Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

panienka szałwia - premiera

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Jeden potężny buch Szałwii

panienka szałwia - premiera

Set & setting: Jesienny wieczór w bezpiecznym, ładnym pokoju z kominkiem
Doświadczenie: Alko, Gandzia i dużo innych rzeczy, szkoda gadać
Pilot: Trzydziestoletni mężczyzna rasy białej, ok. 90kg wykształconego obywatela

Było nas pięciu, pilotów oblatywaczy. Kilka dni wcześniej zaplanowaliśmy sobie mały wyjazdowy melanż u Żaby w połowie tygodnia, takie oderwanie się od pracy, chillout. To, co było pewne to Spice, Smoke i browar, każdego dużo. W ostatniej chwili Benkowi wpadł do głowy pomysł – spróbujmy Szałwii! Nie pojawił się żaden głos sprzeciwu, choć pewne obawy były – z opisów wynikało niezbicie, że faza jest inna niż wszystkie i może być dziko. Do końca nie widzieliśmy czy coś z tego wyjdzie, bo w lokalnym funszopie dopalaczy zabrakło Szałwii (!), dostawa miała być tego samego dnia, ale czy będzie tam Szałwia? Już w drodze do Przeworska gdzie lot miał się odbyć dostałem SMSa „Cieszymy się, jest ekstrakt 40x, widzimy się na miejscu”. Chwilę później drużyna już była w miejscu kaźni, otworzyliśmy browary, Panienka Szałwia do bonga i ruszamy, zapaliliśmy po jednym sowitym strzale, nie wszyscy na raz, dwie osoby paliły, pozostali czuwali (odpowiedzialnie waląc browar). Po ściągnięciu strzału o bardzo przyjemnym smaku potrzymałem koło pół minuty i wypuściłem. Początkowo efektów nie było żadnych, po chwili świat trochę się zmienił, ale nie było to to, o czym czytałem, efekt dość delikatny. Najbardziej dostrzegalnym skutkiem było nienaturalne ciążenie ciała, trudno było prosto utrzymać głowę, ręce leciały, za to wstając byłem nadzwyczaj lekki. Czyli fajnie, coś jest, ale w ogóle nie to, co miało być, jakaś pomyłka. Wszyscy mieliśmy podobne objawy, więc nie chodziło tu o jakąś osobniczą odporność. Odstawiliśmy bonga z Szałwią i przeszliśmy na zasilanie awaryjne - zabraliśmy się za browary, zapaliliśmy Spice Diamond, atmosfera imprezowa, browary plus palenie, kominek wesoło grzeje, mimo niepowodzenia z Szałwią jest sympatycznie. Jakieś 15 minut później zapada decyzja – nabijamy resztę ekstraktu i próbujemy jeszcze raz uruchomić magiczną windę do innego świata, tym razem dając zdecydowanie więcej ognia. Pierwszy – Benek, ściągnął strzał, popatrzył na wszystkich chcąc coś powiedzieć, nie powiedział już nic tylko zaczął się gibać do przodu i do tyłu tripując gdzieś tam, hen. Później jak opowiadał – był w czyichś ustach, przez które widział cały otaczający świat, później wyszedł z tych ust, ale ich obecność towarzyszyła mu do końca fazy. Następny był kolega Portek, najpierw zaczął się dziko śmiać, czynił ostatnie próby komunikacji przekazując że coś jest nie tak, po czym umilkł, na twarzy zarysował się wyraz niezrozumienia dla rzeczywistości, na oparcie pięknej skórzanej kanapy opadł już jako warzywo. Bezpośrednio po nim palił pilot Szcz., ten, jak zwykle rozgadany, najpierw złapał zajebistą śmiechawę, potem zaczął nawijać do nas w jakimś sobie znanym języku, pytał mnie o jakieś żabki... Wreszcie przyszła kolej na mnie – strzał i... właściwie to nadal jestem w tym samym świecie, w tym samym pokoju, słyszę rozmowy moich kolegów które teraz są kolorowymi wzorkami przesuwającymi się szybko po obrysach kształtów i postaci. Czułem pewien niedosyt, bo nic dziwnego się nie działo, to że głosy są teraz szlaczkami a wszystkie postacie są obrysowane wydało mi się najnaturalniejszą rzeczą pod słońcem, taka oczywista oczywistość mówiąc slangiem kartofla. Świat stał się zupełnie inny, tj. ten sam, ale nie taki sam, pokrzywiony, powyginany. Mówienie sprawiało trudność, wydawało się, że można swobodnie mówić, ale jak się odezwałem okazało się, że bełkoczę. Faza trzymała dość długo, wyraźnie czułem obecność Panienki Szałwii do końca wieczoru, choć z czasem coraz bardziej rozmywała się w alkoholowym amoku i oparach kadzidełka Spice. „Kadzidełko”, hehe, dobre sobie... Jeszcze nie słyszałem o kadzidełku, które pali się z lufy...
Podsumowując – Lot po Szałwii jest zdecydowanie wyczynowy. Czy spróbuję jeszcze kiedyś? Na pewno, czuję wyraźnie, że nie odkryłem jeszcze pełnych możliwości tego cuda, ledwie wyjrzałem ponad krawędzią rzeczywistości, ale podróż do rzeczywistości sąsiedniej jest jeszcze przede mną.

Substancja wiodąca: 
Ocena: 
Dawkowanie: 
Jeden potężny buch Szałwii
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2021
design: Metta Media