Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

"byliśmy w chlewie... były świnki... dużo świnek..."

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
Nie wiem
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Opisane w raporcie
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
Niewielkie i nieznaczące

"byliśmy w chlewie... były świnki... dużo świnek..."

(imiona zostały zmienione w celu ochrony danych osobowych)

Czegoś takiego na Neurogroove chyba jeszcze nie było- trip raport o jednej z najbardziej toksycznych, a zarazem najpopularniejszej substancji odurzającej- alkoholu. Pomimo faktu, że uważam etanol za kompletne gówno, które przynosi ludzkości więcej zguby, niż pożytku, nie popadam w skrajność i nie wykluczam go kompletnie ze swojego życia, albowiem raz na jakiś czas, z umiarem- nikomu nie zaszkodziło. Ba! Alkohol pity z głową (a 95% osób tak pić nie potrafi) pomaga otworzyć się na ludzi i zbliża do siebie tych, którzy piją. Co więcej- gdy w porę powiesz STOP i nie pijesz dalej, zaczynasz trzeźwieć, podczas gdy reszta towarzystwa staje się coraz bardziej zidiociałymi półmózgami i odpierdala różne śmieszne akcje, z których ty możesz wyciągnąć nauki, albo ewentualnie opisać wszystko na neurogroove, mając nadzieję, że chociaż w minimalnym stopniu przekażesz innym to, co chcesz przekazać- kurwa, nie przesadzajcie. To tyczy się wszystkich używek.

Do rzeczy więc- jesteśmy na działce kumpla imieniem Janusz, na której ma niewykończony dom, a nieco dalej- stodołę, garaż ze sprzętem rolniczym i takie tam. Jedynie część działki jest ogrodzona, tak więc siedząc koło domu mamy otwarte wyjście na pola, na których rośnie skurwysyńska pszenica. Miejsce, w którym pijemy to totalne zadupie. Jestem tu drugi raz w życiu, a moja słaba jak dzieci na onkologii orientacja przestrzenna bynajmniej nie pomaga mi poczuć się komfortowo. Co, jeśli się nakurwię jak szpadel i gdzieś zgubię? Nie no, easy, chyba nie jestem głupi? Co nie? :D Jestem? No i chuj. Układamy kilkanaście cegieł tak, by rozpalić ognisko. Mirosław chwali się, że był trzy lata w harcerstwie i zaraz w tym miejscu pojawi się ogień. Świętobor ciśnie mu, że pewnie miał stopień "suka druha drużynowego". Harcerzyk męczy się jak moja stara przy porodzie, ale w końcu udaje mu się i pierwsze płomyczki żwawo podskakują w rytm electro house puszczonego z głośnika przez Fryderyka. Jest nas tylko piątka. Lecz to wystarczy, by odpierdolić manianę.

Zaczyna się aplikacja toksyny do naszych organizmów. Fryderyk wlewa whisky do plastikowych kubków i do tego kilka kropel Coca Coli zero. Na rzeczy tak wyrafinowane, jak cytryna albo i nawet kurwa limonka, nie było nas stać, gdyż wydaliśmy krocie na plastikowe kielony. Mirosław narzeka, że kupiliśmy Colę bez cukru. Mówię mu, że gdyby nie widział butelki, nawet by nie wiedział, że to zero. On na to, że przecież Cola Zero ma aspartam! O kurwa, tylko nie aspartam, podobno wyrasta po nim trzecie jądro. Argumentuję przeciwko niemu tym, że z kolei zwykła Cola ma tyle cukru, że insulina skacze po niej jak jebane dziecko z ADHD na trampolinie. A chuj, obie to syf, ale i tak to pijemy. Każdy przynosi sobie po krześle i rozstawiamy wokół ogniska. Janusz i Mirek biorą jakieś pręty zbrojeniowe i jeszcze kilka cegieł. Tworzą konstrukcję, na której opierają siatkę do grillowania. Na siatce lądują kawałki opakowanej w syntetyczne jelito padliny, zwane kiełbasą.

Gdy kończy się złocisty składnik drinów, Fryderyk wyciąga z plecaka bimber zimniejszy niż pierdolony lądolód. Mirek pyta, czy na pewno nie oślepniemy. Kompan odpowiada mu, że pił ten bimber już nie jeden raz i dalej widzi. Stopniowo, kieliszek za kieliszkiem, tracimy świadomość, zapadamy się w odmęty upojenia i upodlenia, stajemy się pozbawionymi władzy nad sobą kukłami, rzuconymi w wir losu.

Picie rozpoczęło się mniej więcej o 23. O drugiej w nocy każdy był już nakurwiony, że hej! W końcu powiedziałem, że już nie chcę. Oczywiście i tak mi polali. Odstawiłem jednak kieliszek na ziemię, czego koledzy w amoku nawet nie zauważyli. Gdzieś w międzyczasie ktoś go pewnie pierdolnął butem, bo widziałem koło trzeciej, że leży pęknięty trochę dalej. Rozszalał się wiatr i ogień buchał jak z dupy po ostrym kebsie. Trochę się cykałem, że przeniesie się na trawę nieopodal i będzie lipa. W momencie, w którym to rozkminiałem, akurat przyszedł Janusz z butelką wody i zaczął lekko przygaszać szalejące płomienie. Zaczęliśmy rozmowę na temat kobiet. Właściwie to oni nawijali, bo ja zawsze jestem zamulony na bani i nie chce mi się jakoś specjalnie angażować w konwersację. W pewnym momencie Janusz rzucił zdanie "Hmmm, jakby to ująć... nie lubię używanych butów, hehe". Oczywiście w odniesieniu do kobiet. W myślach zajebałem sobie w czoło i stwierdziłem- nic dziwnego, że chodzisz boso, prostaku.

Później gadka zeszła na bardziej poważne tematy. Mirosław zaproponował, żeby każdy z czegoś się zwierzył, bo widział, że Świętobor chciałby coś powiedzieć, ale się powstrzymywał.

-To kto zacznie?- padło pytanie.

*dłuższa chwila ciszy*

-Dobra, to jebać zwierzenia, jak nie chcecie.- rzekł Mirek.
-Ja mogę- zgłosiłem się na ochotnika, bo wiedziałem, że jeśli nie ja, zapewne nikt nie będzie chciał.

Opowiedziałem im smutnawą historię swojego spierdolenia za czasów podstawówki. Nawet się trochę rozpłakałem, uświadamiając sobie, jak głupi byłem jako dziecko.

Później opowiadał Mirek. Jego historia była o wiele, wieleeee gorsza. Poważniejsza. Smutniejsza. Też płakał, a ja poklepałem go po plecach, żeby jakoś dać mu do zrozumienia, że rozumiem i mu współczuję.

Wtedy Janusz zadziwił nas wszystkich swoim niedojebaniem mózgowym. Nie pamiętam dokładnie dialogów, ale to było mniej więcej coś takiego:

-Mirek, ty powinieneś być wdzięczny bogu, że cię wybrał.
-Co kurwa?
-Noooo bóg ma dla każdego plan, twoją rolą w tym świecie jest tworzyć i być tworzonym... każdy widzi diabła i boga, a to bóg wygrywa.
-CO?
-Bóg chciał, żebyś ty był słaby, ale diabeł nie wygra. Będziesz silny. Dopóki kochasz boga, on kocha Ciebie. Najważniejsze to kochać boga. Powinieneś być dumny, że tego doświadczyłeś. Widziałeś diabła.
-No ty byś się na bank kurwa cieszył z takiego diabła, pojebie jeden.
-Mówię Ci... Mirek... bóg każdemu daje jakieś życie, po to, żeby go rozliczyć! Na końcu będziesz rozliczony! Musisz być silny! Bóg jest dobry i wie, co robi!
-Ty już nie pijesz, Janusz, bo pierdolisz takie farmazony, że się słuchać nie chce- wtrąciłem.
-Ateisto, co ty tam możesz wiedzieć... Ciebie też bóg rozliczy. Zostałeś stworzony i masz za to dziękować, a nie się buntować.
-Nie jestem ateistą...
-Jebać to, bóg każdego osądzi, hahahaha!!!
-NIE MA KURWA BOGA, rozumiesz, śmieciu jebany!? N I E M A B O G A! Osoba X codziennie się modli i chuja z tego ma! CHUJA! Rozumiesz?! Gdzie ten Twój jebany bóg?! Chciałem wierzyć, teraz to już sam kurwa nie wiem! Nic w życiu nie doświadczyłeś, to wydaje ci się, że taki z ciebie kozak, kurwo.
-Ja nic nie doświadczyłem? HAHAHA! Doświadczyłem boga i jestem dumny!
-Ja pierdolę...- podsumowałem

Spojrzeliśmy na siebie z Mirkiem. Janusz stanął nad ogniskiem i powiedział coś mniej więcej takiego:

-NISZCZYĆ I BYĆ NISZCZONYM.
-Jesteś pojebany, Janusz- powiedziałem, z pewną dozą pogardy i jednocześnie przerażenia.
-Prawda? Ale to bóg mnie takim stworzył, jestem dumny, że mu służę!

I zaczął się śmiać jak pojebany obłąkaniec. W świetle ogniska jego ryj wyglądał, jakby to on był diabłem.

-Chuj nie bóg! Chuj! Nawet nie wiesz, jakie to było spierdolone, jak ja się czułem, kurwa. Tłumaczysz sobie wszystko bogiem, bo nie znasz życia. Może opowiedz nam coś o sobie? No dawaj.- Mirek był wyraźnie wkurwiony.
-Co mam opowiedzieć? Że moja matka niszczyła i jest niszczona? Bóg ma dla każdego plan, nic z tym nie zrobimy.
-Właśnie przez takich ludzi jak Ty, przestałem wierzyć w te bajki...- rzuciłem z dezaprobatą.
-Współczuję Ci, że nie znalazłeś boga...- Janusz, jak to Janusz, zaślepiony kościelną breją gówna, kultywował ślepe posłuszeństwo.
-Chuj nie bóg! Jest karma! Karma do Ciebie wróci, zjebańcu. Jedyne, co potrafisz, to filozofować. Prawisz te swoje nauki, bo nic nie wiesz. Zobaczysz, że dostaniesz za swoje.
-TO NIE SĄ NAUKI, ja wam tylko mówię prawdę. Bóg jest ponad nami, nie macie prawa go osądzać, jesteśmy tylko ludźmi...
-Ja pierdolę, jakie to typowe.... Dobra, chuj mnie obchodzi, czy nazywacie tę siłę karmą, czy bogiem, każdy sobie wierzy w to, w co chce i się nie kłóćmy, dobra?- starałem się jakoś załagodzić tę zażartą gównoburzę, zanim dojdzie do rękoczynów
-Biedni z was ludzie, biedni...
-Karma do Ciebie wróci, pizdo.

No i wróciła XDD

Jakieś 15 minut później:

-Ej, gdzie Janusz?
-A nie poszedł się wylać?
-No poszedł, już dawno.
-Może srał i się wyjebał na kloca, a potem zasnął.
-To nie jest śmieszne, widziałeś, jaki był najebany.
-No widziałem, ładnie zarzygał posesję.
-Mógł sobie coś zrobić.
-Nie panikuj, nie pierwszy raz pije.
-Jak zaśnie i się zarzyga, a potem zachłyśnie?
-Ja pierdolę, nie wkręcaj takich schiz.
-Poszukajmy go.

Nie chciało mi się wstawać z krzesła ani tym bardziej łazić chuj wie gdzie w ciemności, w poszukiwaniu kogoś, kto ma wszystkich w dupie i nie wykazuje ani odrobiny szacunku, czy też zrozumienia, tak więc nie zasługuje na troskę drugiego człowieka. Zgodziłem się jednak dla świętego spokoju.

Szukaliśmy go dwie i pół jebanych godzin. Po mokrych polach, ubłoconych zakamarkach, jebiących gównem chlewach i stodołach, mrocznych odmętach piwnicy jego domu, czy nawet kurwa okolicznych rowach. Przeszliśmy trzy kilometry do jego normalnego domu i z powrotem, bo myśleliśmy, że najebany się obraził i udał w wędrówkę.

Każdemu już powoli zaczęła wkręcać się schiza, że Janusz mógł umrzeć. Co my wtedy zrobimy, lol. Zacząłem rozkminiać miejscówkę na zakopanie potencjalnych zwłok... znaczy się, rozkminiałem, gdzie mógł się podziać nasz kochany przyjaciel :)

Mirek cały czas pił. Był już tak sążnie zmieciony, że nie potrafił dobrze skleić zdania. Przykład: Dobraa dawaaaaj usiądźmy, bo krzesło.

Albo: Zapomniałem samolotu, czekaj.

Tracił kontakt z rzeczywistością. Był moment, że zaczął mówić coś tak kompletnie bez sensu, że wraz z Świętoborem wybuchliśmy śmiechem, pomimo strachu o los Janusza, ogromnego zmęczenia i wkurwienia. Wtedy Mirek się rozzłościł i zaczął na nas krzyczeć i machać rękoma: TU CHODZI O ŻYCIE CZŁOWIEKA! KURWA MAĆ, Z CZEGO SIĘ ŚMIEJECIE, DEBILE?! JA PIERDOLĘ! JA SIĘ STARAM! A WY?! KURWA MAĆ!

Przyszedł Fryderyk i chciał go uspokoić, a Mirek zaczął się do niego rzucać i musiałem stanąć między nimi, bo któryś by któremuś wyjebał. Emocje opadły i poszliśmy szukać dalej. Świętobor z Fryderykiem na pola, ja i Mirek postanowiliśmy przeszukać budynki.

Mirek zaczął kurwa otwierać szufladki i sprawdzać, czy przypadkiem Janusza nie ma w środku XDD

Zacząłem się śmiać, i rzuciłem sarkastyczne "Tak, na pewno tam się schował!", na co Mirek ze złością "JA PRZYNAJMNIEJ SIĘ STARAM, RÓBMY COKOLWIEK, KURWA! SZUKAJMY GO!"

Po trzech godzinach usiedliśmy wszyscy na krzesłach i załamani zaczęliśmy obmyślać plan. Powiedziałem, jako ten najbardziej trzeźwy:

-Panowie, żarty się skończyły. Dzwonimy do jego rodziców.
-NIE, CO TY, PRZYPAŁ, NIE, POSZUKAMY GO JESZCZE!
-Ja wam to mówiłem już dawno, kurwa dzwonimy, tu chodzi o życie człowieka!!!- Mirek panikował jak pedofil w domu starców.
-Chuj, dzwoń- rzucił Świętobor.
-Jaa zadzwonię... dajcie mi zadzwonić!- Mirosław pałał entuzjazmem.
-Nie, niech Damian dzwoni.
-Co jej powiesz? "Dzień dobry, pani syn się najebał jak sam skurwesyn i przepadł"? XD
-Coś takiego.

-Słucham?- była piąta coś, więc nic dziwnego, że jego matka była zaspana.
-Ymmmm... dzień dobry...
-JEST JANUSZ?!- Mirek wjebał mi się w rozmowę
-Nieee. Nie wrócił jeszcze. A co?
-A niiiccc.... hehe... tak ogólnie sobie sprawdzamy... czy jest...

(FACEPALM)

-Zginął?
-Nieeeeeee.... do widzenia.

Pół godziny później, gdy znowu szliśmy drogą, spoglądając do rowów, zobaczyliśmy samochód jego ojca. Ups.

Zatrzymał się przy nas.

-To wy piliście z Januszem?
-Taaaaaaa... poszedł gdzieś i zginął. Trzy godziny go szukamy, myśleliśmy, że może jest w domu, ale...
-Dobra, wsiadajcie.

Pojechaliśmy znów na tę działkę. Ojciec wszedł do PIERWSZEGO lepszego budynku. I woła: Jest!

A my: WHAAAAT

Wchodzimy tam. Leży menda zapijaczona.

-ALE PRZECIEŻ... KURWA! Sprawdzaliśmy tu dwa razy, nie Damian?!
-Nooooo. Nie było go tu!
-Podróżował sobie- rzucił ojciec.
-Nooo, patrzcie, ma siano we włosach.
-Ja pierdolę... szukaliśmy go tyle, proszę pana... - Mirek był nie mniej zażenowany niż my.
-Ty, wstawaj!- Rzucił ojciec do Janusza i potelepał nim

Mina Janusza- bezcenna.

-Byliśmy w chlewie, były świnki... dużo świnek...- Powiedział nagle Mirek od czapy.

Postaliśmy jeszcze trochę w ogólnej konsternacji. Potem ojciec Janusza odwiózł nas do pobliskiego miasta i wszystko skończyło się dobrze.

Ocena: 

Odpowiedzi

Przez te imiona i dialogi to się czyta jak pastę XD Spoko TR ogólnie

Raport poprawia humor. Polecam wszystkim zdołowanym na zjeździe po innych substancjach :P

Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2018
design: Metta Media