Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

zwłóczkowienie

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
900mg DXM, tj. trzy opakowania Acodinu. Zjedzone po 10, z przerwami tylko na wyłuskiwanie kolejnego blistra.
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Nie jakiś znowu super, ostatnio działo się sporo nieprzyjemnych rzeczy. Natomiast jestem już raczej dość doświadczonym psychonautą (na tyle, żeby umieć się ogarnąć) i mam też długą historię różnych zaburzeń psychicznych, więc ogarnianie natrętnych myśli idzie mi raczej dobrze, nawet na dużej ilości środków psychoaktywnych.
Dzień tripa mijał raczej pozytywnie, a miejsce to moje, bardzo dobrze mi znane mieszkanie.
Wiek:
21 lat
Doświadczenie:
Stymulanty: amfetamina, MDMA-podobne, mefedron - za dużo
Opioidy: kodeina (na szczeście tylko tyle)
Benzodiazepiny: klonazolam, klonazepam, alprazolam (za dużo)
Dyssocjanty: DXM (niecałe dziesięć tripów licząc z tym)
Delirianty: Dimenhydrynat (raz w połączeniu z deksem i raz jedno opakowanie aviomarinu)
Psychodeliki: zioło (dużo), 2cb fly (łącznie z 20mg), kwaso-podobne i LSD - niecałe dwadzieścia tripów

zwłóczkowienie

Wyrobiłam sobie taki nawyk, że jeżeli widzę aptekę i wiem, że mam pieniądze, wchodzę i kupuję acodin. Acodinu używam głównie do schodzenia z gorszych rzeczy, świetnie się sprawdził jako coś w rodzaju placebo po półtora tygodniowym ciągu na alkoholu. Tak więc w piątek wieczorem przed przyjściem przyjaciółki kupiłam sobie trzy opakowania, które leżały sobie i czekały w szufladzie.

Sobota była leniwa, leżałam sobie z A. (moją dziewczyną) w łóżku i rozmawiałyśmy. Rano chwilę grałam na komputerze. W międzyczasie pisałyśmy z kumplem, który już dawno mnie olał (dalej K.). A utrzymuje z nim nadal kontakt, miał nam załatwić emkę. Ok godziny 14, zarzuciłam pierwsze opakowanie akodinu. Siedziałyśmy dalej, czytałyśmy i śmiałyśmy się z wiadomości K. Pisałam też z innymi ludźmi - ogólnie luźna sobota.
Po niedługim czasie uświadomiłam sobie, że 300mg to za mało na fajny trip, więc podeszłam do szafki i wzięłam z niej dwa pozostałe opakowania. Połknęłam tabletki po dziesięć naraz, starając się za bardzo nie poczuć ich smaku. A. robiła mi przez ten czas zdjęcia, nabijając się ze mnie. Potem pokazała mi zrobione z nich memy.

Osobliwie długo trwało wejście, albo przynajmniej tak mi się wydawało. Minęło ok 20 minut, kiedy wstałam dać kotom jeść i odczuwałam tylko lekki bodyload, praktycznie zero innych objawów. Wróciłam do łóżka i jeszcze przez około pół godziny leżałam w nim, słuchając z A. muzyki i rozmawiając.
Powoli mi wchodziło. W końcu A. postanowiła iść się wykąpać, a ja założyłam słuchawki i opaskę na oczy, przygotowując się na tripa. Przesłuchałam może dwie piosenki, przez ten czas pojawiały się już całkiem mocne CEVy, obraz jakbym przelatywała nad jakimś miastem.
A. wróciła. Przytuliłam się do niej, odkładając słuchawki. Czułam się dziwnie nieproporcjonalna i nie do końca mi "pasowało", jak świat wokół mnie wyglądał. W pewnym momencie usiadłam i spytałam się jej, co się dzieje. Odpowiedziała mi, że DXM się dzieje. Leżałyśmy jeszcze przez chwilę razem, po czym A. zdecydowała się iść grać do pokoju, a ja wróciłam do mojego wcześniejszego ułożenia - słuchawki na uszy i opaska na oczy.

CEVy wróciły. Ogólnie trip był naprawdę bardzo dziwny, zupełnie inny, niż cokolwiek innego, co do tej pory przeżyłam. Jak wiadomo DXM bawi się z czasem - tym razem wysłało mnie rok wstecz, kiedy nie znałam jeszcze mojej dziewczyny, a utrzymywałam bliski kontakt z K., więc pomyślałam o nim może kilka razy. Czułam się, jakbym była sporo młodsza, jakbym miała może z 14-16 lat, ale jednocześnie byłam bardzo spokojna, cokolwiek się działo. Jedyne co mnie zmartwiło (ale nie przestraszyło), było to, że jeszcze leżąc z A. miałam pewne problemy z oddychaniem. Powiedziałam sobie "oddychaj, to wszystko będzie dobrze". No i było.

Pod powiekami wróciły miasta, na początku rzędy kamienic z perspektywy lecącego ptaka, później coraz wyżej, zlewały się, by w na końcu przypominać tkaninę, która z jednej strony wyglądała jakby była bardzo mała, jak materiał oglądany z bliska, z drugiej strony poruszała się i ciągnęła mnie jakby ogromna, wielokrotnie większa i masywniejsza ode mnie. Tkanina zmieniała kolory z ceglastopomarańczowego na burozielony i poruszała się, drgając, a ja razem z nią. W tym momencie chyba otworzyłam oczy i spojrzałam na sufit, na którym działy się podobne rzeczy. Losowe kształty wynurzały się jak stalaktyty z góry, o ton tylko bardziej kolorowe niż szaro-biały sufit.

Nastawiłam się na jakąś opowieść w tych CEVach, więc znowu zamknęłam oczy. Widziałam pod oczami scenę, która wydawała mi się wtedy dość prawdopodobna. Wyglądało to, jakbym siedziała na wersalce i naprzeciwko mnie pojawiały się kolorowe maskotki (?), wszystko było bardzo niewyraźne. Zaczęła pojawiać się włóczkowość, która miała potem mi towarzyszyć do końca tripa.

Nie jestem pewna, czy piszę to w odpowiedniej kolejności, ale w którymś momencie zamknęłam oczy w ciemność i czułam, jak mnie rozciąga do tyłu. Leciałam, jak długo tylko się dało, przypominając sobie, że przecież nic się nie dzieje złego. W pewnym momencie to się skończyło.

Myślę, że straciłam tutaj co najmniej kilka minut tripa, bo w kolejnych momentach nie bardzo wiedziałam już gdzie ani kim jestem. Pamiętałam, że jestem pod wpływem narkotyków, wiedziałam, co mam robić (pić wodę, gdzie jest toaleta, leżeć w łóżku i słuchać muzyki). W pewnym momencie zaczęłam myśleć nad swoim imieniem zupełnie nie orientując się, że to moje imię. Brzmiało obco i dziwnie-pomarańczowo. Potem zaczęłam przypominać sobie, że nie jest to pospolite imię - wszystkie te rewelacje brzmiały obco i dziwnie. Otworzyłam oczy.
Jednocześnie wiedziałam i nie wiedziałam gdzie jestem, ani kim jestem i co robię. Wiedziałam, co mam robić, że jest sobota (było to chyba ok 16) i inne najważniejsze rzeczy. Ale gdyby ktoś spytał mnie, jak mam na imię, prawdopodobnie nie miałabym pojęcia o co mu chodzi.

Patrzyłam przez chwilę na pokój, który cały się zawłóczkowił, na ścianach, suficie i w powietrzu pojawiały się różne kształty, które próbowałam złapać. Tutaj uderzyła mi trochę akodinowa energia i podnosiłam ręce i nogi do góry, machałam nimi. Kiedy zamknęłam z powrotem oczy, zaczęłam lecieć do góry i na przód delikatnie skręcając. Dosyć intensywne uczucie, nadal - nie bałam się ani przez chwilę. Dosyć mi się podobało. Czułam się, jakbym była w białym kokonie. Muzyka brzmiała inaczej - warstwy wchodziły w innym czasie, nieco psując efekt, ale nadrabiały psychodelą i niesamowitą masywnością dźwięku. Muzyka wydawała się, z braku lepszego słowa, szeroka, jak wielka rzeka, która płynąc tworzy kilkanaście nurtów, melodii. Pamiętam, że kilkakrotnie pomyślałam do siebie, że "to teraz brzmi zupełnie inaczej".

Później zaczęła się mi tworzyć w głowie jakaś narracja, ale niestety nie pamiętam praktycznie nic, z tego co tam było. Jakiś głos w mojej głowie coś mi opowiadał, ale nie było to powiązane z CEVami ani prawdopodobnie zbyt składne. Coraz częściej otwierałam oczy, choć było to wyzwanie. Wtedy zaczęło być widoczne, jak bardzo nie wiem, co się dzieje. Wstałam i czułam się, jakby moje otoczenie było halucynacją. Do tego taką kompletnie nieprzystającą do mojego ciałą, jakby ono było zbyt duże. Za każdym razem byłam zaskoczona, kiedy przedmioty reagowały w odpowiedni sposób na moje akcje. Wydaje mi się, że poszłam do łazienki i wyplułam to, co mi się odbiło (praktycznie nic), po czym umyłam zęby i spróbowałam wrócić do pokoju. Było to dosyć skomplikowane, musiałam się chwytać wszystkich krawędzi. W końcu zawisłam nad krzesłem przy stole, które - znowu - wydawało się absurdalnie małe. Myślałam o tym, żeby już iść spać (była chyba 17/18). Po dłuższej chwili nieogarniania zupełnie tego co robię, usiadłam przy stole i próbowałam znaleźć opakowanie z lekami. Myślę, że co najmniej 10 minut je próbowałam zjeść. Potem znowu położyłam się do łóżka.
Pamiętam, że coś na łóżku wyglądało jak mały czarny kotek, nic tam nie leżało. Głos w mojej głowie prowadził jakąś dziwną narrację, za którą nie podążałam. Patrzyłam na gałkę od kaloryfera, która zmieniała włóczkowo kształty i według głosu coś to oznaczało, ale ja kompletnie tego nie złapałam. W pewnym momencie popatrzyłam na wiatrak, nie wierząc, że on tam jest. Potem go złapałam i byłam oszołomiona, pewna, że musiał się zmaterializować z moich wizji.

Robiłam się coraz bardziej senna i zmęczona. A. stwierdziła, że też się położy i pomogła mi zażyć 2mg klonazepamu. Wcześniej ja wstałam, ale nie umiałam trafić w pudełko, które było jeszcze pełne, bo szuflada się dziwnie zwijała. A. wstała i spytała, czy mi pomóc. Powiedziałam, że tak. Zaczęłam mówić, o co mi chodzi, strasznie się jąkając. A. podeszła do mnie i przytuliła mnie. Wtedy dopiero udało mi się wydukać, że chcę benzo, bo chcę już iść spać. A. powiedziała, żebym położyła się na łóżku, na co ja praktycznie na nie upadłam po dwóch krokach. Potem w jakiś dziwnie skomplikowany sposób (a może to ja kompletnie nie kontaktowałam), podała mi dwie tabletki benzo. Poszłyśmy spać (ok 19). Zasnęłam, nie zapamiętałam żadnych snów.

Ok dwie godziny później obudziłam się, A. nie spała. Siedziała przy stole. Stwierdziła, że jeszcze nie chce iść spać. Przez następne dwie godziny słuchałam muzyki i usiłowałam ogarnąć mój telefon, do którego zapomniałam hasła. Kiedy A. zgadła moje hasło, pisałam przez jakiś czas z kumplem z liceum, z którym się długo nie widziałam. Bardzo ciężko szło mi pisanie na klawiaturze. W międzyczasie pisałam też z innymi ludźmi i oglądałam jutuby. W końcu o 23 udało mi się namówić A., żebyśmy szły spać. Już dosyć ogarniałam, co się dzieje.
Poszłam pod prysznic umyć włosy.

Przed pójściem spać zażyłam kolejną tabletkę benzo (klon 2mg). Rozmawiałyśmy chwilę. Wspomniałam o K., i spytałam się jej na którym etapie żałoby za tamtą przyjaźnią jestem. Powiedziałam, że czuję się, jakby było rok temu. Emocjonalnie czułam się jeszcze młodsza.
Nastawiłam budziki i poszłam spać.

Afterglow trwał kolejne trzy dni, sporo energii, przez pierwsze dwa dni problemy z oczami. Przez praktycznie całą niedzielę nie mogłam patrzeć na telefon obydwoma oczami, kolejnego dnia podobnie, choć przychodziło mi to nieco łatwiej.

Ogółem trip był bardzo przyjemny. Bardzo spokojny, na co prawdopodobnie wpłynęło głównie moje podejście. Mimo oglądania przez poprzednie kilka dni filmików typu True Crime, które nieźle mnie przestraszyły, podczas tripa byłam oazą spokoju. Nic mi się nie działo, oprócz tego, że nie bardzo ogarniałam cokolwiek. 900mg/60+kg masy ciała to niecałe 15mg/kg masy ciała. Według tabelki był to więc trip na granicy trzeciego i czwartego plateau. Muszę jednak doczytać, żeby zdecydować, które symptomy przeważały.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media