Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

[dxm, mj, alkohol] pracowity dzień.

detale

Substancja wiodąca:
Natura:
Apteka:
Dawkowanie:
DXM: 100mg, godzinę później 200mg.
Marihuana: 0,1-0,2g
Etanol: 2 piwa.
Mefedron: 100-150mg, jedna kreska.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Cały dzień, dość pozytywna pogoda, wieczorem punk-rockowy gig w lokalnym pubie, dużo ludzi, pozytywna atmosfera, na końcu dom.
Wiek:
18 lat
Doświadczenie:
Etanol (często)
Kofeina (często)
Nikotyna (nałogowo)
Marihuana (często)
Haszysz (sporadycznie)
Amfetamina (wielokrotnie)
Dekstrometorfan (kilkukrotnie)
MDMA (raz)
Metamfetamina (raz)
Mefedron (raz)

[dxm, mj, alkohol] pracowity dzień.

Cóż, narkotykowy dzień zaczął się od około godziny czternastej kiedy to poszedłem w miasto do jedynej czynnej wówczas apteki, żeby kupić dekstera - było nudno, nie wiedziałem czy wieczorem wyjdę, a siedzenie w domu na dexie jest z pewnością przyjemniejsze, niż na trzeźwo. Chciałem wziąć Tussidex, ale nie było. Acodin - tabletki - też nie. Tylko syrop. Taki stan rzeczy mnie niespecjalnie zadowolił, ale jako, że w kolejce co chwila wymuszałem kaszel, żeby nie było podejrzeń, to wziąłem ten syrop, bo gardło serio zaczęło mnie drapać. Siedząc u kumpla walnąłem pierwsze 100mg, zwykły duży łyk, który opróżnił 1/3 buteleczki 100ml. P. jest bardzo przeciwko każdej substancji rozrywkowej poza mj/haszyszem, więc nie zwierzałem mu się, że syropek jest nie na chorobę, a na fazę. Pogadaliśmy trochę, pograliśmy w DayZ, a jako, że dexter się strasznie wolno mi ładuje (czuję jakiekolwiek efekty po 1,5-2h co najmniej), to u niego jeszcze nic nie czułem. Wyszedłem, stwierdziłem, że nie będę łaził z tą butelką w plecaku, więc opróżniłem butelkę syropu do końca (kolejne 200mg) i wróciłem do domu zjeść coś i ogarnąć się do końca, żeby w końcu wieczorem wyjść. W domu dopiero, więc około godzinę czasu od ostatniej dawki DXM poczułem nieco odmienny stan mózgu, lekki buzz. Ale to było nic w porównaniu z tym, co się działo dwie godziny od ostatniej dawki, kiedy musiałem przejść na piechotę ok. 3km do miasta, bo nie miałem autobusu, a po dexterze nie wsiadam za kółko, z resztą wiedziałem, że będę pił. Ale nie wiedziałem, jakie fajne rzeczy będą się dziać później.

 

Nie było po mnie widać, co stwierdził wspomniany we wcześniejszym raporcie Solo, ale wewnętrznie czułem się jakbym był prawie totalnie najebany - jakbym wypił z 6-7 browarów, a to mniej-więcej są granice mojej niskiej wytrzymałości na piwo. Z taką różnicą, że po 6-7 browarach w szybkim tempie (jak zawsze to jest) czuje się wypełniony brzuch, często sie chce oddawać mocz, a browar podchodzi pod sam przełyk. Teraz tego nie było, cała faza była czysto mózgowa - żadnych nieprzyjemnych skutków ubocznych, poza BARDZO delikatnym błogostanem, opóźniającym się obrazem w oczach i bardzo lekkimi zaburzeniami ruchowymi (trochę się chwiałem, ale nieznacznie - nie na tyle, żeby stwierdzić, że coś piłem/brałem, trochę się półbezwładnie chodziło.). No i tak spotkałem się właśnie z S. (Solo). Spotkaliśmy się konkretnie za zamkiem, czyli w miejscu, gdzie lokalna młodzież pije, a straż miejska co jakiś czas spisuje, czy wlepia mandaty za śmiecenie - coś jak brzegi Wisły w Warszawie, tylko na mniejszą skalę. S. był z paroma kumplami, z czego jeden miał mefedron, a że wiało, to nie było sensu ryzykować, że na powietrzu nam zwieje krechy z telefonu, więc poszliśmy do piwnicy babci S. Babcia na starość dostała lekkiego nie-halo w głowie, miała spać, bo matka S. podała jej cośtam nasennego. No i siedzimy w tej piwnicy w 6 osób, chłopak, który posypywał był nieco starszy od nas, sprawił wrażenie bardzo odpowiedzialnego typa. Jeden z kumpli walnął już kreche, i zaczęła sie zabawa. Babcia sie obudziła, bo towarzystwo było troche za głośno. Najwidoczniej już zbudowała taką tolerancję na te prochy nasenne, że przestały działać, jak powinny. S. Uspokoił babcie, że walimy browar w tej piwnicy, bo jest zimno na dworzu, babcia, że spoko ale zaraz mamy sobie iść. Wracamy do zabawy, nieco przestraszeni, mi się kręci w głowie lekko od dextera, ale po chwili babci coś się usrało, że porozwalamy jej jakieś rzeczy w tej piwnicy i kazała nam natychmiast stamtąd iść. Nie awanturując się, wyszliśmy przepraszając, wróciliśmy za zamek, w końcu kumple poszli na jakiegoś grilla, a ja zostałem z S. Dexter już całkiem mi zszedł, a raczej po prostu osłabiły się odczucia, to było około 19:30, więc 4-5 godzin od walnięcia. Nieco zawiedzeni, że w końcu nie walneliśmy mewy, wróciliśmy do miasta wykminić fukę. Po pół godziny dzwonienia po kontaktach, w końcu naszła opcja - "podobno zajebisty mefedron, ale za 80." Jako, że zwykle nie wydajemy tyle hajsu na takie specyfiki (zwykle zamyka się to w 40zł), byliśmy trochę wkurzeni. Co prawda ja miałem hajs, ale nie widziało mi się dawać 60zł od siebie na mefe. Po kilkunastu minutach rozprawiania o tym jakby to wykminić, trzeci kumpel, nazwijmy go B. przypomniał nam, że przecież on ma jeszcze trzy dychy i złożymy się po 27zł. No i postanowione.

 

Generalnie to byłem umówiony z wcześniej wspomnianym P., mieliśmy ogarnąć palenie i razem się ujarać na tym koncercie, ale jako, że hajs mój już poszedł na mefe, powiedziałem, że jarania nie ma. Poszliśmy na koncert, już było całkiem rozkręcone. Posiedziałem chwilę, posłuchałem sobie i w końcu SMS - jest gites, idziemy do Ciebie. S, który czekał na stuff, wreszcie się odezwał. Poszliśmy do nieopodal położonego lokalu z bilardem i innymi tego typu pierdołami, weszliśmy na chwile na automaty do gry, ja stwierdziłem, że wrzuce sobie piątkę, ale w końcu poszliśmy do kibla. Ja się wyszczać, a S i B na szluga. Oczywiście było to metaforyczne, bo weszliśmy do kabiny we 3 i ujrzeliśmy zajebiste, lśniące kryształy, twarde, ciężko było to zgnieść od razu dowodem. Po krótkiej chwili były 3 posypane węże, wciągneliśmy jeden za drugim. Wychodzimy - miałem wrzucić piątkę - aaa, jebać to. Wracamy na koncert. Po 20-30minutach zaczynałem czuć. Usiedliśmy, wziąłem sobie browar, okazuje się, ze S. wziął sztuke dobrego palenia na kredyt od kumpla. To tuba nabita i jazda, palimy. Minęło kolejne 20 minut. Jezu Chryste, czy kiedykolwiek czułem się lepiej? Czy na trzeźwo da się osiągnąć taką euforię i towarzyskość?

 

Wstałem od stołu i zagadałem do perkusisty i gitarzysty jednej z kapel, perkmena znałem już parę lat, ale rzadko się widywaliśmy. Wychwaliłem ich za progress, jaki pokazali - należało im się, to nie był żaden rodzaj lizodupstwa. Pogadaliśmy troche, w końcu zostałem z samym gitarzystą, którego nie znałem, ale gadało się dalej zajebiście. Po chwili - znajoma mi od paru lat para kieruje sie do wyjścia, nie widzieliśmy się z dobry rok, zagadałem i znowu gadka bez przerwy. W międzyczasie odpalałem jednego peta od drugiego, nie czułem obrzydzenia w brzuchu czy gardle od takiej ilości dymu, chciało mi się palić, to było przyjemne! To samo o dziwo się tyczy dymu z zioła, zawsze jest nieco duszące i na ogół nie do końca przyjemne, a w tedy szło jak czyste powietrze. W końcu para sobie poszła, ja gadałem z P. i jego dziewczyną, po chwili spojrzałem na zegarek - umawiałem się z siostrą na tą godzinę, więc dzwonię. Zawiozła mnie do domu, po drodze też gadało się nam przezajebiście. Kiedy wróciłem do domu, zrobiłem sobie i mamie herbatę, poszedłem do swojego pokoju.

 

Kiedy stworzyłem w pokoju swój własny świat już, chciało mi się dosłownie wszystkiego. Grać na gitarze, palić, znowu grać, znowu palić, wypić herbatkę, miałem ochotę na seks, na naukę, na rozmowę, na dosłownie WSZYSTKO. Spaliłem dwa pety i grałem przez następne dwie godziny na gitarze, śpiewając. Śpiew mój wydawał mi się dużo lepszy, niż na trzeźwo - albo lepiej śpiewam (co tyczy się również grania, bardziej precyzyjne dźwięki, szybsze domysły chwytowe, itd.) - albo wydaje mi się, że lepiej śpiewam po mefie. Po tych dwóch godzinach, cały czas smsując z S i dziewczyną, z którą teraz trochę kombinuję, skończyłem grać, pożegnałem się z nimi i poszedłem na peta. Bo chciało mi się śnić. Ale nie to, że byłem senny, wręcz odwrotnie - byłem tak zajarany tym, że będę śnił, że zasnąć nie mogłem. Zasnąłem dopiero przed 4:00. Snu w ogóle nie pamiętam. Obudziłem się o 8:30 i w sumie nie było jakichkolwiek złych efektów, czułem się nieco wymęczony, jak po zwykłej dobrej imprezie, ale nie było ani kaca, ani póki co nie ma zejścia, nie ma niczego, co bardzo złe.

To było moje pierwsze spotkanie z mefedronem - z odpowiedzialnością w częstotliwości brania to będzie przezajebisty przepis na dobry melanż. Najlepsza, najbardziej euforyczna rzecz, z jaką miałem kiedykolwiek do czynienia. Zapraszam i polecam.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media