psylocybinowe oblicze śmierci - ważne doświadczenie dla mnie
detale
Setting - Dom
5xTramadol
3xGałka muszkatołowa
2xKodeina
1xTHC
psylocybinowe oblicze śmierci - ważne doświadczenie dla mnie
Witam.
Na wstępie chciałbym poinformować, że jest to bardzo amatorski "trip raport", napisałem go głównie dlatego, ponieważ chcę aby ta historia była gdzieś w Internecie.
Słowem rozpoczęcia przedstawię wam dzień przed zdarzeniami, które będę opisywał w tym raporcie.
20 Sierpnia (Dzień przed):
- Wakacyjny dzień jak co dzień, aż do godziny 17 kiedy postanowiłem zjeść 1,5g drobno pokrojonych grzybów psylocybinowych moczonych w soku z cytryny (Był to mój pierwszy raz z grzybami).
Odczekałem około 30 minut po zażyciu "koktajlu" i postanowiłem przejść się gdzieś gdzie będzie otaczać mnie natura gdyż w domu był mój rodziciel i nie chciałem żeby mnie zidentyfikował.
Około godzina od zażycia - Nie zauważyłem żadnych zmian, oprócz tego, że w ogóle nie chce mi się rozmawiać z ludźmi co jest bardzo dziwne jak na mnie, bo jestem bardzo ekstrawertyczny. Po samotnym spacerze przez pola, nie zauważywszy żadnych efektów pomyślałem, że może to wina otoczenia więc wyruszyłem w stronę lasu.
Na łące przed lasem - Dalej nie czuje efektów, aż nagle spojrzałem na niebo. "WOW!! Co się odwala? Gdzie ja jestem? To niebo jest takie piękne czy ja jestem taki naćpany?"
Widok nieba zapadł mi szczególnie w pamięć, niebo wtedy wyglądało jak kosmos, małe chmurki wyglądały jak spadające meteoryty a zachodzące słońce przedzierające się zza chmur wyglądało jak czarna dziura na zdjęciu.
Po długim podziwianiu nieba, zacząłem robić zdjęcia, wspinać się na drzewa (Na trzeźwo też to robię), tak długo to robiłem, że słońce już prawie całkowicie zaszło i niebo zrobiło się totalnie różowe. Znowu pochłonięty widokiem wyciągnąłem telefon i zacząłem robić zdjęcia przemieszczając się przy tym w kierunku glinianej polnej drogi gdzie kończył się las. (Muzyka, która mi wtedy towarzyszyła to "The Cranberries - Dreams" i faktycznie tak brzmiało to doświadczenie psylocybinowe)
Dotarłem już do końca lasu i dalej robiłem zdjęcia, aż nagle usłyszałem sowę w ciemnym przejściu między drzewami (Sowa o 19 godzinie w lato?), które z daleka było tak straszne i ciemne, że nawet bez tej sowy można by było się przestraszyć. Jakby tego było mało usłyszałem dźwięk łamiących się pod nogami gałęzi i momentalnie ubzdurałem sobie, że jest tam wiedźma, która chce mnie dopaść. (Może to już był znak, że grzyby nie są dla mnie) Od razu jak "uświadomiłem" sobie, że jest tam wiedźma, zacząłem biec z całej siły w stronę domu po drodze przeskakując małe drzewka jak sarenka. (Swoją drogą nigdy w życiu nie zrobiłem tak mocnego i długiego sprintu)
Już w domu - Dopadła mnie bardzo mocna gastro faza, która jak mi się wydaje mogła być spowodowana znaczną ilością soku z cytryny przyjętego na pusty żołądek. Po zjedzeniu prawie całej lodówki dostałem mocnego ataku śmiechu, który trwał jakoś z godzinie i nie dało się go opanować. Nie zrażony Sytuacją z Wiedźmą postanowiłem, że dnia następnego znowu zjem sobie grzybki tylko już bez cytryny bo nie chciało mi się iść do sklepu.
(Wydaje mi się, że zbyt się rozpisałem i zrobiłem za długi prolog, ale pozwólcie, że nie będę tego już usuwał. Może dzięki temu historia będzie pełniejsza.)
Więc zaczynajmy.
21 Sierpnia (Dzień zdarzenia):
- Wstałem o 12 godzinie, ale postanowiłem jeszcze przeleżeć do godziny 13.30 gdyż o tej godzinie rodzicielka wychodzi do pracy.
14.00 - Dwa duże świeże grzyby odmiany Golden Teacher pokrojone drobno wrzucam do kanapki z masłem orzechowym i dżemem żeby zniwelować ten wyjątkowo obrzydliwy smak grzybów.
15.00 - Przez całą godzinę od zjedzenia grzybów leżałem na łóżku i oglądałem filmiki na telefonie, aż nagle poczułem, że coś jest nie tak.
Drastycznie mi podskoczyło tętno, nagle zrobiło mi się gorąco i byłem bardzo zaniepokojonym tym dziwnym "body loadem", który przypominał efekt po zażyciu 600mg kofeiny na raz.
15.30 - Już wiedziałem, że nic mi nie jest i to tylko efekt grzybów. Wyczuwam mocną euforię i rozluźnienie więc idę do drugiego pokoju gdzie jest okienko w dachu i kładę się na łóżku patrząc się przez okno, nagle zacząłem się śmiać i zaczęło mi wykręcać szczękę co bardzo mnie wystraszyło więc od razu zerwałem się z łóżka i skurcz puścił.
16.00 - Oddałem się w pełni. Już nie niepokoi mnie to, że szczęka mi lata mimowolnie. Wyszedłem z domu, żeby położyć się na drewnianej huśtawce, bo była bardzo ładna pogoda.
Leżąc na huśtawce z głową skierowaną ku niebu delektowałem się widokami. Raz chmury formowały kształt małego smoka, raz postać z bajki a raz Jezusa całującego małe dziecko w czoło, czułem też zapachy, których nie miałem prawa czuć mianowicie zapach, który towarzyszył mi przez sporą część dzieciństwa czyli wyprane poduszki suszące się na huśtawce, ale w pobliżu nikt nie suszył poduszek.
(Od tego momentu zaczęło mi odcinać świadomość)
16.30? - Przeleżałem na huśtawce dopiero około 30 minut a wydawało się, że co najmniej kilka godzin. Podczas tej dziecięcej euforii się spociłem więc postanowiłem umyć chociaż włosy bo głos rozsądku podpowiadał mi, że w takim stanie mógłbym się nawet utopić w łyżce wody. Po zakończonym myciu włosów, ściągnąłem skarpety i wyszedłem z powrotem na dwór żeby pochodzić po trawie boso.
16.45? - Leżałem na huśtawce w słońcu zaledwie 15 minut a ubzdurałem sobie, że leże już kilka godzin i dostanę udaru słonecznego, więc szybko wszedłem do domu.
Od momentu wejścia do domu cały czas rozmyślałem nad wszystkim, nad tym że zaraz ojciec wróci z pracy i mnie zobaczy w takim stanie, nad tym że sąsiedzi widzieli co odwalam i pojawiły się myśli, że nigdy ten stan nie zejdzie.
17.00? - Poszedłem do pokoju z oknem dachowym i nagle wzięło mnie na śpiewanie, nagle mój głos nie wydawał się mój i wydawało mi się, że usłyszałem siebie z perspektywy trzeciej osoby co mnie bardzo wystraszyło i momentalnie udałem się do swojego pokoju żeby wejść do łóżka i otulić się kołdrą jak małe dziecko.
17.05? - Nagły atak paniki, który nigdy wcześniej mi się nie zdarzył. Natłok negatywnych myśli, utwierdzanie się w tym, że to nigdy się nie skończy, zadawanie sobie pytań "Co jak ktoś widział co odwalam?". Po tym wszystkim szybko zbiegłem na parter i co minutę zamykałem i otwierałem drzwi raz z myślą o tym żeby nie wpuścić ojca gdy wróci z pracy, raz z myślą o tym żeby w razie jakbym stracił przytomność można było wejść do domu bez wyważania drzwi lub rozbijania okna.
(Tutaj zaczyna się piekło)
17.08? - Bardzo nerwowo wyglądam przez okno czy nie ma nikogo na zewnątrz kto chciałby zrobić mi krzywdę. (coś sobie ubzdurałem, że ktoś jest na podwórku i chce mi odebrać życie) Przestałem wyglądać przez okno, usiadłem na łóżku, zacząłem wpatrywać się w szczelinę uchylonego okna i usłyszałem głosy sąsiadów które wydawały się bardzo nie realne i otoczenie było bardzo nierealnie ciche, zero samochodów, zero jakichkolwiek innych dźwięków oprócz głosów sąsiadów i gwizdów ptaków.
17.10? - Ubzdurałem sobie, że przeteleportowałem się do jakiegoś alternatywnego świata gdzie jestem tylko ja a ci sąsiedzi, których słyszę to są jacyś statyści. Bardzo szybko zamknąłem okno tak żeby nie docierało do mojego pokoju żadne światło i wskoczyłem do łóżka wnet otulając się kołdra z chęcią rozpłakania się. Pod wpływem rozpaczy zacząłem pisać do mojej jedynej Przyjaciółki, która jak mi się wydawało była jedynym realistycznym oprócz mnie człowiekiem na ziemi. Gdy zasypałem Ją lawiną bezsensownych wiadomości okazało się, że nie mam Internetu (Co było chwilowe) i żadne wiadomości nie dochodzą, jeszcze bardziej mnie to dobiło i utwierdziło mnie w tym, że się przeteleportowałem.
17.15? - Przeleżałem 5 minut w przeciągu, których średnio co 40 sekund traciłem przytomność na od sekundy do 5 sekund. (5 minut które z mojej perspektywy były odczuwalne jak kilka godzin) Otulony kołdrą i zrozpaczony, już pogodziłem się z tym, że się przeteleportowałem i jedyne rozwiązanie to odebrać sobie życie, aż nagle odpisała mi Przyjaciółka, która zaczęła mnie uspokajać gdy zasypywałem Ją lawiną bezsensownych powtarzających się wiadomości. Nie potrafiłem przeczytać tego co Ona do mnie pisze, czułem się tak jakby ktoś zabrał mi mózg i cały czas rozmyślałem nad jednym słowem.
17.20? - Po kolejnych 5 minutach odczuwalnych jak kilka godzin i kolejnych utratach przytomności, chciałem już tylko się rozpłakać, bo wiedziałem że to się nigdy nie skończy. (Na szczęście się myliłem, uff) Nagle mój stan się pogorszył i poczułem się jakbym miał dostać zawału i jakby w mózgu uruchomiły mi się wszystkie procesy na raz, dosłownie takie to było uczucie. Jeżeli miałbym sobie wyobrazić moment śmierci to właśnie tak.
17.22? - Utraty przytomności nie występowały już średnio co 40 sekund a co 20 i w tym momencie zastanawiałem się czy lepiej zadzwonić na karetkę czy już lepiej żeby ojciec zastał mnie martwego w łóżku. Dobra długo się nie zastanawiając chyba lepiej zadzwonić na karetkę, tylko jak ja to zrobię kiedy mi się trzęsie głos i mówię niewyraźnie jak osoba, która dopiero co dostała udaru.
17.24?
- "Dzień Dobry operator 112 w czym mogę pomóc?"
- "Dzień Dobry, proszę wysłać pomoc na adres xxx, bardzo źle się czuję"
- "Źle się Pan czuje? I co z tego?"
- "Proszę Pani zostanie wysłana pomoc czy nie?"
Pamiętam tylko ten początek rozmowy i pamiętam jeszcze to, że musiałem tę operatorkę przekonywać dlaczego potrzebna mi jest pomoc, bo cały czas zadawała mi pytania w stylu "No i co ci się takiego dzieje, że potrzebujesz pomocy?". (Może się zorientowała, że jestem pod wpływem czegoś?)
?? - Czekam na pomoc leżąc na podłodze i nasłuchując czy jakiś samochód nie zajechał. Przez mgłę słychać syreny, wyglądam przez okno a tam nic, więc kładę się z powrotem na podłogę, przez mgłę słyszę rozmowę ludzi i nie są to moi sąsiedzi, patrzę przez okno a tam samochód policyjny i dwóch policjantów pod furtką, (XD?) nagle efekt mgły mi zszedł i słyszę już wszystko normalnie. Wychodzę z domu i siadam obok nich na chodniku oczekując na karetkę, w międzyczasie oni zadawali mi jakieś dziwne pytania a jak się później okazało sam na siebie się wysprzęgliłem co brałem i w jakiej ilości, bo już kompletnie nie kontaktowałem.
Odstęp czasowy względem poprzednich zdarzeń około 10 minut - Przyjechała karetka, ledwo o własnych siłach wszedłem do niej i położyłem się na noszach natychmiast tracąc przytomność na kilka sekund. Zbudziłem się, ale powieki miałem jak przyklejone i nie mogłem albo nie chciałem otworzyć oczu, nagle usłyszałem głos mojego Ojca oraz Babci i wtedy właśnie poczułem się już lepiej i dotarło do mnie, jakie normalne życie jest piękne. Później to już tylko płukanie żołądka w szpitalu, sprawdzanie obecności innych narkotyków we krwi i wywiady z lekarzami. Koniec końców wróciłem do domu bez większego uszczerbka na zdrowiu, ale za to z bardzo ważnym doświadczeniem.
Podsumowując już ponad 10 dni po zdarzeniu. Mam wrażenie, że miałem tę przyjemność albo nie przyjemność zajrzeć do własnej psychiki i ta sytuacja faktycznie w jakimś stopniu mnie "podleczyła" psychicznie i z zdesperowanej żeby z kimś porozmawiać osoby zmieniłem się bardziej w takiego samotnika, który lubi czasami z kimś porozmawiać. Nie mam pojęcia co na to się złożyło, ale wiem jedno, że ta sytuacja na pewno mnie nie zniechęciła do grzybów i będę próbować dalej.
Przepraszam za wszelkie błędy ortograficzne, gramatyczne itp.
Chętnie przyjmę każdą krytykę dotyczącą zapisu "raportów".
Z góry dziękuję
- 1 odsłona

