Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

trzydniowe oderwanie od rzeczywistości

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
gram amfetaminy, 150 mg tramadolu i 180 mg kodeiny
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
wolna chata, spotkanie z przyjaciółmi, półdniowy trip na mieście
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
thc, klefedron, metaklefedron, hexen, lsd, kodeina, amfetamina, mdma, 2cb, tramadol, alkohol

trzydniowe oderwanie od rzeczywistości

Uprzedzam, że jestem w trakcie pisania pod wpływem kodeiny, przez którą naszła mnie chęć opisania naszej trzydniowej przygody z narkotykami.

 

Spotykamy się wszyscy (5 osób, trzech chłopaków i dwie nie ćpające dziewczyny) w piątek o 20:30. Ustawiamy się spontanicznie z dwoma ziomkami pod wpływem DXM, który zaczyna już schodzić i szybka decyzja – zbijamy się w trójkę z jednym z nich i kumplem na gram amfetaminy. Zdecydowanie za mało, ale niestety fundusze mocno nas ograniczają. Koło 22 kupujemy dwa czteropaki i pół godziny później jesteśmy już w domu z gramem peklu, jeden ziomek decyduje się zarzucić kartonik LSD, my w trzech przystąpujemy do szurania. Po jakimś czasie jedna kreska, wszystkim już trochę weszło, ja jedynie wkurwiony siedzę i tupię nogą, bo jako jedynemu nie odczuwam nic. W ciągu 20 minut szuramy wszystko, kumpel ma dla siebie jeszcze trochę towaru i zarzuca, jest dosyć dobrze wystrzelony, ja wkurwiony piję piwo, bo kompletnie nic mi to nie dało, a przynajmniej tak myślę.

Czas mimo to pod względem towarzystwa (narkotyki przy spotkaniach nie są najważniejsze ;) mija miło, wszyscy razem rozmawiamy na temat ćpania, uzależnień, poza tym – jak to po narkotykach – poruszamy poważne tematy, słuchając przy tym muzyki. Po pierwszej w nocy dwóch kolegów razem z kumplem po kwasie postanawia przejść się na chwilę i odprowadzić jednego do domu, mają być za chwilę. Po godzinie podchmieleni i trochę naćpani kapujemy się, że długo ich nie ma. Nie odbierają telefonu, trochę wszyscy razem zaczynamy się niepokoić. Jeden z nich 15 minut później oddzwania, podając swoją lokalizację. Okazało się, że przeszli pół miasta i za godzinkę maksymalnie będą z powrotem. Przychodzą jakoś przed trzecią, kolega po LSD opowiada, jak zajebistego tripa przeżywa. Ja trochę nadal wkurwiony, bo nic a nic nie czuję się porobiony, wypijam trzy piwa i o trzeciej rzucam pomysł do ziomka po fecie, który wrócił z spaceru, żebyśmy popytali po znajomych o hexen. Do 4 w nocy wydzwaniamy, wypisujemy, próbujemy coś wykombinować, ale nici z tego – każdy do kogo pisaliśmy albo nic nie miał, albo był już zbyt porobiony, żeby nam ogranąć. Po czwartej ziomek zwija na chatę, my w piątkę jeszcze trochę gadamy i decydujemy się położyć. Jak wiadomo na dobre zasnęła tylko ta dwójka koleżanek, która nie ćpała. U mnie dawka wystarczyła na tyle, żebym leżał wkurwiony, że noc zapowiada się w miarę trzeźwa. Próbuję się uspokoić tym, że chociaż trzy piwka jakoś działają, ale nici z tego. O piątej i szóstej wypytuję czy ktoś ma ochotę przejść się na spacer na stację po papierosy, ale każdy albo już śpi bo nie ćpał, albo odmawia. Nikt nie ma ochoty już rozmawiać, więc skupiam się tylko na myśleniu i pisaniu z żywymi na messengerze.

Czas w nocy mija w miarę szybko, dobija siódma i wszyscy wstajemy. Rozmawiamy, śmiejemy się, ziomek któremu pekiel wszedł najbardziej (zarzucał go pierwszy raz i ogólnie ma małe doświadczenie z narkotykami) czuje potworny zjazd, ledwo rusza się do kibla. Ja także odczuwam coś w stylu zjazdu, możliwe, że wpływa na to fakt, że od czwartku spałem dwie godziny. Ogarniamy się i o 10:30 postanawiamy wyruszyć w miasto coś zjeść. Po drodze kupujemy papierosy i kolejny czteropak, siedzimy w parku i mamy zamiar kupić tylko jakieś bułki w cukierni i przejść się na plażę wysączyć piwka. Rzucam nagle pomysł, żeby zarzucić coś, co postawi na nogi po zjeździe. Piszę szybką wiadomość i do wyboru tylko dwie rzeczy – hydroksyzyna i tramadol. No nic, liczenie funduszy i starczy ledwo na kolejną paczkę papierosów i 150 mg tramadolu na głowę. Myślę sobie, że mimo znikomego doświadczenia z tą substancją spróbować, bo możliwe, iż zadziała na tyle, że wszyscy poczujemy się lepiej. Kupujemy kapsułki i lecimy w końcu nad wodę, po drodze spotykamy kilka znajomych twarz, ale nie mamy ochoty gadać z nikim poza naszą grupką.

Gdzieś o 12:15 jesteśmy już na altanie przy plaży, wrzucamy tabletki i popijamy piwami. Rozmawiamy już nie tak miło jak w nocy, ale nadal jest fajnie. Mija pół godziny i jestem nadal trochę przygnębiony, bo tramadol nic od siebie nie dał. Myślę, że zapowiada się weekend na lekkiej zwale, aż tu mija kolejne pół godziny i nagle zaczyna się robić miło, nawet aż za miło, jak na taką dawkę. Nagle nogi nie są zmęczone, głowa już nie boli i nie zamulam pizdy na ławce, mam ochotę się gdzieś przejść. Czuję się zajebiście, co powtarzam jeszcze kilkanaście razy. Zachodzimy do monopolowego, jedna z trzeźwych koleżanek mówi, że idzie do sklepu. Ustalamy, że spotkamy się tam, gdzie byliśmy wcześniej. Z resztek pieniędzy na koncie kupujemy byka i kolejną paczkę tańszych papierosów, czyli czerwone LD. Wracamy na plażę, ładujemy się na pomost, ponownie powtarzam, że od dawna nie czułem się tak zajebiście po narkotykach i szukam opcji dorzuta w kredki. Okazuje się, że jednak nic już nie zostało, więc sączymy tylko we dwójkę razem z kumplem byka, trzeci kolega mówi, że nie pije, a koleżanka, która z nami została okazjonalnie bierze po łyku. Robimy jakieś zdjęcia, znów zajebiście klei się gadka. Po jakimś czasie wraca koleżanka. Przez chwilę czuję się najebany, ale uczucie to w miarę szybko mija i znów mam wrażenie, że tramadol mimo takiej dawki robi swoje. Siedzimy tam naprawdę długo, kilka godzin i w końcu koło 16 naszła mnie nagła chęć na kebaba, co było dziwne, bo od czwartku do tej soboty zjadłem może z jedną albo dwie kanapki i paczkę czipsów. 

Przechodzimy znów dużą część miasta, przystajemy na chwilę w centrum na ławkę i znów rzucam pomysł, żeby kupić thiocodin na niedzielę, kiedy już będziemy sami. Szybka zrzuta już naprawdę z resztek pieniędzy i starczy na małego kebaba i przy pożyczce od koleżanek na kilka paczek thiocodinu. Szybki rajd po aptekach, w jednej z nich pani farmaceutka odmówiła mi sprzedaży więcej niż jednego, małego opakowania. Potem, już kiedy zbliżała się 17 idziemy w końcu wszyscy do kebaba, żebym mógł sobie zjeść. Spotykamy na miejscu dwie znajome koleżanki. Jemy i rozmawiamy aż zbliża się 19. Wracamy na ławkę, dzielimy się thiocodinem i żegnamy się już do domu. Spotykam jeszcze po drodze ziomków i mimo wyraźnego zmęczenia siedzę z nimi jeszcze trochę. Rozmawiamy i palimy papierosy, ale gdy na propozycję pójścia gdzieś razem odmawiam tłumacząc się, że ze zmęczenia ledwo już chodzę. Koło 21 jestem w domu, szybko zrzucam ciuchy i lecę w kimę.

Budzę się po 8. Wchodzę na facebooka, siedzę trochę przed komputerem i koło 11 zarzucam 180 mg thio. Kolejny raz mała dawka, ale również z kodeiną nie mam na tyle wyrobionej tolerancji, żeby kompletnie nic nie dała. Po 15 minutach odczuwam już jakiś leciutki efekt, nawet przez chwilę wkręca mi się bad trip, że na huj mi było ćpanie samemu w domu w niedzielę i to nie był dobry pomysł, ale odpalam muzykę, palę papierosa i zaczyna być miło. Po godzinie czyli jakoś po 12 zaczyna trochę swędzić, ale nie na tyle, żeby przeszkodziło mi to w miłym spędzaniu czasu. Teraz, o 14:40 czuję wyraźną poprawę nastroju, jest mi dobrze ciepło i zniknęło uczucie, które mnie męczy non stop gdy jestem sam w domu w weekendy – ogromna nuda, żadne zajęcie mnie nie kręci, nie mam co ze sobą zrobić – teraz robię w sumie to co zawsze w takich momentach, czyli poza pisaniem tego raportu słucham muzyczki i palę papierosy, z różnicą, że czuję się kurewsko przyjemnie. 

Podsumowując, bo nie sądze, że po takiej dawce cokolwiek się jakoś drastycznie zmieni na korzyść wejścia kodeiny – piątek pod względem ćpania był zjebany, ale z zajebistymi osobami i tak czułem się fajnie bez potrzeby walenia pizdy, jakiś czas miałem ciśnienie, które wróciło, gdy wszyscy poszli położyli się albo zasnęli. Nie chcę szurać już fety, bo musiałbym wciągnąć sam gieta żeby coś poczuć, a takie pieniądze wolałbym przeznaczyć na miks tramadolu z kodeiną, co najpewniej uczynię już w następny weekend. Sobota i mijająca niedziela w kurwe zajebiste, szkoda tylko, że dziś siedzę już sam, no ale już trudno - i tak jest fajnie. ;)

Polecam wszystkim tramadol i kodeinę (zwłaszcza tramadol, bo po kodzie, a przynajmniej thiocodinie wiadomo jak to jest z drapaniem) z tym, żeby uważać, bo kurewstwo jest silnie uzależniające, ale ja ostatni raz brałem kodeinę w grudniu, więc myślę, że raz na kilka miesięcy mogę sobie pozwolić na tę przyjemność. Do trampka nie mam nawet na tyle dostępu, żeby się uzależnić, więc przyszły piątek będzie na długo (jeśli nie na zawsze) ostatnim, w którym go wrzucę w większej dawce.

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Piszesz, że raz na kilka miesięcy, ale jadłeś dwa dni z rzędu i jutro/pojutrze masz zamiar znowu xd nie wmawiaj sobie takich rzeczy, że Ty sobie możesz etc. większość tak zaczynahttps://neurogroove.info/trip/wrak-cz-owieka-kodeina-autor-camelA ta "feta"to nie feta. Nie ma opcji, ze gram na 3, a ty nawet lekko nie wystrzelony i motacie po 4h więcej. Diler was w chuja robi

Z tą fetą, to jest taka opcja. Subiektywne wrażenie, że nie porobiła, ale spać kolega i tak nie spał. Poza tym jak ktoś ogólnie dużo fety wali, to czasami myśli, że jest lajtowo, a dla postronnego obserwatora jest wystrzelony w chuj. Inna rzecz, że dilerzy chrzczą towar, bo (poza oczywistym zwiększaniem zysku) niektórzy walą takie kreski, że gdyby dostali czystego andrzeja, to by zapaści dostali. 

To tylko sen samoświadomości.

No ja takich wynalazków fetą nie nazywam. Po 100 to całą noc powinno się latać, a nie takie rzeczy

Ne sądzę, że chodzi u mnie o uzależnienie od danej substancji, a jedynie o ciśnienie na ten stan nietrzeźwości. Nie wiem czy to ma jakąs konkretną nazwę, po prostu ciężko mi się ostatnio obyć bez zarzucenia czegoś w weekend. W tygodniu gdy mam zajęcie jest spokój i mnie nie ciśnie jakoś strasznie na narkotyki, a gdy zażywam coś kilka weekendów pod rząd to mi się nudzi i szukam czegoś nowego. Miałem tak już z alkoholem, MDMA, klefedronem, kodeiną itd. Jedyne bez czego bym się nie obył to papierosy, tu przyznam się, że mógłbym kopcić mniej.

W kwestii fety jestem przekonany, że nie była czysta. W dodatku na 100% to nie był cały giet, ale nie jestem teraz w stanie ocenić na ile nas skrojono. Zauważyliśmy to już w nocy, ale jedyne co byśmy dostali przy pruciu się o to to wpierdol. W każdym razie słyszałem też, że po szuraniu dopalaczy feta nie kopie jak powinna, bo spodziewa się tego samego stanu. Ja tam się zawiodłem, z wyglądu z opisu trzeźwych też nie wyglądałem na jakoś bardzo zćpanego. Nie wiem, może rzeczywiście coś zadziałało, a ja sobie zepsułem ten czas oczekując na podobny efekt w stylu dopków, których szurałem więcej wcześniej. Może problem zbyt małej dawki leży też w metabolizmie? Nie mam pojęcia co na to oddziałowuje, ale mimo niskiej tolerancji na początku zawsze musiałem wrzucać więcej, żeby coś poczuć. Tak było zwłaszcza przy MDMA.

Co do snu, na mnie wszystko co próbowałem poza kodą działa tak, że albo kurewsko ciężko jest mi zasnąć, albo nie mogę tego robić wcale. Nawet jeśli chodzi o małe dawki.

"Ne sądzę, że chodzi u mnie o uzależnienie od danej substancji, a jedynie o ciśnienie na ten stan nietrzeźwości. Nie wiem czy to ma jakąs konkretną nazwę, po prostu ciężko mi się ostatnio obyć bez zarzucenia czegoś w weekend."

Tak to ma konkretną naukową nazwę stosowaną na całym świecie przez miliony ludzi i jest to słowo "UZALEŻNIENIE" xD
Hehe serio jebnąłem o zol :D zapomniałem już jak to uzależniony mózg płata figle uzależnionemu... tak bardzo że słowo uzależnienie jest ostatnim o jakim by się pomyślało... a tak naprawde to właśnie to się dzieje :D
Do mnie trochę dochodziło że to co odpierdalam to jest uzależnienie, zazwyczaj to jest szok bo osoba uzależniona o tym nie wie i se wmawia różne rzeczy, byle tylko mieć wymówkę.
Tak naprawdę to uzależnienie jest ogólne a nie od danej substancji... ty napisałeś że przeszedłeś już tak z "z alkoholem, MDMA, klefedronem, kodeiną itd.".... można by więc rzec że ten cały czas jesteś już w uzależnieniu, ale tego nie widać bo zmieniasz substancje... ale tak naprawdę to z każdym zakurwieniem czegoś nawet jak jest to piwo rozwijasz nałóg.
Spoko, zanim to do Ciebie dojdzie pewnie jeszcze trochę minie, ale potem wspomnisz moje i Grybego słowa.

Dodatkowo napisałeś:
"Do trampka nie mam nawet na tyle dostępu, żeby się uzależnić, " to typowe myśli uzależnionego... wbijają uzależnienie w inne miejsce, myślisz że wszystko wporzo bo nie uzależnisz się od tramadolu... a nakurwiasz wszystko inne... ale na tramadol uważasz... mózg sam Cię oszukuje i tego nie wiesz... ale tak to jużjest z uzależniemiem... wiesz mózg musi szykać sobie wymówek i mi było potrzeba 6 miesiecy TERAPII po 3x 3h w tygodniu żeby zrozumieć że ze mną jest coś nie tak :P

Lubię uświadamiać ludzi, zawsze mam bekę z niedowierzania, a mieisąc później czytam posty z działu odstawienie na hr ;3

Piszesz tak jakby większość hyperreala nie jebało czegoś w cygiel co weekend;p

Zawsze myślałem, że uzależnienie występuje w przypadku regularnego zażywania od jednej do trzech substancji w ciągu. Nie wiem czy ja jestem uzależniony od narkotyków, lubie po prostu spędzać przy nich czas w weekendy. Przyznam szczerze, że w chwili nudów mam ciśnienie coś zarzucić to zawsze się powstrzymuję znajdując jakieś zajęcie, zresztą niczego i tak bym tak szybko nie skołował poza jakimś gównem po wyższej. Wiem też że jebanie pizdy co weekend łatwo może sprowadzić do uzależnienia, ale idąc tym tropem myślenia to z 60-70% ludzi w moim wieku jest od czegoś uzależnione, nawet jeśli chodzi tylko o alkohol.

Nie przejmuję się tym, że mogę wpaść w ciąg i zacząć ćpać w tygodniu, bo to prowadzi jedynie do niepotrzebnych lęków i natrętnych myśli na ten temat. Czuję się dobrze z tym jak jest teraz, a rację co do mnie przyznam wam dopiero w tym momencie, gdy rzeczywiście na hr będę szukał pomocy z nałogiem ;)

A no są uzależnieni. Światem rządzi nałóg, ale ludzie myślą że uzależnienie to "hera dzień w dzień w ciągu". Uzależnienie objawia się właśnie tą chęcią przyjebania. Jak se radzisz w inny sposób to mega dobrze, ale widzę że to koło już ruszyło, właśnie przez tą "chęć przyjebania".

To jest jeden wielki misunderstanding ludzkości. Wielu ludzi myśli że uzależnienie to ciulanie dziennie hery, a tak nie jest. Mechanizmu uzależnienia nie sposób opisać... ale główną rzeczą odczuwalna przez uzależnionych ludzi na świecie jest głód... a głód to "ciśnienie na ten stan nietrzeźwości." które z roku na rok jest coraz większe aż pojawia sie pierwszy ciąg

Z nałogiem można żyć... jak Ci pasuje taki stan rzeczy to no problemo. Warto tylko wiedzieć że to co się dzieje to już jest coś co pełnoprawnie można nazwać początkiem uzależnienia. Co ogólnie oznacza że jak nie będziesz uważać to bedzie tylko więcej i więcej i np. po x latach może pojawić się pierwszy ciąg.

To nie tak ze z dnia na dzień zaczniesz nakurwiać. To zazwyczaj TRWA, i potrafi trwać latami... ale z każdym dniem/tygodniem/miesiacem ciężej się zatrzymać. Ja to tutaj powtarzam ale to jest 100% legit. Przez 8 lat ciulałem "weekendowo/na sportowo". W między czasie miałem terapie... ale i tak poleciałem i to jeszcze bardziej, a obecnie na substytucie.

Tak se lecieć jak lecisz to też spoko i można tak całe życie... ale jak kiedyś by się pojawiła u ciebie chęć trzeźwego życia... np. dzieci? rodzina? to wtedy dopiero człowiek widzi w jak dużym stopniu jest wjebany. A też wiem że nakurwiając raczej człowiek dużo w życiu nie osiągnie, bo ostatecznie nałóg wygrywa i powoli na przestrzeni lat zabiera... a co zabierze to już zależy od człowieka... (np. ja: najpierw olałem studia, rok później zabrali mi prawko, rok później straciełm wymarzoną pracę i tak z roku na rok coraz mniej)

Ja Ci życzę żeby było git... ale człowiek żeby zrozumiec SAM musi przejśc przez gówno, więc my tutaj se pisac możemy ale Ty i tak sam będziesz musiał przeżyć to co mówimy, sam będziesz musiał dochodzić do tego ze kurwa mieli racje i inne takie :D 
Tak więc powidzenia ;3

Wiesz nam sie fajnie pisze bo już swoje wiemy. Jak być kiedyś za kilka lat wrócił z terapii to napisz tutaj :D

"ale idąc tym tropem myślenia to z 60-70% ludzi w moim wieku jest od czegoś uzależnione"

"70 proc. Polaków zarabia mniej niż wynosi średnia krajowa"

Przypadeg? nie sondze.

Wiem, że jesteście mądrzejsi przez wiek i doświadczenie ode mnie, który dopiero jakieś kilka miesięcy temu zaczął zabawę z narkotykami, ale mam nadzieję, że rozumiecie też punkt mój punkt widzenia małolata, który chce próbować jak najwięcej, a przy tym martwić się jak najmniejszą ilością rzeczy. ;p

Miałem tak na dobre lata przed zaczęciem ćpania, że olewałem szkołe i wszystkich innych poza paroma osobami dla mnie ważnymi. Rok przed miałem trudniejszy okres, a nawet nie zapaliłem wtedy jeszcze papierosa, o ćpaniu już nie wspominając. Po zaczęciu już poprzestawiały mi się trochę priorytety, mam na myśli to, że nie rzuciłem całkowicie zainteresowań, ale zamieniłem je na inne. Nie ma u mnie tak, że żyję od soboty do soboty i od poniedziałku myślę, że ale sobie przykurwię w kindybała, a tu jeszcze 5 dni trzeba odsiedzieć na trzeźwo w szkole, chociaż czasami takie myśli się pojawiają to wiem, że jak się nakręcę i zacznę ćpać też w czasie jej trwania to łatwo spadnę w dół.

Daliście mi do namysłu i może macie też odrobinę racji, że to początkowe stadium uzależnienia lub nawyku, spoglądając w tył przyznam, że 5-7 weekendów na piździe pod rząd to już trochę dużo, zważając na to, że wcześniej zarzucałem zwykle jedynie mdma albo klefedron raz na miesiąc albo dwa. Po tym weekendzie i tak zamierzałem zrobić sobie detoks od wszystkiego poza papierosami i wyjechać gdzieś na majówkę, wtedy zobaczę jak będzie reagował mój organizm bez zajebania czegoś w weekend – jeśli ktoś będzie ciekawy jak mi idzie to się tym podzielę.

W kwestii normalnego życia to czasem wprost teraz przeraża mnie fakt tego, co będzie po wyjściu z liceum i pójściu na studia, gdzie już naprawdę przynajmniej w jakimś procencie zacznie się prawdziwe, dorosłe życie. A co do związków to nawet teraz mam tak, że gdy przychodzi co do czego poważniej to jakby mimo początkowej ochoty przechodzi mnie lęk, zaczynam wymyślać wady i minusy i w końcu dochodzę do wniosku, że jednak jest lepiej jak jest. Staram się o tym nie myśleć i żyć tym co jest, zwalając wszystko na wiek albo charakter, bo myślę, że przygoda z narkotykami trwa jeszcze zbyt krótko, żeby aż tak znacząco odbiła się na moim myśleniu.

Życzę powodzenia w walce z uzależnieniem. ;p Mam nadzieję, że w moim przypadku nie wjebię się aż tak bardzo, bo nie chciałbym żeby taki cykl z wrzucaniem czegoś co weekend trwał kilka lat i żebym musiał szukać pomocy, tym bardziej nie chcę wpadać w ciągi, patrząc na to, że w nich traci się masę kasy i frajdy z zażywania narkotyków. 

Dorosłe życie przy nastoletnich wahaniach nastrojów i burzy hormonów to pikuś. Ale i mniej frajdy. 

Fajki to tam chuj, nie ma fazy, jesteś wybrany ale nic specjalnego się nie dzieje i nie zjebiesz sobie przez nie życia. 

Mnie opiaty nie wciągnęły. Stimy też nie. Za to hehehuana mnie zjadła. To samo reszta sajko. Najlepiej się nie wyjebać w ciąg i nie przesadzać z działkami. 

Ale weź i się opanuj jak *klasyczna myśl ćpuńska* JEST ZAJEBISCIE ALE MOŻE BYĆ JESZCZE LEPIEJ!

No, powodzenia życzę w niewjebywaniesię i skrobnij coś czasem, bo wiesz, ciekawi mnie   i pewnie nie tylko czy będziesz jednym z niewielu, którym się uda ;)

Wjebany* nie wybrany 

Ehh ta autokorekta

Ahhhh... nie zwróciłem uwagi na wiek... nie mam czasu teraz całkowicie odpowiedzieć ale tak na szybko... ty jeszcze "próbujesz" to ten etap... ale na tym etapie ważą się losy życia, albo polecisz albo nie, po tym co napisałeś narazie zmierza to w złą stronę i trzeba uważać... ale no to ten wiek kiedy człowiek próbuje.

Niestety takie próbowanie kończy się często źle bo "pod" głodem do narkotyków ukrywają się emocje z chujowego życia. To nie jest tak że głód się z gówna bierze. On pojawia się bo w życiu jest źle... czasami nawet sami nei wiemy... źle mam na myśli życie bez jakiegoś z rodziców... rozwód rodziców... śmierć rodzica... ojciec alkoholik... wyjebane rodziców na dzieci... dokuczanie w szkole.... tego typu rzeczy i milion innych w wieku dorastania czyli nawet do 21 ryją banie... i ludzie z takimi "traumami" mają braki emocjonalne które objawiają się w głodzie do narkotyków... to tak po krótce bo nie mam czasu.

Ogólnie to to ten wiek... nic nie zrobisz próbuj próbuj... chociaż wiadomo jak byś zwalczył checi juz teraz to możesz być w tych 30% lepiej zarabiajacych już we wczesnym wieku, hehe ale to takie moje gadanie. Każdy musi przeżyć swoje tak jak pisałem powyzej... ty jeszcze młody, o czym przepraszam nie pomyślałem pisząc.... ogólnie to wszystko co napisałem jest prawdą. 

Problem tak młodego wieku jest w tym że no za mało przeżyłeś i też mogłem nad niektórymi rzeczami tak się nie rozwodzić, bo nei było sensu.

No nic odemnie to tyle że miej to mega na uwadze to branie dragów... bo weekendówki (ćpanie) to już niezłe bagno... a zobaczysz na studiach jak to ryje banie i nie da sie do niczego zmotywować... rach ciach uczysz się na amfie (chyba że idziesz na jakieś gówniane), rach ciach weekendówki + w tygodniu nauka, rach ciach dzień amfa + noc trawa, rach ciach benzo na sen, rach ciach benzo + koda + amfa w dzień itp.

Albo jeszcze lepiej... kurwa pij alkohol, jaraj trawe... bo imprezy i tak teraz będą.... ale jebaj tą kurewną amfe i do niej nie wracaj. Jak potrzebujesz to CHLEJ do odcięcia... wiadomo to też normalne rozwijanie uzależnienia... ale przynejmniej se beretu nie wymiksujesz... Dojrzewanie ciężki okres... jedni zostają w tych 70% innym się udaje przejśc do 30%.

Lat 18 więc na spokojnie, impreski bajerki szmerki, chlanei wóda koks ale na ostrożnie. Pozdro ;)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media