znam siebie i wiedziałam, że tak będzie. A przez to, że wiedziałam, ze tak będzie; tak było. ;] Moja psycha jest bardzo badtripogenna. Przeraża mnie niebyt, który odczuwam po takich używkach. Zwykły jazz wbija mi fazy nie z tej ziemi. Ale te nauczyłam się już odmieniać tak, żeby finalnie miały pozytywny wydźwięk.

Nie wiedziałam czego się spodziewać, teraz już wiem. Dlatego wierzę, że następny raz będzie całkiem inny. Bo teraz wiem jak wykorzystać potencjał tej substancji. Chciałam zrobić to już za pierwszym razem, ale jej moc i czas działania mnie przerósł :> . Z perspektywy czasu wiem, że godzina zarzucenia była nieodpowiednia, byłam mega padnięta tego dnia, zarzucając o godz. 24 skazywałam się na stan aktywności rzędu prawie 40 h; do przewidzenia było, że szybciutko będę chciała odpoczynku… Ale cóż, mądra Blondi po szkodzie ;>

Ocena: 

Odpowiedzi

Przede wszystkim nie powinno sie brac fenek majac w perspektywie powrot do domu, w ktorym sa starzy, co z oczywistych wzgledow ogranicza mozliwosci zajecia sie czymkolwiek konstruktywnym. 

serio nie da się zbić 2c-p?

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media