Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Kanał RSS neurogroove

play it again, sam

detale

Substancja wiodąca:
Apteka:
Dawkowanie:
~900mg DXM (897mg zażyte pod postacią Robotablets freebase DMX w przeliczeniu na odpowiadającą ilość HBr z Acodinu), w 3 dawkach
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Łóżko, dobry nastrój, przygotowana playlista, chęć poznania odpowiedzi na nurtujące pytanie
Doświadczenie:
DXM, Kodeina, Salvia divinorum

raporty digitaldisaster

play it again, sam

Korzystając z ostatnich dni urlopu, planowałam uderzyć w sigma plateau i doświadczyć czekających tam tajemnic.

 

15:00 - 7 tabletek (273mg) zapite sokiem grejpfrutowym. Do tego lekki obiad. Do kolejnej wrzutki coś około szklanki soku.

 

16:00 - Pierwsze lekkie efekty. Zastanawiam się, czy wpływ na całość będzie miało 6 tabletek wziętych nie tej, lecz poprzedniej nocy (podróż, podczas której chciałam być na nogach i nie zasnąć, dex w dawce niewywołującej efektów, ale powstrzymującej od snu. Sprawdziło się świetnie, a kiedy organizm upomniał się o swoje, chyba po raz pierwszy w życiu przespałam całą drogę pociągiem. Po powrocie do domu jeszcze 2 krótkie drzemki, żeby nie zaczynać tripu, będąc zmęczoną).

 

16:30 - Stwierdzam, że efekty są dość mocne jak na okolice 300mg. Czy to grejp? Moje (nie)odespane zmęczenie? Zobaczymy. Zaczynam się zastanawiać, co będzie dalej, skoro już zaczyna być ciekawie. Dochodzę do wniosku, że mam naturę eksperymentatora, co może nie być dla mnie tak do końca dobre, z drugiej strony ciekawość, chęć rozwoju, wiedzy - tak, to brzmi, jak ja. W tym momencie postanawiam przekuć to w trip raport.

 

16:40 - Próbuję zrelaksować się przy grze, jednak powoli zaczyna być to utrudnione. Myśli uciekają, ciężko się skupić.

 

19:00 - 8 tabletek (312mg). Poprzednie działanie już zeszło, pozostał jedynie lekki, charakterystyczny ucisk w głowie, znak, że resztki dexa jeszcze działają. Korzystając z tego, że chce mi się pić, wypijam resztę soku. Kolejną dawkę będę zapijać gazowanym tonikiem - gazowany napój, aby zapobiec ewentualnym problemom żołądkowym. Cieszę się, że od 2 dni przygotowywałam się, biorąc leki osłonowe, bo teraz nie odczuwam ciężaru dexa.

 

20:00 - Lekkie efekty, mniejsze niż przy poprzedniej dawce. Zastanawiam się, czy to dobry pomysł, żeby dorzucić kolejne 8 tabletek, nie chcę ich zmarnować... Z drugiej strony sporo dexa krąży już w organizmie, więc coś powinno się wydarzyć. Dodatkowo chcę skrócić czas kolejnej wrzutki, więc dorzucę dawkę równą poprzedniej, co mieści się w przyjętych normach efektywnego dorzucania. Powinno zadziałać.

 

21:00 - Jest ciepło, miło, pluszowo, przyjaźnie. Przyjemny, znajomy stan. Może wezmę się za modyfikację playlisty. Specyficzne uczucie, kiedy jednocześnie piszę ze znajomymi, ogarniam muzykę i jeszcze czegoś tam szukam. Tak jakby wielozadaniowość była ciężka. Zaczynam się zastanawiać czy to w ogóle zaskoczy. Z jednej strony mam wrażenie, że coś wielkiego czeka za rogiem, z drugiej nastawiam się, że w najgorszym wypadku dostanę zmuły przy muzyce, co w sumie i tak będzie ok. Trzeba szukać dobrych stron.

 

Przy okazji rozwiązałam problem energetyczny - od pierwszej dawki jest mi tak przyjemnie ciepło, że widzę w tym potencjał. Po co węgiel - bierzcie dexa!

 

22:00 - 8 tabletek (312mg). Ostatnia dawka i teraz już grzecznie do łóżka, leżeć i czekać. Zamykam oczy i czekam na przysłowiową linę, której użyję do wciągnięcia się w świat wizji. To uczucie ciepła jest dziwnie znajome. W zasadzie nie czekam, aż fala mnie zaleje, jak zazwyczaj podczas tripów, gdy czekam na moment wejścia. Tym razem jestem już w wodzie od dłuższego czasu i tylko ode mnie zależy, czy się w niej zanurzę. Ale przecież po to tu właśnie jestem.

 

Przestrzeń jest ciemna, komfortowa, muzyka nie wywołuje lęku, lecz pozwala bez obaw zanurzyć się w ten świat, dać się ponieść. W końcu jestem bezpieczna. Dryfuję w powietrzu lub czekam w miejscu na odpowiedni moment, kiedy pojawi się bodziec, wówczas podążam za nim. Na początku jest to uczucie lekkiego ciągnięcia w górę, później jakby przemieszczenie się jakimiś rurami. Wypłynięcie na powierzchnię. Tam spędzam czas pod kopułami katedr, wzory, łuki żyją muzyką i ewoluują wraz z nią. Miejsce pełne harmonii i spokoju, piękne, wpadałabym tam na kawę i chwilę relaksu.

 

Kotwica moich myśli sprawia, że zaczynam martwić się o nerki; schizuję się, że nie mam wody w organizmie i nerki przestaną pracować. Drugi głos z tyłu głowy uspokaja, że nic się nie dzieje i od jednorazowego tripu nie umrę - jutro będę po prostu wlewać w siebie wszystko, co znajdę. Jestem uspokojona, cały czas czuję komfort i ciepło.

 

Wracam do podróży. Dawno niesłyszana piosenka odblokowuje wspomnienia, znowu pojawiają się znajome elementy i nagle doznaję olśnienia - Ale moment, ja już tu byłam! Kiedyś przy niższej dawce byłam w tym samym miejscu! Muzyka pasuje perfekcyjnie. Odnoszę wrażenie, że ostatnim razem też losowo wypadła świetnie, jakby ułożona pod całą podróż - teraz też, pomimo tego, że jest nieco inny zestaw piosenek. Los mi sprzyja, wiem, że będzie to dobry lot. W głowie pojawia się myśl, która może być moim motto - wszystko ma swój czas i miejsce. Czas na to spotkanie właśnie nadszedł. Mam dwa rodzaje tripów - jaśniejsze, z większymi CEVami i ciemniejsze, w których czuję się jak owinięta kokonem lub w bezpiecznej kapsule. Ciemność mnie zalewa, ale jestem na nią przygotowana, wybieram z niej kształty i wzory, skupiam się na nich i pozwalam się prowadzić.

 

Kolejna piosenka, która brzmiała inaczej i którą pamiętam. Dlaczego odwiedzam drugi raz to samo miejsce? Nie, lepszym określeniem jest przestrzeń. Czytałam, że to się zdarza, ale do tej pory tego nie doświadczyłam. Zastanawiam się nad przyczyną, czy to jakaś lekcja, której nie nauczyłam się ostatnio, a może właśnie powtórka, potwierdzenie czegoś. Virtual Insanity, które brzmi zupełnie inaczej, jakby dźwięki wyjęte i przełożone w inne miejsce na zasadzie klocków, a raczej srebrnych pasów, które przeplatają się, tworząc nowy, ale ten sam utwór. Już raz go słyszałam, właśnie tutaj.

 

Woda. Poruszyłam palcami i poczułam, jak są suche - to organizm pobierał wodę ze wszystkich dostępnych źródeł, żeby ratować moje nerki. Niech działa, wie co robi. Przekręcam się na bok i piję kilka łyków wody, żeby dołożyć i swoją cegiełkę. Wracam do podróży.

 

Zagłębiając się na nowo, odkrywam kolejne znajome miejsce. Widzę szkatułkę z czymś w środku. Jelonek. Słowo klucz. Hasło do zaszyfrowanych tajemnic. Kojarzyłam, że poprzednim razem stwierdziłam, że tego słowa użyje w głowie mojej przyjaciółki. Jeżeli go użyje w rozmowie następnego dnia, będzie to świadczyło o tym, dotarłam do niej i że zapis się udał. Ale może to nie miało być wtedy a teraz? Przekonam się jutro.

 

Automatycznie przypomina mi się jedna z moich zagadek/osiągnięć na tripie, mianowicie: Obszar testowy mózgu - tam wpadłam na pomysł z jelonkiem. Stworzyłam go przy poprzedniej wizycie, miał to być wydzielony fragment mózgu, z którym mogłabym eksperymentować z sugestiami i wizualizacjami. Mogłam tam bezpiecznie testować swoje możliwości, a jeżeli przyjęły się, zostałyby zaimplementowane do obszaru właściwego. Teraz się nie pojawił, ale nie był on celem wycieczki, więc odpuściłam. Widocznie jednak gdzieś tam jest, czeka na mnie. Może mam do niego wrócić.

 

Przechodzę dalej. Odnoszę wrażenie znajdowania się na jakichś kręgach, tworzących amfiteatr, jak pierścienie Saturna układające się wzdłuż i wszerz, tworząc eliptyczną przestrzeń. Tak, również tu byłam. Wydaje mi się, że to granica. Granica plateau? Kolejne jest 4? A może czeka tam coś innego? Wychodzi na to, że jeszcze nie jestem gotowa by pójść dalej. W przeciwnym razie ten trip raczej wyglądałby inaczej.

 

I wtedy, jakby na pożegnanie zostaje mi wtłoczona do głowy myśl - niejednoznaczna odpowiedź, ale kolejny element układanki, który wskakuje na swoje miejsce. To, po co tu przyszłam. Tak jakby cała ta podróż miała być lekcją lub powtórzeniem pewnych prawd. Niby niewiele, jednak kolejny fragment przybliża mnie do zakończenia.

 

Do trzech razy sztuka?

 

1:20 - Lądowanie. Wycieczka do łazienki cieszy mnie, udowadniając, że z nerkami wszystko w porządku.

 

1:30 - Pogrążam się w rozmyślaniach, próbując wyłapać i zapamiętać jak najwięcej z tripu.

 

3:30 - Odkładam słuchawki, idę spać.

 

 

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Set and setting: 
Łóżko, dobry nastrój, przygotowana playlista, chęć poznania odpowiedzi na nurtujące pytanie
Ocena: 
Doświadczenie: 
DXM, Kodeina, Salvia divinorum
Dawkowanie: 
~900mg DXM (897mg zażyte pod postacią Robotablets freebase DMX w przeliczeniu na odpowiadającą ilość HBr z Acodinu), w 3 dawkach

Comments

Styl 5/5, szkoda że tak odrobinę urwałaś historię, ale też rozumiem - nie wszystko nadaje się do TR ;)

Noo, dokładnie, to jeszcze nie ten czas. Ale kto wie, może jak ostatecznie rozwiążę tę zagadkę to się z wami nią podzielę ;)

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2022
design: Metta Media