Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Kanał RSS neurogroove

bielunia jadłem wielokrotnie...

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
kilkanaście liści
Rodzaj przeżycia:
Wiek:
17 lat
Doświadczenie:
Wtedy małe, dzisiaj dosyć duże.

bielunia jadłem wielokrotnie...

 

Mój wpis z wątku o bieluniu


Bielunia jadłem wielokrotnie, głównie w zamierzchłych czasach szkoły średniej, ale też kilka razy później. Nie był to nasz rodzimy Bieluń dziędzierzawa, a ten często spotykany jako kwiat ozdobny, sadzony w donicach, drzewiasty bieluń z pięknymi, długimi kwiatami. Zawsze jadłem liście, a nie kasztany i mimo to działał.

 

Opowiem moją najlepszą jazdę. Cieszę się, że mam takie wspomnienie w pamięci, niemniej jednak bielunia nikomu nie polecam.

Bielunia wtedy jadłem od kilku dni, z każdym dniem zwiększając dawkę, gdyż zauważyłem, że gdy spożywa się go codziennie, więcej tripu zostaje w pamięci. Ostatniego dnia zjadłem kilkanaście piekielnie gorzkich liści. Najpierw poszedłem z kumplami na bloki, miałem już wielkie źrenice, piekielnie mnie suszyło i nie mogłem pić piwa, które też było dla mnie gorzkie.

Udaliśmy się na rynek, usiadłem na parapecie przed sklepem i gadałem z kumplem. Nie pamiętam o czym. Na kolanach pojawiła mi się magiczna księga oprawna w skórę, pisana złotymi, zdobnymi literami, na której kartach rozmawiałem sam ze sobą.

Poszliśmy pod dom kultury, siedziała tam grupa znajomych, a kumpel chciał mi zakroplić oczy (nie wiem po huj), ale nie pozwoliłem mu na to, bojąc się, że krople wypalą mi oczy i zacząłem się bać o swoją wątrobę.

Poszedłem do domu. Był tam tylko ojciec. Usiadłem na sedesie. Raz trzeźwiałem, raz spływała na mnie fala wielkiego otępienia, połączona z wizjami. Grałem np. w Metal Gear Solid czy coś, skradając się tym żołnierzem — oczywiście była to halucynacja. Potem na wannie dostrzegłem małą czarną plamkę. Zamieniła się w robaka, pojawiło się ich coraz więcej. Światło zaczęło migotać, całe pomieszczenie pokryło się kożuchem robactwa, małych czarnych żuczków, razem ze ścianami i sufitem, a ściany pulsowały. Na wężu od pralki pojawiła się wielka ważka, a przez łazienkę przeleciała złota wielka pszczoła.

Popadałem w panikę. W drzwiach do pokoju pojawili się moi młodsi: brat i siostra, mimo że tak naprawdę nie było ich wtedy w domu. Byli bardzo szczupli i wysocy, ubrani w białe koszule nocne do kostek, bosi, a ich oczy świeciły na fioletowo. Przebiegłem przez nich,w pokoju na łóżku leżały napuchnięte zwłoki z powodzi, które widziałem kiedyś w czasopiśmie "Zły". Potem leżałem porąbany na kawałki siekierą na stole w kuchni. Chwile byłem np. moim ramieniem i krzesłem.

Poszedłem rozłożyć łóżko, żeby udać się spać. Nie bardzo umiałem to zrobić, np. dawałem na spód prześcieradło, potem koc, potem jeszcze jedno prześcieradło itd.

Wpadałem w szał i biegałem dookoła przedpokoju, i nagle widzę, że gapi się na mnie ojciec, co ja robię. Nie wiem, czy prawdziwy. Zapadłem w półsen, śniły mi się jakieś dziwne podziemia w kolorze australijskich pustyń, stara kobieta przed jakimiś bunkrami ubrana na biało. Widziałem swojego jakby odpowiednika, siebie w bieluniowym świecie. Cały porośnięty rudą szczeciną, z wielkimi źrenicami i rozpalony od gorączki. Byłem w czymś w rodzaju piekła, podziemia wypełnione płomieniami, zamieszkane przez ludzko-zwierzęce stwory oddające cześć jakiejś figurce z miedzi. Wyrzuciło mnie na jakąś pustynie z fioletowym niebem i dwoma słońcami, a ja byłem pośrodku tego świata i widziałem wszystko dookoła, jakbym miał oczy dookoła głowy.

Wtedy halucynacje były bardziej realne od rzeczywistości, co chyba się dosyć rzadko zdarza.

Cofnęło mnie w czasie do chwili, gdy biegam w przedpokoju i widzę, że starzy naradzają się czy dzwonić po karetkę.

Potem poszedłem spać. Wstałem, żeby się napić. W kuchni siedziała moja mama. Żeby sprawić dobre wrażenie, postanowiłem coś zagadać. Chciałem z nią pooglądać "Kronikę kryminalną", ale zamiast tytułu programu mówiłem cały czas "broda". Wróciłem więc do łóżka spać. Rano było już spoko, tylko suchość i powiększone źrenice, i słabowitość.

 

Byłą to jedna z bań życia. Gdybym kogoś zachęcił, pamiętajcie, że od tego można umrzeć, a trip jest bardzo nieprzyjemny.

 

 

Substancja wiodąca: 
Rodzaj przeżycia: 
Wiek: 
17 lat
Ocena: 
Doświadczenie: 
Wtedy małe, dzisiaj dosyć duże.
Dawkowanie: 
kilkanaście liści
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2022
design: Metta Media