Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

rampampam 2c-d

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
25mg donosowo
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Pozytywne nastawienie, spokój, branie w domu, trip w lesie.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
marihuana, zolpidem

raporty shiro

rampampam 2c-d

 

    Pewnego dnia, to był podajże jeden z wielu wtorków w tym roku, spotkałam się z moim chłopakiem u niego w domu. O 14:30 zapaliliśmy lufkę niesamowicie dobrego staffu – wydaje mi się, że jednego  najlepszych, jakiego miałam okazję kopcić. Posiedzieliśmy, pośmieszkowaliśmy, posprzątaliśmy pokój na dole. Skończyliśmy mniej-więcej o 15:00. Spakowaliśmy prowiant do plecaka, ogarnęliśmy się, ubraliśmy. J. podzielił 50mg 2c-d na dwie części. Zdecydowaliśmy się brać donosowo, więc 25mg na głowę. Zadecydowaliśmy, że J. wciągnie pierwszy. Siedzę, siedzę, patrzę, a on zrywa się, jak chory, zaczyna się drzeć, przeklinać, wrzeszczeć, że boli. Łzy leciały mu ciurkiem z oczu. W pierwszym momencie spanikowałam – wiedziałam, że będzie bolało, ale nie, że aż tak. Wdech, wydech i wciągnęłam swoją kreskę. Bolało, ale bez przesady – może ja, albo ogólnie dziewczyny, maja większą odporność na ból, nie wiem – ale nie płakałam, olałam ten ból, nie był jakiś srogi. Wstałam, zabrałam plecak, doszłam do drzwi… I poczułam. Spodziewałam się uderzenia po 10-15 minutach, ten przyszedł po niecałych dwóch. Czułam się, jak najebana, ten płynny stan, nie ogarniałam, jakbym była nie w swoim ciele. Kiedyś nieświadomie wzięłam tabsa Zolpidemu, bodyload bardzo podobny, zupełne odrealnienie. J. zaczął krzyczeć, że musi wyjść, bo to miejsce go przytłacza.

   Zbiegłam po schodach jak we śnie, zawiązałam buty, włożyłam buty, wszystko automatycznie. Nie mogłam poradzić sobie z bramą, J. zrobił to za mnie. Wyszliśmy na ulicę i szybkim krokiem, żeby nie robić przypału, ruszyliśmy do przodu. Dostałam okropnego ataku śmiechu, nie mogłam powstrzymać szaleńczego, histerycznego śmiechu. Na szczęście ludzi było mało.

   Nie mogłam patrzeć na J., miał podręcznikową twarz prawdziwego ćpuno-pijusa, cała twarz czerwona, bordowe, załzawione oczy. Zataczał się, zginał w pół, wymiotował na trawnik (15m od niego stał koleś z kosiarką…). Odeszłam na kawałek, bałam się tam stać, mam schizy na punkcie przypałów. J. mnie dogonił, siedliśmy w połowie drogi, jakieś 100m od wioski, pole. Czekaliśmy na N., naszego sittera. Nie ogarniałam, bodyload lvl hard, kolory nie były takie same, mieniły się tysiącem barw.

   Miałam kurtkę khaki we wzorki, jakieś kreski i… nagle wszystko miało tą samą frakturę, wszystko było zakreskowane. Z pola przed nami wyskakiwały króliki, surykatki, dalej z ziemi wyrósł pałac. J. powiedział, że N. nadjeżdża. N. przyjechał rowerem, wydawało mi się, że szybuje. Nie mogłam patrzeć na ludzkie twarze, zmieniały się, patrzyłam na swoje nogi. Wszędzie mnóstwo kolorów, wzorków… Pięknie. Wstaliśmy i ruszyliśmy na jakąś miejscówę, N. prowadził.

   Droga była niesamowicie lekka. Szliśmy, a ja się wcale nie męczyłam. Jestem astmatyczką, a podeszłam pod jedną z większych górek mojego życia zupełnie bez wysiłku i zadyszki, jakby to nie było moje ciało. Czułam niesamowitą euforię, wszystko było wspaniałe. Drzewa wyrastały na moich oczach. Tuliłam je, tuliłam pieńki, tuliłam J. Zapominałam, żeby pamiętać, pamiętałam, by zapominać. Nie potrafię inaczej tego wyjaśnić, wszystko było… jednoczesne. Wszystko działo się w tym samym momencie. Nie pamiętałam swojego życia. Nie pamiętałam nic, tylko imiona, które w tamtym momencie nic dla mnie nie znaczyły.

   Słyszałam nosem, oddychałam uszami, mówiłam dłońmi, czułam ustami. Wykręcało mnie na lewą stronę i z powrotem. Chwyciłam się w talii, na zmianę wydawałam się sobie filigranowa i spasiona, jak byk. Słyszałam Indian, widziałam ptaki, porozrzucane ubrania. Wzięłam z plecaka kwaśne żelki-tęcze Candy Carnival z tesco – serdecznie polecam na tripa, istnie orgazmiczny smak. Kwaskowatość tych żelków czułam aż na skórze. To była magia. N. wydawał mi się magiczny – trzeźwy, król lasu. Wcześniej skopcił z nami blanta i lufkę. Zapomniałam, czy baka jest zła, czy dobra, pamiętałam tylko, że muszę trzymać dym w płucach. Po jakichś dwóch godzinach zaczęłam przypominać sobie swoje życie, las zaczynał być normalny. Z powrotem czułam się jak pijana, w głowie miałam spokój, dobry nastrój. Paliliśmy bakę, piliśmy colę i jedliśmy słodycze, wszystko powoli się wyciszało.

Substancję oceniam na wieeeeelki plus, jeżeli będę miała dostęp, spróbuje się drugi raz.

Dzięki za czytanie, pozdrawiam :)

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Powiedzcie mi o co chodzi z ta substancja? Czy to normalne, ze widzicie surykatki, palace, pizmowoly? Czy wkrecacie? A czaszki Cie moze nie gonily? Kuzwa, na mnie te narkotyki jakos dziwnie dzialaja...

Każda substancja działa inaczej na każdego człowieka, tym bardziej niezbadane RC :) każdy może mieć inną fazę, z przewagą halunów/cevów/czego dusza pragnie - słyszałam, że niektórzy mają tylko hehe kolorki, inni kwasowe rozkminy, inni wszystkiego po trochu... ciesz się dobrą fazą, o ile trafia w Twoje gusta :)

Chodzi o to, że jesteś już przećpana i Twój sflaczały mózg jest na tyle wyprany z neuroprzekaźników, że nie masz takiej bani jak początkujący

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media