Znowu widzę pułkownika B. — olbrzymia kupa płynnych świń wylała mu się z lewego oka, które zniekształciło się przy tym w sposób potworny. Scena teatralna — na niej potwory sztuczne. Ohydny świnio ryj w zielonej konfederatce z piórkiem. (Witkacy, Peyotl)
Facebook hyperreal Twitter hyperreal Kanał RSS neurogroove

REKLAMA

dysocjacyjne rozdzielenie z nti-xi-tho?

detale

Substancja wiodąca:
Dawkowanie:
110 suszonych łysiczek lancetowatych
Rodzaj przeżycia:
Set&Setting:
Set: oczekiwanie przeżycia czegos magicznego, eksploracji numinotycznych wymiarów rzeczywistości, spotkania bóstw archetypowych, narodzin z wody i ducha. Sam teonanacatl postrzegany sakramentalnie, jako święty enteogen, nootrop transformujący wnętrze.
Setting: mieszkanie przyjaciela, elementy wystroju przeniesione ode mnie z pokoju, a więc zgodne z moimi myślokształtami - stare lampiony rozświetlone podgrzewaczami, który poza tym ogólna liczba wynosiła 50, posążek buddy, stare pojemniki w kolorze mosiądzu. Ja ubrany w krótkie spodenki i zwykły granatowy t-shirt i obwieszony szamańskimi branzoletkami i naszyjnikiem. W pobliżu kasztan od przyjaciólki i pewien kolorowy motyl z origami – coś funkcjonującego jako łączniki z opiekunami.
Muzyka była indiańsko-buddyjska. Był dostęp do łazienki i dwa łóżka. Opiekuni sesji – para ukochanych, najlepsi przyjaciele – diada zapewniająca mi żeńską jak i męską energię opiekuńczości.
Ze sobą wzięty egzemplarz "Świętych zwierciadeł" Greya w razie w i notatnik. Jako pożywienie dwa soki owocowe w kartoniku i 2 paczki gum.
Wiek:
27 lat
Doświadczenie:
Marihuana i haszysz (wiele razy), czaj (kilka razy), amfetamina (dużo razy kiedyś), kokaina (kilka razy), mefedron (dość dużo razy kiedyś), bufedron (raz kiedyś), flefedron (raz kiedyś), dopalacze (Green Light, Smartshiva, Fungeez, Mr. Brain, Super E, Amphibia (1 gwiazdka), Hammer, Bobby Sence plus, Green Moher, Up Up, Black Widow, Voo Doo, Coco, Speedo, Afrolicious, Sensimilla, Bad Dog), klonazepam, pramolan, tramal, miansegen, morfina w tabletkach, ecstasy (kilka razy kiedyś), fluoksetyna (kilka razy kiedyś), 25C-NBOMe (raz), haloperidol (raz kiedyś), efedryna i pseudoefedryna (raz kiedyś), łysiczki lancetowate (kilkanaście razy), DXM (kilka razy kiedyś), MDPV (z 3 razy kiedyś), MDMA (ok. 20 razy).

dysocjacyjne rozdzielenie z nti-xi-tho?

Z racji specyficznej formy tripu nie pamiętam go zbyt dobrze. Ten raport będzie konglomeratem szczątkowych wspomnień, opisem peryferyjnych okoliczności i przemyśleń wspartych na zdobytej latami wiedzy opartej na doświadczeniach enteogenicznych i multum bezustannie czytanej fachowej literatury na ten temat, której zbiór załączę na fotografii. 

Sam trip odbył się wieczorem o 20. Powinien być to twór trójdniowy – pierwszy dzień – przygotowania, drugi – sesja, trzeci – grokowanie. Siłą rzeczy wyszło tak, że był to jeden dzień, a przygotowanie i grokowanie musiałem sprężyć w wymiar godzinny. Pogoda z rana była pochmurna, było szaro. W ramach przygotowania od rana utrzymywać spokój ducha i mimo, że wszystko wokół mnie wprost wpieniało, to udało mi się go utrzymać. Po południu zrobiło się ładnie, słonecznie – coś jak atmosferyczna gratyfikacja. Pojechałem z przyjaciółmi nad pobliskie jezioro na krótki minitrip zapalić troszkę zioła. Póżniej, gdy szedłem już do ziomka na zasadniczy trip najpierw ujrzałem intensywnie różowawe niebo na horyzoncie, a chwilę potem ogromną chmarę kawek wzbitych w niebo w pobliżu ich siedliska w postaci sieci gniazd na drzewach dobranych architektonicznie jako akustyczne wygłuszenie gmachu szkoły. Oba te zjawiska były chwilowe, ciekawe zbiegi okoliczności. Jako, że lubię postrzegać rzeczywistość w kategoriach szamańsko-mistycznych pomyślałem, czy to nie aby oznaki nadchodzenia transcendencji – niezwykłe synchroniczności, przyczynowość akazualna...

Muszę przyznać, że dość duża porcja zdrowego stresu towarzyszyła mi. Przed zjedzeniem wymierzyłem sobie dawkę starannie z kupki ok. 150 grzybów wybierając 110 egzemplarzy psylocybe semilanceata jeden po drugim. Była w końcu 20-sta, więc zżułem wszystkie dokładnie i czekałem na efekty. Podczas tego 1-godzinnego okresu latencji leżałem na łożku dla mnie z początku co jakiś czas wstając, by zapisać jakieś spostrzeżenia – ale jak pisałem po ok. 30 minutach – "tracę aparaturę mowy". Potem podczas zbliżania się pierwszej godziny zaczynałem mieć już OEV-y i CEV-y – moje wnętrze ożywało, moje zewnętrze ożywało. Cienie rzucane przez różne elementy wystroju wnętrza coraz bardziej było żywotne, robiło się barwnie i kolorowo. Generalnie przez 40-50 minut mogłem jeszcze mówić, choć z każdą następną minutą z większym trudem – mówiłem z psychodelicznym zacięciem o króciutkich przerwach między utworami z playlisty, które mi wydawały się dłuższe – porównywałem je do ciszy podczas, której audytorium czeka na występ swojego wielkiego kompozytora; mówiłem też, że CEV-y rosną w potęgę i zdają się wyciekać ze mnie na zewnątrz i animizować wszystko. Sugerowałem, że znam odpowiedzi na pytania dotyczące takich danych empirycznych – ale tylko podczas tego stanu, tylko w chwili oświecenia – z tej percepcji rozumiem, że jedna z cech doświadczenia religijnego z kwestionariusza W. Pahnkego – "obiektywizm i realizm", za pomocą której najsilniej jak można rozumiałem inną – "domniemaną niewysłowioność".

W pewnym momencie zmieniłem łożko i leżałem z moimi opiekunami. Pamiętam, że czułem ich błogą i dobroduszną energię, czułem się jak w raju; myślałem sobie, że jest mi tak pięknie, że mógłbym nie wracać. 

Lecz w pewnym momencie zacząłem się miotać ma wszystkie strony, co chwilę zmieniając pozycję jak w jakimś dziwacznym transie i jak mówili mi później przyjaciele wiele razy zerkałem na dłonie. Wyglądało to trochę tak jakbym leciał w jakiejś przestrzeni. Aczkolwiek zero fajerwerków wizyjnych i sporej części cech tego lvlu doświadczenia psychodelicznego. Co jakiś czas me bratnie dusze trzymały mnie za ręce bądż trzymały mi rękę na głowie – ale to wszystko krótkotrwałe – bo i tak zaraz się miotałem dalej, a później to nawet miotałem nogami po ścianie. Cały czas byłem spokojny i pamiętałem w tym transie fakt, którzy powtarza wielu pionierów, ale kojarzę go najbardziej z Timem Leary'm – że wszystko należy po prostu przetrwać; w najgorszym wypadku nic się nie stanie, po prostu wrócimy...

Później - przepraszam czytelników za brak określenia czasowego, ale po prostu tego nie jestem w stanie określić – znikło zupełnie wszystko i nie było totalnie niczego – przyszłości, przeszłości, teraźniejszości, tożsamości, ego, przyjaciół, rodziny... - rozpadła się cała rzeczywistość konsensualna - do pewnego momentu, gdyż potem, gdy leżałem na ziemii przy łóżku zaczęło wszystko wracać – obrazy znanych dróg, wspomnień, kochanych ludzi etc. I to był moment, w którym "wróciłem". Trip trwał ogólnie 6 godzin czyli max przy kołpaczkach wolności. Moment powrotu był umiejscowiony w czasie pod samym końcem o ok. 1:30 jak przypomina mi mój opiekun. Następnie już tylko dochodziłem do siebie po tym rozszarpującym doświadczeniu, miałem lekkie problemy z zaśnięciem, aż usnąłem. Pamiętam, że zdarzało mi się ziewać, co jest reakcją powiązaną z serotoniną bardzo cżęstą przy liberty caps.

Efekt "Afterglow" był ledwie dostrzegalny, tak jakby nie było go wcale.

Z perspektywy czasu wg. mnie było to dysocjacyjne rozdzielenie. Jak pisze Metzner głównym zagrożeniem przy undergroundowym stosowaniu enteogenów jest nie śmierć, a stan psychologicznej dysocjacji. Pisze to w swoim dziele pt. "Ropucha i Jaguar". Warto nadmienić, że dla nich ten underground stanowił nie kontrkulturę, a skrycie się przez przed radarem prohibicjonistów – dla nas stanowił jedno i drugie. Co więcej Metzner określa dysocjację jako stan, który trudno zdefiniować, podczas którego osoba wykonuje niekontrolowane ruchy ciała i/lub mówi jakieś nieintencjonalne wyrażenia. Po wszystkim dany triipper zwykle nie pamięta zbyt wiele i ma wrażenie zaistnienie jakiejś wyrwy czasoprzestrzennej w którą wpadł. Metzner opisuje dawki efektywne enteogenów (ED) i dawki dysocjacyjne (DD). Myślę, że przekroczyłem ten maksymalny zakres efektywnych dawek i doszłem na obszary dysocjacji. Te opisy i moje dane empiryczne nakładają się na siebie.  

Teraz już parę miesięcy po, piszę ten raport. Obecnie czuję, że mimo wszystko ten trip dał mi potężną dawkę energii potrzebnej do samotransformacji, którą rozdysponowuję na rózne cele. Na moim przykładzie widać, że nawet nieatrakcyjny trip, ale z zadbanym set i setting przynosi wiele korzyści. Tylko czasem wymaga wielkiego hartu ducha. Muszę zaznaczyć, że moje tripy to zawsze hybrydowe rytuały szamańsko-psychoterapeutyczne i takie kultywuję. A jednym z ważniejszych korzyści jest ukuta przeze mnie rozbudowana, ozdrowieńcza terapia mojego życia miłosno-seksualnego, którą nazwałem "Smaug z Ereboru". Nazwę zapożyczyłem od Tolkiena przez moje uwielbienie wobec jego mitologii. Smaug symbolizuje moje rozszarpane życie miłosno-seksualne, a Erebor moje wnętrze, które zajęło to smoczysko. Niszcząc Smauga zniszczę ostatnią z najbardziej dotkliwych toksyn mojego wnętrza.

Dodam jeszcze na końcu link do playlisty pt. "W ogrodach zielonego Kutbu", którą stworzyłem na cele tripu: 
https://www.youtube.com/playlist?list=PLG4qF1TbQl0-4IBITCsZPOR2p1jhpuWgk

Ocena: 
Zawartość serwisu NeuroGroove jest dostępna na licencji CC BY-SA 4.0. Więcej informacji: Hyperreal:Prawa_autorskie
© hyperreal.info 1996-2020
design: Metta Media