Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

witkacy - narkotyki

raporty unknown

witkacy - narkotyki

Teraz czeka mnie zadanie specjalnie trudne: nie być fałszywie zrozumianym,

co przy wyjątkowym stanowisku, które muszę zająć w stosunku do peyotlu,

jest bardzo możliwe. Mogę być posądzony o to, że odsądziwszy od czci i

wiary wyżej opisane jady, chcę udowodnić, że jedynie godnym używania jest

jedynie ten czwarty i że uratowałem się od trzech nałogów przy pomocy oddania

się innemu. Ludzie są bardzo sceptyczni na ten temat i poniekąd mają rację.

Kiedy przy pomocy peyotlu przestałem zupełnie pić na czas dłuższy (około

półtora roku), a w ogóle nie wróciłem już - przed definitywnym wyrzeczeniem

się alkoholu i innych trucizn, których przeważnie dla eksperymentów rysunkowych

sporadycznie używałem (eukodal, harmina

czyli syntetyczna banisteryna Mercka lub tak

zwane ya-yôô, eter

i meskalina, syntetycznie otrzymany jeden

z pięciu składników peyotlu) - do dawek alkoholu, których używałem przedtem,

otóż w tym okresie spotkałem się często z następującymi powiedzeniami,

w których zawierałą się wątpliwość w zaprzestanie picia i innych procederów,

o których nałogowość byłem najniesłuszniej posądzany: a więc mówiono mi:

"oto wyrzekłeś się picia, aby popaść w nałogowy peyotlizm", albo: "ho ,ho,

więc to tak: z deszczu pod rynnę" itp.,itd. Otóż przede wszystkim: nie

ma prawie na świecie całym nałogowych peyotlistów. Są podobno w Meksyku

nieliczne, wyjątkowo zdegenerowane indywidua, które żują stale tzw. "mescal-buttons",

czyli kawałki suszonego peyotlu. Są to ostatanie wyrzutki spośrod ginących

niestety szczepów czerwonej rasy, bardzo nieliczne i widoczne tak do upadku

predestynowane, że nawet peyotl, do którego przyzwyczajenie się jest niesłychanie

trudnym, uczynić mogły swoim nałogiem.



Nie będę tu powtarzał rzeczy, które każdy znależć może w specjalnej

literaturze naukowej, zaczynając od dzieła dr Aleksandra Rouhier Peyotl,

la plante qui fait les yeux émérveillés
, aż do ostatnich badań prof.

Kurta Berningera nad syntetyczną meskaliną Mercka pod tytułem Meskalinrausch.

Opowiem tylko o moich osobistych doświadczeniach z peyotlem, które uważam

za absolutnie nieszkodliwy przy sporadycznym używaniu, a dający poza niebywałymi

wizjami wzrokowymi tak głebokie wejrzenie w ukryte pokłądy psychiki i tak

zniechęcający do wszelkich innych narkotyków, a przede wszystkim do alkoholu,

że na tle prawie absolutnej niemożności przyzwyczajenia się doń powinien

być używany we wszystkich sanatoriach, gdzie leczą wszelkiego rodzaju nałogowców.

Zaznaczę tylko na dowód niemożności przyzwyczajenia się do peyotlu, że

Indianie meksykańscy używający tej rośliny, czczonej przez nich jako Bóstwo

Światła, od tysięcy lat nie zażywają jej inaczej, jak w czasie religijnych

uroczystości, które razem ze zbiorem kaktusa w pustyni - wyprawa przeciąga

się czasem do paru tygodni - trwają niecałe dwa miesiące, przy czym nie

można na jej czcicielach stwierdzić jakichkolwiek skutków szkodliwych,

jak to ma miejsce np. u peruwiańskich czcicieli koki, której żucie wywołuje

zupełnie regularny kokainizm i tak moralną, jak i fizyczną degenerację.



Oczywiście, od czasu kiedy posłyszałem o peyotlu i wizjach, które wywołuje,

marzeniem moim było spróbowanie cudownego drogu. Niestety uważany był w

Europie za rzadkość tak wielką, że nigdy nie miałem nadziei dostąpienia

tej łaski. Opowiadanie o wizjach uważałem oczywiście za przesadzone, jak

każdy, który nie mając pojęcia o peyotlu, słucha nawet tego, który osobiście

przeżył nieporównaną chwilę oglądania na własne oczy innego, niewspółmiernego

z naszą rzeczywistością świata, z niedowierzaniem, a nawet z posądzeniem

na dnie już nie o przesadę, ale po prostu o blagę. Dodać należy, że o "umoralniającym"

działaniu "świętej" (w każdym razie dla Indian) rośliny nie wiedziałem

nic i nic, poza broszurką Czciciele św. kaktusa, o niej nie czytałem.

Wszystko, co nastąpiło, było piekielną wprost niespodzianką.


Dostałem maksymalną dawkę peyotlu: siedem piguł wielkości grochu, zupełnie

nieoczekiwanie od p. Prospera Szmurły, za co do końca życia bedę miał dla

niego niczym niedającą się wyrazić wdzięczność. A trzeba dodać, że był

to orginalny peyotl meksykański, pochodzący z niewielkiego zapasu dr Osty,

prezesa Międzynarodowego Towarzystwa dla Badań Metapsychicznych. Preparaty,

które dostawałem następnie od dr Rouhier, wydobyte z kaktusów hodowanych

zdaje się na Cote dAzur, nie dorównują mu co do zdolności wywoływania

wizji, a przewyższają znacznie co do skutków ujemnych. Z powodu pewnych

zajęć nie mogłem zażyć tajemniczych pigułek tego samego snia i przeżyłem

dwadzieścia cztery godziny w naprężeniu nerwowym, graniczącym z gorączką,

tym bardziej że p. Szmurło opowiedział mi pobieżnie o swoich wizjach, nie

zachwalając ich jednak zbytnio. Ale nawet jego opowiadania uważałem za

lekką "koloryzację. Znane są przesadzone opowiadania o snach u ludzi, nie

mające nic wspólnego z rzeczywistą blagą - przyparci do muru odwołują czasami

wiele znaczących szczegółów. Ale sen to dla niektórych coś nic wspólnego

nie mające z rzeczywistością życia. Inaczej twierdzi Freud, dla którego

nawet zmiany czynione w snach przez opowiadającego są wyrazem istotnych

stosunków panujących w warstwach podświadomych. Twierdzę, że to samo stosuje

się do wizji peyotlowych, które ukazać mogą człowiekowi to, co sam przed

sobą starannie ukryć się stara. Opiszę wizję z maksymalną dokładnością,

a zamiast deformować odpowiednio rzeczy zbyt osobiste, opuszczę je zupełnie.



Pierwszą dawkę, dwie pigułki, zażyłem o godzinie szóstej wieczorem.

Ponieważ nic nie czytałem o objawach wywołanych działaniem peyotlu, miałem

czysty obraz całęgo przebiegu zjawiska, bez najmniejszej autosugestii.

Około pół godziny po pierwszej dawce, tuż przed zażyciem następnej, doznałem

lekkiego uczucia podniecenia - coś jakby po dwóch kieliszkach wódki, albo

po małej dozie kokainy. Uważałem to podniecenie

za zdenerwowanie wskutek oczekiwania mających nadejść wizji. Okazało się

póżniej, że był to już objaw peyotlowy. Przez cały czas męczyła mnie obawa

przed torsjami - bałem się utracić drogocenny preparat, zanim zdąży wessaćsię

w krew. Na szczęście tak się nie stało. Mogę powiedzieć, że siłą woli pokonałem

nudności ze strachu przed zmarnowaniem jednej, ostaniej dawki peyotlu,

na którą zupełnie przypadkowo natrafiłem. Pozasłaniałem szczelnie okna,

ponieważ światło zaczęło mnie z lekka razić przechadzałem się po pokoju,

odczuwając przyjemne ogłupienie i lekkość. Zmęczenie po trzech seansach

portretowych zniknęło zupełnie. O godz. 650

zażyłem trzecią dawkę i kładę się na łóżku z obawy przed torsjami. Samopoczucie

dziwne. Bez rezultatu oczekuję na wizję i z nudów, nie mając istotnej potrzeby,

zapalam papierosa. Ale po paru pociągnięciach rzucam go ze wstrętem. Od

tej chwili aż do piątej po południu następnego dnia nie paliłem bez żadnego

wysiłku, odczuwając obrzydzenie i pogardę dla papierosów. O 720

wstałem już z pewnym trudem i zażyłem ostatnią, siódmą pigułkę. Bezwład

i zniechęcenie. Puls osłabiony i rzadki - z normalnych osiemdziesięciu

kilku spadł na siedemdziesiąt. Samopoczucie coraz gorsze, źrenice rozszerzone.

Wypiłem filiżankę kawy i leżę. Jak tylko próbuję się podnieść, czuję się

dość fatalnie: zawrót głowy, nudności i dziwne poczucie własnego ciała

- jakby nie było zupełnie tożsame ze sobą i z lekka rozluźnione. MOgę zaznaczyć,

że nigdy prawie (dwa razy może, i to bardzo słabe) nie miewałem tzw. "hipnagogó",

to jest przed sennych wizji przy zamkniętych oczach, co jest zresztą zjawiskiem

u bardzo wielu ludzi dość częstym nieomal codziennym. Czuję coś w rodzaju

spotęgowania wyobraźni, ale nie mogę nazwać tego wizjami. Są to to obrazy

płaskie - coś w rodzaju widzeń hipnagogicznych. Wiry jakby z cienkich drucikó,

jasne na ciemnym tle, czasem z lekka tęczowo zabarwione. Z początku płaskie

- potem zaczeły powoli dostawać trzeciego wymiaru, rozkręcając się ku mnie,

to ode mnie, w przestrzeni czarnej, która z płaskiego normalnego tłą, któe

się zwykle widzi przy zamkniętych oczach, staje się głęboka i ruchoma,

nawet wtedy, gdy nie widać na niej wcale drucikowatych wirów - jest taka

niewiadomym sposobem, sama w sobie, mimo żę się w niej nic nie zmienia.

Zjawisko to jest tak nikłę i subtelne, że trudnmo je zanalizować w czasie

jego trwania, a następnie trudno odtworzyć ten paradoksalny stan rzeczy

w pamięci - wie się, że tak było i koniec - nic na ten temat więcej nie

da się powiedzieć. Hipnagogiczne obrazy potężnieją, ale ciągle jeszcze

nie uważam ich za wizje we właściwym tego słowa znaczeniu, którego naprawdę

nie znam - ale wyobrażam sobie, że musi to być coś zupełnie innego, bardziej

realnego.



Godzina 820 - zaczynają się pojawiać

coraz wyraźniejsze obrazy, ale prawie bezbarwne, występujące zaledwie z

czarnego tła. Przypomina to przekopiowane i wyblakłe następnie odbitki

fotograficzne z niedoeksponowanych klisz. Ktoś ubrany w szerokorondowy

kapelusz z czarnego aksamitu wychyla się z włoskiego balkonu i przemawia

do tłumu na dole. Skąd wiem, że ten balkon jest włoski, nie mogę pojąc,

ale wiem - to wystarcza. W ogóle charakterystyczną rzeczą przy wizjach

peyotlowych jest fakt podpowiadania jakby przez jakiś tajemniczy głos,

wychodzący z jakichś "piwnic jaźni", znaczenia widzianych obrazów i uzupełniania

tego, czego w samym obrazie nawet śladu nie ma. Ale to zjawisko wystąpiło

u mnie tylko na samym początku uwyraźnienia się hipnagogów, a następnie

czasami, prawie w pełni działania preparatu dr Rouhier, który działał o

wiele słabiej, jak to już zaznaczyłem. Wtedy maiłem dziwne wrażenie, szczególnie

na samym początku seansu, że wiem o widzeniu rzeczy, których właściwie

nie widzę, ale tym niemneij mógłbym dokładnie je opisać, tak jakbym je

widział rzeczywiście. Jest to jedno z wrażeń peyotlowych, które niezmiernie

trudno opisać słowami i jeszcze trudniej dać do zrozumienia czytelnikowi,

o co właściwie chodzi. Podobnie rzecz się ma z psychopatycznymi stanami

przy zażyciu czystej meskaliny, które opiszę później. Peyotlowe sensacje

i dziwniejsze wizje - bo są niektóre zupełnie realistyczne - są tak trudne

do zrekonstruowania, jak niektóre sny, w których nie wiadomo, o co chodzi

i co się dzieje i których żadnymi porównaniami nawet w przybliżeniu ująć

nie można, a mimo to szczególnie zaraz po obudzeniu się - uczuciowo jakby

- ma się zupełnie dokładnie o ich treści pojęcie. Obrazy łaczą się w dziwne

sploty z uczuciami muskularnymi, z uczuciami wewnętrznych organów i tak

powstaje nie dająca się rozplątać całość, o niesłychanie subtelnym nastroju

ogólnym który wymyka się wszelkiej analizie i rozsypuje w gruzy w nieokreślony

chaos przy najmniejszym wysiłku w celu jej skonsolidowania. W ogóle między

normalnymi hipnagogami i snem a peyotlową wizją jest ścisly związek - ten

sam materiał podświadomy jest tu i tam symbolicznie opracowany. Tylko że

peyotl odznacza się wyraźnymi czterema stadiami w całym przebiegu transu,

które u wszystkich są prawie jednakowe, a następnie daje pewne specyficzne

bogactwo widzenia w związku z artystyczną, dekoracyjną stroną rzeczy, która

ma przeważnie cechy podobieństwa z wielkimi stylami sztuki minionych epok.

W tym leży niedoceniona dotąd tajemnica, co do której pewne, dość fantastyczne

zresztą przypuszczenia przedstawię później. Domysły te powstały w czasie

samego transu, kiedy przygniecony wprost nawałem i przepychem wizji starałem

się w stanie oszołomienia nie tyle psychicznego, co wzrokowego wytłumaczyć

sobie choć w przybliżeniu, czemu to właściwie widzę, a nie co innego. Hipoteza

moja konstatuje jednak raczej specyficzność peyotlowego widzenia, a nie

tłumaczy jego istoty, którą wątpie, aby kiedykolwiek zbadaną być mogła.

Fizjologia i toksykologia będą tu absolutnie bezsilne, aż po krańce naszego

istnienia, a psychologia będzie mogła podać tylko teorię związków zjawisk,

ale nigdy nie wytłumaczy ich pochodzenia i istoty.



Samopoczucie trochę lepsze, ale gdy wstałem, zawołany do telefonu, poczułem

się dość "głupio". Na brzegach mebli i drzwi widzę świetliste obwódki czerwone

fioletowe, ale ani mnie to cieszy, ani dziwi. W tej chwili, zbładziwszy

w podwórzu i wszedłszy przez tylne schody, wchodzi do przedpokoju nieoczekiwanie

i z nieoczekiwanej strony p. Szmurło w pelerynie. Wrażenie jest spotęgowane

- doznaję lekkiego przerażenia, jakbym zobaczył widmo, ale mija to szybko

- kładę się znowu i czuję gorzej. Puls spada z siedemdziesięciu trzech

na sześciedziesiąt kilka i jest bardzo słaby nitkowaty. Czuję się tak,

jakbym miał ochotę umrzeć, i mówię to panu Szmurle, który twierdzi, że

przykre te subiektywne wrażenia są zupełnie nieniebezpieczne. Pojawiają

się zjawy zwierzęce, morskie potwory, jakiś jakby znany mi brodacz. Wszystkiego

tego nie uważam jeszcze za wizje właściwe - oczekuję jakiegoś cudu i "robię

wyrzuty peyotlowi", że daje zbyt przykre wrażenie fizyczne za zbyt mała

cenę. Jeśli to mają być osławione wizje, to wolałbym nic nie zażywać i

jeść w tej chwili dobrą kolację zamiast mieć ochotę na torsje i puls zredukowany

jak się zdaje tylko do stopnia koniecznego, aby w ogóle żyć. Na tle tych

spotęgowanych hipnagogów przesuwają się czasem smugi kolorów: czerwony,

fiolet, niebieski i cytrynowożółty. Są one jakby w innej płaszczyźnie niż

widziane postacie - trochę bliżej i pochodzą "z innego widzianego świata".

Czuję stanowczo szalone spotęgowanie wyobraźni, ale jeszcze nic znowu aż

tak nadzwyczajnego. Kiedy otwieram oczy - bo trzeba nadmienić, że rzadko

widzi się coś przy oczach otwartych - świat jest prawie normalny. Tylko

jakby jakaś lekka deformacja i to samej przestrzeni, a nie przedmiotów

i pewna "niesamowitość rzeczywistości", słąbo przypominająca stan zatrucia

kokainą. Tylko o ile alkohol i kokainę zaliczyć można do jadów realistycznych

- potęgują świat nie dając nastroju niesamowitości - o tyle peyotl nazwałbym

narkotykiem metafizycznym, dającym poczucie dziwności Istnienia, którego

w stanie normalnym doznajemy niezmiernie rzadko - w chwilach samotności

w górach, późno w nocy, w okresach wielkiego umysłowego przemęczenia, czasem

na widok rzeczy bardzo pięknych lub przy słuchaniu muzyki, o ile nie jest

to po prostu normalnym wrażeniem metafuzyczno-artystycznym, pochodzącym

od pojmowania bezpośrednio samej Czystej Formy dzieła sztuki. Ale wtedy

ma to inny charakter: nie jest przerażeniem nad dziwnością bytu, tylko

raczej łagodnym usprawiedliwieniem metafizycznej jej konieczności.



930 -Chęć zapomnienia o rzeczywistości.

Rozmowa - przyciszona zresztą - między p. Szmurło a moją żoną męczy mnie.

Kiedy p. Szmurło pochylił się cicho nade mną, chcąc zbadać, czy mam rozszerzone

źrenice, i ujrzałem nagle jego twarz tuż przy mojej, wydał mi się jakimś

dziwnie spotworniałym i nieomal odepchnąłem go od siebie. Wszystko co działo

się dotąd, odbywało się jakby przed jakąś kurtyną. Później dopiero dowiedziałem

się o tym, zażywając peyotl kilka razy. Zjawisko to powtarzało się zawsze,

ale wtedy nic nie wiedziałem jeszcze, że kurtyna odsłoni się. Nareszcie

stało się. A wszystko zaczęło się od małego złotego posążka faunowatego

Belzebuba! Skąd wiedziałem, że to Belzebub, nie wiem i nigdy się nie dowiem.

Tajemny głos mówił tytuły obrazów, które gdybym w normalnym stanie widział,

nigdy bym się ich znaczenia nie domyślił. Ale - zapomniałem: pierwsze poczucie

tego, że to już jest wizja, przyszło a propos obrazka, który wytworzył

się w sposób ciągły z drucikowatych wirów, powtarzających się stale w przerwach

między zjawami potworów. Druciki zaczęły się konsolidować w przedmioty:

powstały z nich pióropusze, które zmieniły się w drzewa. Wśród nich również

z zupełną ciągłością przetwarzania się kształtów jednych w drugie, która

odtąd trwała przez cały czas seansu, powstały stylizowane, zrobione z tęczowych

już teraz wyraźnie drucików na ciemnym tle strusie. Te zmieniły się w plesiosaury

i przez chwilę nieruchomy obraz trwał zasadniczo niezmiennie. Plesiosaury

poruszały szyjami nad jakąś sadzawką, a wokół chwiały się strusio-ogoniaste

krzewy. Powiedziałem głośno: "Teraz mam, zdaje się, pierwszą wizję". Zacząłem

dyktować mojej żonie treść niektórych obrazów, aby je zapamiętać wśród

straszliwego wzrokowego zamieszania, które się odtąd zaczęło i trwało 11

(jedenaście!) godzin z krótkimi przerwami, gdy otwierałem oczy, aby odpocząć,

coś zjeść lub narysować. A więc wracając do Belzebuba; nagle rozdarła się

zasłona, "le grand rideau du peyotl sest dechire" (koniecznie po francusku)

i z ciemności wychyliła się ku mnie pierwsza wizja realna. To nie były

już żadne hipnagogi, żadne płaskurki i złudy: to była nowa rzeczywistość.



I do tego to poczucie, że teraz jestem zdany na łaskę i niełaskę narkotyku,

że choćbym nie wiem, co zrobił, nie powstrzymam tego prądu dziwacznych

zdarzeń, który był przede mną w przyszłości. Chyba siedzieć całą noc z

otwartymi oczami. Ale i to, jak się przekonałem później, niewiele by pomogło,

gdyż przy wpatrywaniu się rzeczywistość codzienna też deformuje się, i

to w sposób tak przerażający, że z ulgą wraca się do "świata zamkniętych

oczu", bo właśnie to zamknięcie daje nam pewną, ale nie całkowitą jednak

pewność co do jej nierealności. Chociaż i to zawodzi. Mają rację Indianie

twierdząc, że kto niegodny ośmieli się zażyć peyotlu, nie oczyściwszy się

wprzód ze swych grzechów, strasznie może być ukarany. Sprawdziło się to

na mnie. Nie powinienem był tego robić, a właśnie na kilka dni przed peyotlowym

świętem upiłem się i zażyłem przeklęte "coco". "Masz za swoje - teraz skacz!"

Z początku niby nic. Ale co się działo potem! Nie wszystko będę mógł opisać

- nie tylko ze względu na siebie, ale i na czytelników. A chcę, aby ta

książka mogła być czytana przez wszystkich. Nie wiem tylko, czy zdołam

"przelać" w czytającego te słowa całe piękno i całą okropność tego, co

widziałem. Co innego jest fikcja powieści, a co innego rzeczywistość. Z

fikcją nie robi się ceremoni - można "walić na całego" i zawsze jest za

mało. Przynajmniej moim zdaniem - bo są ludzie któzy skarżą się na intensywność

stylu w literaturze: wolą kaszkę na mleku niż abisyńskie suki prażone żywcem

na bringhauserach i podlewane sokiem ya-yoo.

Ale mnie się zdaje, że każdy powinien pisać jak najintensywniej, na ile

go tylko stać, i to tak samo w subtelnościach, jak i w brutalnościach.

Nie twierdzę bynajmniej, że "zły język" (bad language w znaczeniu angielskim:

ordynarny, świński i brutalny) jest warunkiem dobrej literatury. Jednak

muszą tak pisać, inni mogą tego sposobu nie używać. Chodzi o natężenie

tak w anielstwie jak i w diabelstwie - a tego naszej literaturze brak.

Ach dosyć dygresji - tego też nie lubią niektórzy, a dla mnie dygresje

to czasem cały smak powieści - chodzi oczywiście o ich intelektualny poziom.

A więc Belzebub...Nigdy nie zapomnę tego piekielnego wrażenia, gdy będąc

zupełnie zdrowym na umyśle (z chwilą kiedy nie patrzyłem na rzeczywisty

świat, nie było we mnie śladu niesamowitości, tej "etrangete de la realite",

o której pisze Rouhier) i gdy zadawałem sobie dokładnie sprawę z tego,

że mam silnie zamknięte oczy, zobaczyłem o jaki metr ode mnie małą rzeźbę

ze szczerego złota (aż czułem jej cziężar) tak wycezelowaną, wyrobioną,

wy - passez moi lexpression grotesque - pichconą (wyrażenie pewnych malarzy

na "wylizanie"), że zdawała się być dziełem jakiegoś naprawdę belzebubicznego

zminiaturzałego Donatella nie z tego świata albo jakiegoś zeuropeizowanego

Chińczyka, który całe życie swoje strawił na wykucie tej jednej rzeczy.

Cud stał się. "Widzę to, widzę to" - powtarzałem sobie w myśli. Ile czasu

trwała ta chwila szczęścia (bo jednak te pierwsze "razy" to są rzeczy większe,

potężniejsze, wszystko jest rozwinięte, wykończone, ale to już nie to -

ten smak nie da się już nigdy zreprodukować) - nie wiem . Ale potem przekonałem

się, jak złudna jest ocena trwania podczas peyotlowych wizji. Nazwałem

to w "języku peyotlowym" - "spuchnięciem czasu". Bo trzeaba jeszcze zauważyć,

że peyotl, może wskutek chęci ujęcia w słowa tego, co się ując nie da,

stwarza neologizmy pojęciowe sobie tylko właściwe i zdania nagina w ich

składni do swoich straszliwych wymiarów niesamowitości (świenty wyraz i

będę g go właśnie w tym znaczeniu używał, coćby stu profesorów powiesiło

się na własnych kiszkach - język jast rzeczą żywą, gdyby zawsze uważano

go zamumię i myślano, że w nic w nim zmienić nie wolno, to ładnie wyglądałaby

literatura, poezja, a nawet to kochane i przeklęte życie). A może ta chęć

tworzenia nowych kombinacji znaczeniowych to jest owo słynne "schizofreniczne

przesunięcie" - Schizaphrenische Verschiebung, o którym pisze Beringer

propos meskaliny Mercka. (Merck to jednak

piekielne nazwisko dla tych, którzy zadawali się białymi jadami. A propos

- ekstrakt peyotlowy jest czarno-brunatno-zielony jak asfalt zmieszany

z gęsimi ekstremami i ma smak wstrętny: gorzki, ostry i przy tym rzygliwy.)

Podobno nawet pyknicy doznają lekkiego schwiania w kierunku schizofrenicznej

psychostruktury - a cóż dopiero mówić o prawdziwych "schiziach" pod wpływem

peyotlu. Ale o tym później w związku z meskaliną.



I nagle o ("cudzie wyższego rzędu!, jakby wykrzyknął poeta) - Belzebub

ożył, nie przestając być martwym złotym Belzebubem, uśmiechał się, strzygł

oczami i nawt kręcił głową. Mimo to dobrze wiedziałem, że to co widzę przed

sobą, jest tylko kawałem szczerego złota. Są w wizjach peyotlowcyh trzy

gatunki przedmiotów: martwe, martwe ożywione i stworzenia żywe. Te dzieła

się na realne i fantastyczne - realne mogą być: 1. znane, proste i 2. skombinowane

ze znanych elementów, w połączeniach nie odpowiadających żadnej rzeczywistości.

Fantastyczne "urągają" po prostu, jak się to pisze (ale nigdy się niestety

nie mówi), wszelkim wysiłkom ich adekwatnego opisu: pojmuje się je jedynie

w chwili widzenia, a to nie bardzo. Z chwilą gdy znikną z peyotlowej rzeczywistości,

żadna siła nie potrafi ich zrekonstruować. Spróbuję później dać mniej więcej

przynajmniej poznać, do jakiej kategorii mogą one należeć. Kto tego typu

stworów niw widział, ten nigdy nie potrafi ich sobie odtworzyć. A do tego

to piekielne wprost wykończenie wykonania! Rzeczywistość peyotlowa robi

wrażenie naszej oglądanej przez mikroskop, oczywiście tylko co do dokładności

"odrobienia". Pole widzenia jest początkowo małe - wizje zaczynają się

mniej więcej w jego środku. Ale jeśli się nie otwiera oczu przez czas dłuższy,

to pole rozszerza się i czasem nawet prawie "obejmuje" zapeyotlowanego

tak, jak normalna rzeczywistość - zachodzi bokami, a nawet daje dziwne

specyficzne wrażenie: widzenie plecami. Przy tym zaznaczyć trzeba (koniecznie),

że pole widzenia peyotlowe ma jednakową ostrość na całej przestrzeni: nie

ma w nim ostrego widzenia w punkcie rzucającym i coraz bardziej rozwianego

w miarę zbliżania się do krańców - całe posiada ostrość najbliższego sąsiadztwa

punktu rzucającego przy zwykłym patrzeniu. Następnie muszę jeszcze zaznaczyć,

że to, co tu jest opisane, stanowi może jedną dwutysięczną całości wizji

tej niezpomnianej dla mnie nocy. Prawie wszystko to, czego nie zanotowałem

w ciągu samego transu, zginęło bezpowrotnie w szalonym nawale obrazów,

ciągle zmiennych i przechodzących jedne w drugie w sposób nieuchwytny i

nieznaczny, przy niebywałych jednocześnie kontrastach obrazów między sobą.



Widzę wielki gmach z czerwonej cegły, zwrócony ku mnie kantem. Z każdej

cegły wyrasta jakaś twarz dziwaczna, karykaturalna. Twarze te potwornieją

i po chwili cały gmach jest najeżony towarzystwem przypominającym gargule

na Notre Dame w Paryżu. Potworny Negr, którego czszka powiększa się i otwiera.

Widzę mózg wewnątrz - powstają na nim wrzody, które zjadają go z szaloną

szybkością. Całe lata procesu tego widzę w sekundach. Z wrzodów zaczynają

wytryskiwać snopy iskier i po chwili cały mózg i głowa Negra spalają się

w kolorowych wytryskach płomieni, jak niektóre przyżądy do ogni sztucznych.

Zjawy stają się coraz bardziej nieprzyjemne. Ale nie odczuwam na razie

żadnego strachu. Dzieje się to w obecności mojej żony i p. Szmurło, więc

mimo dziwności przeżyć czuję się dość bezpiecznie. Objawy sercowe ustępują,

jako też skłonność do torsji i osłabienie. P. Szmurło twierdzi, że w czasie

transu peyotlowego bardzo łatwym jest poddanie sugestywne obrazów nawet

ludziom w ogóle niezdolnym do podlegania sugestii. Wszystkie próby hipnozy

i narzucania mi jakichś wyobrażeń czy czynności były zawsze w normalnym

stanie bezowocne. Zgadzam się z wielkim zainteresowaniem na propozycję

p. Szmurły, który mówi mi, abym się przeniósł w wyobraźni do Hadesu. Momentalnie

widzę podziemie oświetlone w głębi purpurowym blaskiem. U sufitu skłębione

czarno-zielone łby bawołów z ogromnymi rogami - głowy bawole, a rogi jak

u wołów włoskich. Z tyłu łbów wyrastają powoli ogromne nogi żabie, które

zwisają prawie aż do ziemi. Chwilami fikają dziko, jakby wstrząsane elektrycznym

prądem, potem wciągają się znowu w łby u sufitu, jakby były zrobione z

protoplazmy. P. Szmurło prponuje mi dla odmiany dno oceanu. Wizja następuje

wprost natychmiast - u mnie, który nigdy, nawet z maksymalną dobrą wolą

nie mogłem się poddać najmniejszej sugestii wyobrażeniowej, co najwyżej

pod wpływem nakazu najlepszych sugestionerów nie mogłem otworzyć oczu lub

musiałem wymawiać jedno i to samo słowo w odpowiedzi na wszelkie pytania.

Jestem wśród zielonkawej wody. Widzę cień rekina nad głową, a potem jego

samego przepływającego tuż nade mną, z brzuchem odwróconym do mnie i ruszającą

się górną szczęką. Realność i dokładność widzenia jest nieporównywalnie

większa niż w rzeczywistości, to w kinie czy w jakichś atlasach, to czym

wytłumaczyć niesłychaną wyrazistość wizji peyotlowych, jej trójwymiarową

namacalność w stosunku do zawsze bardzo lotnych, nikłych i nie dających

się wyobraźniowo nigdy, poza pewien stopień realności, spotęgować obrazów

pamięciowych i ich kombinacji. Na lewo ciemne skały, pokryte czerwonymi

ukwiałami i polipami. U ich Stóp walczą czarne głowonogi.



Godz 1000 - Ociężałość i ogłupienie.

Pewna "deformacja przestrzenna" przy otwartych oczach. Walka rzeczy bezsensownych

i nie dających się określić. Szereg komnat, które zmieniają się w cyrk

podziemny. Dziwne bydlęta pokazują się w łożach. Towarzystwo mieszane -

ludzko-zwierzęce jako publiczność. Loże zmieniają się w wanny połączone

jakimś dziwacznymi pisuarami w stylu meksykańskim, azteckim. Chwilami poczucie

dwóch warstw widzialności: obrazy w głębi przeważnie czarno-białe, na ich

tle przepływające ukośnie pasy zgniłej czerwieni i brudnego cytrynowożółtego.

W wizjach przeważają potwory lądowe i morskie straszne mordy ludzkie. Żyrafy,

których szyje i głowy za mieniają się w węże wyrastające z żyrafowych korpusów.

Baran z nosem flaminga, ze zwieszającym się różowym flaczkiem. Z tego barana

powyłaziły okularniki - w ogóle cały rozlał się w masę węży. Foka na plaży

- pejzaż morski zupełnie realistyczny, słoneczny. Morda foki staje się

"twarzą" perkoza dwuczubego (jak się w ogóle mówi o ptakach? Morda, pysk,

gęba - wszystko wydaje się nie odpowiednie), wyrastają jej czarne czuby

na łbie. Po czym z tej uptasionej foki w sposób ciągły powstaje Hiszpan,

jakby z obrazu Velasqueza, w kapeluszu z ogromnymi czarnymi piórami. Te

wszystkie wizje są wielkości "naturalnej" albo nawet jakby trochę pomniejszone.

Pierwsza wizja "brobdignagiczna", jak nazywa widzenie o powiększonych rozmiarach

dr Rouhier, w przeciwieństwie do "liliputycznych", w wymiarach miniaturowych.

Olbrzymia, "bezimienna paszcza". (Wyrazy lub zdania w cudzysłowie są cytowane

dosłownie z protokołem seansu, który pisałem sam w przerwach od wizji.

Raczej przerywałem wizje sam, otwierając oczy, ponieważ bałem się że w

natłoku zjaw zapomnę o tych, o które specjalnie mi chodziło.) Paszcza jest

tak olbrzymia, że nie mieści się na całą na polu widzenia. Pęka i drze

się w strzępa. Przekrój ziemi, ale ustawiony prostopadle do poziomu. Widzę

wartstwy najrozmaitszych kolorów i niesłychanie bujną, jakby tropikalną

roślinność. Znowu walka "bezprzedmiotowych potworów" - staram się na próżno

zapamiętać ich kształty zmieniające się co chwila. Są one maszynowe, ale

żywe. Wyciory, cylindry, rodzaj karykatur maszyn i lokomotyw, zmieszanych

w jedno ze spotworniałymi owadami w rodzaju koników polnych, szarańczy

i modliszek. Maszyny porosłe włosami. Cylindry stalowe olbrzymie, kręcące

się z szaloną prędkością, porosłe w pewnych miejscach niesłychanie delikatnym,

rdzawym futerkiem. Maszyny potężnieją i zmieniają się w potwornej wielkości

turbiny, któe tajemny głos nazywa "motorem centrum świata". Szybkość obrotu

jest wprost niepojęta. Nie rozumiem, czemu mimo tej szybkości widzę wszystko

wyraźnie. Chcę, żeby "turbina świata" szłą wolniej. Pojawiają się hamulczyki

zrobione z tego cudownie delikatnego ryżego futerka i olbrzymie wały stalowe

pod wpływem tarcia o nie zwalniają powoli, tak że mogę obserwować ich dziwną

porstą, a przy tym potężną maszynerię. Są to "brodbignagi" wymiarów nieomal

astronomicznych. Nie mogę zdać sobie sprawy z odległości, z jakiej je oglądam.

Pojawia się pejzaż górski, wulkaniczny. Oglądam go jakby z aeroplanu. Kratery

zioną czerwonym, nie świecącym ogniem. Ich brzegi zaczynają się wyginać

i wykręcać i nagle widzę, że to nie są wulkany i kratery, tylko olbrzymie

ryby sterczące głowami do góry. Są teraz zielone, a ich czerwone paszcze

cmokają i mlaskają, a wyłupiaste oczy łypią na wszystkie strony. W ogóle

łypiące ze wszystkich stron oczy są zasadniczą cechą peyotlowych wizji,

a ich spojrzenia są tak szatańsko spotęgowane, że żadne oczy żadnych ziemskich

stworów nie są w stanie, nawet w najwyższym natężeniu najdzikszych pasji

czy napięcia myślowego, dorównać im co do potęgi wyrazu. Cała skala uczuć,

od najsubtelniejszych do najpotworniejszych, ale jakże dziko spotęgowana.

Uplastycznienie wyrazu od anielskich twarzy aż do mord przeokropnych doprowadzone

jest do ostatecznych granic możliwości. Peyotlowe oczy zdają się pękać

od niewyrażalnego żaru skondensowanego w nich, jak w jakichś piekielnych

pigułkach, uczuć i myśli. Przestają one być martwymi gałkami, poza obrotami

i wykrętami, w których - cały wyraz jest przecie tylko w oprawie i jej

zmianach - przez odwieczną konwencję widzimiy niby psychiczną rzeczywistość

tajemniczej, niezgłębianej osobowości.



To są prawdziwe "zwierciadłą duszy" - zwierciadła piekielne, którymi

łudzi nas demon peyotlu, wmawiając w nas, że może i w życiu możliwym jest

poznanie obcej psychiki, stopienie się z nią w jedność w żarach jakiejś

straszliwej miłości, w której naprawdę ciało z duchem stanowi absolutną

jedność, choćby za cenę unicestwienia. I dobra jest przy tym ta aż dźwięcząca

cisza wizji stwarzanych przez azteckiego Boga Światła - cisza spotęgowana

niewiarygodnym korowodem zdarzeń, który w jej objęciach przepływa przed

nami w nicość. A jednak nicość ta nie jest zupełna. Coś zostaje po peyotlowym

transie niezniszczalnego, coś wyższego stwarza w nas ten prąd widzeń, z

których prawie wszysktkie mają głębie ukrytego w nich symbolizmu rzeczy

najwyższych, ostatecznych. I niech nikt nie myśli, że wychwalam tu nowy

narkotyk, niby wyrzekłszy się tamtych, podobnych mu, tylko niższych w działaniu.

Są to rzeczy jakościowo różne w duchowej skali, a nie tylko co do samej

wartości obrazów wzrokowych, poza tym już, że stanowią pewien bezpośredni

sposób widzenie siebie i swoich przeznaczeń, dając po jednorazowym użyciu

drogowskazy na dalekie przestrzenie przyszłości. A o przyzwyczajeniu się,

w tym znaczeniu jak do innych jadów, nie ma nawet mowy: peyotl nie daje

fizycznej, bydlęcej euforii, którą tamte "białe wróżki" wciągają powoli

do swoich rajów, niszczącym przy tym wolę i odwartościowując rzeczywisty

świat i życie. Peyotl jest fizycznie nieprzyjemny w swym działaniu: poza

krótkimi okresami dość słąbego "błogostanu" nie ma się do niego żadnego

"cielesnego" pociągu. Za to psychicznie, ale nie w formie złudy i chwilowego

omamienia, daje niezmiernie wiele i to zdaje się tylko za pierwszym razem

lub przy rzadkim użyciu. Znane są pierwsze widzenia i jasnowidzenia, które

przy następnych próbach już się nigdy w tej sile, co pierwotne zjawisko,

nie powtórzyły. Ja sam zażywałem peyotl kilka razy - za każdym razem miałem

wizje coraz słabsze, działanie wizyjne uświadamiające co do siebie za następnymi

próbami prawie żadne, a pociągu tego prawdziwie narkotycznego nie czułem

nigdy. Zresztą zależało tu dużo co do dwóch pierwszych punktów od wartości

samego preparatu. Ale począwszy od samego pierwszego razu nigdy nie chciało

mi się peyotlu tak, jak czasem alkoholu lub niestety prawie całe życie

nikotyny. Może na podstawie tego co dotąd opisałem, można by wątpić w tą

całą zachwalaną przeze mni "moralną" wartość peyotlu. Bo ostatecznie, że

ktoś widział kombinację modliszki z lokomotywą walczącą z wyciorem do lampy,

jakimś dziwnym cudem uhipopotamionym, to jeszcze nic nie mówi o jego możliwościach

moralnego udoskonalenia. Postaram się rzecz tę wyjaśnić nieco później.

Na razie opiszę jeszcze dalsze wizje. Boję się tylko, że czytelnik będzie

miał ich nie długo dość, tak jak ja gdzieś koło piątej nad ranem, kiedy

błagałem niewiadome potęgi o to, aby zwiały z mego umęczonego mózgu ten

bezlitosny korowód potworów i zdarzeń. P.Szmurło próbuje ze mną jasnowidzenia.

Zapytuje mnie, co robi w tej chwili dr Tadeusz Sokołowski. Od razu widzę

go opartego o kominek, na którym stoją ozdbne chińskie wazy. Przed nim

pochylona na krześle siedzi kobieta, której twarzy nie widzę. Szmurło telefonuje

do Sokołowskiego - okazuje się, że stał oparty o pianino i rozmawiał z

siedzącą przed nim na krześle kuzynką. Rzeczywistość, ale w pewnej wariacji

- podobnie jak rzeczywistość widziana wprost otwartymi oczami i zdeformowana

przez nakładanie się na nią wizji wewnętrznej. Po wyjściu p. Szmurły ogarnia

mnie szalony apetyt - cały dzień nie jadłem nic prawie, stosując się do

przepisów co do zażywania "świętego ziela". Wstaję i zabieram się do sałaty.

Ale odczuwam przy tym takie lenistwo i ruchy moje są tak powolne, że jedzenie

kilku pomodoró zajmuje mi przeszło pół godziny czasu. Żując powoli jak

krowa, rozwalony w fotelu, zamykam oczy i widzę w tej samej prawie chwili

brzeg jeziora, pokryty tropikalną roślinnością. Wiem, że to jest Afryka.

Jako też pokazują się na brzegu Murzynki i rozpoczyna się kąpiel. Wśród

splątanej gęstwy wyrasta powoli posąg bóstwa w formie wieży spiczastej,

z obręczonym ornamentem. Posąg rusza oczami. Murzynki pluszczą się w błękitnobrudnej

wodzie. Widząc to jednocześnie zdaję sobie dokładnie sprawę, że siedzę

w fotelu w moim pokoju i żuję pomidory. To poczucie "zdrowia na umyśle"

i jednoczesności niewspółmiernych światów jest jedną z najmiększych rozkoszy

peyotlowego transu. Kładę się znowu. Na tle bezimiennych potworów ukazuje

się olbrzymia oficerska lotnicza czapka, średnicy czterech metró. Czapka

zmniejsza się i pod nią zarysowuje się zupełnie realistycznie, w żółtym

świetle, śmiejąca się twarz pułkownika lotnictwa p. B., stojącego o trzy

kroki ode mnie w skórzanej kurtce. Smieje się, wydając jakieś rozkazy.

Tu jasnowidzenie "omyliło się" - p. B. robił o tej porze niestety zupełnie

co innego. Dalsze widzenie znajomych osób, które wymuszałem na sobie autosugestią,

nie odpowiadały w ogóle rzeczywistości, mimo szalonego realizmu obrazów.

Jednak przeważnie widziałem je leżące w łóżkach. Ale po sprawdzeniu okazało

się, że widziane szczegóły niezgodne były z faktycznym stanem rzeczy.



Dalej będę prawie dosłownie cytował protokół wizji pisany w przerwach

przeze mnie samego. A więc: na tle dzikich bezładnych splotó "czegoś niewiadomego"

wystąpiła plaża. Po niej wzdłuż morza jedzie mały Murzynek na bicyklu -

nie na rowerze, tylko na takiej dawnej machinie o jednym ogromnym, a drugim

małym kółku. Murzynek zmienia się w śmiesznego pana z bródką. Wiezie on

na kolanach mnóstwo zabawek, które powoli zmieniają się we wspaniale wykonane

azteckie rzeźby. Zaczynają one wspinać się w górę po sznurowatych drabinkach,

łypiąc na mnie oczami. Wykręcają przy tym śmiesznie głowy w moją stronę.

Widzę je z tyłu. Albo z tego powodu, że "przyjąłem" peyotl w stanie "niegodnym",

albo dlatego że zbyt często zmuszałem się siłą do widzenia pewnych rzeczy,

wizje często stawały się potworne z przewagą najprzeróżniejszych gadó i

kombinacji erotycznych, przekraczających jako fantastyczność wszystko,

co w sztuce całego świata na ten temat wykonane było. Nie mogę ze względu

na możliwą obrazę przyzwoitości wdawać się w szczegółową analizę tych widzeń.

Lubię czasem oglądać potworności, ale tu peyotl przewyższył wszelkie

moje oczekiwania. Na całe życie dość mam tej nocy. Zdaje mi się, że mam

dość wyobraźni - jednak gdybym tysiąc lat żył i co noc zmuszał się do wyobrażenia

sobie najdzikszych rzeczy, na jakie mnie stać, nie wymyśliłbym jednej milionowej

tego, co widziałem tej nocy letniej. Zaznaczę tylko wizje, nie wdając się

w szczegółowe opisy. Zwracam uwagę, że pod wpływem peyotlu ma się ochotę

na neologizmy językowe. Pewien mój przyjaciel, pod względem mowy najnormaliniejszy

w świecie człowiek, tak określił w transie swoje widzenia, nie mogąc dać

sobie rady z ich przekaraczającą wszelkie normalne kombinacje słów dziwnością:

"Pajtrakały symforowe i końdzioł w trykrętnych pordeljansach." Takich sformułowań

stworzył wiele pewnej nocy, gdy sam leżał otoczony widziadłami. Pamiętam

to jedno tylko. Cóż więc dziwnego, że ja, który w normalnym czasie miewam

takie skłonności, też czasem musiałem stworzyć jakieś słówko, aby uporać

się z rozplątaniem i rozczłonkowaniem piekielnego wiru stworów, który walił

się na mnie przez całą noc z czeluści peyotlowych zaświatów. Widzę szereg

kobiecych organów płciowych nadnaturalnej wielkości, z których wysypują

się flaki i żyjące robaki. Na końcu wyskakuje z nich zielony embrion wielkości

san-bernarda i fika kozły z niesłychaną uciechą. Cudownej piękności morze,

oświetlone jakimś hipersłońcem. Z boku "połosate" potwory ocierające się

o siebie - coś w rodzaju rekinów w kolorach: białym, czarnym i pomarańczowym.

Potem widzę ich przekroje, jakby ktoś w moich oczach porżnął olbrzymie

rekinowate salcesony niewyrażalnej piękności. Mrówkojady kręcące się z

zawrotną szybkością tyłem. Kolczatki - wśór nich niesłychanie milutki gryzoń

w rodzaju białego stepowegoskoczka, pokryty futerkiem o o dwa razy

rozwidlających się włosach. Mimo szybkości przemian widzę to z mikroskopijną

dokładnością. Pani Z. - bardzo piękna kobieta, przedstawia mi się w szalonej

deformacji, jak na moich kompozycyjnych robionych pod wpływem narkotyków;

ale mimo to nie traci nic ze swej normalnej piękności. Jest to niepojęty

cud. Robi przy tym filuterne oko, co na tle ogólnego zniekształcenia twarzy

stwarza niezmiernie komiczny efekt.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media