Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

mój świat nie, czyli siedem godzin halucynacji

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
450mg DXM (paczka Acodinu (300 mg) i paczka Tussal Antitussicum (150mg), na oko identyczne tabletki, 30 tabletek po 15mg - zażyte naraz około 6:40) + kartonik 100µm 1p-LSD, urwane pół i zjedzone ok. 6:50, drugie pół zjedzone ok. 19:00)
Około 22:30 zażyłam też 5mg mirzapiny (lek mirzaten, antydepresant o działaniu nasennym na receptę)
Set&Setting:
jasne, wygodne, znane i bezpieczne, wynajmowana kawalerka, w której mieszkam już prawie pół roku, dwa raczej spokojne koty, tydzień po powrocie do pracy z długiego L4, ok. półtorej odkąd się "ogarnęłam", tak więc generalnie pozytywnie i dużo szczęścia. Nikt się raczej do mnie nie dobijał (oprócz osób, do których sama pisałam), na zewnątrz cicho, cały kolejny dzień miałam wolny, dopiero jeszcze kolejnego musiałam iść rano do pracy.
Wiek:
20 lat
Doświadczenie:
- psychodeliki: LSD-podobne dopalacze (kilka tripów, najwięcej to ok 225µm), psylocybina (raz), 2C-B-Fly (rc, najwięcej 1,5 tabletki po 10mg)
- stymulanty: amfetamina, MDMA
- alkohol
- marihuana
- benzodiazepiny: klonazolam (rc)
- opiaty: kodeina
- dyssocjanty: DXM (raz 120mg "próba uczuleniowa", raz 360mg)

mój świat nie, czyli siedem godzin halucynacji

Pomysł na tripa miałam w głowie już kilka dni wcześniej. Wiedziałam, że muszę zażyć w piątek, bo ostatnim razem 360mg trzymało mnie przez niecałe trzy dni, a jednym z moich aktualnych postanowień jest to, że nie będę dopuszczać, aby ćpanie sprawiało, że nie chodzę do pracy - wcześniej przez różne głupie pomysły spędziłam na L4 większą część czterech miesięcy, od grudnia do końca marca, i dopiero teraz wróciłam do pracy, "nowa ja". Nie chciałam tego psuć. W międzyczasie umówiłam się z koleżanką na piwo w piątek, więc zdecydowałam się tripować za tydzień.

Koleżanka odwołała, ale ja mimo to nie chciałam brać DXM. Wypiłam sporo wina i grałam na komputerze, próbowałam iść spać, ale za nic nie mogłam zasnąć. W końcu trafiłam na hyperreala (kiedyś musiało się to stać) i jakoś tak "wyszło", że ok w pół do siódmej rano stwierdziłam, że jednak zażywam DXM, raz kozie śmierć.

 

Podeszłam do tego jednak "profesjonalnie", nalałam wody do butelek, jednej półtoralitrowej i trzech półlitrowych, wyjęłam z szuflady leki nasenne (normalne, nie benzo) i położyłam obok łóżka w zasięgu ręki. Oprócz tego laptop przypięty do prądu po prawej od poduszki i miejsca, na którym miałam zamiar się położyć, telefon i czytnik, również podłączone ładowarkami. Mając w pamięci, że Tussidex ładował się ostatnio półtorej godziny, najpierw zjadłam leki (dołożyłam do tego jedną tabletkę Meridii hamującej apetyt i Controllox, który ma zmniejszać wydzielanie kwasów żołądkowych), popiłam wodą. Zagryzłam zaraz kilkoma waflami ryżowymi i postanowiłam zrobić sobie kanapki z jajkiem na później. Nastawiłam jajka i przyniosłam z łazienki wiadro, postawiłam obok łóżka. Nie minęło jednak nawet dziesięć minut i zdałam sobie sprawę, że kanapek to ja raczej nie zrobię. Wyłączyłam jajka. Sprawdziłam, czy drzwi wejściowe są zamknięte. Wyczyściłam kotom kuwetę, nasypałam im jeść, dolałam wody i położyłam się, bo już było słabo.

 

Było to ok. 7:00 rano. Zaczynało mi "wchodzić". Poczułam ból brzucha podobnie jak przy wrzodach, których nabawiłam się dwa miesiące wcześniej (nie tych z h. pyroli). Leżałam około piętnaście minut, popijając wodę małymi łyczkami, po czym, oczywiście, wszystko wylądowało w wiadrze. Od razu poczułam się dużo lepiej. Położyłam się z powrotem i pisałam z ludźmi na Messengerze, zastanawiając się, czy przez to, że DXM w swojej pierwotnej postaci nie miało szansy zaistnieć wewnątrz mnie na bardzo długo, nie wejdzie słabiej niż by mogło. Po ok. 10 minutach z komórką stwierdziłam, że nie mam już siły pisać, włączyłam tylko playlistę z Pink Floydami (głównie album "Division Bell"), nałożyłam słuchawki i nadal patrzyłam na pokój. Czułam dziwne uczucie lekkości, a jednocześnie miałam wrażenie że zapadam się w łóżko, za chwilę że łóżko faluje czy odjeżdża od ściany, że jest łąką i wiatr kładzie po mnie trawę. Zorientowałam się, że przy zamkniętych oczach jest "lepiej", więc nasunęłam na nie opaskę. Było to około 7:20, zaczynało robić się jasno, ale opaska dobrze blokuje światło, co podwyższyło jakość halucynacji.

 

To, co działo się przez kolejne kilka godzin nie jestem pewna, czy dam radę wiernie opisać. Na początku kilka razy zerkałam na telefon, która godzina, ok 7:40, 8:00 i 8:20, potem już aż do 13 leżałam z zamkniętymi oczami. W języku niemieckim istnieje na to dobre słowo - Kopfkino - oznacza ono odgrywanie całych scen i wyobrażanie sobie np. jakiejś rozmowy w całości w głowie, tak że przypomina to film, dosłownie "kino w głowie". W większości scen występowałam ja, część widziałam z mojej perspektywy, część tak, jakbym oglądała film (tak wygląda też część moich wspomnień). Nie słuchałam muzyki aktywnie, była ona tylko tłem. Całości towarzyszył dość entuzjastyczny i ciągły monolog wewnętrzny, opisujący moją reakcję i myśli dotyczące tripa. Ani na moment nie zapomniałam, że znajduję się pod wpływem substancji, ale jednocześnie wszystko, co pojawiało się przed moimi oczami i wszystkie opisy sytuacji, które słyszałam od swojego wewnętrznego głosu, przyjmowałam jako "teraz tak jest". Szczególnie zwróciłam uwagę na jedną scenę, w której wchodzę do łazienki, trzymam się umywalki, żeby się nie wywrócić. Jakością przypominało to marzenia senne, być może też momentami rzeczywiście przysypiałam - byłam po całej nieprzespanej nocy.

 

(Tutaj muszę wtrącić, że poprzedni trip DXMowy nie był udany. Zjadłam 360mg (6mg/kg masy ciała) mocno pijana, tripowałam potem przez trzy dni, bo nawet nie wiedziałam, że powinnam pić wodę… Czekałam tylko, aż Tussidex zejdzie. Niewiele też pamiętam z tego razu)

 

Halucynacjom przez pierwsze kilka godzin towarzyszyła silna emocja, którą nazywałam w głowie "uczuciem, że coś jest nie". Najbliższy temu byłby chyba "dysonans poznawczy", według wikipedii "stan nieprzyjemnego napięcia psychicznego, gdy jednocześnie występują dwa elementy poznawcze (np. myśli i sądy), które są niezgodne ze sobą", ale dla mnie ten stan bynajmniej nie był nieprzyjemny. Przeciwnie, powiedziałabym, że miałam lekką euforię, na pewno podwyższony nastrój, cieszyłam się tym doświadczeniem i byłam ciekawa, co będzie dalej. Może pozostanę przy nazwie "uczucie Nie". Fizycznie odczuwałam to jak pionowy nacisk na szyję i ramiona i przy tym naciąganie skóry jak przy oparzeniach słonecznych, nie było to bolesne ani nieprzyjemne, choć może w innych okolicznościach by było, wtedy byłam w stanie to w pełni zaakceptować i przejść nad tym do porządku dziennego, tak jak wszystkie sprzeczności, które to uczucie powodowały.

 

Nie zapamiętałam dużo. Nie wydaje mi się, żebym była też w stanie odtworzyć to w takiej kolejności, w której widziałam, zresztą podczas całego tripa kolejność zdarzeń niejako nie istniała - funkcjonowałam tak, jak myślę, że funkcjonowalibyśmy mogąc poruszać się w czterech wymiarach, gdzie czwartym byłby czas. Tak jak w rzeczywistości możemy dowolnie zmienić nasze położenie względem trzech wymiarów, ja mogłam dobrowolnie "skręcać" i zawijać czas, przeżywać wszystko jednocześnie. Byłam biernym obserwatorem "siebie", która to robiła - tak jakbym przywoływała wspomnienia z innego życia albo tak jakby "ja" z tej innej rzeczywistości opowiadała mi, jak wszystko tam działa. Ta inna "ja" czasami zastępowała mój wewnętrzny głos, który przez cały czas trwania halucynacji relacjonował i tłumaczył niektóre ich aspekty, więc najbliżej byłoby do tego drugiego porównania - nie była ona moim głosem wewnętrznym, przejmowała jego rolę.

 

Przez cały czas trwania tripa miałam też dość silne uczucie deja vu, byłam pewna, że nie pierwszy raz jestem w "świecie Nie". Wiem, że nie jest to rzadkie przy psychodelikach (a DXM ma cechy psychodelika) i nie jestem w stanie stwierdzić jego wiarygodności (zwłaszcza, że poprzedniego tripa na DXM prawie nie pamiętam), dlatego będę pisać tak, jak czułam i myślałam podczas tripa. Byłam przekonana, że już na pewno co najmniej raz czułam się Nie. Wzięłam pod uwagę, że może być to właśnie ten poprzedni trip. Przypomniałam sobie, że już co najmniej raz byłam w tym stanie i swoje myśli z tamtego czasu. Pamiętam, że myślałam wtedy o ludziach, którzy doświadczyli tego stanu - o tym, że oni ("ludzie Nie") na pewno są inni, zachowują się inaczej po tym, bo jak mogą inaczej. Później dostałam odpowiedź - uświadomiłam sobie, że nie jesteśmy w stanie tego zapamiętać "normalnie", bo rzeczywistość, którą postrzegamy 'normalnie' tak bardzo odbiega od tego stanu, w którym znajdujemy się teraz, że nasz mózg sam z siebie zapomina to wszystko. Wszystkie wspomnienia, podczas których czułam się Nie miały być dla mnie dostępne tylko w świecie Nie, nigdzie indziej. Podczas tej poprzedniej "wizyty" wkurzyłam się na to i zaprzeczałam temu, twierdząc, że ze mną na pewno będzie inaczej - a jednak wyglądało na to, że tak się stało. Podjęłam wtedy (myślę, że było to mniej więcej między 11 a 12 rano, po 5 godzinach) decyzję, że postaram się zapamiętać jak najwięcej.

   

Prawdopodobnie jest to powód, dla którego w ogóle cokolwiek pamiętam. Później, po "obudzeniu", przypominałam sobie już leżąc z powrotem w łóżku (krótko przed 13) to uczucie. Myślałam czy by nie napisać tripraportu, zastanawiałam się, jak to ująć i wtedy też zdałam sobie sprawę, że ostatnia godzina halucynacji była pozbawiona już Nie. Pomyślałam, że to szkoda, ale nie rozpaczałam za bardzo nad tym. Pisałam do różnych ludzi na Messengerze, dzwoniłam też do mojego byłego, który jest po matematyce, więc bardzo chciałam mu opowiedzieć o tym, jak zachowywał się u mnie czas, ale nie miał czasu rozmawiać. Wstałam do łazienki już po 13 (SMSy do byłego pisałam w okolicach 13:10) i dokładnie odtworzyłam wizję ze snu, szczególnie jestem pewna momentu, w którym odwróciłam się już w środku pomieszczenia. Każdy ruch, jeden po drugim. Cała sekwencja trwała maksymalnie kilka sekund, powiedziałabym, że dwie, może trzy. Powtórzę - jestem absolutnie pewna, że pojawiło się to w moich halucynacjach na samym początku, maksymalnie w połowie. Dzięki swojej realistyczności (proporcje i perspektywa były jedynie nieco powykrzywiane i poskracane, tak samo jak później to widziałam) zapamiętałam ją bardziej, niż resztę. Wracając do łóżka poczułam słabe echo uczucia Nie, kiedy idąc przez całą drogę miałam przed oczami łóżko oddalone o około pięć metrów, jednak w dobrym momencie pochyliłam się i w momencie, gdy moja ręka dotknęła łóżka (wcześniej pojawiła się w polu widzenia, ale w złej perspektywie) zmieniła się na obraz, który odbierałam przy klęczeniu na łóżku, później położyłam się i już było "normalnie". I znowu, przyjęłam tę rewelację ze spokojem, a nawet z przyjemnością pomyślałam, że "mieszają mi się wymiary" - tak też relacjonowałam moje przeżycia innym na bieżąco. Za każdym razem, kiedy zamykałam oczy, halucynacje wracały, ale nie byłam już nimi tak zainteresowana.

Muzyka zaczęła mnie denerwować, więc chwilę po 14 ją wyłączyłam. Obejrzałam kilka filmików na jutubie, m.in. baletnicę-pająka. Ogólnie ciągnęło mnie do raczej delikatnie nieprzyjemnych czy dziwnych filmów, powodujących dysonans poznawczy czy wstręt, YouTube proponował mi głównie dosyć mroczne rzeczy, jakieś trupy i otwarte rany, co wydało mi się "podejrzane" i "za bardzo" na temat, ale nie chciałam wchodzić w taką fazę.

Odłożyłam na chwilę telefon i leżałam, myśląc ciągle o tych halucynacjach. Przy kolejnej wizycie w łazience (dbałam, żeby chociaż od czasu do czasu popijać przygotowaną wcześniej wodę) uświadomiłam sobie, że czas nie jest "teraz" ciągły. Była "pętla czasu" w łazience, do której weszłam, przeżywając też m.in. poprzednią wizytę w łazience i "wizję" jej kilka godzin wcześniej. W drodze pomiędzy łóżkiem a łazienką nie było czasu, a po położeniu się znalazłam się z powrotem w łóżkowej "bańce czasu". Określiłam to w SMSach, że to jakby czas nie był ciągły, ale "upakowany" w miejscach, w których dużo się go spędza (z perspektywy trójwymiarowej istoty).

Przypomniałam sobie scenę, którą zobaczyłam chyba jako jedną z pierwszych: tę "inną" mnie, która stała skierowana do mnie przodem, pakując jakąś rzecz i szybko poruszając rękami. Była w pomieszczeniu, które było prawie że "normalne", gdyby nie to, że po prawej stronie poziomo były schody, które prowadziły do góry. Przebiegła po nich inna "ja", a ja (postrzegająca to wszystko) poczułam się, jakbym przeżywała jednocześnie trzy różne czynności (oglądanie i słuchanie "mnie" z innej rzeczywistości, opowiadanie o sobie "mnie" z innej rzeczywistości i bieganie po schodach). Ogólnie dość dużo było w tej rzeczywistości schodów, wydaje mi się, że później spędziłam jakiś czas zwiedzając miasto - wszystko było mniej więcej tak poprzekręcane jak tamten pokój. Mogło to trochę przypominać tę scenę: https://www.youtube.com/watch?v=v-G5rpTKE9Q - szczególnie moment, w którym po wykręceniach ludzie poruszają się jak gdyby nigdy nic - ale w innej kolorystyce. U mnie dominowała sepia, kolory jak w pokoju z jasnymi drewnianymi meblami, w pochmurny dzień. Uczucie Nie również miało podobny kolor, taki sam kolor miała jego fizyczna reprezentacja (wspomniany nacisk na plecy i smak w ustach i gardle), taki beżowo-szary.

 

Znowu poszłam do łazienki, czując jak poruszam się między bańkami czasu. Nie zwróciłam (a szkoda) za bardzo uwagi, jak było pomiędzy nimi, ale raczej panowała cisza i było podobnie jasno, jak w świecie Nie. Wzrok nie "nadążał" za poruszaniem się pomiędzy bańkami, większość czasu miałam obraz jak przy wyjściu z poprzedniej bańki. Wróciłam do łóżka (było już po 15) i mój były miał czas zadzwonić. Rozmawialiśmy chwilę, pamiętam, że mówiłam o tym, jak zachowuje się u mnie czas, wpadłam potem na pojęcie, że z każdą sekundą "wślizgujemy" się do kolejnej "skarpetki czasu" (przy jednoczesnym istnieniu "baniek czasu"), o tym też mu powiedziałam, opuściłam tylko termin "skarpetka". Kolejnego dnia rozmawialiśmy, okazało się, że podczas rozmowy mówiłam, że "to tak wyszło" (że tripowałam), i że bez sensu, że nie wiem, po co itp. Itd., jednocześnie jestem pewna, że tak się wtedy nie czułam ani nie uważałam. Nie pamiętam tej rozmowy za bardzo, jedynie fakt, że rozmawialiśmy i samą końcówkę, kiedy mówiłam o wślizgiwaniu się do kolejnych "pokoi" czasu. Wydaje mi się, że mogło być tak, że wiedząc, jakie on ma zdanie o narkotykach, zaczęłam się tłumaczyć i przedstawiać sprawę w jak najlepszym świetle. Rano to samo - pisałam z przyjacielem, który też nie patrzy na to zbyt przychylnie, zamiast napisać mu, że jestem turbonaćpana, napisałam tylko "bywa xd" na jedną z jego opowieści, pisaliśmy więcej dopiero dzisiaj.

 

Po rozmowie (ok 16:00) znowu włączyłam sobie muzykę, tym razem nie Pink Floyd. W międzyczasie piłam wodę, czytałam różne rzeczy na telefonie. Przypomniałam sobie, jak zjadłam pół kartonika 1p-lsd rano i nie byłam pewna, czy stało się to naprawdę. Okazało się, że tak - naprawdę zażyłam ten rc, przerwałam kartonik na pół i absolutnie nic z tego nie poczułam (na oko pół kartonika 100ug). Stwierdziłam (ok. 19, chwilę zajęło mi podjęcie decyzji, żeby sprawdzić i później podjęcie działań w tym kierunku, w międzyczasie rozmawiałam też przez telefon z kumplem, z którym pierwszy i drugi raz w życiu brałam kwas), że wezmę drugą połówkę. Położyłam się z powrotem do łóżka i błogi spokój i uczucie "chłodnego ciepełka", które czułam podczas całego tripa zaczęły się ulatniać. Zaczynało mi się nudzić. Tuż po 20 przyszło mi do głowy, czy nie pójść spać - przez cały dzień czas leciał bardzo wolno, szczególnie rano, jeszcze w fazie silnych CEVów - leżałam przez dwie godziny, sprawdzałam telefon i okazywało się, że minęło dwadzieścia minut. "Kwas" się załadował, raczej nieprzyjemnie. Czułam, że mam na całej twarzy krosty, które rozdrapałam. Nie mogłam się z powrotem położyć ze słuchawkami i opaską, za bardzo się bałam. Pisałam ze znajomymi, przeglądałam internet, czułam się już znacznie gorzej, niż przez cały dzień (zwaliłabym to głównie na niepotrzebnie wzięty 1p-lsd).

Około 22:30 zdecydowałam się zażyć lek nasenny, pół tabletki mirzatenu (mirzapina, 30mg). Jeszcze chwilę wysyłałam wiadomości i czytałam, prawdopodobnie hyperreala. Nie jestem pewna o której zasnęłam, ale przyjaciółka dzwoniła do mnie o 23:07 i nie odebrałam, najprawdopodobniej już spałam. Przed zaśnięciem poszłam jeszcze kilka razy do łazienki, nadal "robo-chodem", mocno zaburzona koordynacja ruchowa. Oczy tak samo - w fazie silnych halucynacji w momentach, w których na moment je otwierałam, często widziałam podwójnie i w lustrzanym odbiciu, odbicia poruszały się względem siebie, później, już po "wybudzeniu", pisząc na telefonie musiałam mieć zamknięte jedno oko, jeśli miałam oba otwarte, widziałam ekran podwójnie i średnio byłam w stanie cokolwiek na nim robić.

Obudziłam się o piątej, znowu wstałam i pisałam trochę na telefonie. Czułam jeszcze podobne efekty, jak przed położeniem się spać, ale już dużo słabsze. Zasnęłam ponownie i obudziłam się już całkiem o jedenastej. Udało mi się wstać i zjeść ciepłe śniadanie, piłam wodę. Szybko męczyłam się przy ruchu, ale zaczęłam sprzątać w domu i rozruszałam się. Później wypiłam jeszcze kilka słabych kaw i zupełnie się rozbudziłam.

Ani podczas tripa, ani w ciągu całego pierwszego dnia "po" ani przez chwilę nie czułam efektu "brain fog" (zamglonego umysłu), myślałam spójnie i nawet rzadko się rozpraszałam. Problemy z mówieniem i intonacją miałam aż do wieczora, rano większe problemy z widzeniem (znaczne pogorszenie ostrości), plus chwianie się i złe ocenianie odległości od różnych przedmiotów, "gwałtowne" ruchy, mimo braku takiej intencji. Kilkukrotnie zdarzyło mi się celowo "zaburzać" równowagę, stając na jednej nodze i utrzymując się na niej (co normalnie sprawia mi czasem trudność) czy stając blisko kaloryfera i trzymając się go jedną ręką, odchylałam się od niego - przypominało mi to, jak czułam się podczas tripa i pozwalało znowu poczuć tę delikatną euforię.

 

Cały kolejny dzień towarzyszył mi przyjemny "afterglow", problemy z chodzeniem - podobnie jak podczas tripa - nie przeszkadzały mi, ale bawiły. Był bardzo udany, szczególnie w porównaniu do poprzedniego razu - mojego pierwszego "prawdziwego" tripa na DXM, podczas którego zjadłam 360mg Tussidexu (za pierwszym razem zrobiłam próbę "uczuleniową", 120mg, miałam delikatne efekty pierwszego plateau, raczej pozytywnie podczas, ale następnego dnia czułam się nieprzyjemnie odklejona i "nieogarnięta"). Cały kolejny dzień słyszałam cicho muzykę w szumie wentylatora czy oczyszczacza powietrza, najpierw ten kawałek: https://www.youtube.com/watch?v=Cu8qsC1WLiE, który odkryłam kilka dni wcześniej, później ten: https://www.youtube.com/watch?v=3KFTsURYuMw.
Wieczorem udało mi się dokończyć raport i poczułam nagły przypływ energii. Ok 22 wyszłam na spacer, dosłownie podskakiwałam jak mała dziewczynka. Później wróciłam się po słuchawki, biegałam trochę nad Wisłą i tańczyłam na środku parku. Czułam się lekka, prawie jakbym mogła odbić się mocniej od ziemi i odlecieć. Długość skoku zupełnie się nie "zgadzała" i uderzenie o ziemię przypominało nieprzyjemnie uczucie, które można poczuć po zejściu na ziemię z trampoliny.
Wysoki poziom energii utrzymywał się też drugiego dnia "po". Wieczorem drugiego dnia wypiłam około jednej szklanki wina - pozostałość z piątkowego wieczoru. Wtedy wypiłam resztę butelki (litrowej), ledwo na mnie podziałała - nawet nie udało mi się zasnąć, a ta jedna szklanka "porobiła" mnie dość mocno, gadałam głupoty, cały kolejny ranek bolała mnie głowa, samopoczucie raczej niezbyt super, ale drżenie mięśni i "ADHD" wciąż podobnie intensywne. Tego dnia wypaliłam też trzy papierosy, zapaliłam po raz pierwszy odkąd rzuciłam na początku 2019 po niecałym roku. Nie zamierzam wracać do nałogu, więc raczej nie będę więcej palić. Na nic innego też nie mam ochoty.

 

Nie mam zbyt wielu przemyśleć tuż "po" jako że przed tym tripem miałam okazję przemyśleć sobie dużo rzeczy i dojść do ważnych wniosków (nie po dysocjantach czy psychodelikach). Na pewno też nie planuję w najbliższym czasie tego powtarzać, oczywiście chcę wybrać się znowu do świata Nie, ale zrobię przynajmniej miesiąc przerwy w naszym. Moim zdaniem osiągnęłam już trzecie plateau, na to też wskazywałaby dawka według http://wiki.tripsit.me/wiki/DXM (7,5mg/kg masy ciała), opis też się zgadza - powinnam więc odczekać co najmniej trzy tygodnie.

 

Połączenie DXM z 1P-LSD jest raczej w porządku, ale wydaje mi się, że przy takich dawkach nie da się "wycisnąć" z niego całego potencjału. Jeżeli w przyszłości chciałabym powtórzyć ten eksperyment, na pewno zażyję większą dawkę LSD, postaram się także o "lepszy" kwas, jeśli nie "prawdziwe" dziecko Hoffmana. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby zażycie LSD już po "peaku" DXM-owym, tj. po fazie silnych halucynacji i wyjście na zewnątrz - wtedy powinna wystarczyć nawet i tak niska dawka.

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2019
design: Metta Media