tylko minus. ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem!
detale
raporty turbodynomen
tylko minus. ostrzeżenie przed niebezpieczeństwem!
Chciałem podzielić się tym tripraportem — a właściwie nie do końca raportem jednego tripu, lecz wielu razem. Nie bierzcie narkotyków — żadnych, nawet marihuany. Palenie marihuany zacząłem dosyć późno, bo około 22. roku życia, mimo że wcześniej byłem do tego namawiany przez znajomych. Jednak presja rodziny, jej twardy sprzeciw wobec narkotyków, wykształcenie oraz świadomość tego, jak może wyglądać osoba pod wpływem, a także strach przed byciem zauważonym jako ktoś, kto bierze środki — długo trzymały mnie z dala od substancji zakazanych. Inaczej było z alkoholem, który u mnie był używany, a czasem nawet nadużywany. Mimo wszystko nie był on — kolokwialnie mówiąc — tak „zły” jak narkotyki. Pierwsze skorzystanie z marihuany było połączeniem strachu i ekscytacji. Początki były wspaniałe i bardzo śmieszne. Spędzałem je z bliską mi osobą — rozmawialiśmy, wymyślaliśmy i zapisywaliśmy śmieszne teksty, żeby następnego dnia się z nich pośmiać. Mało co z tego rozumieliśmy, bo na trzeźwo wydawało się to zwykłe. Marihuana działała na mnie bardzo mocno, zwłaszcza że była w formie skręta (a ja wcześniej nie paliłem — również ze względu na niepalących rodziców i presję). Wracaliśmy wielokrotnie do tych spotkań. Dołączyła też osoba z rodziny, która również lubiła marihuanę i znała nasz sekret. Były to lata 90., więc wszystko odbywało się w strachu i konspiracji, zwłaszcza przed rodziną. Po dwóch latach wyjechałem za granicę na kilka lat, żeby zarobić. Brakowało mi tych spotkań, więc zacząłem czytać i eksperymentować. To był czas dopalaczy — zarówno w Polsce, jak i za granicą — pojawiały się coraz nowsze i mocniejsze substancje. Na emigracji korzystałem z różnych substytutów podobnych do THC, jednak nie dawały mi satysfakcjonującego efektu. Pewnego razu, korzystając z jednego z nich (nie pamiętam nazwy), miałem bardzo specyficzne doświadczenie. Uczucie „ogłupienia” było dużo silniejsze — powtarzałem końcówki słów i wsłuchiwałem się w ich brzmienie przez dłuższy czas, mimo że działanie trwało krócej niż klasyczny haj. Szybko minęło — po około 15–30 minutach — zostawiając lekki ból głowy. Poznałem również szałwię wieszcą, którą uznałem za niesamowitą (i nadal tak uważam), ale jednocześnie budzącą ogromny respekt i strach. Pojawiła się też moja „druga miłość” — kodeina. I tutaj chciałbym Was przede wszystkim ostrzec. To straszna pułapka — odbiera wszystko i prowadzi na dno. A jeśli nie ona, to jej „siostry”, niezależnie czy to stymulanty, czy depresanty. Mimo że czytałem dużo ostrzeżeń o mocniejszych substancjach i wiedziałem, żeby ich nie próbować, cały czas przesuwałem swoją niewidzialną granicę. O upadku na kodeinie i później na benzodiazepinach napiszę kiedy indziej — to materiał na osobną historię. Wracając do tematu — niektórzy mówią, że trawa otwiera drogę do innych narkotyków. I tak, i nie. Może byłem za słaby, może nie potrafiłem się powstrzymać — nie wiem. Wracając do Polski na wakacje czy krótkie pobyty, paliłem bardzo dużo — nawet 5 gramów w dwa dni. Byłem praktycznie cały czas „zjarany”. Później problemy zdrowotne oraz konsekwencje używania cięższych narkotyków wymusiły przerwę i chęć ratowania życia. Trwała ona około 15–20 lat. W tym czasie paliłem bardzo rzadko — raz na kilka miesięcy, czasem raz w roku. I znów pojawiło się złudne poczucie kontroli. To sprawiło, że uwierzyłem, że wszystko jest już w porządku. Gdy dowiedziałem się, że kolega z pracy też pali, załatwiłem sobie przez niego marihuanę. Najpierw raz, potem znowu — aż wróciłem do regularności. Oglądałem dużo materiałów o konopiach, ich odmianach, ludziach testujących legalne produkty z aptek. Poczułem, że też chcę. Zebrałem dokumentację medyczną i zapisałem się do przychodni wystawiającej takie recepty. Czułem się jak bóg — 15 gramów w kieszeni, legalnie. Myśl, że mogę usiąść nawet naprzeciw komisariatu i zapalić, była dla mnie czymś niewyobrażalnym. Ale były też minusy: pogorszenie zdrowia (szczególnie gardła i płuc), duże wydatki oraz ciągłe myślenie o tym, co będzie, gdy zabraknie „lekarstwa”. Jestem osobą, która ma problem z granicami. Gdy jestem sam i mam czas — palę. Gdy trzeźwieję — palę znowu. Czasem cały dzień. Nie czuję się uzależniony fizycznie — potrafię zrobić tygodniową przerwę — ale psychicznie zdecydowanie tak. Wymyślam preteksty, żeby wyjść i zapalić. Mam swoje „miejsca” w parku. Wycofałem się z życia, zamknąłem w sobie. Teraz wyjście z domu często oznacza tylko jedno — możliwość zapalenia. Mój mózg widzi w tym jedyną ucieczkę od rzeczywistości. Kilka mocnych wdechów i chęć powrotu do tego nienaturalnego stanu, który stał się rutyną. Nawet po pracy — „żeby jedzenie lepiej smakowało”. Wiem, że to czasem chore, ale za każdym razem, gdy kończy się zapas, trudno mi to przerwać — odkładam decyzję w czasie.
Nie zgadzałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że jak się spróbuje, to zostaje się ćpunem na całe życie. Niestety — w pewnym sensie to prawda. Niezależnie czy to „tylko trawa”, czy coś mocniejszego — nawet jeśli następnego dnia cierpisz, pamiętasz głównie tę przyjemną stronę.
- 2 odsłony

