Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

salvia divinorum - początki przygody

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Około 1g suszu liści Szałwi.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nastrój dość dobry. Słoneczny, umiarkowanie ciepły dzień. Przyciemniony pokój we własnym domu. Spodziewane silne doświadczenie po wcześniejszych testach, z tym samym materiałem, przeprowadzanych na przełomie 5-6 miesięcy. Mieszanka suszu Salvi Dividorum z niewielkim dodatkiem ekstraktu 5x. Zaufany opiekun, chociaż niedoświadczony. Otoczenie spokojne. Brak zakłóceń zewnętrznych.
Wiek:
49 lat
Doświadczenie:
MJ, grzyby, kilka różnych dopalaczy, Acodin, Kanna, Kratom, LSD, wcześniejsze próby z Salvią D.

salvia divinorum - początki przygody

Od kilku lat zaglądam do zawartych na tych stronach opisów, chociaż do tej pory nie udzielałem się aktywnie. Ale teraz, po doświadczeniach z Salvią, postanowiłem dołączyć swój raport.

Zaintrygował mnie ostatnio pewien opis na hypperreal.info, którego autor wspomniał o wrażeniu zapinającego suwaka. Ja opisuję to jako wir mocy, ale rzeczywiście można to widzieć jak coś w rodzaju wiro-suwaka ;-)

Ale do rzeczy...

1. Pierwszy raz. Nie mam bonga, a w fifce nie chcę palić. Szkoda Salvi. Żuję susz. W efekcie lekki błogostan utrzymujący się jeszcze kilka, może kilkanaście godzin. Sympatyczny nastrój. Nie spodziewałem się zbyt wiele. Ale jest ok.

2. Drugi... Próbuję jednak w fifce, pluję zaciągając się suszem. Lekki błogostan. Generalnie strata czasu i Salvi.

3. Bańka z żarówki. Salvię podgrzewam do pojawienia się dymu, który jest dość gryzący, ale rozrzedzony. Zaciągam się dwa razy, a może trzy. Czuję się niekomfortowo paląc w ten sposób. Efekt delikatny. To nie to, ale oswajam się z myślą o silniejszych doświadczeniach.

4. Bongo, zapalniczka, pół centymetra nabitej w nim Salvi. Proszę Salvię by była dla mnie uprzejma i delikatna jakbym przeczuwał co może się wydarzyć. A może to tylko jakiś niewysłowiony strach? Leżę na łóżku bez opiekuna. Zaciągam się dość słabo, może ze dwa razy. Odstawiam bongo. Tym razem pojawia się silniejszy efekt. Po raz pierwszy prawoskrętny wir mocy (wiro-suwak), przez który moja percepcja nieśmiało próbuje przenicować się na drugą stronę, ale nie przechodzi tam do końca. Trochę wygląda to tak jakbym wystartował helikopter, unoszę się nad lądowiskiem, ale ostatecznie nie odlatuję nigdzie dalej. Przy otwartych oczach wzory na pościeli wychodzą w przestrzeń przekształcając się w jakiś niepojęty sposób. Ale tym sposobem można zobaczyć jak równoległe światy współistnieją w tej samej przestrzeni i jak będąc nieznacznie tylko przesunięte względem siebie wibrują na falach swoich włsnych, energetycznych częstotliwości. Potrzeba znaleźć tylko jakąś moc i klucz do poruszania się między nimi. Jakiś portal. Odniosłem wrażenie jakby Salvia pierwszy raz zaznaczyła w mojej świadomości swoją osobistą obecność. Zaczynam uświadamiać sobie wcześniej ukryty przede mną potencjał Salvi.

5. Co prawda naczytałem się wsześniej i naoglądałem na temat Salvi sporo, ale teoretyczna wiedza to nie jest to samo co bezpośrednie doświadczenie. Po ostatnim spotkaniu jestem już pod dużym wrażeniem mocy i potencjału Salvi, chociaż wiem, że moja podróż dopiero się rozpoczyna... Czuję, że każdy następny raz może być silniejszym i głębszym przeżyciem.

11:45. Nastrój mam dość dobry. Umiarkowanie ciepły, słoneczny dzień. Zacieniony pokój. Zorganizowałem dla siebie opiekuna. Niestety opiekun nie ma istotnego doświadczenia z Salvią. To od niego kilka miesięcy wcześniej otrzymałem susz. Mimo swoich wcześniejszych doświadczeń m.in. z mj, grzybami, ayahuascą, peyotlem, lsd oraz kilkoma próbami z Salvią, podświadomie czuję respekt i strach przed spotkaniem z Salvią, strach który może być porównywany ze strachem przed śmiercią (choć jeszcze tego nie jestem świadomy zanim wir nie porwie mnie swoją siłą)! W sumie to dziwna rzecz. Teoretycznie wiem, że podróż trwa względnie krótko i nie natrafiłem do tej pory na informacje dotyczące zgonów z powodu przedawkowania Salvi. A mimo to ten irracjonalny strach mnie nie opuszcza. Od pierwszego razu palę tę samą paczkę suszu, zmieszanego z niewielką domieszką extraktu 5x. Torebkę dostałem w prezencie od znanej mi osoby, która zrezygnowała z dalszej eksploracji doświadczeń po jednorazowym podejściu. Salvia była zakupiona i testowana w UK.

Niewielkiej wielkości bongo, palnik i warstwa około 1,5 centymetra nabitej do bonga Salvi. Nie mam pojęcia jak to przypalać, czy po prostu ogień rozłożyć po suszu, czy podgrzać najpierw szkło i wtedy rozpalić Salvię? Ostateczna decyzja: rozpalam bez wstępnego podgrzewania. Siadam na podłodze przy łóżku. Proszę opiekuna, żeby odebrał bongo po moim zaciągnięciu i reagował, gdyby z moim ciałem działo się coś niebezpiecznego, chociaż jak się później okazuje on sam pewnie jest trochę wystraszony i to przekłada się na jego nadopiekuńczość. Ale chyba lepsze to niż przesada w drugą stronę? Zamierzam wziąć dwa buchy. Mam nadzieję, że zdążę.

Płomień z palnika rozlewa się po powierzchni Salvi. Wciągam pierwszy buch. Dym wydaje się być dość łagodny i niedrażniący w płucach, ale już po kilkunastu sekundach czuję, że Salvia bierze mnie w swoje objęcia. "Zaczyna się. Wchodzi." - informuję opiekuna na co on reaguje próbą odebrania ode mnie bonga. "Nie. Zdążę jeszcze raz." - powstrzymuję go. Wypuszczam resztki dymu, zaciągam się ponownie. Oddaję bongo, podnoszę się i zataczam wokół siebie krąg niczym wirujący sufi, albo jakiś derwisz, zmierzając w kierunku łóżka. Porywa mnie ów prawoskrętny wir mocy, który już znam i w którym stopniowo zatracam wszelkie wyobrażenia na temat tego kim jestem w tym świacie. Odnoszę wrażenie jakbym pozostawiał za sobą wszystkie zobowiązania i relacje. "Wow! Wow, wow!"... powtarzam na głos nie mogąc wyjść z podziwu i zachwycając się intensywnością doświadczenia, które wyrywa mnie z dotychczasowej świadomości ego. Siły próbują przeciągnąć mnie na drugą stronę równoległej rzeczywistości. "Czy tak doświadcza się odczuć nieodwracalnej śmierci i przemijania?" - przechodzi mi przez świadomość. Zauważam, że opiekun próbuje mnie asekurować w drodze na łóżko. Nie jestem wcale przekonany czy to dobry pomysł. Czy ta asekuracja jest potrzebna? Postrzegam to jako walkę pomiędzy dwoma światami o moja przynależność. Tak czy inaczej opiekun staje się częścią mojego doświadczenia, przejścia na drugą stronę, ale w tym samym momencie zadaję sobie pytanie: "Czy on chce mnie przytrzymać w tym świecie, czy koleruje z mocami świata Salvi? Po której on właściwie stronie (wiro-suwaka) stoi?".

Pomimo świadomości otaczającego mnie towarzystwa, zarówno po jednej jak i po drugiej stronie, czuję egzystencjalną samotność. Jednocześnie czuję, jak istoty będące pomocnikami Salvi próbują mi pomóc przekroczyć granicę. Z tym spostrzeżeniem pojawia się we mnie strach. Strach o utratę tego wszystkiego z czym się do tej pory utożsamiałem w moim życiu. Po chwili tracę prawie całą zewnętrzną, świadomą kontrolę. Wir i jego moc, którego esencję tworzą pomocnicy Salvi, pozbawia mnie świadomości mojego ciała, umysłu i ego. Resztkami świadomości ogarniam siebie jako istotę o rozmiarze pojedyńczego atomu. Jedyna moja tożsamość, o której teraz pamiętam, to ta, że jestem wieczną jaźnią podróżującą w niezmierzonym oceanie niepoznanej i niepojętej rzeczywistości. Z własnej bezsilności i w zaufaniu zaczynam w głębi swojego atomowego ja zwracać się do moich wiecznych opiekunów przy pomocy mantry, którą od nich otrzymałem. Po chwili zwracam się także do mojego fizycznego opiekuna, który towarzyszy mi w pokoju - "Ok. W porządku." - daję mu znak żeby już mnie nie asekurował, gdyż odnosze wrażenie, że to rozprasza moją świadomość podróży. Po chwili opiekun zostawia mnie na łóżku.

Zatracając się w mocy Salvi, realizuję, że nie jestem jeszcze gotowy na spotkanie z nią po drugiej stronie. Opieram się wirowi. Po chwili tracę świadomość oraz pamięć tu i teraz.

Nagle moja samoświadomść powraca. Wir mocy zaczyna odpuszczać. Jakby przyhamował. Siedzę na łóżku. Przyglądam się istotom, które spotkałem w wirze mocy, a które próbowały mnie przenieść na drugą stronę. Czuję respekt przed ich siłą, zainteresowanie ich światem i zarazem wdzięczność za ich wysiłki, i intencje. Nadchodzi czas pożegnania. "Jesteście super chłopaki! Na prawdę jesteście wspaniali! Dziękuję wam!" - wypowiadając głośno i intencjonalnie te słowa żegnam się z nimi zachęcając do kolejnego spotkania i ich asysty. A po chwili dodaję do opiekuna - "Już wracam". Stopniowo tożsamość mojej dawnej osobowości znów staje się oczywista. A jednak przeczucie mi podpowiada, że coś się niezauważalnie zmieniło. 

12:25. Staje się dla mnie bardziej oczywistym moje ograniczenie spowodowane jakimś egzystencjalnym strachem, a może instynktem samozachowawczym? Strach ostatecznie nie jest dobrym doradcą w podróżach, a z pewnością nie jest dobrym fundamentem budowania własnego spełnienia i szczęścia. Jest jeszcze nad czym pracować :-)

Ocena: 

Odpowiedzi

Prosty i "równy" raport.Podoba mi się i w ten sposób skasowałeś moje lęki przed Szałwią - bałem się tego co widziałem na filmikach,jak rzucała ludzmi po podłodze jakby Gołota ich tłukł. :)

 

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media