Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

born slippy, born candyflippin'

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
170~200 μg LSD // 100 mg MDMA // dwa małe blanty
Set&Setting:
luźny, wakacyjny wieczór w moim ukochanym polskim mieście, wszystko pod stuprocentową kontrolą
Wiek:
22 lat
Doświadczenie:
często gęsto ostatnimi czasy: LSD, MDMA, cannabis; oprócz tego: 25i-NBOME, ALD-52, bieda-ketony, amfetamina

born slippy, born candyflippin'

Kolejna noc pod znakiem chaosu w połączeniach mózgowych. W zasadzie wiedzieliśmy, że tak to wyjdzie, choć cel wycieczki do mojego ulubionego zakątka pozornie był inny; ot, kilka spraw trzeba było pozałatwiać, niemniej okazji na zresetowanie sobie makówek i nastawienie odbiorników na przygotowania do nadchodzącego zapieprzu mogłoby już potem nie być, więc polecieliśmy w otchłań między stare kamienice. Było nas tego wieczoru pięciu; ja, mój długoletni przyjaciel (A) i nasz wspólny kumpel, któremu również psychonautyka nieobca (B) zmierzaliśmy już na miejscówkę, gdzie czekała na nas moja kuzynka (C), której (równie psychodeliczne co moje) upodobania co do spędzania frajcajtu poznałem w zasadzie całkiem niedawno, oraz jej najlepsza kumpela (D). Słowem – piękna układanka, sierpniowy upał zdążył zelżeć, ziomki ze mną, a okazja do tripowania sobie z – jakby nie patrzeć – rodzinką do tej pory wydawała mi się może nie tyle niezwykła, co nieosiągalna.

A więc jesteśmy. Dwudziesta druga, prawie T+0.

Baza wypadowa C i D zapierała dech w piersiach, miejsce na tyle niesamowicie udekorowane, że już wchodząc w jego progi będąc całkowicie trzeźwym miałem wrażenie, że na nowo wizualnie odkryłem termin przestrzeni mieszkalnej. Jak się okazało główna w tym zasługa głównych lokatorek kamienicznej miejscówy, uroczej pary, które nazwę tu po prostu Dziewczynami, towarzyszących nam również przez resztę wieczoru. Without further ado, na jęzorze moim, C i D ląduje znaczek pocztowy, A i B wybierają tym razem masaż zwojów mózgowych wykonywany przez jakże uzdolnioną pannę Molly, zostawiając randkę z psychodelą na inną okazję. Parę chwil później rozmawiają już z Dziewczynami z trochę większym pędem, ja odrobinę się niecierpliwię, ale wkrótce przestaję, gdy czuję, że kości twarzoczaszki zaczynają nieco gilgotać w resztę czerepu, a w ułamkach sekundy daje się zauważyć powietrzny ślad po ręce A, który odmierza moją późniejszą porcję słodko-gorzkich kryształków. „Nooooo, wchodzi”. Urzeka mnie obrazkowa forma podania historii znajomości Dziewczyn, anegdotki związane z miejscówą też zaczynają budzić pewien tok rozmyślań. Pierwsza faza operacji „Cukierkowy Przewrót” przebiega pomyślnie.

Jedyne co – denerwuje mnie lekko klasyczny dla ładowania powrót do małomówności, który w sumie na chwilę zbywam, przysłuchując się rozmowom żywcem z klubu dyskusyjnego, ale siekiera od szlugów w powietrzu i duchota nagrzanych murów jest już nie do przebicia. Szybka zawijka na balkon, eksplorując przy okazji nowy rejon bazy, równie piękny co poprzednie pomieszczenie. Neonowe światełka wymrugują do mnie pasjonującą melodyjkę, choć i trochę bawią się w kotka i myszkę tym swoim nieznośnym, acz uroczym, lizergamidycznym miganiem, moje kruche ciałko zaś w przeciwieństwie do umysłu chyba jest trochę przytłoczone; nogi miękną, łapy się trzęsą w oczekiwaniu na zalanie bodźcami, więc najlepszym wyjściem jest klapnięcie sobie na balkonowym krześle z B i C. Cholerny bodyload. Świeże powietrze daje trochę oddechu i wyrównuje ubytki w procesie badawczym wywołane supłem na języku, więc zagłębiamy się trochę w obgadanie tego, co jeszcze nie zostało powiedziane; B trochę tęskno do psychodelicznej percepcji, ale mimo starań i szczerej chęci opis kamienic nocą, spowitych opalizującym szlakiem arabesek wydaje mi się zbyt skomplikowany, żeby przecisnąć go przez gardło. Siema Julia, siema Mandelbrot, siema Heighway, nocą jesteście jak zawsze jeszcze bardziej niesamowici. Z C przyznajemy sobie, że psychonautyka stała się dla nas przez ostatnie czasy nie tyle małą odnóżką życia, co istotną jego częścią, choć nie do końca dla czczego szukania wrażeń. Ostatnio – w końcu – zacząłem dźwigać żelastwo ku pokrzepieniu ciała, nietrudno mi było więc to odnieść do treningu tej części umysłu, której zwykłą nauką nie napompuję, ani nie spuszczę wychowawczego wpierdolu, tym bardziej obserwując pozytywne zmiany, które przez ostatni rok spędzony mniej lub bardziej wspólnie z psychodelą zaszły w moim (tym bardziej psychicznym) życiu. Gadka w końcu się klei, szkoda tylko, że kończyny nie, więc wypadałoby się pomodlić do Aojde. Na przewygodnym materacu, wpatrzony w neonowy kloszyk przymykam dostęp zewnętrznej aurze i lecę sobie z Ptakami do Jelitkowa, przy tak bardzo bliskich mi od ostatniego candyflipa dźwiękach i przystosowuję każdą wypustkę mojej mózgownicy do zmiany w stację radiolokacyjną dla Tego, co za niedługo, jak czuję, już zamierza przemówić. Całkiem wyraźnie czuć, że zbliżam się do szczytu góry. Jeszcze ze dwa kawałki i styka.

A teraz cisza. Przemawia Absolut.

Przestaję nawet odbierać rozmowę B i C na balkonie. Świdruje mi tylko środek czaszki ten znajomy wir załamujący wszelkie pojęcie czasu, odbijając się dronującym echem w uszach, gdy pokój przede mną rozlewa się jak benzyna na chodniku świętą geometrią i przed sobą po raz kolejny mam nagi Konstrukt, który tak sobie oblubiłem od czasu mojej drugiej, jesiennej przygody z dziedzictwem Hofmanna. Absolut podaje mi go jak na tacy przed byle marną sekcją zwłok żaby na kółku z biologii, wnikam w niego zamkniętymi oczami i przypomniawszy sobie anegdotki Dziewczyn szatkuje mi się przed oczami, jak rozpiska faz księżyca – od nowiu do pełni i od pełni do nowiu – przekrój przez społeczne mechanizmy, od marszu maleńkich insektów do mrowiska z tym, co potrzebują jako oczywistą słuszność do przeżycia, przez poprzecinaną mapą świateł, naszą niebieską planetę, na niej miliony skupisk i różnych podejść do tego, jak swoją przestrzeń dzielić, kształtować, mnożyć; ugłaskiwać i bawić się, czy też się jej kłaniać i w jej kształt się wciskać; jak wychowywani byliśmy, jesteśmy i jak my to robić będziemy. Aż w końcu przenoszę się w najwyższe fale oddziaływań i wnikając w mgławicę między układami planet chciałbym zrozumieć, co tak naprawdę dzieje się między nimi, ale Hawkingiem nie jestem i nie będę, pozostaje mi tylko niesamowicie duża doza przypuszczeń co do ilości niesamowitych makrozależności, których odkrywanie to dopiero pieśń przyszłości dla człowieka. Samo to wystarczyło, bym w nienazwanym dotąd uczuciu, mieszance ekscytacji, zadumy, radości i podziwu otworzył oczy i wrócił do fraktalizującego pokoju i zachował ten obraz spod oczu w pamięci na zawsze. Moja własna, autorska odwrotność Koyaanisqatsi. Życie w końcu w równowadze.

(Tu mój dopisek – minęło już dobre kilka dni od wspomnianego tripu, a dopiero teraz byłem w stanie opisać to dokładnie jak chciałem, chociaż sądzę, że perspektywa czasu przyniesie mi jeszcze więcej wniosków – ale że pamięć bywa kapryśna, jest w takiej formie tu i teraz.)

Minęło drżenie białek, wsłuchuję się tylko w to, co pozostaje jeszcze z wiru czasoprzestrzennego; tym razem światełka z neonowej lampy grają mi swoją melodię jak rozradowana kolonia świetlików. Też zapisuję sobie osobliwą kliszę w pamięci, jako że na co dzień muzyka to jedno z moich głównych zajęć, ale w końcu ruszam się z wyra i wbijam na balkon potruć się trochę kiepami. Balkon odwiedzają też koty Dziewczyn, tak zmyślnie szpiegowskie istotki, że dopiero teraz zauważam niesamowicie istotne różnice charakterów między nimi, ale tylko wyostrza to moją analogię popartą wcześniej widzianym obrazem marszu mrówek. W międzyczasie wpada D i dopada nas moment odklejonej kwaśnej śmiechawy połączonej z wyściubianiem łbów w każdą możliwą stronę, by spojrzeć na ów osobliwy balkonik z każdej możliwej perspektywy, dywaniki wiszące dookoła też zwracają uwagę tym, że są po prostu – z braku innego słowa – zajebiste w dotyku. Parę godzin już za nami, pada pytanie – wrzucać cukier? Nie wrzucać?

Po krótkiej rozmowie C i D ładują bombeczkę wróżkowych kryształków, gorzej, że moja szklanka z rozrobionym szczęściem została gdzieś, nie wiadomo gdzie, w odmętach bazy. Po krótkiej gonitwie a la Benny Hill dostaję ją w swoje łapy z informacją, że jednak nie ma tam setki, a dwusetka emki, co mimo moich terminatorskich zapędów w momentach, gdy chemia mózgu randkuje tylko i wyłącznie z panną Molly, byłoby przesadą, więc połowę upija na dorzutkę A, który w międzyczasie wpadł na szluga. Albo 10 szlugów – pojęcie czasu, jak wiecie, rozmywa się w kartonowym świecie skurwysyńsko pazernie i wcale nie mam mu tego za złe, bo należę do osób, dla których 24 godziny to cholernie za mało, jak na jeden dzień. W międzyczasie z salonu wracają C i D, ja powolutku upijam sobie resztę zawartości szklanki i z pomocą C odkrywam, jak odpala się soundsystem gnieżdżący w tym pokoju. Wiele myśli przelatuje nam przez głowę, kanał audytywny zalewają drum’n’bassy pamiętane przeze mnie jeszcze w sumie ze słuchawek na korytarzach podstawówki, trippin’ through memory lane; i coś się zbliża, coś się zbliża ku nam wszystkim…

„Ooooo, kurwa. Chyba emka mi wchodzi…”

Cudo. Cholera, cudo. C tym stwierdzeniem bardzo trafnie przepowiedziała nam, co synchronicznie zaczniemy zaraz jeszcze mocniej czuć. Pierwsza myśl – człowiek o podobnej konstrukcji psychiki, co ja, po prostu czasem potrzebuje bodźca takiego jak ten, by o reszcie niekorzystnych dla skupienia, pomniejszych bodźców po prostu zapomnieć i przestawić się na nowe oprogramowanie, nieco nowszy tryb myślenia. Ale to zaraz – sam proces przeprowadzania update’u w końcu nie będzie drylowaniem czaszki bez znieczulenia, tylko flipem w drugą stronę. A i C stwierdzają, że spoko, wyrko, na którym sobie spoczywam na pewno musi być zajebiście wygodne, ale to dopiero podłoga daje pełnię wrażeń. No to trzeba spróbować, tym razem z Underworld na głośnikach, a więc skoro żeśmy „urodzeni śliskimi”, to popierdalam w spazmach śmiechu szurając cielskiem po podłodze między A i C, stykając się w końcu głowami, by pobawić się w telepatię prowadzoną przez A.

„Hahaha, będę czytać wasze myśli. Patrzcie. To będzie równie zajebiste, co ta podłoga. Napiszemy sobie księgę podłogi. Rozdział pierwszy – prolog. Podłoga była, jest i będzie. Rozdział drugi – jaka jest podłoga? Podłoga jest… ZAJEBISTA. Rozdział trzeci – do czego służy podłoga? Podłoga służy ćpuniskom do leżenia oraz do bycia ZAJEBISTĄ. Rozdział czwarty – specyfikacja podłogi. Podłoga: drewniana, twarda, ZAJEBISTA.”

Wspólne śmieszki chyba zwabiły D, która pyta, czy może się przyłączyć. Underworld napierdalają jak szaleni, łączymy się łbami we czwórkę, perspektywa nie mieści mi się w głowie, gapimy się nad neonową lampę tuż nad naszymi głowami, niesamowite rzeczy dzieją się dookoła. Jak ta lampa – niby nad nami, a pod nami, swoim globem cokolwiek mogąca przypominać…

„A wyobraźcie sobie – czy może… z takiej perspektywy mogą patrzeć na świat bogowie? Bo chyba właśnie tak się czuję.”

Puk, puk, puk.

No nic, sąsiedzi najwyraźniej nie doceniają talentu chłopaków z Underworld, więc po nie-znowu-tak-krótkiej wymianie zdań ostatecznie się uspokajamy i wracamy chwilowo do salonu rozpłynąć się przy dźwiękach gitarki. Tutaj pierwszy raz rozmawiając z C uświadamiam sobie, jak bardzo candyflipping pogłębia moje rozumienie z panną Molly, gdzie wszelkie doznania fraktalizują się, rozszerzają i rozszczepiają, rozmnożone mocą LSD, składając się w przepotężne fale, jak przypływy i odpływy głaszczące przymilnie brzeg.

Life’s a beach and then you fly.

Ciągniemy jeszcze trochę bardzo owocnych rozmów (szczególnie w pamięci zapadła mi rozkmina nad umyśleniem sobie właściwej dla nas dziedziny i zestawieniu nazwisk jej pionierów) i rozpływamy się przy muzyce. Już w zasadzie lekko wymęczone mózgi obchodzi tylko chillout i łapczywe chapanie ciemności przed świtem przy zasuniętych zasłonach, wygrzani emocjonalną miksturką chemii, która w taki sposób w końcu daje nam coś bardziej istotnego niż zwykłą przyjemność. Podpinam się pod auxa, puszczam parę swoich numerów i płynę obok reszty wesołej ekipy, rozłożony na mięciutkiej kanapie. Z pomocą B (bo nad łapkami jakoś ciężko znów było zapanować) i dzięki życzliwości D otrzymuję na zejściowy prezencik dwa małe gibonki.

Na balkonie powoli wita mnie nieśmiały świt. Odpalamy z C, ciało wreszcie rozluźnia się przy lekkim pożegnaniu z panną Molly i świat jeszcze bardziej rysuje się delikatnym pędzlem Moneta. Feeria obrazów z całej nocy przelatuje mi przez myśl, witając budzące się z lekka narastającym szumem miasto. Będę miał o czym myśleć przez następne dni. Sprawdzamy z B jeszcze godzinę odjazdu porannego tramwaju w kierunku naszych przytulnych łóżeczek, ale co tam, najbliższy jeszcze możemy przegapić. W końcu urodziliśmy się śliscy. Born slippy. Tramspotting.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media