Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

niebo i piekło w kieszonkowym świecie

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
po 40mg ekstraktu 20x na głowę
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
pokój hotelowy, podekscytowanie z lekkim niepokojem
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
głównie psychodeliki takie jak 4-HO-MiPT (koło 10 razy), kwas (kilka razy), 1P-LSD (2-3 razy), ALD-52 (2 razy), LSA (raz) często miksowane z ziołem lub syntetycznymi kannabinoidami i/lub dekstrometorfanem. Bywało zioło samo lub z alko, dekstrometorfan sam, zolpidem (także w miksach). Maks 2-3 razy: tramadol, etizolam, klefedron, metkatynon, HEX-EN, amfetamina. Z rzeczy które mnie nie klepały: Czarodziej (jakieś pochodne fentanylu do palenia, już nie pamiętam), kodeina, kratom. Najdłuższą banię miałem za to na escitalopramie.

niebo i piekło w kieszonkowym świecie

Opisane wydarzenia miały mejsce w Holandii, dokąd pojechałem z kumplem w celach zarobkowych na wakacje. Pewnego razu wybraliśmy się po pracy na krótką wycieczkę do Amsterdamu z której wróciliśmy m.in. z 20x ekstraktem szałwii wieszczej.

S&S: Było gdzieś po 23, niedługo po powrocie z Amsterdamu do naszegp pokoju hotelowego. Jeszcze na wycieczce paliliśmy trochę zioła, ale już nam zeszło i raczej nie miało dużego wpływu na trip. Byliśmy trochę zmęczeni, ale i ciekawi natury zakupionego specyfiku. Kumpel musiał wstać o 4 do roboty, ale i tak chciał spróbować szałwii jeszcze tego samego dnia. Towarzyszyły nam podekscytowanie pomieszane z lekkim u mnie i trochę większym u kumpla niepokojem. Opowiadał, że słyszał, czy tam czytał o ludziach, którzy po szałwii odpierdalali jakby byli opętani albo modlili się do żarówki. Zbagatelizowałem to, uznając za miejskie legendy.

Dawkowanie: po 40mg ekstraktu 20x

Nie chcieliśmy zaczynać zdroworozsądkowo od małych dawek, aby poznać z czym mamy do czynienia, a od razu rzucić się na głęboką wodę, żeby była większa niespodzianka — pierwszy trip przecież nie wróci. W każdym razie podjeliśmy środki bezpieczeństwa na wypadek bad tripa jeszcze nieznanego kalibru. Plan był taki, że ja jaram pierwszy, a kumpel mnie pilnuje, a jak mi zejdzie (do 15 minut) to on jara. Mieszkaliśmy w jednym pokoju hotelowym z łazienką. Odmierzyłem sobie na wadze 40mg ekstraktu i upakowałem w metalową lufkę kupioną w smarcie. Włączyłem muzykę (album Emancipator - Sonn it will be cold enough) i poszedłem rozapalać do łazienki. Przeciwnie do przeczytanych rad nie trzymałem ognia odpalonego cały czas, a tylko do zajęcia się suszu. W dodatku ściągałem powietrze dość wolno, aby drobne prawie pyłki szałwii nie przedostały się przez sitko (co było niesłuszną obawą). W efekcie chyba naćpałem się słabiej niż mogłem, ale i tak było grubo.

Zaraz po wypuszczeniu dymu do kratki wentylacyjnej zacząłem iść do swojego łóżka, ale wzięło mnie jeszcze zanim tam dotarłem. Ściany pokoju i sufit zmieniły się na coś w rodzaju dywanu-miasta (to najbliższe skojarzenie, ale nadal dalekie). Wzdłuż krawędzi rozciągały się takie jakby przejścia dla pieszych, a w środku były duże znaki drogowe, albo ich puste wersje. Moje łóżko zmieniło się w drewniane i powyginane, coś à la skromne łóżko ucznia alchemika. Na początku położyłem się z zamiarem zakmnięcia oczu i posłuchania muzyki. CEVy były trochę podobne do tych kwasowych, ale nie było za ciekawie, więc po chwili usiadłem. Chyba dopiero wtedy w pełni mi weszło. Poczułem się jak nigdy wcześniej, ten stan był jedyny w swoim rodzaju i niepodobny do niczego, czego kiedykolwiek doświadczyłem. Stan fazy był elitarną przestrzenią w której miałem zaszczyt przebywać. Gdyby ktoś zapytał mnie gdzie jestem, odpowiedziałbym, że jestem na szałwii. Biorąc pod uwagę, że szałwia trzyma bardzo krótko i możnaby ją zapalić na przykład w przerwie w pracy (pomijajac S&S), porównałbym ją do kieszonkowego świata albo „chwili dla ciebie”. 

Humor mi dopisywał niesamowicie. Kolega zaczął się wypytywać o mój stan, a ja mu odpowiadałem. Opowiadałem m.in. o tym, jak widzę granicę przebiegającą przez przekątną pokoju. Z jednej strony była piękna zielona kraina szałwii, a z drugiej zwykła kraina trzeźwości. W pewnym momencie poczułem się wypytywany, co mi się źle skojarzyło i zakończyłem konwersację. Nie pamiętam czy zamknąłem oczy, ale widziałem bramę (tę samą, która była na posesji mojej świętej pamięci babci) przez którą coś zapraszało mnie do środka. Wszedłem, a po drugiej stronie była kraina szałwii. Ale chwila, czy ja już w niej nie byłem? Chyba wszedłem na jakiś głębszy poziom.

Gdy na laptopie włączył się utwór „Anthem” poczułem jak przepełnia mnie ciepło i miękkość. Muzyka w białej postaci zalewała przestrzeń nad moim łóżkiem. Zrobiło mi się bardzo wygodnie i poczułem się w przestrzeni szałwii jeszcze lepiej. Przebywanie tam było bardzo przyjemne, komfortowe i właściwe, a nawet najwłaściwsze jakie mogło być. Byłem w najepszym możliwym miejscu w jakim można być. Gdyby miało istnieć niebo, to właśnie tak mogłoby wyglądać.

Potem zamknąłem oczy i próbowałem wyjść z ciała, czego chciałem doświadczyć już od dawna, ale nie mogłem. Jedynie widziałem siebie w pustej przestrzeni z dolną połową ciała, a zamiast górnej miałem świetlisty kadłubek bez głowy. W tym stanie nie czułem ciała od pępka w górę. Gdy otworzyłem oczy, poczułem, że szałwia zaczyna schodzić, o czym powiedziałem koledze. Ten zaczął odmierzać swoją dawkę, ale miał jakieś problemy z wagą, co mnie irytowało, bo nawet ja zszałwiony ją ogarniałem (tak naprawdę to baterie lekko wyskakują, czego nie widać nawet, a on o tym nie wiedział).Poszedł do łazienki zajarać, a ja na wszelki wypadek za nim. 

Trochę się wahał, ale zachęcałem go, opisując jakie to miejsce, w którym przebywam jest cudowne i bezpieczne. Było podobne do przedszkola życia, gdzie można się go bezpiecznie uczyć poprzez zabawę (skojarzenie z terapią grupową zaburzeń socjalnych).

<Tę część trip-raportu piszę koło 2 tygodni później, bo od razu mi się nie chciało. Niestety nie pamiętam już wszystkich szczegółów.>

Kolega zajarał i zaczął iść do swojego łóżka, ale wyglądał na nieobecnego. Prowadziłem go, bo wyglądał, jakby nie wiedział którędy ma iść. Po jakichś dwóch metrach zaczął się przewracać, więc go złapałem i dowlokłem do łóżka. Na moją sugestię, żeby się położył, zapytał czy musi. Odpowiedziałem, że nie.

Niedługo później zaczął mówić coś w stylu: „Niczego nie podpisuję, ja już tego nie wytrzymam”. Był przerażony i wyglądał jakoś dziwnie. Patrzył się na mnie jakby widział jakiegoś potwora, trochę sam się przestraszyłem, że może chcieć go zaatakować. Na szczęście nie miał takich zamiarów (Następnego dnia opowiadał, że cały świat mu się rozpadał na kawałki, a on przemieszczał się przez tunel w którym była oś czasu na której działo się jego życie. Jakieś istoty wyższe obserwowały go i oceniały.), zamiast tego zaczął się wypytywać czy jesteśmy sami, o czym musiałem go wielokrotnie przekonywać. Potem wywiązał się dialog:

 K: (wskazując na laptop) Co to robi?

 Ja: Gra muzykę.

 K: A ja co robbię?

 Ja: Siedzisz.

 K: A ty co robisz?

 Ja: Też siedzę.

Dialog powtórzył się trzykrotnie. Potem chyba coś jeszcze się działo, ale niestety nie pamiętam. Kolega zaczął się uspokajać, ale nadal czuł obecność innych osób. Trochę pogadaliśmy i poszedł spać. Ja natomiast włączyłem sobie jakąś spokojną muzykę i zacząłem rozmyślać o przebytym doświadczeniu. Po jakimś czasie (może pół godziny, czułem już tylko lekkie odrealnienie i tęsknotę za przebywaniem w najlepszym możliwym miejscu) postanowiłem spisać notatki z tripa, które teraz służą mi do pisania tego raportu.

Stan szałwiowy coraz bardziej się oddalał, a ja coraz bardziej za nim tęskniłem. Pomyślałem o dopaleniu, ale czułem, że to bez sensu. Zamiast tego zacząłem dalej rozmyślać. Miałem dziwne odczucie, takie nadnaturalne czy coś i trwające długo (wtedy mi się tak wydawało), wkładające element fantastyki do codziennego życia. Taka furtka do świata magii. Zastanawiałem się, czy ją wykorzystałem. Czułem się tak, jakby coś się wydarzyło, a ja miał tylko przebłyski, a nawet nie to. Takie przebicia lekkie z tego prawdziwego świata (mgła wydarzeń albo poprzedniego świata w którym się żyło).

Po jakimś czasie wytrzeźwiałem już całkowicie i przeszła mi tęsknota za światem szaławi. Następnie poszedłem spać, żeby rano wstać i żyć dalej.

PS Kiedy paliłem szałwię jeszcze dzień później i dwa dni później (już w mniejszych ilościach), to te kolejne tripy były kontynuacją poprzedniego, jakbym zatrzymał grę i ją odpauzował. Dowiedziałem się, że to co mnie zapraszało do przejścia przez bramę, to były 3 szałwiowe ludziki. Jednak za drugim razem już mnie nie zapraszały, a za trzecim wręcz przepędzały (może dlatego, że zapaliłem przed cmentarzem). Nie udało mi się z nimi pogadać, ale chyba dałoby się z nimi porozumieć w inny sposób.

Zapaliłem szałwię jeszcze na LSA. To już nie była kontynuacja poprzednich tripów a coś nowego, ale raczej niezbyt ciekawego. Jedyną ciekawą rzeczą było to, że widziałem swoje nudności jako przestrzeń ograniczoną klatką.
Warte zanotowania jest, że z każdym użyciem szałwii maleje chęć do dalszej konsumpcji.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media