Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

amsterdamski wypad

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Dawkowanie:
40 gramów suszu pochodzenia roślinnego i zawrotna ilość alkoholu
Set&Setting:
2006, wrzesień. Amsterdam
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
wtedy MJ, haszysz, DXM, alkohol i nikotyna

raporty cham ze wsi

amsterdamski wypad

Wrzesień, rok 2006. Całe wakacje upłynęły pod znakiem pracy. We wrześniu całą ekipą
planowaliśmy eskapadę do Ziemii Obiecanej, do miejsca, gdzie odpalając jointa nie trzeba nerwowo oglądać się za siebie a idąc ulicą z gramem, nie trzeba kurczowo ściskać go w dłoni i zaprzątać sobie głowy myślą : zdążę połknąć, czy nie... To miało być ukoronowanie naszej przygody z MJ, nasza Mekka, nasz szczyt. Jedni wchodzą na K2 inni jadą... do AMSTERDAMU.

Miało być tak pięknie, miał być melanż życia i faza dekady. Miał być hasz i grzybki. Los bywa jednak złośliwy i w wyniku splotu pewnych okoliczności i kumulacji przypałów, moi kumple zamiast w Amsterdamie zmuszeni byli wylądować nad pewnym polskim jeziorem. Co prawda na otarcie łez zabrali ze sobą jakieś 40 gramów suszu pochodzenia roślinnego i zawrotną ilość alkoholu, jednak w porównaniu do planów jakie mieliśmy prezentowało się to dość mizernie. Plan był prosty. Ziomki jadą nad jezioro do wynajętego domku ja dojeżdżam do nich po 3 dniach, uprzednio w rodzinnym mieście załatwiając swoje sprawy. Mówiąc szczerze nie bardzo było mi to na rękę. Ze wspaniałych planów nici, a melanże nad jeziorkiem już były i zapewne jeszcze będą. Waham się, obmyślam, zastanawiam... A gdyby tak... Chodząc za swoimi sprawami, trafiam w okolice dworca. Mój wzrok spoczywa na niepozornej budce, oferującej bilety autokarowe do większości europejskich metropolii. Chwila zawahania. A co mi tam. Wchodzę do środka i pytam o bilety do Amsterdamu. Babka informuje, że wyjazd jest nazajutrz o godzinie 16. Szybka decyzja, kładę na stole 320 polskich złotych i wychodzę z biletem w kieszeni. W drodze do domu
dzwonię do kumpli i wyjaśniam, że odpuszczam. Szybkie pakowanie, wymiana złotówek na euro, zakupienia mapy
Amsterdamu i nazajutrz na autobus.

Ponad 20-godzinna podróż dłużyła się niemiłosiernie, a na każdej z granic autobus kontrolowała STRAŻ GRANICZNA. Nieważne: polska, niemiecka, czy holenderska, każda typowała osoby z autokaru, które poddawane było bardziej szczegółowej kontroli. Nie wiem, może mam mordę jak bandyta, ale byłem jedyna osoba z całego autokaru, która typowana była przez funkcjonariuszy wszystkich trzech krajów. Schengen kurwa ich mać !

Jest wreszcie moja Ziemia Obiecana, jestem w Amsterdamie. Na planowanie podróży, nie poświęciłem wiele czasu
miał być spontan i chodzenie po hotelach w poszukiwaniu wolnego łóżka. Na miejscu nadeszła jednak chwila refleksji.
Przecież jest weekend, a jak nie będzie wolnych miejsc? Wizja noclegów na dworcu nie za bardzo mi się uśmiechała,
a łażenie po nieznanym mieście w poszukiwaniu hostelu, dodatkowo z bagażem i wytyrany po podróży,a to wszystko przy kropiącym deszczu. Mój wzrok spoczął na tablicy z napisem TOURIST INFORMATION. Wchodzę do środka z duszą na ramieniu i pytam o jakieś wolne miejsce i oczywiście żeby było "cheap". Chłop za ladą uśmiecha się i informuje, że ma niezłą propozycję. Zamiast gnieżdzić się w 15 osobowym pokoju, mogę wynająć sobie osobną kajutę na statku przycumowanym na jednym z wielu kanałów, za śmieszną cenę 15 ojro za noc. W to mi graj. Biorę adres i wychodzę. Po półgodzinnej wędrówce wreszcie znalazłem mój okręt. Wbijam do środka i od razu na twarzy pojawia się uśmiech. W powietrzu specyficzny zapach, a na stole sporych rozmiarów bongo. Tak, jestem u siebie! Witam się z kapitanem o imieniu Tony, bardzo sympatyczny i wyluzowany koleś. Dostaję klucze do kajuty, schodzę na dół. Rozpakowuje bagaż i biorę prysznic. Jestem zmęczony, a za oknem siąpi drobny deszcz. Może lepiej iść już spać? Z drugiej strony przecież jestem w Amsterdamie. Głupio by marnować czas w tym pięknym mieście.

Kurtka na siebie, plecaczek i hajda podbijać Wenecję Północy. Idę po mieście i wzrokiem szukam Coffeshopów, ale jak na złość nie mogę znaleźć żadnego. Tak to jest jak, jedzie się w takim celu to człowiek sobie wyobraża, że na każdym rogu będzie sklep z legalną marihuaną.
W końcu trafiam do centrum i znajduję to czego tak uporczywie szukałem. Zapach unoszący się przed lokalem
upewnia mnie, że trafiłem w dziesiątkę. Z bijącym sercem i rumieńcem na twarzy wbijam do środka i proszę o "the strongest and most euforic sativia" Sprzedawca poleca zielsko o swojskiej nazwie Super Silver Haze. Biorę grama i pod ogromnym wrażeniem dokonanego zakupu opuszczam to miejsce zepsucia. W drodze powrotnej oglądam dillpaka. Stuff wygląda konkretnie, a po otwarciu i powąchaniu aż mnie odrzuciło. Jestem z powrotem w kajucie, przed snem postanawiam stestować swój zakup. Wyciągam, rozdrabniam, a w całym pomieszczeniu unosi się ten specyficzny aromat. Zaczynam żałować, że nie wziąłem lufki, w końcu to holenderskie świństwo może mieć druzgocącą moc. Trudno. Kręce najmniejszego jointa, jakiego potrafię i dodaję do niego zaledwie szczyptę ganji. Wychodzę na zewnątrz, udaję się na most z którego zajebiście widać panoramę Amsterdamu. Deszcz już nie pada, zza chmur wyłania się księżyc, którego światło odbija się w tafli wody, tworząc cudowne widowisko.
Uśmiecham się mimo woli i odpalam skręta. Pierwszy buch - jak zawsze łapczywy, typowo osiedlowy. Tym razem jednak to towar z pierwszej półki i moc daję znać o sobie. W gardle aż mnie ścisnęło, nogi ugięły się podemną a dopiero po paru sekundach udało mi się zakaszleć. Spaliłem, jest już bardzo grubo. Wracam do łóżka, odespać dzień pełen wrażeń.
Leżę na łóżku a statek kołysze się w rytm fal miarowo uderzających o burtę. W pewnym momencie wyobrażając sobie jak w tej chwili wyglądam i przypominając, że rodzicom powiedziałem, że jadę nad jezioro, wybucham spazmatycznym śmiechem. Faza jest arcymocna, jednak zmęczenie nie daje za wygraną i po jekiejś godzinie zapadam w głeboki sen.

Pobudka. Lekka dezorientacja. Gdzie ja jestem? No tak, to Amsterdam. Szybki prysznic, ubieram się, do plecaka
pakuję niezbędny ekwipunek i oczywiście kręcę jointa, mając jednak w pamięci jego moc, nie przesadzam zbytnio z ilością.
Udaje się w kierunku centrum, a po chwili marszu zdaję sobie sprawę, że jointa trzymam kurczowo w dłoni i od czasu do czasu rozglądam się w około. No cóż, jak to mówią przyzwyczajenie drugą naturą. Wchodzę na jedną z bocznych uliczek i odpalam. "Ale mocne ścierwo" - przechodzi mi przez głowę. Kilka buchów i jestem "gotowy". W głowie przyjemny mętlik, zatem ruszamy w drogę. Jest ciepły słoneczny poranek, piękne zadbane kamieniczki, poprzecinane niezliczoną ilością kanałów, wąskie uliczki.
I ludzie... Na zewnątrz jednego z coffeshopów siedzi nobliwa Pani ok. 40-dziestki, w okularach, czyta książkę i zaciąga się skrętem, obok jakiś siwy dziadek gra w szachy z murzynem, który obmyślając kolejny ruch łapie bucha. Tu gość w garniturze wytrwale pedałuje na rowerze i zatrzymuje się przed jednym z coffików. "Ehh..gdyby tak w Polsce" - przelatuje przez głowę. Faza nie ustaje, wręcz się potęguje. Trafiam do Muzeum Van Gogha, bilet kosztuje drogo, ale czego się nie robi dla sztuki. Przez chwilę odstrasza mnie gigantyczna kolejka, ale wszystko idzie sprawnie i w końcu ląduje w środku. Podziwiam każdy obraz z osobna. Wśród przewalającego się tłumu turystów, czuję się jak znawca i koneser sztuki. Rzucam wyniosłe spojrzenie. Bydło... Zaliczam jeszcze muzeum figur woskowych Madame Tussaud, ale tam wśród tych sztucznych postaci czuję się nieswoje. Szybciochem przebiegam przez wystawę. "Kurwa, 15 euro poszło w błoto" - oto wrażenia z wycieczki. Minęły już jakieś 4 godziny, faza wreszcie zaczyna puszczać,
wbijam do Burger Kinga, na jakąś szamę, za ladą oczywiście Polak. Wracam na swój okręt, trochę wypocząć przed nocną eskapadą w miasto. Po bagatela 6 godzinach faza w końcu zeszła. Kręce kolejnego gibona i pewna myśl nie daje mi spokoju. Zawsze mam tak, że gdy dopale, po skończeniu fazy to prawie nic mi to nie daje. Mogę jarać i jarać a faza i tak nie będzie już ta sama jak na początku. Co najwyżej zwiększa się zamułka. Zobaczymy jak tutejszy stuff poradzi sobie z tym problemem. Jest już wieczór, słońce powoli, chowa się za horyzontem. Ruszam w miasto. Siadam na schodach jednej z kamieniczek, tuż przy kanale. Zapalniczka idzie w ruch i... Oj prózne były moje obawy co do działania tego stuffu. Sieknęło po łbie, aż miło. Po kanale płynie duża łódź, na pokładzie mega impreza, machają do mnie coś krzyczą, uśmiechają się. Pozdrawiam ich i postanawiam, że jak kiedyś będę się żenił to mój wieczór kawalerski będzie wyglądał właśnie tak, jak na tej łodzi. Ruszam przed siebie. Jest i Dzielnica Czerwonych Latarń. Wszędzie różowe, bądź czerwone neony, a w witrynach stoją panienki i przez szybę zachęcają klientów do stestowania swoich walorów. Jedna z pań zaczepia chłopaka idącego z dziewczyną. On onieśmielony pokazuje na swoją wybrankę
i wykonuje gest bezradności. "Come together" - zachęca panienka... Zwijam się ze śmiechu. Muszę przyznać, że niektóre dziewczyny wyglądały wprost anielsko
i gdyby nie ograniczony budżet może bym się skusił. Z drugiej strony patrząc z bliska na ich twarze widać było coś przygnębiającego. Im dalej w las tym gorzej,
w centrum panienki były pierwszej marki, tutaj coraz gorzej. Przed witryną z grubą, obrzydliwą murzynką zebrała się grupa pijanych Angoli. Z rozmowy wnioskuję,
że jeden z nich przegrał zakład, a reszta wybiera mu panienkę którą musi zerżnąć. Mają skurwysyny bezwstydne w czym wybierać, oj mają...
Po ulicach przewalają się tłumy, przemyka koło mnie jakaś zakapturzona postać i syczy pod nosem : "Heeey coke?"
Not this time my friend. Wbijam do jednego z pubów na piwko, w środku gęsto od dymu. Zamawiam browar, żałuję, że jestem tu sam. Gdybym był
z ziomkami to dopiero byśmy porządzili. A i z grzybków trzeba zrezygnować, skora zwykła marihuana tak na mnie działa to nawet nie ma się co ośmieszać
samemu opierdalając kapelusze... Szkoda. Wychodzę z knajpy i jeszcze przez godzinę włóczę się po mieście, jednak cały dzień pod wpływem THC robi swoje,
i trzeba wracać na okręt.

Ranek. Tym razem wbijam do kawiarenki na statku. Jest i kapitan Tony, mimo że godzina wczesna, zjarany na cacy. Są i jacyś Szwedzi. Miła poranna pogawędka przy kawie na tematy społeczno-ekonomiczno-polityczne. Oczywiście zamiast papierosa joint. Rozmowa się klei. Gadamy o polityce narkotykowej o mentalności. Opowiadam im o Polsce. Że zabory, że wojna, że 50 lat komunizmu, że nasza mentalność ukształtowana przez wieki walki o niepodległość.
I, że się staramy żeby było lepiej. Kiwają ze zrozumieniem głowami. Zbieram się, bo miasto wzywa. Tym razem mam zamiar urządzić sobie dłuższą wędrówke. Jestem pod wrażeniem, te kanały dodają niesamowitego klimatu. Trafiam w okolice jakiegoś boiska, gdzie jakieś mieszane towarzystwo rozgrywa meczyk. Staję z boku i obserwuję toczące się rozgrywki. Jeden z graczy pyta, czy mam ochotę zagrać. Odzywa się instynkt piłkarzyka-amatora i z chęcią przystaję.
"Byle nie na bramce" - zastrzegam ze śmiechem. Chłopaki prezentują naprawdę niezły poziom, holenderska szkoła. Piłka szybciutko krąży od nogi do nogi,
sprężam się w sobie, wzbijam na wyżyny umiejętności, daję z siebie wszystko. Na fazie wkręcam się niesamowicie i czuję się jakbym rozgrywał jakiś mecz na poziomie Ligi Mistrzów. Chwilowa zadyszka, lekki zawrót głowy, ale daję radę. Koniec. Przybijamy piątki i słyszę "good game T." Rozpierdala mnie duma. Joint i sport to nierozłączna para jak mawiał poeta, ale meczyk zwalił mnie z nóg i muszę odsapnąć. Wracam do Tonego, aby chwilę się zdrzemnąć i
wziać prysznic. Wieczorem znów na miasto. Staję na mostku, obok mnie policja. Nie zważam na nic i odpalam. "Byle tylko nie nabrać złych nawyków" - konkluduję w myślach. Obserwuję nocne życie tego dziwnego miasta. Zgraja pijanych Angoli, tu jakieś typy trzymają się za ręce i całują, tam transwestyci zbierają się przed jakimś lokalem. Arabowie, Murzyni, wszystkie języki świata zbiegają się w jeden nieustający gwar. Chyba jednak nie chciałbym tam mieszkać
na stałe. Co innego wpaść tam od czasu do czasu, dobrze się zabawić i zapomnieć o swoich problemach. Czas już na mnie. Trzeba iść spać.

Jest poniedziałek, ostatni dzień pobytu w Amsterdamie. Powoli się pakuję, oddaje Tonemu klucze i żegnam się jednocześnie zaznaczając, że za rok mam zamiar tu wrócić. Zbieram manatki i udaję się na parking. Czekam na autobus, jarając resztke pozostałego towaru. To śmieszne, ale przez 2 dniu pobytu ledwo zjarałem grama suszu. Uśmiecham się na wspomnienie moich planów, że będę biegał po coffieshopach i testował wszystkie rodzaje
haszyszu i marihuany. Żaden ze mnie namiętny palacz, który na imprezie ściagą wiadro za wiadrem, ale trochę w życiu się spaliło. A tu taki zonk i ten gram potrafił kompletnie mnie poskładać. Podjeżdża mój autokar, wkładam bagaże i usadawiam się na swoim miejscu. Trzeba wracać...

Ocena: 

Odpowiedzi

Fajna sprawa taki wypad nawet jeżeli miałby się opierać tylko i wyłącznie na przeżywaniu w samotności tego co naprawdę może zachwycać. Ja postąpił bym tak samo, chociaż z koleszkami było by z pewnością o wiele weselej. Rozkmina po ziółku ma dużo zalet, moim zdaniem więcej można wtedy zobaczyć, choć nie wszystko sie potem pamięta he he ..taki uroki zieleni. Pozdrawiam !!

jaKlim

Świetna opowieść i doskonały wybór na weekend. Jeździłeś tam jeszcze?

Oj chetnie bym sie z Toba zgadal na taka wyprawe, u mnie nie ma zbytnio z kim bo kazdy woli sie upalic na miejscu

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media