Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

każdy kij ma środek medalu

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Chemia:
Dawkowanie:
T: 240 µg LSD
T+1.5h: 150 mg MDMA
T+7h: pół giecika z bonga
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastawienie 100% pozytyw, trochę na żywioł, ja i mój mężczyzna. Zima, okres świąteczny, miasto, docelowo nasze mieszkanie.
Wiek:
24 lat
Doświadczenie:
Konopie, LSD-25, 1P-LSD, Psilocybe cubensis, P. semilanceata, szałwia ekstrakt 20x, MDMA, xtc, ethcat, amfetamina, kodeina

każdy kij ma środek medalu

- Na pewno George Michael z Davidem Bowie napierdalają takimi kółka po Niebie.

Jest. Tym razem łapiemy go zza grubych kurtek i szalików, ściany zimnego powietrza, siedzi jak gdyby nigdy nic na płachcie papieru, wiszącego smętnie z wiaty przystanku. Jak się dobrze przyjrzeć, to można zobaczyć bijącą z niego aurę absurdu.

Początek kwasowego tripa jest jak zapadanie w świadomy sen. W pewnym momencie, mimochodem, ale z pełną klarownością dostrzegasz lub czujesz wyłamujący się z na swój sposób znanej i uporządkowanej całości element. Rodzaj zaproszenia, wejście do króliczej nory, błąd w Matrixie, każdy po swojemu już wie wtedy, że to już.

 Od zaaplikowania kartoników mija właśnie dobre pół godziny, spędzone głównie na minimalizacji kontaktu z marznącymi tabunami ludzi, upchniętych w udekorowane światełkami centrum miasta. Czekamy z W. na tramwaj, tuptając w miejscu i wlepiając oczy w plakat z propozycjami prezentów świątecznych. Pozycja z podpisem „ZDALNIE STEROWANE AUTO” wzbudza nasze szczególne zainteresowanie. Nie patrząc nawet na twarz towarzysza wiem, co ma teraz w głowie. Wyobraża sobie proces myślowy grafika, nawożony litrami kawy, który prowadzi go ostatecznie do podjęcia decyzji o wklepaniu tego podpisu wersalikami, wszakże to, co widnieje na opisywanym obrazku jest dalekie od przeciętnego desygnatu „auta”. To małe dziadostwo na trzech kółkach, niedorzecznie wielkich w stosunku do elipsoidycznej, pozbawionej okien, drzwi i świateł karoserii, jedno mniejsze kółko na dachu, całe jest zrobione z mlecznego, półprzezroczystego tworzywa, spod którego wyziera światło ledówek w barwach fuksji i błękitu. Wygląda jak całe lata osiemdziesiąte skompresowane do formy zabawki erotycznej, ale wyraźnie przecież napisali, że to zdalnie sterowane auto. Ok, niech będzie.

Podróż tramwajem natomiast jest tak tramwajowa, jak tylko się da. Metalowe monstrum jęczy i skrzypi przy każdym zakręcie, a dzięki gwałtownym przyspieszeniom i sile inercji nieznajomi ludzie na moment wpadają sobie w objęcia, by chwilę potem wyrażać skruchę z powodu naruszenia nietykalności cielesnej i zażenowanie niemożnością przeciwstawienia się otoczeniu i ustania prosto, jak na człowieka przystało. Proszę wybaczyć, to nie ja, ja bym Pani nigdy, to ta cholerna fizyka!

Przycisk do otwierania drzwi rozlewa się w przestrzeń najzieleńszą sferyczną tęczą. Trasa linii, przedstawiona na tabliczce w formie odcinka z zaznaczonymi na nim przystankami wije się jak wąż, zrzuca z grzbietu punkty, przez które ma przebiegać i figlarnie kluczy pomiędzy nimi. Jawi mi się jako wizualizacja wolnej woli, szept pojazdu, który mówi: „hej, zapnij pasy, zaraz zerwę się z trakcji i zawiozę Was tam, gdzie naprawdę chcecie być”. Drugim uchem wpadają jednak ochrypłe komunikaty oznajmiające nazwy przystanków zgodne z etykietkami punktów na tabliczce. W. skupia się na narastającej częstotliwości dźwięku silnika i twierdzi, że słyszy czas. Motorniczy pali szluga i zdaje się niczego nie słyszeć.

Wypadamy z dusznego, wibrującego życiem wagonu wprost w chłód i nagość parku. Natura nie czyni skoków, stąd tak gwałtowna zmiana stanu zdaje się na złość wzmacniać samą siebie: zastygamy, zmrożeni w pastelowo-akrylowej kulce z zimową miniaturką. Ptaki brzmią jakby wiatr grał na szklanych kieliszkach; za każdym dźwiękiem podąża pogłos przesypywania kryształu po lustrze. Każda ścieżka jest równie dobra. Każda kusi obszyciem z kruchej, animowanej koronki, splecionej z gałązek okalających ją krzewów. Każda przybrana odmiennym wachlarzem skrzących pryzmatów. Każda ostatecznie zaprowadzi do domu. Resztki pragmatyzmu każą nam wybrać najkrótszą. Cóż za niebiańsko piękny, piekielny labirynt.   

Do mieszkania wtaczamy się po bliżej nieokreślonej mieszaninie kroków, czasu i wymiany wrażeń na sposób śmiechu, przekleństw i monosylab. Język jest już niepotrzebny. Przed wyjściem zostawiliśmy włączony player z całą biblioteką muzyczną w trybie losowym. Rzecz jasna nie mogło przywitać nas nic innego, jak White Rabbit Jefferson Airplane, chociaż mogłabym przysiąc, że od lat nie mam ich na playliście. Zostawiliśmy też dwie bombki po 150 mg MDMA. Pokój będący jak na tę chwilę tesseraktem sugeruje, że być może to byłoby już za dużo.

Rzeczywistość kreowana przez Disintegration Loops Basinskiego i materac wpycha mnie w cykl pacjenta, ciąg migawek rodzaju „jestem x i leżę w y”; noworodek i inkubator, podlotek i nosze, ciężarna i fotel ginekologiczny, rak i łóżko na paliatywie. I od nowa. W końcu trafiam na wyjątkowo miękkie, secesyjne łoże, zapadam się do wewnątrz -

Ciemno. Przytłaczające poczucie, że nie wiem. Wtem, światełko. Ruszam ku niemu, albo ono zbliża się lub rośnie. Nie wiem. Zaczynam czuć. Zimno, potem wilgoć, po tłustym błocie idę. Serce wyrywa się z piersi, z półmroku wyrastają monumentalne, drewniane ściany. Zapach butwiejącej materii organicznej. Muszę jak najszybciej dostać się do światła. Szybciej. Muszę. Reszta jest ze mną, czuję ich obecność. Widzę ich, jest nas troje. Wszystko będzie dobrze. Ściana jest litym kawałem drewna, rzeźbionym w niezwykle misterne botaniczne motywy, płynnie morfujące w zwierzęce pyski i ludzkie twarze. Jedna, jedyna szczelina jest źródłem tego magnetycznego światła. Wsuwam nos do środka. Atom po atomie wciąga mnie w siebie nieograniczona przestrzeń utkana z blasku, miażdżąca, przepotężna, unicestwia mnie w jednej chwili, rozkłada w nieskończoną matrycę szarych jednostek, każda obserwuje wizję dwóch kolosalnych, biegunowych postaci, manifestują się jako koguci ogon i pasmo jasnych, kobiecych włosów, plączą w dzikim tańcu jak wirujący derwisze. Przestrzeń dudni i pulsuje, jakbyś nałożył na siebie wszystkie nagrania z Voyagera i wsadził głowę w subwoofer. Byty obracają się coraz szybciej, dźwięk przybiera na częstotliwości, światło na natężeniu.

Wszystko zlewa się w jeden biały, rozedrgany pisk.

Świetlista przestrzeń jest teraz wszechgradientem wszystkich możliwych długości fal, ucieleśnieniem, niebytem, mozaiką wszystkich figur, kształtów, bezkształtów. Po prostu - Wszystkim. Jedno Wszystko płynnie przechodzi w drugie, trzecie, n-te Wszystko. Ma swoje centrum, jest nim szary punkcik, połączony ze Wszystkim czymś na kształt aksonów. Widać, jak przemykają przez nie niezliczone impulsy złotego światła, które warunkują formę, jaką  w danej chwili przyjmuje Wszystko. Potem impulsy wracają do centrum i cykl się powtarza.  

Otwieram oczy. Koniuszki palców i czubek głowy sprawiają wrażenie, jakbym właśnie przejeżdżała nimi po naelektryzowanym ekranie starego telewizora. Patrzę na W. Chce coś powiedzieć.

- Każdy kij… ma środek… medalu.

Wiem, Kochanie. Widzieliśmy. Chodź tu, tak pięknie grasz ze swym światłem, cały błyszczysz, chcę wlać w Ciebie swoje, zanim z nas uleci, zanim znów trzeba będzie nam siebie odszukać -

Emka wstrzeliła się już z pełną mocą. Wrażenia dotykowe są na poziomie komórkowym, a kwas nadal sugeruje, że dotykamy się aż po sedno, pokonując barierę skóry. Para idealna, jedno otwiera głowę, drugie przypomina, że masz też serce.

 Cały garnitur bodźców zewnętrznych jest jak orkiestra trzymająca za mordę dyrygenta, posłusznie śpiewającego odę do Jedni. Pod powiekami film o skali, to jesteśmy organellami jednej komórki, to dwoma kawałkami skały w polu jednej gwiazdy, to splątaną parą fotonów, to szlugiem i motorniczym.

Dużo się działo. Niewiele zapamiętałam.

 

Z czasem coraz dłuższe przebłyski codziennej percepcji, w których odnajduję się w nie mniejszym stanie splątania, nagości, krańcowej euforii i krystalicznego spokoju. Można już rozmawiać, słucham, opowiada mi o tym, jak energia obrasta w materię, i materia obrasta energię, żeby móc się nią bawić, żółty kolor Słońca to sam środek widzialnego spektrum, trochę w prawo, trochę w lewo i oto widzimy, i co to w ogóle znaczy, i że pierdolimy farmazony jak po pierwszym kwasie. W głowie się pali, gasimy pożar kilkoma buchami z bonga i oddajemy się słodko-gorzkiemu afterglow, obserwując, jak Wszystko wraca wokół i wewnątrz nas do tego bardziej znajomego porządku. 

Ocena: 

Odpowiedzi

Jak zobaczyłem, że to raport od Ciebie, to aż z radości mi szyszynka spuchła!

Miło mi wielce! No i kradnę spuchniętą szyszynkę, cudo. 

Co do tego Voyagera to polecam ogarnąć Lustmord. TR zajebisty 12/10

Ha, świat jest mały! W akompaniamencie Heresy zaliczyłam swojego pierwszego (i dzięki temu jeszcze przez dłuuugi czas jedynego) szałwiowego tripa. Kto by chciał wracać do piekła. Dzięki za feedback. 
 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2017
design: Metta Media