Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

jak doświadczyłem samooczyszczenia - pierwszy raz z mdma

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Green granade (~230mg) - Rumcajs, Bunia
Biała, nieoznakowana (podejrzewam, że moc podobna) - ja
Rodzaj przeżycia:
Wiek:
19 lat
Doświadczenie:
Marihuana - często
Metamfetamina - kilkanaście razy
Amfetamina - 2 razy
Benzydamina - 1 raz
DXM - 1 raz
Efedryna - 1 raz
Pseudoefedryna - 1 raz

jak doświadczyłem samooczyszczenia - pierwszy raz z mdma

 

I. WSTĘP

 23 czerwca 2017. Na zegarku trochę po 21-szej. Wraz z moim przyjacielem RUMCAJSEM wracamy właśnie z misji. Mota poszła sprawnie i zgodnie z planem. Rozpierała nas ekscytacja na myśl o zbliżającym się (już lada moment) pierwszym dropsowym tripie. W schowku skitrane sreberko skrywające 3 wesołe tabletki - dla mnie, dla niego i dla BUNI, która dołączyła do nas ok. 22. Samochód odstawiony, wszystko co było do zrobienia - zrobione, albo odłożone na kiedy indziej, a w plecaku akrylowy bongosek, butla wody i 3 zimne kasztelany, coby zapić pragnienie. Dotarłszy na miejscówkę odwijamy dropsy, i orientujemy się że jedna z tabletek fakturą różni się od dwóch pozostałych; dostaliśmy 2 zielone granaty i jedną okrągłą, całą białą, bez żadnego loga. Buni i Rumcajsowi bardzo spodobał się dizajn granatów, a ja w myśl idei 'ryzyk-chemik' zgodziłem się skonsumować tą nieoznakowaną. Jeszcze przez chwilę podziwiamy kunsztowne wykonanie tabletek, po czym stukamy się nimi jak do toastu, i połykamy.

 W oczekiwaniu na wejście, zaczęliśmy spacerować po okolicy. Mieszanka ekscytacji i lekkiego napięcia powodowała, że mimowolnie ciągle przyspieszaliśmy tempa, które musieliśmy wciąż redukować, żeby nie zostawić kulejącej zawczasu Buni w tyle. Gdy obeszliśmy już pół wsi wzdłuż, postanowiliśmy usiąść na przystanku. Zaczęliśmy rozmawiać na tematy wszelakie: od walorów estetycznych naszej pięknej, acz wykolejonej wioski, do roli narkotyków w życiu. Ok. 22:45 (swoją drogą, to ostatni moment w którym kontrolowałem czas) dostałem telefon od kolegi kierowcy - WARCHOŁA, który zwiastował przybycie do nas już lada moment. W tym momencie odnotowałem, że światło telefonu zrobiło się bardziej jaskrawe, i zdziwiła mnie godzina - ostatnie minuty zleciały mi nienaturalnie szybko. Bunia zadeklarowała, że musi iść na stronę, toteż w tym celu skryła się za winklem, kilkanaście metrów dalej. W międzyczasie ja i Rumcajs, nie odrywając się od ławki przystanku, zaczęśliśmy gapić się; to na siebie, to na świat dookoła. Na naszych twarzach momentalnie wyrósł banan i zaczęło bawić nas wszystko, począwszy od faktu, że wszystko nas bawi. Na horyzoncie pojawiają się światła samochodu. Kuźwa, jakie one intensywne, prawie muszę mrużyć oczy, mimo że auto jest dobry kilometr od nas. Tak jak podejrzewaliśmy - to samochód Warchoła. "Chłopaki! Wchodzi miii!" - rozległ się drżący z ekscytacji głos Buni, która powoli wyłaniała się z ciemności, gdy Warchoł zatrzymał się obok nas. Niezły timing! Wsiadamy do samochodu, i...

II. WEJŚCIE

 ŁAAAŁ! Weszło, dokładnie w chwili wejścia do pojazdu. Zupełnie inny stan świadomości. Czułem się, jakbym znalazł się wewnątrz statku kosmicznego. Świecące światła, przyjemne ciepło, muzyka z głośników i miękki fotel z którym z miejsca zacząłem stanowić jedność. Przez moment zapomniałem jak się nazywam, ale w tym momencie nie było mi to w ogóle potrzebne. Czułem jak serotonina zalewa mój mózg, powodując drgania oczu. MUZYKA! JAK ONA BRZMI! Miałem wrażenie jakby wpadała mi do ucha, robiła mojemu umysłowi piszczotliwy masaż, obsypując go namiętnymi całusami, po czym wypadała drugim uchem, szerzyć miłość i pokój w świecie. Wpadłem w muzyczno-miłosny trans. Beztroska, radość, bezpieczeństwo. Sapiąc z podjarki, odwróciłem głowę do Rumcajsa i Buni. Chyba mają podobnie jak ja. Czuję od nich aurę szczęścia i radości. Rozpływam sięęę. Pada pytanie "Dokąd jedziemy?" Hmm, dobre pytanie. Udaje mi się 1 %-tem mózgu odpalić tryb podróżnika, i nie otwierając oczu, rzuciłem: "Jedź w prawo. Jedziemy na..." - Kurwa, jak to wytłumaczyć? Jak to się nazywało? I gdzie my w ogóle jesteśmy? – „...Chuj, jedź przed siebie, będę Ci mówił." Tak też zrobił.

 Z następnych kilkunastu minut pamiętam tyle, że musieliśmy się raz zatrzymać, bo miałem odruch wymiotny po wjeździe na próg zwalniający. Wytoczyłem się z auta i odszedłem na moment. Kontrola fazy: świat wiruje mi jakbym doznał wewnętrznego oczopląsu, mam wrażenie jakby moje oczy chciały przyswoić więcej obrazu, niż mózg był w stanie odebrać. Ale poza tym jest spoko. Wziąłem kilka głębokich wdechów, i wróciłem do auta, coby kontynować rozpływanie się w szczęściu w miękkim fotelu, w rytm muzyki, silnika i jęków radości Buni. Na wpół tomny próbowałem wytłumaczyć chłopakom dokąd nas kieruję. W pewnym momencie przed moimi oczami pojawiła się ręka Rumcajsa, trzymająca z jakiegoś powodu zalane bongo. Poprosił, żebym go potrzymał, na co odpowiedziałem, że nie dam rady. "No złap je tylko na chwilę, kurwa!" - fala frustracji skumulowana w jego głosie uderzyła mnie dogłębnie, co wprawiło mnie w refleksje. "Czy odmawiając mu potrzymania bongoska, sprawiłem mu przykrość? Czy to definiuje mnie jako złego przyjaciela, egoistę? Ale dlaczego zalał go podczas jazdy, w samochodzie? Czy tym zachowaniem nie narucha nam przypału?" - rozpocząłem wewnętrzną dyskusję, która zdawała się być na tyle głęboka, że miałem wrażenie, jakbym rozmyślał o kwestiach co najmniej ważnych w chuj. Rozumowanie było znacznie bardziej pogłębione, czułem że każdy temat mogę ugryźć z różnych punktów widzenia, lepiej niż zazwyczaj. Tak mnie to pochłonęło, że ostatecznie chyba nie potrzymałem mu tego bonga. O ironio.

III. PODRÓŻ

Gdy zbliżaliśmy się już powoli do celu, spostrzegłem poprawę moich funkcji życiowych - byłem już w stanie rozumieć zdania składające się z więcej niż pięciu wyrazów, i odpowiadać na nie w czasie rzeczywistym. Słyszę śmiech Rumcajsa z tyłu, odwracam się. Widzę Bunię, która jedzie z głową wystawioną przez okno. Łapie mnie uczucie troski. "Bunia, niedobrze Ci..? Bunia?" Po chwili ta wraca głową do samochodu i wysokim głosem odpowiada mi "JEST PRZEPIĘĘKNIEE!"- po czym głowa wraca za szybę. Poczułem przypływ szczęścia na samą myśl, że Bunia jest szczęśliwa. Wróciłem do rozkoszowania się chwilą. Z głośników leciało "Young, wild & free" w jakiejś ocenzurowanej wersji. Chociaż brzmienie bitu bardzo mi się podobało, to wokal w zwrotkach kłuł w uszy. Poprosiłem kierowcę o zmianę utworu i wybrałem In The End Marcusa Warnera. EARGASM. Stan, w jaki wprawiały mnie dźwięki tego utworu był kompletnie nie do opisania, więc po prostu zakończę to zdanie.

 Dojechaliśmy na miejsce. Była to końcówka asfaltowej drogi polnej, wiodącej na opuszczony kamieniołom. Mieliśmy stąd przepiękny widok na całą okolicę, kilkanaście kilometrów do przodu. Dookoła mnie tylko cisza, spokój, nocny krajobraz świateł miasta i - co najważniejsze - moi przyjaciele. Sama świadomość tego wywoływała u mnie ekstatyczne wyładowania rozchodzące się po całym ciele. Coś pięknego. Warchoł zgasił silnik, muzyka przycichła, nastąpiła chwila kontemplacji. "Wysiadamy? Czy zostajemy w środku? Co robimy?" - nie wiem czy te pytania faktycznie padły od kogoś, czy rozbrzmiewały tylko w mojej głowie, w każdym razie - po chwili już wszyscy byliśmy na zewnątrz. Gdy muzyka całkiem zgasła, czułem się lekko wytrącony z transu, za to bardziej pobudzony. Cóż, w końcu MDMA to kuzynka metamfetaminy. Tylko że o wiele piękniejsza.

 Zacząłem rozglądać się po okolicy. Często przyjeżdżaliśmy tutaj na lolka, ale nawet po zjarańcu to miejsce nie miało chociaż w 1/10 takiego klimatu jak po ekstazie. A może to nie tylko to miejsce, ale cały świat? A może tu wcale nie jest tak pięknie? Ot, zwyczajny polniak jak każdy inny, a urok jaki w nim dostrzegam wynika z faktu, że jestem naćpany? Z rozmyśleń wyciągnął mnie głośny szelest. To Bunia i Rumcajs postanowili legnąć na łączce porośniętej wysoką trawą. "Czujecie to połączenie z naturą?" - głos Buni rozbrzmiał się, a ja poczułem w nim nieskrępowaną radość i wolność. Podszedłem do niej i do Rumcajsa, i chwilę obserwowałem ich jak leżą i... po prostu są szczęśliwi. Ale czy czułem połączenie z naturą? Chyba nie, uświadomiłem sobie, że czuję jakby coś mnie blokowało, jakby brakowało mi jakiegoś elementu, żeby też tak emanować radością. Przypomniałem sobie o Warchlaku, który stał przy aucie i palił szluga. "Mamy jaranie dla niego!" - olśniło mnie, conajmniej jakbym odkrył nowy pierwiastek. Ale sama myśl, że zaraz wyciągnę z plecaka bongo i palenie, i poczęstuję nimi mojego przyjaciela, napawała mnie niezmiernym zadowoleniem. Wgramoliłem się do samochodu, i nabiłem mu cybuch suszem. "Rozpalisz mi?" - rzucił.

No ładnie, jedyny trzeźwy z nas i prosi odklejonego mnie żebym mu rozpalił, mimo że deklarowałem, że nie chcę miksować. Spojrzałem na Warchoła i czułem, że postrzegam go głębiej niż kiedykolwiek, jakby udało mi się go zdemaskować; Dostrzegłem w nim mojego młodszego brata, którego zawsze trzeba pilnować, żeby nie odjebał, i któremu cud że nie trzeba butów wiązać. Na samą myśl o tym, od jego obecności zaczęło robić mi się nieprzyjemnie, aż poczułem to w żołądku. Szybko rozpaliłem mu Czarusia (tak się zwał nasz akrylowy kompan), i wyszedłem z samochodu.

IV. PEAK

 Dobra, to co teraz? Z jednej strony Warchlak smolący bongo w aucie, z drugiej strony Bunia i Rumcajs obściskujący się na glebie. A po środku ja, stojący w dylemacie. Sam. Poczułem, że to jest moment na spacer. Zacząłem flegmatycznie stawiać kroki ku ciemności, i przy każdym z nich toczyć rozkminy. Czułem, że wszedłem na wyższy poziom autorefleksji, że moje myśli jeszcze nigdy w życiu nie były tak bezczelnie głębokie. Myślałem o swoim życiu; o tym jak bardzo szczęśliwym człowiekiem jestem, i jak rzadko to doceniam. Jak cieszę się, że mam PRZYJACIÓŁ - prawdziwych, z krwi i kości, za których wskoczyłbym nawet w ogień, wodę czy dowolny inny żywioł, i wiem że oni za mną też. I to w czasach, w których coraz częściej zamiast przyjaciół, ma się followersów. Szedłem coraz szybciej, a wraz z wzrostem tempa mojego chodu, zwiększało się natężenie myśli, nakręcałem się. Czułem, jakby każdy kolejny krok, i każda przy tym myśl odciskały się na mnie, jakby każda refleksja dobijała się do moich najgłębszych warstw, i przyczyniała się do 'oczyszczenia mnie'. Tyle tak dosadnych myśli w jednej głowie... W końcu nie wytrzymałem presji, i niczym w geście pojednania ze (swoją) naturą - położyłem się na trawie, z dala od reszty. Tak, teraz to czuję. Czuję połączenie z przyrodą, z ludźmi, z całą planetą. Czuję się jak jedna z wielu funkcjonujących komórek, na organizmie zwanym Światem... Nie mogę sobie przypomnieć, czy ta noc była jasna, czy ciemna, ale pamiętam niesamowitą jasność swojego umyślu. Zacząłem otwierać się przed samym sobą, ściągać przed sobą maski. Zrewidowałem niektóre z ról, w które wcielałem się w życiu codziennym i kontemplowałem ich przyczyny. "To takie proste. W tym wszystkim chodzi tylko o miłość." Czułem jakby prawdziwy Ja, ten schowany głęboko za traumami i lękami, wyszedł z ukrycia, i zaczął potrząsać tym codziennym 'mną', krzycząc mu w pysk "TO WCALE NIE JESTEŚ TY! TO WSZYSTKO TO TWOJE MECHANIZMY OBRONNE, KTÓRYM ODGRADASZ SIĘ OD ŚWIATA!" Kurwa, nigdy nie czułem się bardziej prawdziwy i sztuczny, niż w tamtym momencie. Fuzja. Synergia. Demaskacja. Prawdziwość. Szczęście.

V. KATHARSIS

Podniosłem się z trawy. Nie mam pojęcia ile czasu upłynęło od momentu, gdy na niej ległem, straciłem jakiekolwiek poczucie czasu. Byłem wewnętrznie rozjebany. Ale szczęśliwy. Zupełnie jakbym odnalazł coś, czego nawet nie wiedziałem, że szukam. Wow.

Sam nie wiem kiedy, zmaterializowałem się w aucie. Bunia i Rumcajs też już tam byli. Rozmawialiśmy we czwórkę i wymienialiśmy się doświadczeniami, ale z tego momentu mam jedną wielką dziurę. Zdecydowanie zbyt wielki napływ informacji. Gdy Warchoł odpalił samochód, a z nim muzykę, która znów wprowadziła mnie w trans, prowadzenie konwersacji stało się dla mnie za trudne. Wybrałem kawałek I took a pill in Ibiza  remixie Seeb. EARGASM. Znów zalała mnie fala serotoniny, a moje myśli i puls zsynchronizowały się z tempem kawałka. Podróż trwała jeszcze chwilę. Rumcajs obmyślił jeszcze jedno miejsce do zwiedzenia (w którym Warchołowi udało się nawet zgubić nasze bonio!), ale byłem zbyt zaanektowany muzyką i swoim przepływem myśli, żeby zapamiętać coś więcej. W końcu stwierdziliśmy, że czas już się zbierać do domu, do naszej kochanej wsi gdzie psy chujami kreski ciągną. Przejeżdżając przez miasto poprosiliśmy Warchoła, żeby zajechał pod monopol, bo skończyła nam się woda. Warchoł stwierdził, że mu 'nie po drodze'. "WARRRRCHOOOŁ, KUUURWAAA!" - krzyknęliśmy we trójkę, niczym chór kościelny. "Jakim Ty jesteś jebanym idiotą! Wieziesz trójkę naćpanych przyjaciół, którzy ugościli Cię bongoskiem, i łaskę robisz, że zajedziesz pod sklep?!" - znowu nie pamiętam, czy powiedziałem to, czy tylko pomyślałem, ale wiem, że w tej kwestii byliśmy zgodni. Warchoł zawrócił, rzucając nonszalanckim „I tak miałem sobie kupić fajki.” Spojrzałem na niego, i znowu zrobiło mi się niedobrze od jego obecności. Czułem jego aurę, przeszywała mnie na wskroć i prowokowała bełta w moim gardle. Na szczęście szybko wyszedł z auta, a ja puściłem Stay high w remixie Hippie Sabbotage. EEAARRGGAASSMM. Ekstaza zalała mnie od pierwszego dźwięku, wszystkie negatywne emocje z miejsca mnie opuściły. Rumcajs i Bunia mieli to samo. Gdy kierowca powrócił do nas, zmierzaliśmy już prosto do domu. Rozpływając się w dźwiękach, towarzyszyła mi jedna myśl: "Jaki kawałek puścić na koniec?" Ten trip zasłużył na potężne podsumowanie, a nic nie zamknie go lepiej niż perfekcyjnie dobrany utwór. Rozpoczynam intensywny wyścig po neuronach w poszukiwaniu idealnego brzmienia na ten moment. WIEM. KURWA, JUŻ WIEM. Chwytam telefon i wpisuję tytuł w YouTube. W samochodzie rozbrzmiewa Czilstep Gospela. ULTIMATE EARGASM. "OOOOO!” - rozlega się głos Buni, przepełniony ekscytacją. Przebiega mnie impuls niezmiernego zadowolenia. "Kurwa, jakie to jest dobre." - skwitował Rumcajs. "Już rozumiem każde słowo i emocje w tym kawałku." - dodała Bunia. A ja rozpływam się w muzyce i w ich emocjach. Czuję się ostatecznie spełniony.

VI. KONIEC PODRÓŻY

 Docieramy na miejsce, Warchoł wysadza nas na tym samym przystanku, z którego nas zgarnął. "Podróż skończyła się tam, gdzie się zaczęła." - paraboliczność tego faktu wryła mi się w mózg i dodała sytuacji jeszcze większej magii. Ekipa wyszła z auta na papieroska, ja zostałem w środku bo zrobiło mi się zimno. Obserwowałem ich z auta i próbowałem zebrać myśli. „Co tu się właściwie stało? Czy to wszystko było w ogóle realne? Czy ja właśnie przeżyłem swoje pierwsze doświadczenie duchowe? Czy dzięki małej, śmiesznej pigułce w cenie pół gieta jarania, zafundowałem sobie autoterapię i doświadczyłem oczyszczenia?” – ciężko mi było jednoznacznie odpowiedzieć na te pytania, ale jeszcze ciężej było mi wysiąść z samochodu. Moi współpodróżnicy dopalili szlugi, a ja w końcu pożegnałem się z ciepłem fotela, który był mi świetnym kompanem przez całą podróż, i z muzyką, która była nam przewodnikiem. Wygramoliłem się z auta, i... Czuję się normalnie. Niższa temperatura i brak muzyki wybiły mnie z ekstatycznej fazy, czułem się teraz jak zrobiony fetą. „Co dalej z życiem?” – ktoś rzucił w eter. Pożegnaliśmy się z Warchołem, i poszliśmy we trójkę do garażu Rumcajsa, gdzie przez następne kilka kwadransów wymienialiśmy się naszymi doświadczeniami i przeżyciami. Wyspowiadałem się z moich grzechów i przemyśleń, Bunia opowiadała o swoim odnowieniu koneksji z naturą, a Rumcajs ciągle nie mogąc znaleźć słów, niemal każde swoje zdanie przerywał, kwitując słowami „Ja pierdolę. Co to było!” Na pamiętkę zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie, nadal mając tęczówki w kolorze źrenić.

VII. CO DALEJ Z ŻYCIEM?

Dzień następny był przepiękny. Mimo odczuwalnej zwały i wybrakowanego snu – obudziłem się szczęśliwszy niż kiedykolwiek przez ostatni rok. Choć mój mózg jeszcze trawił wydarzenia z dnia poprzedniego, czułem się zaktualizowany. Z miejsca zauważyłem zmiany w moim toku myślenia, otwarciej przyszło mi mówienie o swoich emocjach, z trudem zaś przychodziło mi odczuwanie tych negatywnych. Czułem w sobie wielki pokój i harmonię, co skutecznie potęgowała słoneczna pogoda. Ten stan rzeczy utrzymywał się jeszcze przez kilka następnych dni, ale sam trip rozbudził we mnie kilka cech i rozkmin, które pielęgnuję w sobie do dziś.

Od tej podróży minęły prawie 2 lata, przez które emka co jakiś czas pojawiała się w moim życiu. Żaden kolejny trip nie miał instensywnością podjazdu do tego. Cóż, nie da się powtórzyć pierwszego razu. Co by nie mówić: ekstaza jest zaiste piękna i zmysłowa, ale potrafi też być zdradziecką kurwą. Łatwo się zatracić w jej objęciach, i równie łatwo jest wpierdolić się w jej szpony, bo tolerancja rośnie szybko, a apetyt w miarę jedzenia. Ale, co by o niej nie mówić – moim zdaniem, brana w kontrolowanych warunkach, jest świetnym wprowadzeniem do świata psychodelików.

 

 

Ocena: 

Odpowiedzi

Wybacz za ten trywialny tytuł, ale idealnie określa wydźwięk emkowych rozkmin.

Mówisz, że osiągnąłeś wyższy poziom autorefleksji? Może również wyższy poziom myślenia w ogóle? (na co trzeba być albo słodko naiwnym albo totalnie się zapomnieć). Przerabiałem ten temat i muszę cię rozczarować, bo też miałem rozkminy i zdawały się naprawdę ambitne. Pamiętam o czym myślałem i co nawijałem, mam świadków. A jak wytrzeźwiałem i przemyślałem tripa to głowa mała. Problem w tym, że mdm  upośledza poznanie przez atawizację myślenia i liczne błędy poznawcze a także wywołuje inne problemy natury metafizycznej. Wymienię to co zaobserwowałem ze swoim przyjacielem u siebie: 

- Zatracenie się w rozkosznej szczęśliwości i zapomnienie o spokoju

- zdualizowanie pojmowania

- zniesienie myślenia do podświadomości

- zapomnienie o nadświadomości

- "nicośc, wieczność i źródło a początek i koniec"; dualizacja myślenia i powtarzanie już powiedzianego

- ucieczka w schemat i stworzenie łańcucha do którego doczepiasz ogniwa

- zamknięcie się w wyidealizowane euforyczne koncepcje

- zapomnienie o niższym stanie świadomości (to głównie dlatego, że cały czas mówię o pierwszym razie)

- akceptacja jednego toru myślowego

- zapadanie w jedyną słuszność czyli obłęd

- powrót do spaczeń i zapomnienie o źródle

- stworzenie iluzji na fundamentach prawdy

- próba przeniesiania 4 wymiaru w trzeci

- dążenie do fikcyjnej doskonałości i samospalenia a nie do oświecenia

- kierowanie się atawistycznymi instynktami

- zatracenie się w człowieczeństwie i pięknie własnych myśli

- myśli stawały się od razu ideą; zamknięcie w ciągu człowieczego poznania

Kreacja:

- fałszywe proroctwo

- stworzenie spaczenia idei fałszywych i wiara bezkrytyczna w nowy punkt widzenia z fikcji

- zamknięcie się w jedynie własnej koncepcji euforycznego, emocjonalnego, stymulatywnego poznania a nie Spokojnego, Metafizycznego, Psychodelicznego Oświecenia

- próba urzeczywistnienia i ubytowienia myśli

Nie wiem jak to do ciebie przemawia, ale wniosek jest następujący: MDMA nie nadaję się do rozkmin. Chyba, że w stylu "jaka ta codzienność jest przejebana i bez sensu". To jest zupełnie inny rodzaj psychodeli niż klasyczne psychodeliki. Ta substancja nadaje się do słuchania muzyki, delektowania się obrazami etc.. 

Kto przeżył ten wie ocb. Ja za wiele już z tego nie pamiętam, więc nie mam zamiaru się rozpisywać.

Jak przypuszczam, sugerując się twoim nickiem, niewiele robisz sobie z wyższych idei. Może masz młodą duszę i jesteś na świecie dla samego przeżywania. Nie jestem tego pewien i nie chcę tutaj pisać wymysłów na temat innych. Ale zapamiętaj sobie jedno: ŻADNYCH ROZMYŚLAŃ PO PIXIE. Nie mówię tu o myśleniu w najprostszym tego słowa znaczeniu i najbardziej prozaicznych rzeczach. Myślenie powinno zostawić się na dalszym planie i skupić się na odczuwaniu, bo inaczej stworzysz sobie iluzję, przez którą trudno ci będzie przebrnąć. Chcecie rozkmin po psajko to zarzućcie sobie znaczka, zapalcie gibla, nawpierdalajcie się grybków czy jakie tam macie alternatywne metody ale nie pixy, szanujmy swój umysł do kurwy nędzy.

"Zbyteczność: był to jedyny związek jaki mógłbym ustalić pomiędzy tymi drzewami, ogrodzeniem, kamieniami (...) A ja wiotki, osłabiony sprośny, trawiący, chwiejący się od ponurych myśli - ja także byłem zbyteczny."

J.P Sartre "Mdłości"

Aleś wywód wypluł, a wszystko sprowadza się do tego, że eMka to byle gówno. 

"To jest zupełnie inny rodzaj psychodeli niż klasyczne psychodeliki" - czy ja wiem, bliżej emce do kwasa, niż kwasom do Grybków. Moim zdaniem MDMA to najniższy, ale jednak psychedelik.

To tylko sen samoświadomości.

"... a wszystko sprowadza się do tego, że eMka to byle gówno".

Nic podobnego nie napisałem. Myślą przewodnią mojego wywodu jest to, że ecstasy zdecydowanie nie nadaje się do rozkmin. A tak nawiasem mówiąc pod jej wpływem często wydaje się, że o ile jesteśmy zbombieni to myślimy całkiem sprawnie a nawet głęboko. Przytoczyłem później jakie skutki na myślenie miała w moim przypadku.

Nie zaprzeczam temu, że jest psychodelikiem i dość blisko jej do kwasa, ale eMka to także stymulant, a ta grupa rządzi się odmiennymi prawami.

"Zbyteczność: był to jedyny związek jaki mógłbym ustalić pomiędzy tymi drzewami, ogrodzeniem, kamieniami (...) A ja wiotki, osłabiony sprośny, trawiący, chwiejący się od ponurych myśli - ja także byłem zbyteczny."

J.P Sartre "Mdłości"

No dla mnie emka to byle gówno;-)

Już to kiedyś pisałem, że MDMA działa stymulująco przy przedawkowaniu. W odpowiedniej ilości jest słabym, chillującym psychedelikiem. Kwas też wykazuje działanie stymulujące;-) No ale eMka rzeczywiście jest na granicy pomiędzy stimami, a sajko.

To tylko sen samoświadomości.

Ale pierdolisz farmazony gościu. Można to podsumować prostym "Na mnie piguła działa tak i tak, więc na Ciebie też musi, LOL"

 

A chuja takiego. 

 

"Może jesteś na świecie dla samego przezywnia" XDDD a Ty po co tutaj jesteś? Masz jakas misję? Bo wydaje mi się ćpunku, że kazdy z nas lubi przeżywanie, a konkretnie dobrych tripów. Możesz sobie pierdolić dalej o o oświeceniu, jakichś metafizycznych ideach, do których dążysz (więc wszyscy inni też muszą LOL) ale to nie zmieni faktu, że

 

KAŻDY podąża swoja własną drogą i KAŻDY może sobie robić co tylko chce na fazie. A Ty, wyrzucając koledze, że robi coś źle, nakazując mu robienie czegoś tak, jak Ty sam chcesz, żeby było robione, wykazujesz się cholernie rozjebanym ego i prostactwem.

 

A te swoje punkty (myślniki) to kompletnie z dupy wyjąłeś, bo jak sam stwierdziłeś, zaobserowowałeś to U SIEBIE. U autora tego Trip raportu tych rzeczy w ogóle nie widać (a przynajmniej z tego raportu wywnioskować się nie da) więc po chuj mu dopowiadasz do ćpania własną filozofię?

Miłość ma tyle form, a tak trudno je rozwinąć.
Umierała stokroć, wciąż nie może zginąć.

Oczywiście swój komentarz kieruję do pana filozofa.

 

A dla autora raportu słowa uznania, bardzo fajne przeżycie, jak widać emka ma trochę wspólnego z kaszlakiem (pewnie teraz stare ćpunki mnie za to zjedzą, ale serio kaszlak na mnie na początku działał baaardzo podobnie do tego opisu działania MDMA). Raport pisany w fajnym stylu, pozdrawiam 

Miłość ma tyle form, a tak trudno je rozwinąć.
Umierała stokroć, wciąż nie może zginąć.

MDMA ma tyle wspólnego z DXM, że oba związki chemiczne mogą występować w formie tabletek i oba są psychoaktywne. Na tym podobieństwa w zasadzie się kończą, bo działanie dysocjantów jest ZUPEŁNIE INNE od psychedelików, a wręcz odwrotne. Wszyscy wiemy Aksamitny, że Dexapico to Twój "drug of choice" (choć chyba "drug because no choice"). Temat był już dwukrotnie wałkowany, więc po co piszesz takie bzdury?

To tylko sen samoświadomości.

O kurde, tak długo tutaj nie zaglądałem a Ty dalej nie ogarniasz że subiektywnie substancje mogą działać bardzo podobnie, niezależnie od grupy w jakiej się znajdują, między innymi dlatego dysocjanty czasami nazywa się psychodelikami i wice wersa. Hehe chyba nigdy nie ogarniesz :P

Stary, wiem jak działa placebo i oczywiście można biorąc dexa wmawiać sobie, że to DMT, bo są kolorki i nawet w pełni w to wierzyć (nawet kostka cukru wystarczy niektórym umysłom), ale nie zmienia to faktu, że opiaty to nie stymulanty, a dysocjanty to nie psychedeliki. Weź Ty sobie chłopie poczytaj co robią dysocjanty z neuronami, jak niszczą synapsy w mózgu i poczytaj sobie co robią psychedeliki, jak wzmacniają działanie neuroprzekaźnika, skoro sam nie czujesz tej nieprawdopodobnie wielkiej różnicy i nie pieprz bzdur o subiektywnym odczuwaniu. Albo bierz cukier zamiast kody to na zdrowie Ci wyjdzie. W sumie później mógłbyś ten cukier (substytut kody) sprzedawać jako chackeinę;-) Jak zobaczę chackeinę w aptece to napiszę książkę o tym jak kostka cukru, która dawała ciepło okazała się być psychedelicznym dekstrometorfanem, którego duch był Aksamitny. Dopóki jednak chackeiny nie ma w aptekach, a dekstrometorfan dalej jest dysocjantem nie będę nazywał psychedelikami quasipsychedelików tak mi dopomóż bóg.

To tylko sen samoświadomości.

Ma ktoś jakieś artykuły/badania co do tych nowinek na temat synaps/neuroprzekaźników? Bo nie mogę znaleźć, a brzmi ciekawie.

Szczerze mówiąc to w ogóle nie znalazłem żadnego kompetentnego artykułu na temat dysocjantów. 95% takowych to kopiuj wklej z wiki i nawet nie chce mi się już szukać (i tak gro wiedzy na temat substancji jest czerpane z NG, czy HR). Jednakże drogą łączenia faktów dysocjanty to (głównie) antagoniści receptorów NMDA, czyli są to blokery połączeń nerwowych. Mówiąc obrazowo neurony to gwiazdy, które komunikują się za pomocą synaps (międzygwiazdowych szlaków wymiany informacji). Dysocjanty zamykają te szlaki (uszkadzają synapsy), przez co neurony nie mogą się ze sobą komunikować. To dlatego człowiek na dysocjantach odczuwa swoje ciało, jak nieswoje. Dlatego chodzi, jak robot - nie panuje nad swoim ciałem (sic!), dlatego następuje anestezja, analgezja, czy katalepsja. Czyli generalnie dysocjanty wyłączają mózg, pozostawiając jednak świadomość. Co prawda układanie myśli spowodowane uszkodzeniem synaps jest utrudnione, aparat mowy z tego samego powodu nie funkcjonuje prawidłowo i często człowiek po dysocjantach bełkocze, kiedy chciałby coś powiedzieć. O neurotoksyczności dysocjantów wiadomo od dawna - Shulgin twierdził, że dysocjanty z racji swojego działania na mózg nie powinny być używane w leczeniu depresji mimo swego potencjału. To z powodu neurotoksyczności i skutków ubocznych PCP wycofano ze sprzedaży, a próba stworzenia nieneurotoksycznej ketaminy doprowadziła do produkcji metoksetaminy (która ostatecznie okazała się być jeszcze gorsza/lepsza).

 

Jak się to ma do psychedelików, które są (najczęściej) agonistami receptorów serotoninowych (zwiększają przepustowość naszych międzygwiezdnych szlaków)? A no to działanie całkiem przeciwne do działania dysocjacyjnego. Zamiast bełkotać człowiek jest zdolny do bardziej elokwentnej rozmowy, zamiast słaniać się na nogach z trudem utrzymując równowagę, płynie sobie delikatnie po gruncie, a jego ruchy są wręcz taneczno lekkie. Zamiast wyłączać bodźce z ciała człowiek czuje bardziej swoje ciało, a dzięki przyłożonej uwadze jest w stanie zaobserwować w sobie to, co jest ukryte na codzień, a co dysocjanty ukrywają aż do odcinki. 

 

Co zatem łączy psychedeliki i dysocjanty? Ano obie grupy, chociaż tak przeciwstawne, tworzą wizualizację. Tylko, że znów te paski i plasterki na dyso nie mają żadnego podejścia do bogactwa fraktali i wzorów na sajko.

 

Ja rozumiem, że można nie lubić czuć i można chcieć się wyłączyć, ale pisanie, że dysocjant jest psychedelikiem, to tak, jakby pisać, że opioid jest stymulantem, co jest oczywistą wierutną BZDURĄ!

A wnioski to niech sobie każdy sam wyciągnie.

To tylko sen samoświadomości.

Nie mogę się zgodzić. Dysocjanty blokują pewne rejony tak samo jak klasyczne psychodeliki. To dlatego np. nie potrafisz policzyć pieniędzy czy logicznie myśleć lub prowadzić elokwentnej rozmowy. Oczywiście dawka czyni potwora i tak jak na niskich dawkahc dyso można funkcjonować bardziej niż dobrze tak samo można robić to na sajko. I odwrotnie - na dużych dawkach nie da rady. "Tworzą nowe szlaki" ponieważ blokują inne. Dlatego też możesz słyszeć kolory czy widzieć smak. Stąd też możliwość szybszej nauki nowych rzeczy. Dlatego też bad tripy potrafią wyskoczyć znikąd i być całkowite absurdalne. Ponad to zbyt długa ekspozycja miesza w mózgu i dlatego ludzie wierzą w rzeczy całkowicie absurdalne - jeśli nie robisz przerw, nie wracasz do base line'u to istnieje ogromne prawdopodobieństwo, że będziesz pewien, że pralka jest z cukru, pomimo tego jak idiotycznie to brzmi (taki mały żarcik). 

Przyznam, że przedstawiasz ciekawą koncepcję. Jednak według mojej wiedzy psychedeliki blokują serotoninę w neuronach tylko na czas poszerzania, lub tworzenia nowych szlaków informacji, po czym uwalniają nagromadzony neuroprzekaźnik już w nowej sieci. To jest główne ich działanie, choć oczywiście spektrum ich oddziaływania zapewne sięga wszystkich receptorów. Głównym działaniem dysocjantów jest całkowita blokada szlaku neuroprzekaźnika, chociaż spektrum pewnie obejmie wszystkie receptory. Stąd bliżej psychedelikom do stymulantów, a dysocjantom do depresantów.

 

Synestezja to przepiękne zjawisko, ale mam zupełnie inne spostrzeżenia na temat jej natury, niż Ty. Uważam, że psychedeliki, ale i medytacja mogą bardzo wyczulić zmysły. Do tego dochodzi czas i skala, gdyż wszystko jest i tak falą. Jeśli spowolnisz czas, to zobaczysz jak dźwięk zagina przestrzeń, także synestezja to wzmożona uwaga, ale rozumiem, że można to traktować jako pomieszanie zmysłów. I znów, jeśli latasz po Kosmosie, a Twoja percepcja i postrzeganie są na znacznie wyższym poziomie to normalnym jest, że myślenie jest zdecydowanie bardziej abstrakcyjne. Dlatego też nie policzysz pieniędzy, ale jak będziesz chciał to znajdziesz wzór na obliczenie ile potrzeba komarów do zataszczenia łódki w górę wodospadu.

To tylko sen samoświadomości.

"Zamiast bełkotać człowiek jest zdolny do bardziej elokwentnej rozmowy"

Z chęcią puściłbym Ci "elokwentną" rozmowę po średniej dawce 4-ho-met, akurat nagrywałem.... tripa.
Jako że nie będę w internety wrzucać naćpanej koleżanki dam zarys w postaci komentarza:
Leciało mniejwięcej tak:

- Bo wiesz... kiedy ten... w świecie... autostrada... 
- Jaka autostrada?
- hue hue, zima.... ale wiesz bo to tak że samochody, w świecie, taaaak, autostrada do gwiazd. Ja idę, gwinea, sekwoje... kozumiesz? 
- Nie.
- belegenegdzie są, tak, pszzzzzympans! Ała.

No tak po krótce. Elokwencja 350%

No i napiszesz mi że przy deksie się bełkocze i że ogólnie niedojebanie mózgowe... no i to jest prawda, ale przy kwasie, nie ma lepiej.
Po stronie dyso są ludzie którzy niezależnie od dawki będą w stanie logicznie rozmawiać, ale są też tacy (więkoszość) którzy belkoczą. Tak samo sprawa wygląda przy sero psychodelikach, to że jest większy odsetek ludzi w miare kontaktujących nie znaczy że nie ma takich którzy zachowują się gorzej niż ludzie po dyso.

Koleżanka miała dobry trip i widziała szybciej, niż mogła opisać. Tak, czy inaczej ja skumałem jej lot xD Zdarza się też i zwykła głupawka, ale ja na Grypkach wiersze piszę i jeśli kompan do rozmowy jest odpowiedni, to można najwspanialsze rozmowy prowadzić z tak wysublimowanymi słowami, że nawet nie wiedziałeś, że takowe znasz.

 

Powiem Ci Chacken, że nigdy nie spotkałem kogoś kto by bełkotał po psychedelikach (chyba, że miksował ktoś z jakimś gównem, ale po samych Grybkach nigdy nikt, po kwasie nigdy nikt, po emce też nigdy nikt itd.). Może i zdarzy się, że ktoś bredzi, bo różni są ludzie, ale nikt nie bełkocze. Przynajmniej nie spotkałem się z takim czymś, a pogrzebałem w pamięci, czy aby na pewno;-)

 

Aha i to, że ktoś ogarnia dysocjanty i dobrze mu robią, a nie leży mu sajko, nie zmienia nadal w żadnym wypadku faktu, że to są dwie zupełnie różne grupy. Ba. To nawet o tym świadczy, bo gdyby to było to samo to każdy kto lubi psychedeliki lubiłby dysocjanty, a dobrze wiemy, że nie zawsze tak jest, czego sam jestem dobitnym przykładem;-)

To tylko sen samoświadomości.

Ja tam twierdzę, że nie ma rzeczy niemożliwych i tableta może kopać jak deks i wice wersa.

Myślisz o czym piszesz?

Napisałem jak pixa zadziałała na mój umysł . Od pauz, żeby się łatwiej było rozeznać. Wiem, że z boku to wygląda jak myśli wyjęte z pizdy, ale to jest kierowane głównie do autora raportu, bo ma pole do interpretacji. Poza tym jakbym zaczął się rozpisywać nad każdym z tych punktów to zajęłoby za dużo tekstu i chuj, że za wiele może mu to nie powiedzieć jak ma szansę choćby zainteresować się tematem.

 

"KAŻDY podąża swoja własną drogą i KAŻDY może sobie robić co tylko chce na fazie. A Ty, wyrzucając koledze, że robi coś źle, nakazując mu robienie czegoś tak, jak Ty sam chcesz, żeby było robione, wykazujesz się cholernie rozjebanym ego i prostactwem."

Na prawdę?

Dobrze, że mnie uświadomiłeś, bo dalej bym chodził i krzywdził xD

Gdzie napisałem, że wszyscy powinni dążyć do tych samych idei co ja? Ja tylko mówię  jak ja  widzę rozmyślania o życiu po tej substancji i mów co chcesz, ale akurat w tym spektrum na wszystkich działa podobnie.

Wydaje mi się, że miałeś overreact jak to pisałeś, bo jeśli uważasz, że prostactwem i rozjebanym cechuje się ktoś kto próbuje nakłonić kogoś do zmiany pojmowania swoich przeżyć na fazie, pisząc komentarz na forum to sam musisz mieć rozjebane ego. Poza tym ja nie mam takiej mocy sprawczej od tak zmienić charakter czyiś tripów ( a przy okazji go skrzywdzić xD). Autor ma swój własny rozum. No chyba, że nie i ślepo podąża za przykładem z góry to wtedy niekoniecznie, no ale czasem tak bywa.

A w ogóle to po co twoim zdaniem jest to forum. Żeby siedzieć cicho i nikomu nic niepomyślnego nie sugerować?

Nie mam żadnej misji, ale powiem ci tylko, że szczęście nie jest moim celem istnienia.

 

"Zbyteczność: był to jedyny związek jaki mógłbym ustalić pomiędzy tymi drzewami, ogrodzeniem, kamieniami (...) A ja wiotki, osłabiony sprośny, trawiący, chwiejący się od ponurych myśli - ja także byłem zbyteczny."

J.P Sartre "Mdłości"

Ja nie uważam eMki za byle gówno, bo nie znam jej na tyle żeby tak się wypowiadać, ale jakoś mnie do niej nie ciągnie. Taka nie w moim stylu się wydaję. Może to tylko pierwsze wrażenia i trzeba powtórzyć doświadczenie. Chuj by to wyczuł.

Btw kiedyś pisałeś, że potrafi zanieść dalej niż ganda. Mógłbyś naświetlić jak się na to zapatrujesz? Tak czysto intuicyjne czy wchodzą tu w gre jakieś zasady?

"Zbyteczność: był to jedyny związek jaki mógłbym ustalić pomiędzy tymi drzewami, ogrodzeniem, kamieniami (...) A ja wiotki, osłabiony sprośny, trawiący, chwiejący się od ponurych myśli - ja także byłem zbyteczny."

J.P Sartre "Mdłości"

Spektrum doświadczenia psychedelicznego jest bardzo szerokie, ale dobrym wyznacznikiem jego poziomu są wizje (zwłaszcza przy zamkniętych oczach), intensyfikacja bodźców cielesnych (zwłaszcza wewnętrzne nasłuchiwanie ciała) i zmiany mentalne (abstrakcyjność) - czyli inaczej rozjaśnienie umysłu i odległość od brzegu.

W tym wszystkim mimo wszystko MDMA przewyższa gandę (chociaż kiedyś miałem okazję zapalić haszu zrobionego z pyłku - absolutny rarytas - i wyniósł mnie na czwarty poziom po kwadransie wypluwania płuc;-) ). 

Co do samego MDMA, to na jakąś imprezę, czy jakichś niewyszukanych miksów, jak nie szkoda Ci zdrowia, to w sumie fajna sprawa, ale jak sam zauważyłeś "na rozkminy" są lepsze rzeczy, bo emka to właśnie takie byle gówno. Szkoda zachodu, za daleko i tak nie poniesie, a trąci sztucznością.

To tylko sen samoświadomości.

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media