Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

[lsd] hiperświadomość

detale

Substancja wiodąca:
Chemia:
Dawkowanie:
LSD - 1x karton Hare Krishna
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
9 styczeń, 2011r.
Ośnieżony las, w ciepłych promieniach słońca.
Wiek:
19 lat

[lsd] hiperświadomość

Set & Setting: Ośnieżony las, w ciepłych promieniach słońca. - http://mw2.google.com/mw-panoramio/photos/medium/20756540.jpg

Substancja: LSD - 1x karton Hare Krishna

Jak fajnym kolesiem jestem: Marihuana, Haszysz, Maczanki, DXM, DMH, Ubulawu, Mefedron, Bufedron, Amfetamina, pFPP, MDPV, Morfina, Kodeina, Gałka Muszkatołowa, Benzydamina, MXE, DOI, DOB, 2C-E, 25D-NBOMe, TMA-2, LSA, LSD, 4-AcO-DMT, 4-HO-MET, Salvia Divinorum

 

 

Minęły lata, zanim to cudo w końcu trafiło w moje ręce. Nie węszyłem z uporem maniaka - czekałem na moment, aż kwas sam mnie znajdzie. Tak się też stało.

Zima. We wczesny sobotni poranek, zanim miasto zaczęło budzić się do życia, a pierwszy promyk słońca rozświetlił niebo, pod język mój oraz CH, trafia czarny kartonik. Czarny, z pomarańczowym paskiem. Za 20 minut mamy autobus, dowożący nas praktycznie pod sam las. Towarzyszą nam jeszcze dwaj znajomi, całkowicie trzeźwi. Dochodząc na przystanek, dały o sobie znać pierwsze efekty - mimowolny banan na ryju oraz bardzo słaby efekt plasteliny przed oczami, na granicy placebo. 15 minutowa przejażdżka, zleciała jak z bicza strzelił.

Ostatni przystanek - tuż pod lasem. O ile wewnątrz autobusu świat wyglądał w sumie normalnie, to po wyjściu na zewnątrz uderzyła mnie powoli narastająca zmiana percepcji, dosyć specyficzna dla tej substancji. Barwy zostały wyjaskrawione, przestrzeń wyraźniejsza, kontury wyostrzone, tak jak zresztą wszystkie zmysły. Poza wspólnymi dla psychedelików podstawowymi cechami, wszystkiemu towarzyszyła niesamowita subtelność bodyloadu i ogólnego wjazdu na sferę myśli, czego nie można powiedzieć np. o tryptaminkach. Śnieg, sprawiał wrażenie, jak gdyby był podświetlany od spodu ultrafioletem, a dachy pobliskich chałupek niecodziennie kontrastowały na tle nieba, które momentami migało z zawrotną szybkością. Poranna mgiełka snuje się po polu.

Wchodzimy do lasu, podziwiając czystszą od łzy przestrzeń. Zatrzymujemy się w drewnianej altance, aby zaczerpnąć łyk wody. Pomimo lekkiego nieładu w myślach i narastającego tzw. "efektu 3D" wraz z bajkowością barw, nie byliśmy niepozbierani.

Idziemy dalej. Zaczyna włączać się głupkowaty humor - Razem z CH, diabolicznie wybuchamy śmiechem, rubasznie snując nieprawdopodobne bajdy o pokemonie Drowzie, trzymając w ręku przyniesiony dla jaj kapsel z tymże pokemonem.

Beztrosko debilne emocje opadły, gdy działanie kwasu zaczęło się nasilać - w końcu minęło jakieś 1.5 godziny. Pomimo ogólnej samokontroli i panowania nad sobą, obecne jest podminowanie i wyraźne wrażenie zbliżania się czegoś potężnego. Bodźce nakurwiały po poszerzonym polu widzenia z taką siłą, że czuliśmy, jak byśmy chłonęli otoczenie niczym czarna dziura. Oddalone drzewa, wiły się jak szalone, a śnieg przypominał ciecz.

Wtem, percepcję zaczyna nawiedzać niesamowite doznanie - wrażenie nieprawdopodobnej przestrzeni w umyśle, która z sekundy na sekundę rozrasta się, tworząc przerażająco majestatyczną głębię, odsłaniającą nieznane dotychczas arkana. Świadomość bezpardonowo eksplodowała w nieskończoności.
Nie szperam w zakamarkach pamięci, aby przypomnieć sobie coś, o czym chciałbym teraz myśleć, gdyż każda myśl jest TU i TERAZ. Zostaje automatycznie przeanalizowana, a każdy dręczący problem mentalny rozwikłany w sposób prosty i doskonały. Niczym się nie martwię, bo wszystko rozumiem. Jednak czując na sobie ogrom doznania, póki co daruję sobie wgłębianie się w zagwostki i podziwiam otoczenie.

Ten przecudowny headspace utrzymywał się praktycznie do końca dnia, w żadnym stopniu nie upośledzając procesów poznawczych.

Dochodząc do punktu docelowego (cypel otoczony krą), wymieniamy się z CH. refleksjami, wspólnie stwierdzając, że wkroczyliśmy na niesamowitą płaszczyznę postrzegania.
Wchodzimy na cypel. Witają nas dwa, fruwające łabędzie budując bajeczny nastrój. Staję na kamieniach przy brzegu, ze zdumieniem przyglądając się właściwościom wody, w której zanurzam rękę i wyciągam ziemię z kamyczkami, która spływa po dłoni - w tym momencie, dopiero zrozumiałem potencjał wizualny LSD.

Motyw nieskończoności nie przejawiał się jedynie w sferze czysto umysłowej. Nieskończona stała się również przestrzeń, co było bardzo wyraźne w trakcie przyglądania się obiektom z bliska i okazało się zdecydowanie bardziej widowiskowe niż dumanie nad pejzażem. Usiadłszy prędko na konarze, trzymam w ręku w krystaliczny kawałek lodu. Jest tak spektakularny jak Arktyka z lotu ptaka.
Zaczynam wpatrywać się w kawałek kory z ułamanego drzewa i po 5 sekundach chwytam się za głowę. Wyostrzony kwasem wzrok sprawia, iż tekstura każdego obiektu, staje się wzbogacona w detale, w sposób zupełnie inny, niż ma to miejsce na innych psychodelikach. Wszystko w polu widzenia, jest doskonałe, perfekcyjne. Nie jestem w stanie dojrzeć najmniejszego dostrzegalnego punktu - przewiercam się przez materię kawałka drewna, nieustannie rozpościerającą kolejne powielające się fraktale. Po prostu patrząc się na np. na zwykły liść, autentycznie dociera do Ciebie tyle samo bodźców wzrokowych, jak gdybyś wpatrywał się w skomplikowany rozległy teren.
Wyobraź sobie, że masz przed sobą fotografię w nieskończonej rozdzielczości i puszczasz zoom. Chociaż nawet i to nie odda 1/100 tego widoku.

Trzeźwy kumpel, widząc naszą reakcję na ten widok zadał mi pytanie "Co w tym widzisz?". Stoję jak wryty, nie mogąc znaleźć słów, którymi mógłbym opisać ten nieziemski pejzaż na mojej dłoni, o czym dałem mu do zrozumienia, gestykulując drugą ręką i spoglądając raz na niego, raz na korę.

Zafascynowani cudowną perspektywą postrzegania, decydujemy ruszyć się w głąb lasu, gdzie po niedługim czasie lądujemy.

Zatrzymujemy się przy ułamanym drzewie. Ci, którzy poznali tą substancję, chyba zgodzą się, iż niewiele jest tak interesujących rzeczy, jak obserwacja natury w tym stanie, szczególnie, że towarzyszy temu iście kosmiczny sposób myślenia. Wodzę wzrokiem po oblodzonym mchu, pokrywającym korę, który jest tak idealnie wyostrzony, że aż wdziera się w oczy i rozpływa we fraktalach tak jak wszystko w polu widzenia. Siedząc na pieńku, zamykam oczy - nieprawdopodobne kalejdoskopowe struktury, pomieszane z obrazami z pamięci.

Chcąc wykorzystać ten stan, postanawiamy oddzielić się od siebie i pozwiedzać las na osobności.
Z Ambientem na uszach (muzyka brzmi... ach...), przemierzam ostoję natury, chodząc od drzewa do drzewa i wnikliwie obserwując mikroświat wzbogacony o szczegóły, które jeszcze kilka godzin wcześniej były nie do zaobserwowania. Ze łzami w oczach, przyglądam się kropli wody, ściekającej z liścia. Załamany w niej obraz, był tak samo wyraźny, jak ten widziany normalnie. Obecna była też synestezja, lecz oszczędzę sobie słów, gdyż i tak nie są one w stanie tego oddać.

Po około dziesięciu minutach od rozdzielenia, doświadczam czegoś wspaniałego, co dożywotnio odmieniło moją wizję życia. Czuję całą percepcją, jak świadomość integruje się z przestrzenią, zapętloną w każdym swoim punkcie. Zapętloną w doskonałym schemacie, który nawet nie wiem, czy jest możliwy do wyobrażenia przy pomocy konwencjonalnej interpretacji matematycznej. Klęczę, trzymając się za głowę. Staję się wszechświatem. Jestem wszechświatem! Jestem wszystkim! Wszystko jest wszystkim! Eksplodowałem NIESKOŃCZONOŚCIĄ NIESKOŃCZONOŚCI. Zostałem nieskończoną świadomością. W nieskończonej przestrzeni. Świadoma myśl i materia całego wszechświata tańczą ze sobą na hiperpłaszczyźnie.
Ego nie istnieje, umarło - osobowość zostaje ukazana w całokształcie, jak na talerzu, po czym poskromiona niczym węzeł gordyjski.
W psychice zachodzi mistyczna, cudowna metamorfoza. Perfekcyjnie czysty umysł emanujący harmonią. Kwintesencja człowieczeństwa.

Odbywam podróż do istoty rzeczy. Esencji bytu. Do sedna istnienia, do sedna materii, aż docieram Tam, gdzie wszystko wzajemnie współgra w harmonii. Doświadczam doskonałości istnienia - genialnej w swej prostocie, a nieprzekładalnej na słowa.
Pojęcia świadomości i egzystencji, od tego momentu nabierają nowego znaczenia.

Doświadczenie tak cudowne i tak mistyczne, że pozostaję w szoku iście godnym stuporu. Łzy szczęścia wypływają spod czarnych źrenic, które wpuszczają do mózgu fraktalny obraz dekonstrukcji przestrzeni, rzucając tym samym całkowicie inne spojrzenie na rzeczywistość. Permanentnie.

Spotkawszy wcześniej CH i zamieniwszy parę słów, wracamy do trzeźwych kompanów, z którymi decydujemy się na powrót z lasu.
Intensyfikacja percepcji myśli oraz zmysłów sprawia iż czuję się niczym nadczłowiek, a w każdym razie byt wyżej rozwinięty (w sumie całkiem logiczny wniosek - po analizie sposobu działania substancji, nie trudno stwierdzić, że stan ten nie przypomina ani trochę typowego naćpania, a bardziej upgrade podzespołów w mózgu, chociaż interpretacja jest subiektywna). Wszystkiemu towarzyszy przeświadczenie oświecenia i uwolnienia od wszelkiego nieładu w psychice, która została oczyszczona ze wszelkiego zła, które się w niej zagnieździło.

Od intoksykacji, minęło jakieś 7h, lecz działanie wciąż jest mocno odczuwalne. Barwy są przecudowne, a kontury ostre jak brzytwa. Rozmarzeni jak nigdy dotąd, wracamy pobliskim wałem, po drodze zahaczając o ambonę, z której podziwialiśmy rozległe połacie pól unurzanych w nieskazietlnej parze wodnej. Utwierdzając wzrok w odległym punkcie na horyzoncie, w polu widzenia tworzyły się surrealistyczne struktury i facjaty powstałe z elementów otoczenia, już nie mówiąc o CEVach.

Wracając polną drogą, napotykamy młodego robotnika, któremu służbowy samochód utknął przednimi kołami w błocie. Chętnie podjęliśmy się próby przesunięcia Golfa, jednak nasz wysiłek zdał się na nic. Nagle z mgły wyłonił się inny, starszy robotnik, razem z pomocnikami. Wśród nich, był koleś w wieku ok. 16 lat, który miał kniapę niczym upośledzony bóbr - wąsy cipodrapy + zez rozbieżny-ukośny. Akurat w trakcie podnoszenia auta, stał tuż obok mojej osoby i spojrzał mi w oczy wzrokiem szczęśliwego debila, co w ułamku sekundy wywołało u mnie piramidalny, niekontrolowany wybuch śmiechu.

Robotnik został wybawiony i w zamian za pomoc, zaproponował nam podwózkę pod przystanek autobusowy, lecz podziękowaliśmy. Wspominam o tym, gdyż serdeczne intencje tego człowieka wprowadziły bardzo miły nastrój, albowiem dzisiaj nie często spotyka się takich ludzi.

Działanie kwasu zaczyna powoli słabnąć. Po drodze na przystanek, zrywam z drzew liście i podnoszę z ziemi kamienie, patyki czy nawet śnieg. Wszystkiemu przyglądam się wnikliwie, urzeczony pięknem fraktali okraszonych barwami nie z tej Ziemi. CH. także podziela mój entuzjazm, równie przygnieciony dzisiejszymi wydarzeniami. Przebieg powrotu komunikacją miejską, również skłaniał do refleksji. Szczególnie, spoglądając na facjaty potencjalnych, domkniętych ewolucyjnie zjadaczy chleba, gnuśniejących w trybach swoich utartych światopoglądów.

Powróciwszy do szarej (nie do końca, he) miejskiej rzeczywistości i rozdzieleniu się ze znajomymi, w końcu trafiam do domu. Mojego domu. Wita mnie pies, do którego przywiązanie odbieram jak nigdy. Wchodzę do mojego pokoju - ściany jeszcze trochę falują, a postacie na plakatach żyją. Od zarzucenia minęło ponad 8 godzin, a wrażenie "hiperświadomości" wciąż się utrzymuje. Takie... ciepło umysłu.

Jako, że oprócz tekturowego kartonika nasączonego LSD nic dzisiaj nie jadłem, postanawiam zrobić sobie jajecznicę. Z dwunastu jaj. Do tego ser pleśniowy, kiełbasa, czosnek i jakieś przyprawy. Wciąż nieźle wystrzelony i rozmarzony niczym Budda w dniu oświecenia, niosę dumnie mój pierwszy w tym dniu posiłek po schodach, gdy nagle kurwa cały talerz z pyszną jajecznicą spierdolił mi się z rąk, przyozdabiając schody. Prawię się poryczałem ;).

Nadchodzi zmrok, więc idę się przejść do parku posłuchać muzyki i jakoś się pozbierać po tym jakże mistycznym doświadczeniu. Spoglądam na księżyc - widzę wyraźnie każdy detal, każdy najdrobniejszy krater na jego powierzchni. Akurat niebo, jest tej nocy w miarę czyste, co pozwoliło na obserwację gwiazd. Co za majestat. Co za ekspresja.

Idąc spać, wciąż odczuwałem działanie. Jeszcze o poranku, wyszedłszy z domu, obecny był miły afterglow. Kwas w końcu zszedł. Wspomnienie, pozostanie na zawsze.

Eksperyment z LSD sprawił, że wiele czołowych aspektów mojego światopoglądu runęło niczym domek z kart. Tym bardziej, że jestem introwertykiem, zmienił się w pewnym stopniu mój sposób myślenia i rozwikływania problemów. Nieodkryte dotychczas szlaki zostały przetarte, a mury wyobraźni wyburzone (nie byłem wcześniej osobą pustą, lecz po prostu wiele wspaniałości wniosło to do mojej główki ;] ). Nauczyłem się myśleć w bardziej abstrakcyjny sposób oraz dostrzegać zmysłami mnóstwo szczegółów, na które wcześniej nie zwracałem uwagi. Do dzisiaj, niekiedy przechodząc obok drzewa, zatrzymuje się i spoglądam na jego korę tak, jak spoglądałem na nią tamtego dnia. Odchodzę rozmarzony.

Nigdy nie przypuszczałem, że ludzki mózg jest zdolny do funkcjonowania na takich obrotach. Żaden psychedelik, który wcześniej degustowałem, nie umywa się w najmniejszym procencie do LSD i nie jest w stanie odsłonić 1/100 tej głębi. Potencjał i jeszcze raz potencjał. Jest to specyficzne i unikalne spektrum doznań, których nie przypłacamy żadnymi nudnościami, ani uciążliwym zjazdem, natomiast zyskujemy cudowne wspomnienia. Intensywnie, acz przyjaźnie. Jest to najcudowniejszy, najsubtelniejszy oraz najdoskonalszy drag jaki próbowałem i uważam, że każdy człowiek powinien przynajmniej raz tego doświadczyć.

Każdy człowiek powinien być świadomy. Hiperświadomy :).

Ocena: 

Odpowiedzi

dzięki ;-)

Ananda, yeshe.bloog.pl

Szczególnie na LSD. Chyba tej zimy skuszę się na kwaśną wędrówkę po lesie. Świetny TR!

Wszystkie teksty publikowane są na Licencji Wolnej Dokumentacji GNU, Wersja 1.2, Listopad 2002.
design: Metta Media © hyperreal.info 1996-2012