Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

czarna otchłań, czarny tunel, czarne myśli, czarny ja...

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
6 machów. Takich niezłych ;)
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Okoliczności bardzo luzowe, sprzyjające. Otoczenie- własny pusty dom. Nastawienie- ciekawość. Nastrój- dobry
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
Nie mam doświadczenia

czarna otchłań, czarny tunel, czarne myśli, czarny ja...

Od moderatora: substancja wiodąca zmieniona na kannaboidy. Niestety w obecnych czasach dilerzy coraz chętniej "uszlachetniają" marihuanę coraz to nowymi kannaboidami, których zażywanie, w przeciwieństwie do matihuany, może okazać się śmiertelne.

Witajcie. Długo zbierałem się z opisaniem tego, co za chwilę opiszę. Było to dla mnie niesamowite przeżycie, szok. Pierwsze i jak na razie ostatnie zabawy z ziołem. Minęło prawie 5 miesięcy. Nie wiem, czy kiedykolwiek spróbuję jeszcze.

W temacie używek jestem kompletnie zielony, nawet piwerko mi zbyt nie smakuje. Zawsze byłem z tych spokojnych i umiarkowanych ludzi. Mam jednak pewnego dobrego przyjaciela, który lubi sobie zakopcić.

 

Zaznaczę, że nie jestem czarny, jak niektórzy mogą pomyśleć po tytule :D Chodziło mi o to, że się zapadłem w otchłani i mnie zaciemniło.

 

 

Historia mojej fazy:

Historia rozpoczyna się, gdy ten przyjaciel, nazwijmy go „Y” przychodzi do mnie pograć na ps4. Po pewnym czasie nam się znudziło, a Igrek postanowił wyjąć „awaryjnego blanta” (jak sam go nazwał) z paczki papierosów i zapytał, czy nie chciałbym spróbować. Jako że mieszkam sam, warunki mam świetne- żadnych przypałów i nieproszonych gości być nie mogło. Targany wewnętrznym konfliktem stwierdziłem „Raz się żyje!” Chyba.

No więc Y, jako zawodowy weed-man, przekonał mnie, że zioło jest czyste i bezpieczne. Słyszałem co nieco o dopalaczach, więc byłem lekko zaniepokojony, ale komu jak komu- jemu ufałem. Kumpel wspomniał też, że wokół zioła narosło wiele mitów, którym nie powinienem ufać. Wcale nie jest to zły narkotyk. Dla was obeznani przyjaciele, pewnie to oczywiste, ale ja, jako "grzeczny obywatel", albo raczej "głupi obywatel" nie zaprzeczam, że dałem się omotać propagandzie medialnej. Mama i nauczyciele zawsze mówili, żeby się w to nie pakować :D

Ale to zwykłe plotki. Zwykłe plotki... Przyjaciel, tocząc monolog o wielkim potencjale konopi, zachęcił mnie. Nie ukrywajmy- serce przyśpieszyło. Czułem, że to szansa. Dlaczego więc miałbym ją zmarnować??

Igrek rozpalił zawiniątko i pociągnął pierwsze machy. Potem ja jednego, drugiego i trzeciego. Rozkaszlałem się. Trzymałem te machy po kilkanaście sekund, najdłużej jak mogłem. Kiedyś paliłem szlugi, więc płuca mam nieczułe.

Pierwszy efekt czułem już przy wypuszczaniu trzeciego, moim zdaniem zajebiście wielkiego dymka z płuc- moja głowa zdawała się rosnąć i pulsować takim przyjemnym ciepłem. Przerażająco przyjemnym. Powiedziałem, że chcę jeszcze. Igrek upierał się, że na pierwszy raz mi wystarczy, a ja głupi nalegałem, bo nie chciałem, żeby skończyło się tylko na „pulsującej głowie”.

Wziąłem jeszcze 3 machy. Następnie Igrek dokończył swojego skręta i z dumą usiadł na kanapie.

Chciałem go zapytać, czego mam się dokładnie spodziewać. Z moich ust wydostało się proste:

-Ej Igrek.... pppfffff cczzzuupff ammmmuuu mmmpppffff?- bełkot, czyli zjarałem się calusieńki!

Roześmiałem się. Od tej pory zacząłem szaleńczo się śmiać. Usiadłem na kanapie i cieszyłem się, doznawałem euforii, tak ściskało przeponę przez bite 3 minuty, że aż myślałem, że się uduszę. Igrek również nie omieszkał podłapać śmiechawy, ale z pewnością nie aż takiej jak ja. Wraz z upływem sekund czułem spowolnienie siebie, czułem, jak wszystko się rozmywa i izoluje. Jakbym był w pokoju tłumiącym świadomość.

Szacunkowe pięć minut minęło, a mnie uderzyło nagle coś strasznego- poczułem się jak w otchłani!

Krzyknąłem:

-Kurrrrrrrrffff commmmiii jeees?!

Zdolność mówienia się niemal wyzerowała, jakbym miał 3 lata. Przez cały czas trwania fazy nie odezwałem się potem ani jednym konkretnym słowem. Zamiennie używałem języka jaskiniowców, czyli dukania. I kiwałem Igrekowi głową, gdy pytał, czy wszystko ze mną w porządku. Nie było w porządku, ale chciałem jakoś wewnętrznie walczyć z samym sobą.

Nogi odmówiły posłuszeństwa. Szybko położyłem się na kanapie. Zamknąłem oczy i pomyślałem, że ten stan jest dziwnie znajomy. Nagle, momentalnie przypomniał mi się koszmar z czasów, gdy miałem może siedem lat:

Byłem w otchłani. Jakimś czarnym tunelu bez dna. Leżałem w nim w takiej pozycji jak teraz (na wznak z rękoma skrzyżowanymi na piersi). Wszystko stawało się cholernie odległe, a moje ciało było jakby 2 metry niżej. Do tego przez uszy wchodziły do głowy pulsacyjne drgania na kształt uderzeń elektryczności. Zacząłem się bać.

To był ten sam stan, jak z dziwnego snu, który nawiedzał mnie sporadycznie tyle lat wcześniej, że aż kompletnie zapomniałem o tym. A na ten czas- przypomniałem sobie ze 100% szczegółowością.

Byłem w tunelu. Tylko ja. Pokój się oddalił. Tylko ciemność. Zapomniałem dodać, że było to nieco po godzinie 23, a Igrek zgasił światło "dla klimatu", tak, że jedynymi świecącymi punktami były diody na urządzeniach elektrycznych. No i latarnie.

Ale i tak miałem zamknięte oczy. Stan oddalenia od ciała i zapadnięcia w pustkę był potworny, a jednak pociągający. Miałem wrażenie, że muszę o czymś myśleć, by nie zwariować. Im więcej jednak myślałem, tym mniej rozumiałem. Ale kiedy postanowiłem nie myśleć, ogarniał mnie natychmiast niezmącony spokój ducha, no i zapadałem się głębiej w otchłań! Było to tak przyjemne, że aż straszne. Po prostu myślałem, że to śmierć i po przekroczeniu kilku metrów oddalenia, już nie wrócę. Nie sprawiało mi to jednak żadnych kłopotów, bo lęk zaczął stopniowo znikać, a ja czułem, jakbym nie miał osobowości.

Tylko chwilami, uświadomiwszy sobie, że mogę myśleć, a potem odnalazłszy się w pustce, uświadamiałem swojemu "ego" że coś się właśnie niesamowitego odpierdala i chyba jest źle. I zaczynałem się bać. A potem znowu koniec myśli, pustka i błogość... a potem strach... a potem błogość.... Zapadałem się, potem wznosiłem, aż postanowiłem otworzyć oczy.

Światła, choć wątłe, raziły niemiłosiernie. Wskazałem Igrekowi na zasłony, żeby je opuścił, bardziej zaciemniając pokój. On jednak zrozumiał to tak, że chcę światła i w doskonałym humorze nacisnął włącznik. Mnie poraziło. Powiedziałem:

-Eeeeee, neeeeeeee! YYY!

Igrek tarzał się na ziemi ze śmiechu, potem wyłączył i zakomunikował:

-Aaa, już wiem. Razi światełko? Mniej światełka chcemy? No to już się robi! Dobrze się czujemy? Jak tam? Co? Doskonale, nie?

-Eeeee, yyyy....

-No widzisz, fajnie jest. Zbakałeś się jak kurwa knur, ha, mówiłem ci. Ale to nic, to tylko faza. Fajnie ci jest? Co nie? Mówiłem, że fajny towar. Nie mów mi tylko, że masz paranoję?

-Eeeee, neeeeeee. Pfffmm. Fajjjjeee- odpowiedziałem, kiwając głową. Chodziło mi o to, że jest fajnie. Nie było fajnie, tak do końca, ale nie chciałem Igrekowi psuć humoru. Postanowiłem, że zacznę walczyć.

-Fajnie, czy faję? A pić nie chcesz?- Troskliwie kontynuował pytania mój ziom.

-Dajjj. Git jeeees. Kuuuururrrrf, człowwiekuuuu, mam banieeee mam heeeh!- odpowiedziałem, starając się dobrze dobierać słowa i uśmiechać, choć umysł przykrywała taka mgła, że nie do końca wiedziałem, czy w ogóle sobie Igreka nie wyobraziłem. Uświadomiłem sobie też, że pić mi się chce, więc zrobiłem z dłoni "szklankę" i wykonałem niezgrabnie taki ruch, jakbym miał wlewać płyn do gardła.

Igrek od razu zakumał, więc podał mi butelkę cisowianki. Wypiłem łapczywie i od razu z powrotem rzuciłem się na kanapę. Proces picia był dziwny- woda rozpływała się po całym ciele. Jej chłód koił zraszone potem organi, Y zaciemnił pokój. I spokojnie siedział, obserwując, śmiejąc się i bawiąc się telefonem, tak wykręcony, żeby światełko mnie nie raziło.

Ja tymczasem walczyłem z tunelem. Po pewnym czasie przestałem go czuć. Uwierzyłem w siebie- możesz to kontrolować. Miałem wrażenie, że wychodzę z ciała, a po chwili inne, że igły przenikają moje ciało.

Cały czas przypominałem sobie jakieś kurewskie sny z dzieciństwa, aż w końcu zrozumiałem, że dzieci mają chyba jakieś fazy całe życie! Miałem sen, w którym zielone kwadraciki płynęły dokoła mnie jak rzeka. Albo inny, gdzie metaliczny różowy bałwanek z trzema oczami gonił mnie przez labirynt. Raz po raz wzdychałem, podniecony tym, co sobie przypominam.

Stany mojego ciała zmieniały się coraz szybciej i szybciej, a ja nie wiedziałem, dosłownie nie wiedziałem, czy się bać, czy radować. Odczułem szereg z pozoru niemożliwych rzeczy, które znałem już dawno. Na przykład przypomniało mi się, jak tworzyłem wszechświat. Jak pewnie się domyślacie, nie ja go tworzyłem. Ale w tamtej chwili poczułem się jak Bóg i ubzdurałem sobie, że wraz z moimi narodzinami powstały warstwy okalające nasze realia. Czułem, jak pęcznieję razem z kosmosem. Ha, nieziemskie.

Zaczęło się robić szybciej i szybciej, aż w pewnym momencie doszedłem do stanu, w którym wszystko było przerażająco mocne- odczuwałem każdy detal swojego ciała. Byłem zawieszony w próżni. Wizje atakowały mnie z 4 stron na raz- każda jakoś nieziemsko szczegółowa. Wspomnienia zlały się z marzeniami. Wszystko na raz atakowało mózg. Sny, dokonania, aspiracje i uczucia- zacząłem je czuć w formie abstrakcyjnej papki.

Leżałem. Ponad godzinę. Tylko odczuwając. To było dla mnie jak dowód, że jestem czymś więcej niż ciałem. Rozpłakałem się. Igrek miał ze mnie śmiechawę życia.

Pomyślałem, że wszystko teraz rozumiem. Cały świat, czas, przestrzeń i każdego człowieka. Leżałem, czując bodźce niesamowicie realne. Niczym bombardujące mnie zrozumienie.

Widziałem pustynię z jakimiś górami, którą zalewały różne nieznajome twarze. Góry się przekręcały i transformowały w co innego, raz po raz. Na przykład były głośnikami, z których zacząłem słyszeć muzykę, mojego ulubionego rocka. Świat zaczął być puzzlami i się sypał. A ja podziwiałem- niemniej obserany jak podjarany.

Igrek, jakby czytając mi w myślach, włączył rocka, podpinając telefon pod moją wieżę. Dość cicho. Muzyka z głośników z początku była miła, potem atakowała mnie dziwnego rodzaju promieniowaniem, więc stanowczo podniosłem głowę i kręciłem na "nie" co ziomal na szczęście zrozumiał i szybko wyłączył.

Zapytał, czy jest dobrze, a ja szybko pokiwałem na "tak" i ponownie się położyłem. Dodać należy, że ruch głową trwający pół sekundy nagle mi się "rozdzielił" na 3 sekundy i czułem, że jestem autobotem, który przez 3 sekundy prostuje łeb, bo nikt go nie naoliwił. I widziałem przed oczyma taki jakby wycinek z kartki, na którym mi się to wyświetlało. A miałem otwarte oczy. Patrząc na godzinę, zalewały mnie czerwono zielono fioletowe kreseczki, a świat pulsował cały czas, aż poczułem się jak na imprezie.

Trochę zmęczyło mnie niemyślenie. Ogółem to przeżycie do luzowych nie należało, raczej wpływało aktywacyjnie na mózg. Po dwóch godzinach bodajże Y powiedział, że sobie idzie zapalić jeszcze jednego skręta. Nie wiem ile on ich przy sobie ma. Sarkastycznie zapytał, czy chcę jeszcze, a ja się roześmiałem.

I jeszcze wspomnę, że jak Igrek wychodził pod okno palić szluga, to cały czas miał na mnie oko. Godne pochwalenia. Gdybym był sam, pewnie skończyłoby się absolutną paranoją, a tak to przynajmniej miałem opokę mentalną.

Czas mijam mi strasznie powoli. Modliłem się w duchu, żeby to się skończyło, bo szaleństwo mogło się zbytnio udzielić słabemu człowieczemu narzędziu poznania, jakim jest mózg.

Czułem się jak duch- wolny, wzniesiony i jednocześnie zakopany w otchłani ciemności, którego masowały energetyczne bodźce. Przyjaciele, ileż ja kurwa widziałem na raz :) W jeden dzień niekiedy świat nie dał mi tyle bodźców, co wtedy w minutę. Non stop coś się działo. Bałem się, ale pocieszanie siebie i nie myślenie to ratunek murowany. A więc w końcu podłapałem świetny humor.

Łzy szczęścia i niedowieżania zmywały ze mnie wszelkie uprzedzenia, które miałem do ludzi. Wszelkie zmartwienia. Została wewnątrz mnie dziura, którą zapełniły te wszystkie dziwne, nadlatujące zewsząd, zawiłe odczucia. Wizje, omamy, miłość, znaki zapytania, wykrzykniki, panika, ale i błogość,  oszołomienie, wraz z dziwną nadświadomością... i przede wszystkim fakt, że ISTNIAŁEM. ISTNIAŁEM W PEŁNI czegoś, czego nigdy bym sobie nie wyobrażał. I miałem nieodparte wrażenie, że to dla mnie za wiele. Że to zbyt wielkie, jak na śmiertelników. 

Miałem jakieś dziwne przemyślenia, których już nie pamiętam. Sytuacja się uspokoiła, a mój mózg był pod wrażeniem.

Nie pamiętam jak, ale zasnąłem. Obudziłem się około 9 rano. Igrek walnął w kimę na kanapie obok i chrapał. Sny miałem pojebane. I nie pamiętałem prawie nic. Oszołomiony natłokiem wczorajszej przygody, czułem, jakby w ogóle nie zaszła, jakbym to sobie wkręcił. Obudziłem Y i dopytywałem z wytrzeszczonymi oczami, czy to, co się stało wczoraj, jest prawdą. Łapałem się za głowę z niedowierzaniem.

Potem przyniosłem coś do wszamania, no i pograliśmy jeszcze trochę w Fifę. Igrek rozluźniony i zadowolony z życia, ja skołowany i przygnębiony myślami.

Do tej pory nie wiem co o tym myśleć. I nie zamierzam zbyt szybko bawić się w jaranie drugi raz.  Strach przed nieznanym dominuje nad ciekawością. Nie ukrywam, że gdbym nauczył się w stu procentach kontrolować lęk,  zajarałbym z pewnością. 

Wiem, że opis nijak ma się do tego, co czułem. Powiem tak- wtedy chyba żyłem naprawdę. Żyłem w pełnym tego słowa znaczeniu. Dziwna rzecz, ale z pewnością znacząca.

Nie żałuję, bo wydarzenie to na pewno wpłynęło mocno na mój sposób postrzegania. Myślę o rzeczach „większej wagi”, szukam sensu i odpowiedzi na pytania, które kiedyś nawet dla mnie nie istniały. Tak jak i nie istniał inny, nieznany wymiar. Tak jak nie istniała pierdolona otchłań.

Czym jest to, co przeżyłem? Da się to jakoś zdefiniować? Skąd takie rzeczy się biorą?

Interesuję się biologią, a od tamtego czasu szczególnie budową mózgu. I dalej nic nie wiem. Czy konopia to jedna wielka niewiadoma?

PS- Czytałem trochę i radziłem się innych znajomych. Mówiono mi, że to na pewno był dopalacz. Sam Y jednak reagował oburzeniem na choćby wzmiankę o tym, że mógłby pomylić „Królową Marry” z dopalaczami. Mówi, że mam szczególnie pokurwiony mózg, no i wziąłem za dużo machów. Jak sądzicie?

PS2- Większości przeżyć z tamtej chwili nie pamiętam. Może to i lepiej.

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
24 lat
Set and setting: 
Okoliczności bardzo luzowe, sprzyjające. Otoczenie- własny pusty dom. Nastawienie- ciekawość. Nastrój- dobry
Ocena: 
Doświadczenie: 
Nie mam doświadczenia
chemia: 
Dawkowanie: 
6 machów. Takich niezłych ;)

Odpowiedzi

Nie wiem czy można mieć taką korbę po normalnej trawie. W każdym razie fajnie Ci się udało to opisać, bardzo obrazowo :)

Można mieć, zwłaszcza te pierwsze razy bywają niesamowicie psychodeliczne, później ten efekt w pełni nie występuje. Dziwię się, że moderacja zaklasyfikowała raport pod kanna, jedynie na podstawie domysłu. Sam jestem przykładem, że za pierwszym razem można doświadczyć rzeczy niezwykłych.

Już tu mnie nie będzie. Perm log out.

Ja za pierwszym razem paliłem maczaka, korba niezła. 

Jednak drugi, trzeci i czwarty raz- mocno psychodelicznie, choć zioło na 100% czyste.

Ale tak w sumie to za nikogo nie możemy dać sobie ręki uciąć, coś może być na rzeczy. Zwłaszcza że osobiście się wczoraj przekonałem jak zjebanie działa syntetiko :(

 

No i koniec :D

Kurdę, ale jak Ci bardziej doświadczeni koledzy mówią, abyś nie jarał tylę za pierwszym razem, to lepiej by było ich posłuchać. Co do fazy to ten raport faktycznie nie za bardzo pasuje do marihuany, ale może faktycznie jest to efekt tego że paliłeś po raz pierwszy.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media